- Trudne życie, wiem. To straszne brzemię, ale ktoś musi je dźwigać. - Odparłem lekko, bez cienia skruchy, pozwalając, żeby w moim głosie wybrzmiała ta znajoma pewność siebie, którą tak chętnie mi wytykała. - Na szczęście mam szerokie barki i wyjątkowy talent do noszenia rzeczy, które innych by przygniotły. - Kącik ust drgnął mi lekko, ale tym razem nie było w tym tylko próżnej wiary we własną zajebistość, było również coś bardziej osobistego - coś, co przemknęło i zniknęło, zanim ktokolwiek zdążyłby to złapać, a przynajmniej taką miałem nadzieję... - Nie wyobrażasz sobie, co by się stało, gdybym nagle przestał. - Nie odrywałem od niej wzroku, obracając butelkę między palcami i pozwalając, żeby to zdanie zawisło gdzieś między nami, odrobinę za długo, jakbym sprawdzał, czy złapie to, co było pod spodem, czy zostanie na powierzchni, gdzie wszystko było łatwiejsze, jak większość znanych mi ludzi.
Przechyliłem głowę odrobinę, przyglądając jej się z tym półuśmiechem, który balansował gdzieś między rozbawieniem a czymś bardziej celowym. Nie odwracała wzroku, nigdy tego nie robiła, i właśnie dlatego ta gra zawsze miała sens, jej kolejne słowa tylko pogłębiły ten cień rozbawienia, który utrzymywał się u mnie uparcie, nie mając zamiaru ustąpić. „Szczęśliwi butelek nie liczą” - powtórzyłem w myślach, smakując to zdanie przez moment, zanim odpowiedziałem.
- Głupi nie liczą niczego. Ani butelek, ani całej reszty. Szczęśliwi wiedzą, na co mogą sobie pozwolić. - Poprawiłem ją spokojnie, unosząc minimalnie brew, i pokręciłem głową z tym znajomym, lekkim niedowierzaniem, które zawsze pojawiało się u mnie wtedy, kiedy próbowała mnie „ustawić” w ramie, którą sama sobie wymyśliła - w końcu sam także wolałem wiedzieć, gdzie leżała granica, nawet jeśli miałem zamiar ją zignorować, nigdy nie robiłem z tego wielkiej tajemnicy.
- Martwiłbym się, gdybym był w łaskach. - Rzuciłem lekko, podchwytując jej ton bez wysiłku. - Twoja galeria chwały brzmi jak miejsce, z którego zatrważająco łatwo się nieświadomie wypisać. - Uniosłem brew, ale nie czekałem na odpowiedź - nie była mi ona potrzebna, to nie była rozmowa o faktach, tylko o tym, kto szybciej wyłapie, gdzie kończy się ironia, a zaczyna coś bardziej niewygodnego. Przesunąłem się trochę, robiąc w trawie miejsce obok siebie, bez przesadnego gestu, bez zapraszającego machnięcia ręką, po prostu poruszyłem się tak, jakby to było oczywiste, że zrobiona przeze mnie przestrzeń powinna tam być.
- Haczyk? - Powtórzyłem, unosząc kącik ust, prychnąłem cicho na ten „dzień dobroci dla zwierząt”, kręcąc lekko głową, jakby naprawdę mnie to rozbawiło - i przez moment tak właśnie było - ta stara, znajoma dynamika wracała bez pytania, bez zaproszenia, wślizgiwała się między słowa jak coś, czego oboje nie potrafiliśmy się oduczyć. - Myślisz, że każda rzecz, którą robię, musi mieć drugie dno? - Przechyliłem głowę lekko w bok, przyglądając się jej teraz już całkiem otwarcie, bez udawania, że to tylko przelotne zainteresowanie. - To trochę smutne, nawet jak na ciebie. - Nie było w tym jednak jadu, raczej coś bliżej prowokacji, która miała ją pociągnąć jeszcze kawałek dalej, w głąb naszej wymiany zdań, zamiast całkowicie ją odepchnąć. - Zaczynam się zastanawiać, czy to ja jestem problemem, czy twoja wyobraźnia.
Przekręciłem się trochę bardziej w jej stronę, opierając ciężar wygodniej, ale nadal nie wstając - mimo zrobienia miejsca obok siebie, nie skracałem dystansu, zostawiałem go dla niej - na moment uciekłem wzrokiem do tych stokrotek, które wciąż miała za uchem, zatrzymałem się na nich odrobinę za długo, zanim wróciłem do jej oczu.
