![]() |
|
04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: 04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys (/showthread.php?tid=4462) |
04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys - Anthony Ian Borgin - 09.02.2025 Odetchnął cicho, gdy gwar rozmów i muzyka ucichła, a on usiadł na jednej z ławek zaszytych gdzieś w odmętach dużych ogrodów rodziny Borgin, które otaczały Szkocką posiadłość. Na horyzoncie pozostała już tylko cienka linia pomarańczowo-wrzosowego koloru, a niebo zakryła granatowa płachta. Odchylił głowę do tyłu, spoglądając do góry i pomimo znacznie chłodniejszego podmuchu górskiego wiatru, który wdarł mu się pod cienką marynarkę i koszulę. Był to chyba najprzyjemniejszy moment ostatniego tygodnia. Dawno nie miał tak beznadziejnych miesięcy wakacyjnych. Ciągłe zakazy, nakazy, monologi, które miały na celu go czegoś nauczyć i ta lista oczekiwań, która zdawała się nie mieć końca. Musiał się na to zgadzać, musiał to zrobić dla swojej rodziny, ale prawda była taka, że Anthony był ostatnią osobą, którą widział w roli głowy rodu. Starał się to traktować poważnie, ale jego serce — zagubione i chaotyczne, szukało czegoś innego. Był pewien, że nagłe zaręczyny z Rosie — która swoją drogą na pewno była na niego wściekła, dadzą mu trochę spokoju, ale nie. Było gorzej. Zaskakującym plusem tego wszystkiego była Szkocja. Bo chociaż tkwił w tym zamku, otoczy ludźmi pełnymi dobrych rad i mówiącymi mu, która droga dla Borginów będzie najlepsza, to dziewicze tereny i niekończące się drogi dawały mu możliwość ucieczki. Spędzał każdą wolną chwilę poza domem, głównie podróżując motorem i badając okolice. Łapał oddech, pił, czasem też sięgał po mocniejsze używki, niż jego papierosy i starał się po prostu przetrwać. Stanleya tu nie było, a nawet jeśli by tu tkwił, również kazałby mu słuchać dziadka. Wszystko kręciło się dookoła tego, że musiał słuchać wszystkich, tylko nie siebie, a jeśli siebie już chciał posłuchać, to nie miał pojęcia co zrobić. Na szczęście jeszcze tylko dwa dni i będzie mógł wrócić do Londynu. Pójść do swojego biura, odwiedzić swój ukochany bar, przespać się we własnym mieszkaniu, upewnić się, że Brenna jest bezpieczna i zobaczyć się z Rose. Przetarł dłonią oczy, zaciskając usta mocno, aby przypadkiem nie wydostało się z nich przekleństwo. Nigdy nie wiadomo, czy nie wyskoczy zza donicy jakaś ciotka. Drugą dłonią ściskał wyniesioną przez siebie butelkę z barku w gabinecie, bezczelnie ukradzioną — bo takie zwykle trzymali na specjalne okazje. Był już trochę nietrzeźwy, o czym mogły świadczyć pojawiające się na jego polikach rumieńce. Oparł się wygodniej, pociągnął łyka i spojrzał na bok — wtedy właśnie się zakrztusił, podskakując w miejscu. - Ja pierdole. Znowu? - wychrypiał, czując, jak alkohol dostał mu się w niewłaściwą dziurkę. Przetarł oczy raz jeszcze wolną ręką, odsuwając się na kraniec ławki, jakby zobaczył ducha. Bo trochę tak było. Wariował? Popsuli mu głowę? Konsternacja na twarzy Antka przybrała komicznego rozmiaru, gdy chłopak nieco zbladł i przywarł plecami do desek, a w oczach wymalowało się zrezygnowanie. Może faktycznie za dużo ostatnio pił. - Ile to już lat minęło stary? Gdzie byłeś przez cały ten czas, gdy potrzebowałem