15.03.2025, 23:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2025, 23:53 przez Król Likaon.)
| — Taki tutaj mamy klimat. Miasto nie ma teraz za bardzo, z czego się cieszyć — mruknął cierpkim głosem na wzmiankę o braku koloru pośród londyńskich czarodziejów. Nie, żeby ta odzywka cokolwiek tłumaczyła. Trudno było w kilku słowach objaśnić jaki wpływ na lokalnych mieszkańców miały fale napaści z ostatnich lat w wykonaniu Śmierciożerców i niedawny atak terrorystyczny na obchody święta Beltane w Dolinie Godryka. Gdyby tak przedstawić obcokrajowcowi obecną sytuację w kraju od A do Z, to jeszcze pomyślałby, że trzeba się stąd ulotnić, zamiast zwiedzać. Na szczęście Elias pozostawał skąpy w słowach. Im bardziej ''rozwojowa'' stawała się sytuacja między Czarnym Panem a Ministerstwem Magii, tym bardziej cieszył się, że trzymał się z dala od burdelu. Dzięki Matce za Brygadę Uderzeniową i Biuro Aurorów. — Nie. Zdarzało mi się odnawiać meble czy drobne artefakty w sklepie, ale nie tworzyłem z drewna niczego od zera — przyznał, krzywiąc się lekko na wspomnienia z pracy u Cattermole'ów. Nie, żeby źle wspominał ten okres, ale teraz, gdy pracował tylko i wyłącznie ze szkłem czuł się o niebo lepiej. Na pewno zaliczał mniej wpadek przy klientach. I z udziałem klientów. — A co ramy... Jedna runa raczej nie załatwi sprawy? — Zamilkł na moment, jakby stracił nieco pewności siebie. — Lustra teleportacyjne to byłaby... poważna magia. Przez duże ''P''. Musiałaby być szalenie dobrze przetestowana i wystarczająco silna, aby w jednym kawałku przenieść osobę z jednego miejsca w drugie. I działać inaczej, ale podobnie do świstoklików. Utrzymanie tego potencjału magicznego... No, pewnie nie byłoby łatwe. Zmarszczyło czoło, gdy z gardła mężczyzny wydobył się zaskakująco ostry, niemal histeryczny chichot. Może podróże morskie miały taki wpływ na struny głosowe? A może to od śpiewania szant, pomyślał z lekkim niedowierzaniem, zakładając, że jego gość musiał być marynarzem. Rejsy, liny... Hmm… Może to jednak nie był typowy turysta, a jakiś wędrowny wilk morski, który po prostu zwinął do najbliższego portu? Zanim zdążył rozwinąć tę myśl, nadciągnęła kolejna fala pytań. Przygryzł lekko dolną wargę. Walczyły w nim teraz dwa wilki. Jeden z nich chciał trzymać się codziennej rutyny i nie olewać pracy na rzecz nowopoznanej osoby. Facet się nawet nie przedstawił. Poza tym odbiegało to dość znacznie od jego etyki pracy. Nie wyrywał się na lunch w nieregularnych godzinach. Zazwyczaj. Z drugiej jednak strony obcy wykazał się dość niespodziewaną otwartością i wydawał się zainteresowany jego teoriami na temat luster, wynalazków magicznych i innych światów. Ech, nie znosił takich dylematów. Wszystko pozostawało w rękach losu. — Emm — zaciął się na moment, rozglądając się po ścianach w poszukiwaniach zegarka. Koniec końców jego wzrok spoczął na cyferblacie zawieszonym nad wejściem do pracowni. — Nie za bardzo mam jak teraz wyjść. W sumie dopiero niedawno zacząłem i nie za bardzo ma mnie kto zastąpić. — Wzruszył sztywno ramionami. — Może za dwie godziny mi się uda? Dwie i pół? Nie wiem tylko, czy chcesz tyle na mnie czekać, skoro wyraźnie umierasz głodu. |