• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B.

[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
24.03.2026, 13:59  ✶  
Uśmiech utrzymał mi się na ustach dłużej, niż powinien, wcale nie zamierzając zgasnąć, kiedy tylko zaczęła mówić, chociaż to dzisiejsze spotkanie było dla mnie tak samo niespodziewane, jak dla niej. Nie przerywałem jej ani razu, pozwalając, żeby te wszystkie starannie dobrane słowa układały się między nami jak kolejne warstwy czegoś, co oboje dobrze znaliśmy - to było prawie rytualne - jej chłód i dystans, moje leniwe rozbawienie i uszczypliwości budujące te same mury, ten balans, w którym nikt nie chciał być pierwszym, kto odpuści. Przyglądałem się jej uważniej, niż wypadało, ale przecież nigdy specjalnie nie przejmowałem się tym, co wypada, nie siliłem się nawet na to, żeby udawać, że mnie to wszystko ruszało, skoro wcale tak nie było. Ten jej uśmiech - odrobinę zbyt równy, zbyt kontrolowany - był mi znajomy do bólu, tak samo jak sposób, w jaki wbijała we mnie spojrzenie, otwierając usta i powoli formułując odpowiedzi, jakby każde słowo było kolejnym ruchem w partii, której żadne z nas nie chciało poddać.
- Trudne życie, wiem. To straszne brzemię, ale ktoś musi je dźwigać. - Odparłem lekko, bez cienia skruchy, pozwalając, żeby w moim głosie wybrzmiała ta znajoma pewność siebie, którą tak chętnie mi wytykała. - Na szczęście mam szerokie barki i wyjątkowy talent do noszenia rzeczy, które innych by przygniotły. - Kącik ust drgnął mi lekko, ale tym razem nie było w tym tylko próżnej wiary we własną zajebistość, było również coś bardziej osobistego - coś, co przemknęło i zniknęło, zanim ktokolwiek zdążyłby to złapać, a przynajmniej taką miałem nadzieję... - Nie wyobrażasz sobie, co by się stało, gdybym nagle przestał. - Nie odrywałem od niej wzroku, obracając butelkę między palcami i pozwalając, żeby to zdanie zawisło gdzieś między nami, odrobinę za długo, jakbym sprawdzał, czy złapie to, co było pod spodem, czy zostanie na powierzchni, gdzie wszystko było łatwiejsze, jak większość znanych mi ludzi.
Przechyliłem głowę odrobinę, przyglądając jej się z tym półuśmiechem, który balansował gdzieś między rozbawieniem a czymś bardziej celowym. Nie odwracała wzroku, nigdy tego nie robiła, i właśnie dlatego ta gra zawsze miała sens, jej kolejne słowa tylko pogłębiły ten cień rozbawienia, który utrzymywał się u mnie uparcie, nie mając zamiaru ustąpić. „Szczęśliwi butelek nie liczą” - powtórzyłem w myślach, smakując to zdanie przez moment, zanim odpowiedziałem.
- Głupi nie liczą niczego. Ani butelek, ani całej reszty. Szczęśliwi wiedzą, na co mogą sobie pozwolić. - Poprawiłem ją spokojnie, unosząc minimalnie brew, i pokręciłem głową z tym znajomym, lekkim niedowierzaniem, które zawsze pojawiało się u mnie wtedy, kiedy próbowała mnie „ustawić” w ramie, którą sama sobie wymyśliła - w końcu sam także wolałem wiedzieć, gdzie leżała granica, nawet jeśli miałem zamiar ją zignorować, nigdy nie robiłem z tego wielkiej tajemnicy.
- Martwiłbym się, gdybym był w łaskach. - Rzuciłem lekko, podchwytując jej ton bez wysiłku. - Twoja galeria chwały brzmi jak miejsce, z którego zatrważająco łatwo się nieświadomie wypisać. - Uniosłem brew, ale nie czekałem na odpowiedź - nie była mi ona potrzebna, to nie była rozmowa o faktach, tylko o tym, kto szybciej wyłapie, gdzie kończy się ironia, a zaczyna coś bardziej niewygodnego. Przesunąłem się trochę, robiąc w trawie miejsce obok siebie, bez przesadnego gestu, bez zapraszającego machnięcia ręką, po prostu poruszyłem się tak, jakby to było oczywiste, że zrobiona przeze mnie przestrzeń powinna tam być.
- Haczyk? - Powtórzyłem, unosząc kącik ust, prychnąłem cicho na ten „dzień dobroci dla zwierząt”, kręcąc lekko głową, jakby naprawdę mnie to rozbawiło - i przez moment tak właśnie było - ta stara, znajoma dynamika wracała bez pytania, bez zaproszenia, wślizgiwała się między słowa jak coś, czego oboje nie potrafiliśmy się oduczyć. - Myślisz, że każda rzecz, którą robię, musi mieć drugie dno? - Przechyliłem głowę lekko w bok, przyglądając się jej teraz już całkiem otwarcie, bez udawania, że to tylko przelotne zainteresowanie. - To trochę smutne, nawet jak na ciebie. - Nie było w tym jednak jadu, raczej coś bliżej prowokacji, która miała ją pociągnąć jeszcze kawałek dalej, w głąb naszej wymiany zdań, zamiast całkowicie ją odepchnąć. - Zaczynam się zastanawiać, czy to ja jestem problemem, czy twoja wyobraźnia.