sumienia i wskazówek? - zapylał z wyrzutem, zerkając w stronę swoich halucynacji. Nic się nie zmienił przez cały ten czas, tym bardziej młody Borgin był pewien, że tylko obraz podsyłany przez jego umysł, gdy nagromadziło się zbyt wiele emocji i zbyt wiele oczekiwań. Nie miał chyba nowej traumy? A może o tym jeszcze nie wiedział? Westchnął, prychając i roześmiał się zaraz, znów spoglądając w niebo. - Myślałem, że odkąd Ojciec wącha kwiatki od spodu, to już nie zwariuje i nie wrócisz. Życie jest pełne kurwa niespodzianek. To znaczy, że jestem samotny? Zaproponowałbym Ci Burbona, jest naprawdę dobry... Czy wyrzuty sumienia w ludzkiej postaci i poczucie porażki, pije alkohol? Jego pytanie brzmiało całkiem poważnie, pomimo rozbawionego tonu głosu. Zawsze było lepiej śmiać się niż płakać, a przecież nie raz słyszał, że do niczego w życiu nie dojdzie i pochłonie go jakaś cholera. Halucynacje mogły być formą tej właśnie cholery. RE: 04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys - Emrys Borgin - 13.02.2025 Zapomniał, jak wyglądała Szkocja. Kiedy widział ją w ciągu dnia po raz ostatni, ojciec jeszcze żył, a jego skóra pamiętała ciepło opierającego się o horyzont słońca, teraz jedyne światło było jednak wodniste i szare – wokół latarni gromadziły się ćmy, których miękkie skrzydła obijały się o szkło i pozostawiały na nich ślady kruchego pyłku, a wznoszące się w oddali, rozległe wzgórza, za sprawą panującego mroku, wydawały się bardziej ponure niż je zapamiętał. Jedynie rodzinna rezydencja pozostała niezmieniona – wykonana z ciemnego drewna i zimnego kamienia, przypominała ogromne, drapieżne stworzenie, przyczajone pomiędzy wzniesieniami krajobrazu, a on ze zgrozą przypominał sobie jej długie, tunelowe korytarze, zakurzoną podłogę z hebanowego drewna i wiszące pod sufitem, zasuszone głowy, których puste oczodoły spoglądały na niego we śnie. Wspomnienia powracały do niego w ten sam sposób, w jaki ból mógłby powracać w miejsce starej rany, dawno zagojonej, lecz przypominającej o sobie zgrubiałą blizną – pamiętał uszczelniający podłogę dziegieć, który latem rozmiękał i sprawiał, że wnętrze domu pachniało spalenizną i metalem, jak świeżo naostrzony nóż, pamiętał ciężkie brzmienie zaklęć, których nie powinien był słyszeć i nie potrafił przebaczyć, pamiętał ludzi, którzy zamieszkali w posiadłości po śmierci Fergusa, czarodziejów o tych samych wąskich, surowych twarzach, niestworzonych do zdradzania emocji i nieprzyzwyczajonych do uśmiechów. Pamiętał wśród nich chłopca – jedynego niepasującego do życia, które dla niego stworzono. Anthony Borgin wciąż miał tę samą jasną i zmęczoną twarz kogoś, kto pod zuchwałym uśmiechem ukrywał znacznie więcej niż tylko białe zęby, a on z goryczą pomyślał, że robił na nim to samo wrażenie – nadal wydawał mu się jedynie dzieckiem. Skrzywił się, kiedy chłopak się odezwał – jego głos okazał się wulgarny i szorstki, oczy przeszklone po zakrztuszeniu – lecz nie poruszył się z miejsca, stale siedział wyprostowany na jednej z ozdobnych ław, które ustawiono w rodzinnych ogrodach. – Uważasz mnie za swoje sumienie? – twarz miał zwróconą w stronę posiadłości, jej wysokich, rozświetlonych okien i murowanej fasady, która nocą wydawała się tak ciemna, że mógłby pomyśleć, że