23.02.2025, 00:43 ✶
Za każdym razem, kiedy odwiedzał Szkocję, wydawało mu się, że rezydencja Borginów przypominała stawonoga – czarnego pająka o długich kończynach i jadowitych szczękach – zastygłego w kropli żywicy. Ciemny kamień, z którego wzniesiono przednią ścianę, miał tę samą barwę dymu i wilczej sierści, a rozświetlone od wewnątrz okna przywodziły na myśl lśniące, zwierzęce oczy – wzdłuż północnego muru wciąż piął się krzew róży, której czerwone płatki opadały kiedyś na parapet w sypialni jego matki, a ona zbierała je i ukrywała pomiędzy stronami grubych książek, aby zaschły tam niczym rdza, choć wątpił, aby była to wciąż ta sama roślina, sto dwadzieścia lat wydawało się być zbyt długim czasem na życie jakiejkolwiek istoty, nawet centyfolii. Rozpoznawał balkon ze zdobioną, żelazną balustradą, na którym kiedyś ojciec zamknął go na noc, przekonany, że chłód nauczy go posłuszeństwa, jak gdyby był psem, którego można było zatrzasnąć na noc w budzie, aby zrozumiał, jak ciepłe było łóżko, z którego go wypędzono, rozpoznawał okno, za którym kiedyś znajdował się jego dziecięca sypialnia – wysoki sufit i podłoga z ciemnego hebanu – gdzie kroki idącego korytarzem Cyrila zawsze niosły się echem, strasząc go we śnie, rozpoznawał rosnące w ogrodzie olchy, którym jesienią obcinano gałęzie, a drewno, czerwieniejące po odrąbaniu, wyglądało, jakby krwawiło. Z ponurym niezadowoleniem zdawał sobie sprawę, że w posiadłości nie było nic zaskakującego – gdyby zamknął oczy i wybrał w myślach jeden z długich, ciemnych westybuli, a następnie dowolny pokój znajdujący się na piętrze, mógłby przebyć w wyobraźni łączącą je drogę, precyzyjnie odnotowując w pamięci drzwi, przez które musiałby przejść, skręty w prawo i w lewo, obrazy na ścianach i kamienne posągi, zgarbione u szczytu schodów. Budynek był ten sam, zmienili się jedynie ludzie, którzy go zamieszkiwali – wątpił, aby była to zmiana na lepsze.
Przyglądał się twarzy Anthony’ego z milczącą satysfakcją, która dopiero po chwili, bardzo powoli, przeobraziła się w rozdrażnienie – emocje chłopaka wciąż wydawały mu się dziecięce i nieupilnowane. Podobne doświadczenia powinny były uczynić ich podobnymi ludźmi, lecz podczas gdy on zawsze nadawał swojej złości znamiona przemyślanej metodyki, działając porywczo, ale nieprzypadkowo, Anthony sprawiał wrażenie, jakby nie miał siły udźwignąć ciężaru swoich myśli i wspomnień, które wypowiadał przed nim tak otwarcie, jakby rozmawiał ze swoim odbiciem w lustrze.
– Mam dobre wyczucie czasu. – odparł łagodnie, a kąciki jego ust uniosły się w subtelnym wyrazie czegoś, co przypominało uśmiech, lecz w rzeczywistości niezupełnie nim było. – Zabawne. Ty wydajesz się być zupełnie inny niż zawsze. Ile lat minęło? – nie był pewien – kiedy widział Anthony’ego po raz ostatni, był jeszcze dzieckiem, lecz miał te samo, lekko wilgotne oczy i charakterystyczny uśmiech, który wydawał się poszukiwać sobie miejsca pomiędzy jego wargami, jak wyciągający się na słońcu kocur. – Urodzenie się jako najstarszy z rodzeństwa to ogromne nieszczęście. Wszyscy wiedzą, że jako pierwszy poniesiesz porażkę. – skrzywił się ostrożnie, jakby na wspomnienie własnego dzieciństwa, wąskiego i długiego jak trumna, dorastającego w cieniu Fergusa podobnie jak wysuszone głowy, zawieszone pod sufitem rodzinnej posiadłości – pragnął opuścić to miejsce wiele razy, jako dziecko, kiedy wybiegał przez drzwi w nocnej koszuli, szytej z cienkiej satyny i kaleczył stopy o gałęzie głogu i jako dorosły, powracając spojrzeniem do krętych korytarzy, lecz wciąż nie mogąc spojrzeć w twarz własnemu ojcu.
