23.11.2022, 11:57 ✶
Triumfalny uśmiech zamajaczył na jego wargach, gdy powrócił z Lorettą z ogrodu; udało mu się dopiąć swego. Mogła nosić się jak kurtyzana i malować kokieteryjną czerwienią swe usta - ostatnie przebłyski wolności, zanim za kilkanaście tygodni wsunie jej obrączkę na palec. Wstrzymał się jednak z ogłoszeniem wstępnej daty ślubu reszcie rodziny. Wolał poczekać na odpowiedniejszy moment, bardziej spektakularny, gdy wszystkie pary oczu skupić mogły się na jego sylwetce. Zgiełk związany z rozpoczęciem polowania nie sprzyjał zdobywaniu atencji.
Do tego sparowano go z siostrą, zupełnie tak, jakby limit godnych i myślących partnerów został wyczerpany. Z drugiej strony, lepsza Geraldine niż Fletcher. Jeszcze raz, kto go tu zaprosił?
— Zaczekaj, mam coś dla ciebie — mówiąc to uniósł do góry dłoń, aby przywołać skrzata, który wszedł do salonu z nakrytym ściereczką koszem, z którego to wnętrza wydobywały się piskliwe dźwięki. Leander zdął z niego nakrycie i wyjął szczeniaka wyżła weimarskiego z czerwoną kokardką zawiązaną u szyi. — Jeszcze raz, wszystkiego najlepszego siostrzyczko.
Nawet nie mrugnął, gdy zasugerowała mu niezgrabność w obchodzeniu się z bronią - miał zbyt dobry humor po rozmowie z Lorettą. Poza tym, to, że w przeciwieństwie do niej, używał w swej pracy mózgu i myślał racjonalnie (myśli - coś, czym twarz Geraldine pozostawała nieskalana) nie oznaczało, że nie nie umie wykazać się umiejętnościami praktycznymi. Zresztą, to ona miała być od brudnej roboty. Leander zawsze mógł użyć swych zdolności jasnowidzenia, by przewidzieć, gdzie będzie zwierzyna. A przynajmniej tak wszystkim wmawiał, pomijając zgrabnie fakt, że wizje przychodziły i odchodziły niezależnie od niego.
Bez wahania zabrał więc ze sobą kuszę i sztylet; dwa ulubione narzędzia do zadawania śmierci, nie licząc własnych rąk.
— Jesteśmy najbardziej trzeźwi ze wszystkich — oświadczył ze znużeniem, wstępując na rozmokłą po zimie ściółkę — Upolujmy jakiegoś dzika i wracajmy, zanim reszta się pozabija.
Do tego sparowano go z siostrą, zupełnie tak, jakby limit godnych i myślących partnerów został wyczerpany. Z drugiej strony, lepsza Geraldine niż Fletcher. Jeszcze raz, kto go tu zaprosił?
— Zaczekaj, mam coś dla ciebie — mówiąc to uniósł do góry dłoń, aby przywołać skrzata, który wszedł do salonu z nakrytym ściereczką koszem, z którego to wnętrza wydobywały się piskliwe dźwięki. Leander zdął z niego nakrycie i wyjął szczeniaka wyżła weimarskiego z czerwoną kokardką zawiązaną u szyi. — Jeszcze raz, wszystkiego najlepszego siostrzyczko.
Nawet nie mrugnął, gdy zasugerowała mu niezgrabność w obchodzeniu się z bronią - miał zbyt dobry humor po rozmowie z Lorettą. Poza tym, to, że w przeciwieństwie do niej, używał w swej pracy mózgu i myślał racjonalnie (myśli - coś, czym twarz Geraldine pozostawała nieskalana) nie oznaczało, że nie nie umie wykazać się umiejętnościami praktycznymi. Zresztą, to ona miała być od brudnej roboty. Leander zawsze mógł użyć swych zdolności jasnowidzenia, by przewidzieć, gdzie będzie zwierzyna. A przynajmniej tak wszystkim wmawiał, pomijając zgrabnie fakt, że wizje przychodziły i odchodziły niezależnie od niego.
Bez wahania zabrał więc ze sobą kuszę i sztylet; dwa ulubione narzędzia do zadawania śmierci, nie licząc własnych rąk.
— Jesteśmy najbardziej trzeźwi ze wszystkich — oświadczył ze znużeniem, wstępując na rozmokłą po zimie ściółkę — Upolujmy jakiegoś dzika i wracajmy, zanim reszta się pozabija.