została wybudowana z szerlitu, ale kącik jego ust drgnął łagodnie, rozbawiony pytaniem. Kiedy rozmawiał z nim po raz ostatni, Anthony nie ukończył jeszcze Hogwartu, a on wciąż był skłonny czuć do niego żal, bo kiedy pochylał głowę i przyglądał się ciału chłopca, które nigdy nie miało szansy przeciwstawić się ciężkiej pięści dorosłego, rozpoznawał w nim siebie – oboje sypiali w tym samym pokoju z wysokim, ciemnym sufitem i spoglądali na świat przez to samo okno, którego zakurzone szyby przyćmiewały barwy nawet pomimo zaklęć. Widział, w jaki sposób Bartholomeus ograbiał go ze wspomnień i sekretów, i czasem, kiedy obserwował, jak Anthony płakał, a jego skóra stawała się sina i tkliwa, wydawało mu się, że czuł, jakby jego serce wciąż biło, spuchnięte gęstą, czerwoną krwią – wyobrażał sobie, że mógłby ocalić go tak samo, jak ocalił siebie i przesuwał językiem po ostrych, zwierzęcych kłach, zanim zniknął w otaczającym posiadłość mroku. Dzisiaj – kiedy patrzył na mężczyznę, którego tętno kołysało się od alkoholu, a głos brzmiał wulgarnie i obco – nie czuł już niczego. – Zmieniłeś się – odparł, kiedy Anthony się roześmiał, a jego ton, choć pozbawiony wyrzutu, niósł w sobie brzemię rozczarowania. – Myślałeś, że możesz wychować się w tym miejscu i zachować czyste sumienie. Może to piękne, ale daremne. Nawet do tego piękna nie jestem przekonany, bo czy to, co głupie, może być piękne? – roześmiał się krótko, ale jego śmiech nie był ani trochę wesoły, nie był życzliwy – był pustym, sztywnym dźwiękiem, który wydawał się mieć swoje źródło znacznie głębiej niż w dole przepony. Jego brwi ściągnęły się ku sobie ostrożnie. – Teraz jesteś dziedzicem. – ocenił, choć jego twarz nie zdradzała dokładnego powodu niezadowolenia, jakie się na niej pojawiło. – Rozcieńczaj swoje myśli sam. Mam w zwyczaju pić co innego. RE: 04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys - Anthony Ian Borgin - 13.02.2025 Anthony czasem zastanawiał się, czy u niego w ogóle przejawiła się "najlepsza wersja siebie" i czy mógł znaleźć w pamięci moment, gdzie otwarcie mógłby być sobą. Rodziny się nie wybierało, pogodził się ze swoją rolą — teoretycznie rzecz jasna — skoro chroniło to jego młodsze rodzeństwo, ale wciąż wierzył, że Stanley powinien nosić sygnet, który tkwił na jego dłoni. Nie rozumiał powodu, dla którego dziadek wybrał akurat jego i myśl, że mogło to być z litości, upychał gdzieś głęboko w sobie. Bo on przecież w ogóle się nie nadawał. Był impulsywny, porywczy i częściej działał sercem, niż głową. Ku niezadowoleniu starszyzny, to nie było jeszcze przesiąknięte złem i czarną magią, nawet jeśli opanował sztukę hipnozy i był komornikiem. Starał się w ostatnich tygodniach, dawał z siebie wszystko, ale czasem emocje potrzebowały znaleźć ujścia i to przybierało różne, mniej lub bardziej zdrowe formy, jak alkohol lub sport. Westchnął, przymykając na chwilę oczy. Nie skupiał się na budynku, który przypominał mu o tym, co ciążyło nad głową, a skupiał się na bezkresnym niebie i ciemniejącym z każdą sekundą horyzoncie. A potem się zakrztusił i zamrugał zaskoczony. Jego systemy obronne działały szybko, obracał niepożądane reakcje w żart lub w bycie bezczelnym. Przyjrzał się znajomej twarzy, której przecież od