– Więc dlaczego nadal go nosisz? – spojrzał wymownie na sygnet, wsunięty na jego serdeczny palec i odchylił lekko głowę, wpatrując się w ciemne niebo, na skutek mgły prawie zupełnie pozbawione gwiazd. – Prawda rzadko jest przejrzysta i nigdy nie jest prosta. Dobrze jest słyszeć, że Bartholomeus zmarł. Ludzie zazwyczaj nie mają najmniejszej wiedzy o tym, jak żyć i tym bardziej nie wiedzą, kiedy należy umrzeć – odpowiedział, po czym przez chwilę przyglądał się chłopakowi w milczeniu, jakby ważył w myślach słowa – jego lub swoje własne. Pomiędzy zarastające ogród krzewy wgryzał się zimny, północny wiatr i chociaż poczuł go na twarzy i we wgłębieniu szyi, jego skóra pozostała blada i w przyćmionym świetle latarni barwą przypominała księżyc. Pokręcił głową na boki, unosząc przy tym krawędzie ust do subtelnego uśmiechu, po raz pierwszy tej nocy zdradzającego szczere rozbawienie, które przerodziło się w krótki, pusty dźwięk, kołyszący się na krawędzi śmiechu, kiedy odchylił głowę.
– Krew – odparł. – Piję krew.
Przyglądał się twarzy Anthony’ego z milczącą satysfakcją, która dopiero po chwili, bardzo powoli, przeobraziła się w rozdrażnienie – emocje chłopaka wciąż wydawały mu się dziecięce i nieupilnowane. Podobne doświadczenia powinny były uczynić ich podobnymi ludźmi, lecz podczas gdy on zawsze nadawał swojej złości znamiona przemyślanej metodyki, działając porywczo, ale nieprzypadkowo, Anthony sprawiał wrażenie, jakby nie miał siły udźwignąć ciężaru swoich myśli i wspomnień, które wypowiadał przed nim tak otwarcie, jakby rozmawiał ze swoim odbiciem w lustrze.
– Mam dobre wyczucie czasu. – odparł łagodnie, a kąciki jego ust uniosły się w subtelnym wyrazie czegoś, co przypominało uśmiech, lecz w rzeczywistości niezupełnie nim było. – Zabawne. Ty wydajesz się być zupełnie inny niż zawsze. Ile lat minęło? – nie był pewien – kiedy widział Anthony’ego po raz ostatni, był jeszcze dzieckiem, lecz miał te samo, lekko wilgotne oczy i charakterystyczny uśmiech, który wydawał się poszukiwać sobie miejsca pomiędzy jego wargami, jak wyciągający się na słońcu kocur. – Urodzenie się jako najstarszy z rodzeństwa to ogromne nieszczęście. Wszyscy wiedzą, że jako pierwszy poniesiesz porażkę. – skrzywił się ostrożnie, jakby na wspomnienie własnego dzieciństwa, wąskiego i długiego jak trumna, dorastającego w cieniu Fergusa podobnie jak wysuszone głowy, zawieszone pod sufitem rodzinnej posiadłości – pragnął opuścić to miejsce wiele razy, jako dziecko, kiedy wybiegał przez drzwi w nocnej koszuli, szytej z cienkiej satyny i kaleczył stopy o gałęzie głogu i jako dorosły, powracając spojrzeniem do krętych korytarzy, lecz wciąż nie mogąc spojrzeć w twarz własnemu ojcu.
– Więc dlaczego nadal go nosisz? – spojrzał wymownie na sygnet, wsunięty na jego serdeczny palec i odchylił lekko głowę, wpatrując się w ciemne niebo, na skutek mgły prawie zupełnie pozbawione gwiazd. – Prawda rzadko jest przejrzysta i nigdy nie jest prosta. Dobrze jest słyszeć, że Bartholomeus zmarł. Ludzie zazwyczaj nie mają najmniejszej wiedzy o tym, jak żyć i tym bardziej nie wiedzą, kiedy należy umrzeć – odpowiedział, po czym przez chwilę przyglądał się chłopakowi w milczeniu, jakby ważył w myślach słowa – jego lub swoje własne. Pomiędzy zarastające ogród krzewy wgryzał się zimny, północny wiatr i chociaż poczuł go na twarzy i we wgłębieniu szyi, jego skóra pozostała blada i w przyćmionym świetle latarni barwą przypominała księżyc. Pokręcił głową na boki, unosząc przy tym krawędzie ust do subtelnego uśmiechu, po raz pierwszy tej nocy zdradzającego szczere rozbawienie, które przerodziło się w krótki, pusty dźwięk, kołyszący się na krawędzi śmiechu, kiedy odchylił głowę.
– Krew – odparł. – Piję krew.