04.04.2024, 21:43 ✶
Odnotowywała wszystkie informacje, swoim starannym charakterem pisma – przeczącym wszystkim stereotypom o paskudnie piszących lekarzach. Eliksir Słodkiego Snu przyjmowany raz w tygodniu wymagał ostrożności z niektórymi specyfikami, a sierść pufków była składnikiem przynajmniej kilku mikstur: na szczęście żadna z nich nie była niezbędna w przypadku łamania klątwy.
– Żeby mieć pewność w tym względzie, będę musiała sprawdzić samą lalkę, panie Petrov – odpowiedziała Florence, dopiero chwilę po tym, jak zadał swoje pytanie, bo była zajęta uzupełnianiem ostatniej rubryki: z opisem przypadku, z jakim pojawił się tego dnia. Gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że lalka wciąż mogła „zarażać” kolorami, nie zamierzała jednak wydawać osądu na wyrost. To że tak było w przypadku innego przedmiotu, prawdopodobnie z kolekcji tej samej kobiety, na który Florence się natknęła, nie oznaczało, że na tym nie mogła ciążyć podobna, ale mimo wszystko inna klątwa. – Niewykluczone, że będę musiała przełamać również klątwą ciążącą na niej. Najpierw jednak zajmiemy się panem – poinformowała, podnosząc się z miejsca. Była nieświadoma, jakie plany snuł Nikolai odnośnie wysyłania przeklętej zabaweczki w rodzinne strony: gdyby się nimi podzielił, z całą pewnością nie omieszkałaby ze zjadliwą uprzejmością poinformować go, że jest idiotą (rzecz jasna nie takimi słowy), skoro planuje wysyłki międzynarodowe przedmiotów, na których ciążyło przekleństwo.
Cóż, Florence Bulstrode bywała miękka, ale tylko wobec własnej rodziny i najbliższych przyjaciół. Wobec innych bywała chłodna lub złośliwa.
Bulstrode podeszła do jednej z szafek, a gdy ją otworzyła, ukazały się półki, zastawione pudełkami, ustawionymi tak równo, że można by podejrzewać, że ktoś uporządkowywał je z centymetrem w rękach. Florence wyjęła jedną z nich, a z tej z kolei – wydobyła świeczkę. Rzecz jasna nie taką zwykłą, a posiadającą magiczne właściwości. Łamanie niektórych klątw wymagało odpowiednich komponentów. Chwilę później świeczka została umieszczona na specjalnym stojaku i odpalona zaklęciem.
– Proszę się przez chwilę nie ruszać. Unieść nieco dłonie. Gdyby poczuł pan pieczenie albo zawroty głowy, natychmiast mnie poinformować – wyliczyła Bulstrode, a potem machnęła różdżką, raz i drugi, a dym ze świeczki, posłuszny zaklęciu, skierował się we wskazaną różdżką stronę: czyli ku Nikolaiowi. Otoczył jego dłonie, a Florence wyszeptała inkantację. Magia niewerbalna z pewnością była przydatna, przy łamaniu klątw uzdrowicielka wolała jednak stawiać na precyzję, a wypowiedzenie zaklęcia na głos niekiedy pomagało.
Dym poruszał się, przemykał między palcami, oplótł nadgarstki. Ziołowy zapach wwiercał się w nozdrza, a choć cichy głos Florence docierał do uszu, to nie mówiła dość głośno, aby chłopak mógł usłyszeć inkantację. Ledwo minutę później kolejne machnięcie różdżki zlikwidowało dym i wygasiło świecę: a skóra Nikolaia odzyskała normalny kolor.
– Proszę pokazać dłonie – zarządziła magomedyczka, podchodząc bliżej. Z kieszeni fartucha wydobyła rękawiczki. – Laleczka jest w kieszeni? Niech pan jej nie dotyka, wyjmę ją zaklęciem.
– Żeby mieć pewność w tym względzie, będę musiała sprawdzić samą lalkę, panie Petrov – odpowiedziała Florence, dopiero chwilę po tym, jak zadał swoje pytanie, bo była zajęta uzupełnianiem ostatniej rubryki: z opisem przypadku, z jakim pojawił się tego dnia. Gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że lalka wciąż mogła „zarażać” kolorami, nie zamierzała jednak wydawać osądu na wyrost. To że tak było w przypadku innego przedmiotu, prawdopodobnie z kolekcji tej samej kobiety, na który Florence się natknęła, nie oznaczało, że na tym nie mogła ciążyć podobna, ale mimo wszystko inna klątwa. – Niewykluczone, że będę musiała przełamać również klątwą ciążącą na niej. Najpierw jednak zajmiemy się panem – poinformowała, podnosząc się z miejsca. Była nieświadoma, jakie plany snuł Nikolai odnośnie wysyłania przeklętej zabaweczki w rodzinne strony: gdyby się nimi podzielił, z całą pewnością nie omieszkałaby ze zjadliwą uprzejmością poinformować go, że jest idiotą (rzecz jasna nie takimi słowy), skoro planuje wysyłki międzynarodowe przedmiotów, na których ciążyło przekleństwo.
Cóż, Florence Bulstrode bywała miękka, ale tylko wobec własnej rodziny i najbliższych przyjaciół. Wobec innych bywała chłodna lub złośliwa.
Bulstrode podeszła do jednej z szafek, a gdy ją otworzyła, ukazały się półki, zastawione pudełkami, ustawionymi tak równo, że można by podejrzewać, że ktoś uporządkowywał je z centymetrem w rękach. Florence wyjęła jedną z nich, a z tej z kolei – wydobyła świeczkę. Rzecz jasna nie taką zwykłą, a posiadającą magiczne właściwości. Łamanie niektórych klątw wymagało odpowiednich komponentów. Chwilę później świeczka została umieszczona na specjalnym stojaku i odpalona zaklęciem.
– Proszę się przez chwilę nie ruszać. Unieść nieco dłonie. Gdyby poczuł pan pieczenie albo zawroty głowy, natychmiast mnie poinformować – wyliczyła Bulstrode, a potem machnęła różdżką, raz i drugi, a dym ze świeczki, posłuszny zaklęciu, skierował się we wskazaną różdżką stronę: czyli ku Nikolaiowi. Otoczył jego dłonie, a Florence wyszeptała inkantację. Magia niewerbalna z pewnością była przydatna, przy łamaniu klątw uzdrowicielka wolała jednak stawiać na precyzję, a wypowiedzenie zaklęcia na głos niekiedy pomagało.
Dym poruszał się, przemykał między palcami, oplótł nadgarstki. Ziołowy zapach wwiercał się w nozdrza, a choć cichy głos Florence docierał do uszu, to nie mówiła dość głośno, aby chłopak mógł usłyszeć inkantację. Ledwo minutę później kolejne machnięcie różdżki zlikwidowało dym i wygasiło świecę: a skóra Nikolaia odzyskała normalny kolor.
– Proszę pokazać dłonie – zarządziła magomedyczka, podchodząc bliżej. Z kieszeni fartucha wydobyła rękawiczki. – Laleczka jest w kieszeni? Niech pan jej nie dotyka, wyjmę ją zaklęciem.