tak dawna nie widział i pierwszy raz od dawna trochę się wystraszył samego siebie. Bo skoro znów pojawił się obraz jego sumienia, to znaczyło, że nie było z nim tak dobrze, jakby sobie tego życzył. Zwilżył wargi, pozbywając się z nich resztek pitego alkoholu. Nie wiedział, dlaczego jego duchowa część przybrała tak elegancki i spokojny obraz, ale może to był kontrast, który całe życie mu towarzyszył. Wkładał garnitur i też był taki dostojny, a potem zrzucał marynarkę, rozpinał górny guzik koszuli po pozbyciu się krawatu, a diabelskie ogniki tańczyły w jego tęczówkach. - Jeśli zastanawiałbym się głębiej nad tym, czego urzeczywistnieniem jesteś, obawiałbym się nawracającej choroby psychicznej. Czym innym masz być? Zjawiasz się zawsze w momentach, gdy przechodzę jakieś wewnętrzne konflikty lub sobie nie radzę. - odparł z delikatnym wzruszeniem ramion, nie czując w ogóle potrzeby bycia wstrzemięźliwym i ostrożnym w słowach. Znał swoje sumienie lub raczej ono znało jego, widział go w jego słabych momentach, gdy na ciele piętrzyły się rany i siniaki, gdy oczy miał podkrążone od płaczu, do którego za nic nie chciał się przyznać pomimo bycia dzieckiem. - No i przede wszystkim, jesteś taki sam, jak zawsze. Może jesteś odbiciem mojej poważnej części osobowości, która próbuje dojść do głosu i powiedzieć mi, że nie wygram? Gdybał głośno, poprawiając się na drewnianym siedzisku. Szkocki wiatr sprawił, że policzki miał delikatne różowe, a ułożona wcześniej fryzura pogrążyła się w chaosie, przez co kilka brązowych, wijących się delikatnie włosów, spadło mu na czoło. Ignorował je. - Ludzie są jak rzeka, zmieniają się, to prawda. Wolę jednak stwierdzenie, że się dostosowałem. - odparł, odwracając twarz w jego stronę i lustrując bladą twarz wzrokiem, przekręcił głowę na bok. W sumie nic dziwnego, że jego sumienie (oby nie choroba psychiczna) chciało dokonać ponownej oceny. Wiele się zmieniło od ich ostatniego spotkania — był wyższy, silniejszy i bardziej wysportowany. Nie marzył już o Brennie, nie powstrzymywał się w pracy i naprawdę dobrze podrabiał papiery. Osiągnął jakiś sukces, miał przyjaciół i mógłby nawet pozwolić sobie na ekskluzywną kurwę, gdyby chciał. Był jednak gentlemanem, szanował kobiety i ze względu na swoją kryzysową, przypadkową narzeczoną, był naprawdę grzeczny. Nie chciał jej upokorzyć. - Czasem głupie rzeczy nie są aż tak głupie, jak się wydają, bo okazują się działać, wiesz o tym? - prychnął, wywracając oczami i pociągnął krótki łyk, aby zaraz odstawić butelkę na bok. Co za bezczelny typ, niewątpliwie mieli ze sobą coś wspólnego i to w większym stopniu, niż łóżko i okno. - Nadal jestem tym zaskoczony. Mają lepszy wybór, niż ja. - zauważył, zerkając mimowolnie na sygnet. Nie lubił go, biżuteria czasem zdawała się palić mu skórę i przypominać o tym, co powinien robić i jednocześnie o porzucaniu tego, co chciał robić. Było to słodko gorzkie, a on był idiotą, bo praktycznie go nie zdejmował. Nawet jeśli go nie chciał. - A co pijasz? Śmietankę z moich zwykle.. hmm, pozostawiających wiele do życzenia decyzji? Czy może likier z bezczelności? Niech zgadnę, pojawiłeś się tu przez moje teatralne zaręczyny z Rosie i to, jak popsuły plany? Mam większe wyrzuty sumienia, niż myślałem? Wskazał