– Głośny, jasny, ciągle w biegu – zaczęła wymieniać. – Łatwo się tam zgubić, chociaż jest tam kilka miłych kawiarni – uśmiechnęła się leciutko na wspomnienie kilku z nich, które odwiedziła tam z różnymi osobami. – Na Pokątnej pracuje moja znajoma, od niej kupuję eliksiry – potrzebne jej do pracy jako uzdrowiciel rzecz jasna. Sama nie była biegła w sztuce eliksirów, więc musiała polegać na innych.
Och nie, zdecydowanie nie chciała, by Cathal myślał o niej tak źle, jak właśnie to czynił. Nawet nie podejrzewała, nie przyszłoby to do jej głowy w najgorszych koszmarach, że mógłby ją wziąć za zdrajczynię, która zasadza się na jego dorobek pracy, naukowy i kierowniczy, gdy całkowicie świadomie oddawała mu pola i wolała stać gdzieś z boku i nie pchać się do gazet, gdy opisywano w Proroku ich znalezisko. Nie potrzebowała w Anglii rozgłosu, wolała wiedzieć, poznanie tajemnic i sekretów w zupełności jej wystarczało. Cathal mógł wrócić do Walii, by przeszukać jej namiot, ale nie znalazłby tam niczego ją obciążającego, bo rzeczywiście niczego nie planowała. Specjalnie dla nich przyjechała tu z samego Egiptu, przeniosła się, by móc z nimi pracować… A inni pracownicy… Pewnie nie powiedzieliby mu nic nadzwyczajnego; ot – że czasami zakrada się do nich pod postacią kota, albo robi nieszkodliwe żarty, tu kogoś zaczepi, tam namąci, zaśmieje się i poczęstuje w ramach rekompensaty kawą – a w obozie chyba wszyscy znali jej zdanie na tę lurę, jaką robiono w Anglii. Czasami komuś powróżyła, czasami znikała na kilka dni – ale było wiadome, że wracała odwiedzić swoich dziadków… no i tyle.
– Może… Może masz racje, może to jakaś romantyczna wizja, w której takie stwory miały nie być dla nich takie straszne, a później zrobili z tego bajkę – nie miała w tym żadnego drugiego dna, ot rozmowa o mugolach i wampirach. Przez myśl jej nie przeszło, że jej zwyczajowa paplanina była jak podatny grunt dla oblepionego czernią Cathala.
– Rozumiem… Ale pomarzyć zawsze można, prawda? Że nie każda relacja w tamtym świecie jest jedynie transakcją biznesową i do głosu mogą dojść jakieś uczucia. Tego im z całego serca życzę – uśmiechnęła się, bo naprawdę nie życzyła źle Vesperze i jej wybrankowi. Może dzieci scementują ten związek, połączą ich… Bo zakładała, że to jednak o to chodzi. A jeśli tak, to może ich relacja nie była z góry ustalona i się przynajmniej lubili.
– Chyba tak – powiedziała, odwracając się na chwilę w stronę, którą ciągle szli, ale westchnęła cicho, przyznając… porażkę. To na szczęście nie był żaden konkurs, zupełnie nie myślała o tym teraz w tych kategoriach. Westchnięcie było też cichym smutkiem, że Cathal puścił jej dłoń, a ten dotyk był przecież tak miły… – Tak, chyba tak – zgodziła się i powtórzyła, odwracając się w drugą stronę. – Ale ja i tak zostanę na brzegu jak wrócimy. Chciałam zobaczyć wschód słońca – to nie była żadna tajemnica.