Przekręciłem się trochę bardziej w jej stronę, opierając ciężar wygodniej, ale nadal nie wstając - mimo zrobienia miejsca obok siebie, nie skracałem dystansu, zostawiałem go dla niej - na moment uciekłem wzrokiem do tych stokrotek, które wciąż miała za uchem, zatrzymałem się na nich odrobinę za długo, zanim wróciłem do jej oczu.
- Ale to tylko butelka - dodałem swobodnie - nie propozycja małżeństwa, paktu, nie podstęp, nie początek mojego wielkiego planu zniszczenia twojego życia. To tylko alkohol, nie umowa z diabłem. - Wzruszyłem ramieniem, zerkając na nią z boku, spod ronda kapelusza. - Chociaż rozumiem, że w twoim przypadku granica może być cienka. - Kącik ust uniósł mi się minimalnie, ale tym razem bez tej ostrej krawędzi, wyciągnąłem rękę jeszcze raz, tym razem trochę niżej, mniej demonstracyjnie, jakby to nie było coś, co można było jej narzucić, tylko coś, co może mogło… Po prostu być. - Nie ma haczyka. - Zadeklarowałem w końcu, spokojnie, bez ironii, która aż się prosiła, żeby ją tam wcisnąć. - Gdyby był, już byś go znalazła. Nie sądzisz? - To było bliżej prawdy, niż chciałem przyznać. Przez sekundę wszystko było dokładnie takie, jak powinno - ostre, równe, przewidywalne w swojej nieprzewidywalności. A potem… Odpuściłem.
Nie demonstracyjnie - to nie było coś, co się ogłasza - po prostu jakiekolwiek napięcie gdzieś się rozeszło, jakby ktoś poluzował niewidzialną linę między nami. Oparłem butelkę wygodniej o udo i przez chwilę przyglądałem się jej w ciszy, tej prawdziwej, nie tej wypełnionej kolejną ripostą.
- Spokojnie, nie planuję cię oswoić. - Rzuciłem z tą lekką nutą, która zawsze była najprostsza do wciśnięcia między całkiem poważne słowa, mierząc ją spojrzeniem, jakbym właśnie podsumował coś oczywistego. - Za dużo roboty, za mały zwrot z inwestycji. - Tym razem nie było w tym złośliwości, to było coś bliżej… Znajomości specyfiki naszej relacji, ale bez oskarżenia, coś jak obserwacja, którą właśnie sobie uporządkowałem. Nie ruszyłem się z miejsca, nie skracałem dystansu, nie próbowałem niczego wymusić, po prostu trzymałem tę butelkę między nami, jak coś zaskakująco neutralnego. Przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, po czym odchyliłem głowę lekko do tyłu, pozwalając, żeby słońce znowu uderzyło mnie w twarz, przez chwilę wyglądało to tak, jakbym całkowicie stracił zainteresowanie stojącą przede mną dziewczyną, zupełnie tak, jakbym wrócił do swojego wcześniejszego stanu - tego samego błogiego nicnierobienia, które tak bardzo ją irytowało.
- Możesz ją wziąć i iść dalej mnie nie znosić. - Dodałem w końcu, wracając wzrokiem do niej i jej kwiatków za uchem. - Jedno drugiego nie wyklucza. - Zauważyłem, bo przecież nie kazałem nikomu siadać, zrobiłem tylko trochę miejsca, to wcale nie oznaczało, iż miałem do jakieś konkretne oczekiwania. - Masz pewnie ciekawsze plany. Ambitniejsze. - Dorzuciłem zaraz potem, z powrotem sięgając po tę znajomą, zaczepną nutę - Albo możesz dalej stać i próbować znaleźć w tym sens. Też bardzo w twoim stylu. - Przerwałem na moment, jakby dając Prudence przestrzeń na odmowę, którą oboje potrafiliśmy przewidzieć, przekrzywiłem głowę lekko, przyglądając się jej uważniej, jakbym szukał tam czegoś konkretnego, czego nie chciała jeszcze pokazać. Przesunąłem spojrzeniem jeszcze raz po twarzy Prue, zatrzymując się na moment przy tych wszystkich drobnych grymasach, na napięciu, które próbowała ukryć pod kontrolą. Zawsze była w tym dobra… Zawsze trochę za dobra... Zawiesiłem na niej wzrok na ułamek sekundy dłużej, niż było to wygodne, po czym spojrzałem gdzieś obok, na linię trawy poruszającej się lekko pod wpływem tego ledwie wyczuwalnego ruchu powietrza - coś w tym obrazie było uporczywie spokojne, wręcz nienaturalnie spójne, ale nie potrafiłem uchwycić dlaczego. Albo może nie chciałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
25.03.2026, 11:10  ✶  