na niego palcem w naturalnym geście oburzenia, a potem zaśmiał się i pokręcił głową, przeklinając brzydko pod nosem. Odechciało mu się jakoś pić, ale dłonie instynktownie zaczęły błądzić po odzieniu w poszukiwaniu kieszeni i schowany tam papierosów. - Wyglądasz, jakbyś był mną bardzo rozczarowany. Tak, jak ja czasem, gdy patrzę na swoje odbicie. RE: 04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys - Emrys Borgin - 23.02.2025 Za każdym razem, kiedy odwiedzał Szkocję, wydawało mu się, że rezydencja Borginów przypominała stawonoga – czarnego pająka o długich kończynach i jadowitych szczękach – zastygłego w kropli żywicy. Ciemny kamień, z którego wzniesiono przednią ścianę, miał tę samą barwę dymu i wilczej sierści, a rozświetlone od wewnątrz okna przywodziły na myśl lśniące, zwierzęce oczy – wzdłuż północnego muru wciąż piął się krzew róży, której czerwone płatki opadały kiedyś na parapet w sypialni jego matki, a ona zbierała je i ukrywała pomiędzy stronami grubych książek, aby zaschły tam niczym rdza, choć wątpił, aby była to wciąż ta sama roślina, sto dwadzieścia lat wydawało się być zbyt długim czasem na życie jakiejkolwiek istoty, nawet centyfolii. Rozpoznawał balkon ze zdobioną, żelazną balustradą, na którym kiedyś ojciec zamknął go na noc, przekonany, że chłód nauczy go posłuszeństwa, jak gdyby był psem, którego można było zatrzasnąć na noc w budzie, aby zrozumiał, jak ciepłe było łóżko, z którego go wypędzono, rozpoznawał okno, za którym kiedyś znajdował się jego dziecięca sypialnia – wysoki sufit i podłoga z ciemnego hebanu – gdzie kroki idącego korytarzem Cyrila zawsze niosły się echem, strasząc go we śnie, rozpoznawał rosnące w ogrodzie olchy, którym jesienią obcinano gałęzie, a drewno, czerwieniejące po odrąbaniu, wyglądało, jakby krwawiło. Z ponurym niezadowoleniem zdawał sobie sprawę, że w posiadłości nie było nic zaskakującego – gdyby zamknął oczy i wybrał w myślach jeden z długich, ciemnych westybuli, a następnie dowolny pokój znajdujący się na piętrze, mógłby przebyć w wyobraźni łączącą je drogę, precyzyjnie odnotowując w pamięci drzwi, przez które musiałby przejść, skręty w prawo i w lewo, obrazy na ścianach i kamienne posągi, zgarbione u szczytu schodów. Budynek był ten sam, zmienili się jedynie ludzie, którzy go zamieszkiwali – wątpił, aby była to zmiana na lepsze. Przyglądał się twarzy Anthony’ego z milczącą satysfakcją, która dopiero po chwili, bardzo powoli, przeobraziła się w rozdrażnienie – emocje chłopaka wciąż wydawały mu się dziecięce i nieupilnowane. Podobne doświadczenia powinny były uczynić ich podobnymi ludźmi, lecz podczas gdy on zawsze nadawał swojej złości znamiona przemyślanej metodyki, działając porywczo, ale nieprzypadkowo, Anthony sprawiał wrażenie, jakby nie miał siły udźwignąć ciężaru swoich myśli i wspomnień, które wypowiadał przed nim tak otwarcie, jakby rozmawiał ze swoim odbiciem w lustrze. – Mam dobre wyczucie czasu. – odparł łagodnie, a kąciki jego ust uniosły się w subtelnym wyrazie czegoś, co przypominało uśmiech, lecz w rzeczywistości niezupełnie nim było. – Zabawne. Ty wydajesz się być zupełnie inny niż zawsze. Ile lat minęło? – nie był pewien – kiedy widział Anthony’ego po raz ostatni, był jeszcze dzieckiem, lecz miał te