- Ale to tylko butelka - dodałem swobodnie - nie propozycja małżeństwa, paktu, nie podstęp, nie początek mojego wielkiego planu zniszczenia twojego życia. To tylko alkohol, nie umowa z diabłem. - Wzruszyłem ramieniem, zerkając na nią z boku, spod ronda kapelusza. - Chociaż rozumiem, że w twoim przypadku granica może być cienka. - Kącik ust uniósł mi się minimalnie, ale tym razem bez tej ostrej krawędzi, wyciągnąłem rękę jeszcze raz, tym razem trochę niżej, mniej demonstracyjnie, jakby to nie było coś, co można było jej narzucić, tylko coś, co może mogło… Po prostu być. - Nie ma haczyka. - Zadeklarowałem w końcu, spokojnie, bez ironii, która aż się prosiła, żeby ją tam wcisnąć. - Gdyby był, już byś go znalazła. Nie sądzisz? - To było bliżej prawdy, niż chciałem przyznać. Przez sekundę wszystko było dokładnie takie, jak powinno - ostre, równe, przewidywalne w swojej nieprzewidywalności. A potem… Odpuściłem.
Nie demonstracyjnie - to nie było coś, co się ogłasza - po prostu jakiekolwiek napięcie gdzieś się rozeszło, jakby ktoś poluzował niewidzialną linę między nami. Oparłem butelkę wygodniej o udo i przez chwilę przyglądałem się jej w ciszy, tej prawdziwej, nie tej wypełnionej kolejną ripostą.
- Spokojnie, nie planuję cię oswoić. - Rzuciłem z tą lekką nutą, która zawsze była najprostsza do wciśnięcia między całkiem poważne słowa, mierząc ją spojrzeniem, jakbym właśnie podsumował coś oczywistego. - Za dużo roboty, za mały zwrot z inwestycji. - Tym razem nie było w tym złośliwości, to było coś bliżej… Znajomości specyfiki naszej relacji, ale bez oskarżenia, coś jak obserwacja, którą właśnie sobie uporządkowałem. Nie ruszyłem się z miejsca, nie skracałem dystansu, nie próbowałem niczego wymusić, po prostu trzymałem tę butelkę między nami, jak coś zaskakująco neutralnego. Przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, po czym odchyliłem głowę lekko do tyłu, pozwalając, żeby słońce znowu uderzyło mnie w twarz, przez chwilę wyglądało to tak, jakbym całkowicie stracił zainteresowanie stojącą przede mną dziewczyną, zupełnie tak, jakbym wrócił do swojego wcześniejszego stanu - tego samego błogiego nicnierobienia, które tak bardzo ją irytowało.
- Możesz ją wziąć i iść dalej mnie nie znosić. - Dodałem w końcu, wracając wzrokiem do niej i jej kwiatków za uchem. - Jedno drugiego nie wyklucza. - Zauważyłem, bo przecież nie kazałem nikomu siadać, zrobiłem tylko trochę miejsca, to wcale nie oznaczało, iż miałem do jakieś konkretne oczekiwania. - Masz pewnie ciekawsze plany. Ambitniejsze. - Dorzuciłem zaraz potem, z powrotem sięgając po tę znajomą, zaczepną nutę - Albo możesz dalej stać i próbować znaleźć w tym sens. Też bardzo w twoim stylu. - Przerwałem na moment, jakby dając Prudence przestrzeń na odmowę, którą oboje potrafiliśmy przewidzieć, przekrzywiłem głowę lekko, przyglądając się jej uważniej, jakbym szukał tam czegoś konkretnego, czego nie chciała jeszcze pokazać. Przesunąłem spojrzeniem jeszcze raz po twarzy Prue, zatrzymując się na moment przy tych wszystkich drobnych grymasach, na napięciu, które próbowała ukryć pod kontrolą. Zawsze była w tym dobra… Zawsze trochę za dobra... Zawiesiłem na niej wzrok na ułamek sekundy dłużej, niż było to wygodne, po czym spojrzałem gdzieś obok, na linię trawy poruszającej się lekko pod wpływem tego ledwie wyczuwalnego ruchu powietrza - coś w tym obrazie było uporczywie spokojne, wręcz nienaturalnie spójne, ale nie potrafiłem uchwycić dlaczego. Albo może nie chciałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)