Dobierała słowa ostrożnie. Musiała je ważyć, bo mogła w każdej chwili spodziewać się tego, że zostanie za nie złapana. To nie było niczym nowym, nie w tym towarzystwie. Być może były wakacje, być może nieco odpuściła, bardzo szybko jednak musiała wrócić do tej wersji siebie, którą była kiedy wkraczała w mury Hogwartu. Nie sprawiło jej to większego problemu, doszła przecież do perfekcji w tej grze przez lata podczas których ją prowadzili. Mogła się spodziewać tego, że i on szybko się w tym odnajdzie, mimo zupełnie innego otoczenia, w którym się znajdowali. To nie zmieniało niczego w ich przypadku, nie potrafili odpuszczać.

- Kto by się spodziewał, że jesteś takim męczennikiem. - Na pewno nie ona. Jeśli jednak chciał na siebie patrzeć właśnie w ten sposób, to przecież nie mogła mu tego zabronić. Nie można było Rookwoodowi odmówić pewności siebie, zastanawiała się ile w tym było prawdy, a ile próby udowodnienia sobie i innym, że taki faktycznie jest. Miał ogromne ego, przez ostatnie lata miała szansę się o tym przekonać, tylko gdzieś wewnątrz musiał być ten chłopiec, którego znała, nie mógł tak po prostu zniknąć, nawet jeśli starał się pokazać, że było zupełnie inaczej. Z czego to wynikało? Niepotrzebnie się nad tym zastanawiała.