samo, lekko wilgotne oczy i charakterystyczny uśmiech, który wydawał się poszukiwać sobie miejsca pomiędzy jego wargami, jak wyciągający się na słońcu kocur. – Urodzenie się jako najstarszy z rodzeństwa to ogromne nieszczęście. Wszyscy wiedzą, że jako pierwszy poniesiesz porażkę. – skrzywił się ostrożnie, jakby na wspomnienie własnego dzieciństwa, wąskiego i długiego jak trumna, dorastającego w cieniu Fergusa podobnie jak wysuszone głowy, zawieszone pod sufitem rodzinnej posiadłości – pragnął opuścić to miejsce wiele razy, jako dziecko, kiedy wybiegał przez drzwi w nocnej koszuli, szytej z cienkiej satyny i kaleczył stopy o gałęzie głogu i jako dorosły, powracając spojrzeniem do krętych korytarzy, lecz wciąż nie mogąc spojrzeć w twarz własnemu ojcu. – Więc dlaczego nadal go nosisz? – spojrzał wymownie na sygnet, wsunięty na jego serdeczny palec i odchylił lekko głowę, wpatrując się w ciemne niebo, na skutek mgły prawie zupełnie pozbawione gwiazd. – Prawda rzadko jest przejrzysta i nigdy nie jest prosta. Dobrze jest słyszeć, że Bartholomeus zmarł. Ludzie zazwyczaj nie mają najmniejszej wiedzy o tym, jak żyć i tym bardziej nie wiedzą, kiedy należy umrzeć – odpowiedział, po czym przez chwilę przyglądał się chłopakowi w milczeniu, jakby ważył w myślach słowa – jego lub swoje własne. Pomiędzy zarastające ogród krzewy wgryzał się zimny, północny wiatr i chociaż poczuł go na twarzy i we wgłębieniu szyi, jego skóra pozostała blada i w przyćmionym świetle latarni barwą przypominała księżyc. Pokręcił głową na boki, unosząc przy tym krawędzie ust do subtelnego uśmiechu, po raz pierwszy tej nocy zdradzającego szczere rozbawienie, które przerodziło się w krótki, pusty dźwięk, kołyszący się na krawędzi śmiechu, kiedy odchylił głowę. – Krew – odparł. – Piję krew. RE: 04.09.1972 | Cruel Summer | Anthony & Emrys - Anthony Ian Borgin - 11.03.2025 Ten dom był bestią, która wewnątrz wiele potworności. Za zamkniętymi drzwiami ze szlachetnego dębu czaiły się zachłanność, chęć zdobycia władzy, brutalność i cała sterta zdeptanych marzeń. Nie przyjeżdżał tu chętnie — był tu, bo musiał. Bo takie dostał zasrane obowiązki i próba przekonania dziadka, że to Stanley lepiej nadawał się do tej roli, okazała się bezskuteczna. Przegrał wojnę o własną wolność i ciasne ramiona oplątywały się dookoła niego, dusząc. Wcale mu się to nie podobało. Dlatego pewnie uciekł z butelką, siadając plecami do posiadłości. Lepiej było spoglądać w ciemność malującą się przed oczami niż złowrogie światła z wysokich okien. Nie przyszło mu do głowy zastanowić się nad tym, dlaczego jego sumienie właściwie nie jest lustrzanym odbiciem — no, może nieco poważniejszym i bardziej ponurym, ale wciąż posiadającym jego twarz. Wewnętrzne demony Anthonyego zdawały się bić inne, rozczarowane tym, co sobą prezentował w sposób podobny do ojca. Starał się na tym nie skupiać, nie popadać w paranoje. Gdzieś w głębi siebie wiedział, że broń dawno wypadła już z dłoni i niewiele mógł zrobić poza zaakceptowaniem swojej sytuacji i dostosowaniem się do roli, ale zwyczajnie nie potrafił. Był w tym wszystkim zagubiony, a cała ta presja i oczekiwania zaciskały się na jego ramionach, niczym ciągnące go na dno ciężary. Był po prostu uparty. Popsuty. - Tak, to