Siedział w szatni i bolała go głowa. Cholera, miał wrażenie, że kończył w ten sposób trochę za dużo razy, chociaż nie można było wciąż nazwać tego nawykiem. Całe szczęście. Tym razem jednak, nie był tylko na kacu, a dodatkowo na twarzy barwiły się pięknie siniaki. Tam gdzie uderzył Rosier, został znak i może nie przeszkadzałoby to aż tak Atreusowi, gdyby nie praca i leżąca obok niego kurtka munduru, przypominająca o sobie. Brenna co prawda dała mu maść, ale ta nie dała rady poradzić sobie ze wszystkim i głębsze znamiona wciąż były wyraźne. Był też nieco opuchnięty.
Przyszli do pracy z Brenną razem, biorąc pod uwagę okoliczności, ale Longbottom zdążyła właśnie wybiec z szatni, kierując się do Biura Brygady Uderzeniowej. Zamiast niej, w zasięgu wzroku Atreusa pojawiła Victoria i zamierzał tę sytuację absolutnie wykorzystać, bo to nie mogło być tak że go lano za darmo po mordzie i to z jej powodu. Znaczy pewnie gdyby była to jakaś sytuacja honoru i by go musiał bronić, no to jeszcze.
— Żono moja przyszła, serce moje, twój chłop jest stuknięty — poinformował ją poważnym tonem, spoglądając na nią ze swego miejsca i wyglądając trochę marnie. Zmęczony, z nieco zauważalnymi sińcami pod oczami, dobrze ze Brenna miała w drzewie genealogicznym nazwisko Potter i znalazła się w jej domu Ulizanna, bo inaczej jeszcze byłby pewnie rozczochrany. — Kompletnie i bezgranicznie, bo postanowił wczorajszego wieczoru bić się ze mną w Fontannie Szczęśliwego Losu, a ja musiałem go uświadomić, że to bardzo zły pomysł bo nie chciał dać sobie spokoju. Wywalili nas stamtąd, rozumiesz to? Na zbity pysk — pożalił się, odchylając głowę do tyłu i opierając ją o znajdującą za nim ścianę. Chłód pewnie byłby przyjemny, gdyby nie to że był zimny jak kostka lodu.