Zmrużyła oczy, przez chwilę mogły wydawać się nieco zamglone, bo znowu zaczęła odpływać w swoich myślach, wracać do wspomnień, trwało to kilkanaście sekund, dopóki w końcu nie mrugnęła i zacisnęła swojej lewej ręki w pięść wbijając przy tym paznokcie w środek dłoni. Musiała się skupić, nie powinna pozwalać sobie na taką niedyspozycję, nie zawsze jednak miała na to wpływ.

- Nie wyobrażam sobie, i chyba wolałabym nie widzieć tego momentu, w którym wreszcie przestaniesz, chociaż pewnie będzie to spektakularne. - Każdy miewał swoje granice, był w stanie dusić w sobie wszystko bardzo długo, ale nadchodził moment, w którym pękał. Nie miała pojęcia, jak wyglądało to u niego, czy znajdował się blisko niej? Oby się tylko przy tym nie spalił, to byłby zmarnowany potencjał, oczywiście, że nie powiedziałaby tego w głos, jednak miała do niego pewien sentyment, nawet jeśli pałali do siebie nienawiścią.

- Czy na pewno bycie szczęśliwym łączy się z ograniczaniem się? - Nie do końca jej się tak wydawało.  Wiedzą na co mogą sobie pozwolić. Czy w ogóle ktoś kto był szczęśliwy powinien myśleć w ten sposób, zastanawiać się nad tym, jak postępuje, czy wszystko co robili nie powinno im przychodzić zupełnie lekko? Nie miała pojęcia, znowu odrobinę odpłynęła, przymykając przy tym oczy. Łatwo jej było odrywać się od rzeczywistości.

- Nie da się utrzymać kogoś przy sobie na siłę. Tak naprawdę na własne życzenie można wypaść z mojej galerii chwały, trudno się do niej dostać, ale jeśli już się ktoś tam znajdzie to jest wręcz przeciwnie, nie mam w zwyczaju pozbywać się ludzi na których mi zależy. Ja nie działam w ten sposób. -  Przyglądała mu się bardzo uważnie, mógł się domyślić do czego zmierzała. Prudence nie należała do osób, którym lekko przychodziło dopuszczanie do siebie ludzi, jeśli jednak już to robiła, to cóż - była gotowa naprawdę bardzo mocno angażować się w przyjaźnie. Nie wymagała niczego w zamian, no może poza szczerością.

Dostrzegła ten drobny ruch, przesunął się robiąc obok siebie odrobinę miejsca, mogłaby się dosiąść, jednak, czy na pewno chciała to robić? Póki co ich rozmowa nie toczyła się najgorzej, nie brakowało w niej typowego łapania się za słówka, jednak zachowywali się całkiem przyzwoicie, może to nie był taki głupi pomysł, nigdzie się nie spieszyła, a przez chwilę mogłaby jeszcze pograć w tę grę.

- Zawsze warto to zakładać, inaczej można się rozczarować, lepiej jest temu zapobiegać. - Wolała być przygotowana na wszystko, zwłaszcza, że miała świadomość, jak wyglądała ich dynamika. Zupełnie niespodziewanie mógł wykorzystać to, że na moment przestała trzymać gardę.

- Pewnie jedno i drugie, problemów może być wiele, nie ma sensu się ograniczać tylko szukać następnych. - W między czasie podjęła decyzję, postanowiła usiąść, bo rozmowa w taki sposób, że ona nad nim stała wyglądała głupio, wolała zająć miejsce obok, co było tylko potwierdzeniem, że jeszcze nie zamierzała odejść, chociaż ledwie kilka minut wcześniej zapierała się, że to zrobić. Usiadła na trawie, ostrożnie, obok niego, wyprostowała nogi, jednak siedziała dość sztywno, jakby nadal zastanawiała się nad tym, czy to był dobry pomysł.

- Granice mają to do siebie, że są cienkie i łatwo jest je przekroczyć. - Czy było to tylko w jej przypadku? Nie wydawało się jej. Faktycznie miał rację co do tego, że nie było to niczym wielkim, to tylko butelka z alkoholem, pewnie wątpliwej jakości.