jedna z naszych najmocniejszych cech. Nigdy się nie spóźniamy, nigdy nie jesteśmy zbyt wcześnie.. Zawsze pojawiamy się wtedy, gdy powinniśmy. - zauważył lekko z niejaką dumą, bo niewielu młodych czarodziejów w dzisiejszych czasach znało się na zegarkach i kulturze osobistej. W całym swoim chaosie Tosiek nie lubił braku szacunku dla cudzego czasu, co wzięło mu się pewnie z pracy. Każda minuta komornika była cenna, można było przekuć ją w zysk i znaleźć dobrą inwestycję. Oczywiście pieniądze nie mogły zamieść pod dywan całego jego burdelu emocjonalnego, ale przynajmniej umilały mu życie. - Jestem po prostu zmęczony, stary i nie wiem, co ja tu robię. Za długo mój przyjacielu, powinieneś pojawić się wcześniej. - uśmiechnął się w jego kierunku, powstrzymując chęć szturchnięcia go ramieniem. Gdyby ktoś widział, że trąca niewidzialnego człowieka na ławce, wysłaliby go placówki psychiatrycznej. Monolog z samym sobą mógł jeszcze wytłumaczyć, chociażby alkoholem. - Nie tylko porażka jest tu przytłaczająca. Poczucie, że jeśli mi się nie uda, to mój brat lub siostra zajmą moje miejsce i stracą swoją wolność, jest znacznie gorsza. Dlatego właśnie, jako najstarszy, muszę ich chronić. Powinienem ich chronić, ale chyba jestem w tym kiepski. Ale Ty o tym już wiesz. - spojrzał na niego, odstawiając na bok butelkę, z której pociągnął wcześniej jeszcze jednego łyka. Wszystko dla rodziny, zawsze należało stawiać ród i jego dobro na pierwszym miejscu, a przynajmniej tak mu od dziecka wmawiano. Zerknął na pierścionek, prychnął i zakręcił nim na palcu, mając zaciśniętą delikatnie pięść. - Bo to moje kajdanki, moja odpowiedzialność. Jak to zdejmę, jaki ze mnie będzie Borgin, a przede wszystkim brat? Co pomyśli o mnie Stanley, matka lub dziadek? Że stchórzyłem, że jestem egoistą i wybrałem siebie, za co inni będą płacić. Miałem nadzieję, że dostanę ten pierścionek bliżej czterdziestki. Może wtedy byłby mądrzejszy, gotowy. Nie myślałby o jeżdżeniu motorem bez celu, o kobietach w klubie, o unikaniu małżeństwa i unikaniu założenia rodziny. Nie myślałby już wtedy o Brennie, a Rosie byłaby szczęśliwą żoną przyzwoitego czarodzieja i nie byłaby już jego odpowiedzialnością. Z drugiej strony, może wcale nie będzie mu dane do tej czterdziestki dożyć? Westchnął, przesuwając wolną dłonią po policzku i włosach, które nieco zmierzwił, kolejny raz wyzywając nałożony na nie żel. Na komentarz o ojcu zaśmiał się wesoło, przenosząc spojrzenie gdzieś na przestrzeń przed sobą. - Nie był tu nikomu potrzebny i faktycznie, mógłby zdecydować, się umrzeć wcześniej. Krew. Jedno słowo sprawiło, że odwrócił w jego stronę głowę i uniósł brwi, jednak na ustach wciąż malował mu się uśmiech. Trochę niedowierzający, trochę przestraszony. Jak bardzo był chory psychicznie, skoro jego sumienie piło krew? Nie wódkę, nie burbon, nie piwo i nawet nie tą jebaną herbatę?! Zamrugał, przekręcając głowę na bok i uniósł dłoń, wskazując palcem na szyję. - To może e... Chcesz się ze mną napić? A takim dobrym alkoholem wzgardził. Wiedział, że sumienie nie zrobi mu krzywdy, bo umarłoby razem z nim i najpewniej miał po prostu urojenia. Czemu więc nie bawić się w grę z własną głową i nie dać jej tego, czego potrzebowała, aby uczcić spotkanie po latach? |