- Tak, pewnie bym go znalazła, dobrze wiedzieć, że doceniasz moje umiejętności w doszukiwaniu się podstępów. - Uniosła kącik ust w uśmiechu, był to całkiem szczery gest, nie przerysowany i wymuszony jak zazwyczaj.

- Dobrze wiedzieć, gdybyś planował, to jednak nie zdradzaj się z tym planem, oswajanie działa lepiej z zaskoczenia. - Wyciągnęła w końcu dłoń w jego kierunku, aby sięgnąć po tę nieszczęsną butelkę, co właściwie jej szkodziło pociągnąć z niej łyk?

- Mam nadzieję, że to nie jest ciepłe. - Było gorąco, nie sądziła, że przyjemne było spożywanie nagrzanych trunków, nie, żeby miała w tym jakieś wielkie doświadczenie, a jednak coś podpowiadało Prue, że to nie byłoby niczym przyjemnym.

- Tak właściwie, to wydawało mi się, że jest tam gdzieś jezioro, czy rzeka? Chciałam je zobaczyć. - To były te całe jej ambitne plany, no być może wejście do tego zbiornika wodnego, ale o tym nie wspomniała.

- Znalezienie w tym sensu nie wydaje mi się być możliwe, czasem trzeba zaakceptować to, że go nie ma. - Bardzo często zdarzało się jej to w jego towarzystwie, często trudno było jej rozgryźć jego zachowanie, dawał jej sprzeczne sygnały, gubiła się w tym. Wspomniał o tym, że może go nadal nienawidzić, ale gdy o tym myślała, to tak właściwie chyba nie zgodziłaby się z tym, że to robi, to było coś innego. Gdyby naprawdę go nienawidziła, to bardzo skutecznie by go unikała, a przecież to wyglądało odmiennie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
25.03.2026, 14:05  ✶  
Zaśmiałem się cicho na to „męczennika”, kręcąc lekko głową, jakby naprawdę mnie to bawiło, a nie było tylko kolejną etykietą, którą próbowała mi przypiąć.
- Robię, co mogę. Tragiczna historia, wiem. - Skwitowałem, przekręcając lekko głowę w stronę linii drzew na samym krańcu horyzontu. - Ktoś kiedyś powinien ją spisać. Ku przestrodze. - Nie było w tym przesadnego przejęcia, jak we wszystkim, co przezornie bagatelizowałem już na samym początku, ale kiedy mówiła dalej, nie przerywałem jej, słuchałem, naprawdę, co w moim przypadku było już podejrzane samo w sobie.
- Czyli jednak liczysz na show. Dobrze wiedzieć. - Brzmiało to lekko, niemal beztrosko, ale moje spojrzenie zatrzymało się na niej uważniej, kiedy na moment odpłynęła - znałem to - to krótkie zawieszenie, ten ułamek sekundy, w którym była gdzieś indziej, kiedyś próbowałem ją zagadywać, rozmawiać z nią o tym, o czym myślała, teraz tylko to zauważyłem… I zapamiętałem. Obserwowałem ją, kiedy mówiła, uważniej niż powinienem, wychwytując te drobne momenty, które zapewne umykały komuś, kto nie znał jej wcześnie - odpłynięcie, cień czegoś w spojrzeniu, zaciśnięta dłoń, paznokcie wbite w skórę - wszystko to było znajome, aż za bardzo. Dawniej wiedziałem, co się za tym kryło, teraz tylko rozpoznawałem wzór, bez prawa do odpowiedzi, więc nie potrzebowałem tego kwitować.
Gdzieś w oddali coś zaszumiało - może drzewa, może woda, jeśli faktycznie tam była - ten dźwięk nie był wyraźny, raczej rozmyty, jak wspomnienie czegoś, co trudno uchwycić, ale nie sposób zignorować.
- Nie chodzi o ograniczanie. - Odezwałem się w końcu, wolniej niż wcześniej, chociaż wciąż bez wahania. - Raczej o to, żeby wiedzieć, kiedy nie warto się rozpieprzyć dla czegoś, co i tak nie zostanie. - Wzruszyłem ramionami, szczęście bywało przewrotne, nie zwykło trzymać się człowieka tak kurczowo, jak on pragnął trzymać się tych wszystkich radosnych chwil, życie tak naprawdę polegało na nieustannej kalkulacji zysków i strat, dlatego warto było wiedzieć, na co naprawdę można sobie pozwolić…
Kolejne słowa przyjąłem bez uśmiechu, były zbyt konkretne, zbyt… Skierowane w bardzo określoną stronę, przesunąłem spojrzenie gdzieś obok niej, na linię trawy falującą lekko pod naporem powietrza, jakbym dawał sobie sekundę więcej, niż potrzebowałem.
- Wreszcie coś, w czym się zgadzamy. - Przesunąłem palcami po źdźbłach trawy obok kolana, zgarniając je bezmyślnie, jak wcześniej. Przeciągnąłem językiem po wnętrzu policzka, jakbym chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie tylko odetchnąłem i oparłem się wygodniej na trawie, pozwalając, żeby cisza między nami na moment zrobiła się cięższa, ale nie nieprzyjemna. Nie od razu zareagowałem na to, że usiadła, chociaż zwróciłem uwagę na decyzję, jaką podjęła, nie spieszyłem się z komentarzem.
- Wygląda na to, że jednak nie było ci aż tak pilno. - Zauważyłem lakonicznie, zerkając na nią z boku. Nie było w tym triumfu, nie było w tym żartu, ale nie było też ciężaru, raczej coś pomiędzy, bliżej cichego „wiedziałem”, co równie dobrze mogło zostać zignorowane. Oparłem się z powrotem na łokciu, odchylając głowę, żeby spojrzeć w niebo, ale tylko na chwilę, zaraz wróciłem wzrokiem do niej.
- Granice są po to, żeby sprawdzać, czy naprawdę istnieją. - Rzuciłem spokojnie, obracając butelkę w dłoni, zanim przechyliłem ją w końcu w jej stronę. - Inaczej są tylko ładną teorią. - Nie ciągnąłem tego dalej, przynajmniej nie sam z siebie, tym razem nie było potrzeby, zamiast tego odchyliłem się trochę bardziej, opierając ciężar ciała na dłoniach, spojrzenie unosząc ku niebu - było jasne, niemal nieruchome, rozlane nad nami, wyglądało jak gigantyczna błękitna płachta, spokojna i nieruchoma, praktycznie pozbawiona jakichkolwiek śladów bieli. Przez moment pozwoliłem, żeby cisza między nami zrobiła się czymś więcej niż tylko przerwą, gdzieś dalej jakiś owad przeciął powietrze krótkim, natarczywym dźwiękiem, a potem znowu wszystko się uspokoiło, było spokojnie, naprawdę spokojnie, tylko od czasu do czasu jakaś gałąź w oddali poruszała się lekko, jakby ktoś ją trącił, a cień liści przesuwał się po trawie w powolnym rytmie.
- Nie jest. - Odpowiedziałem na jej uwagę o temperaturze, puściłem szkło dopiero, kiedy poczułem, że pewnie je złapała. - Nie jestem aż takim barbarzyńcą. Aż tak źle o mnie myślisz? - Kącik ust drgnął mi lekko, ale to nie była ta sama zaczepność co wcześniej, bardziej coś na granicy przyznania, że pewne rzeczy jednak miały dla mnie znaczenie, przez ułamek sekundy nasze palce znalazły się bliżej, niż powinny, ale nie zatrzymałem tego momentu, nie przeciągnąłem go, tym razem nie. Zerknąłem na korek, po czym znów na nią.
- Mam otworzyć, czy radzisz sobie sama, jak zwykle? - W moim głosie pojawiła się lekka nuta rozbawienia, ale bez tej wcześniejszej ostrości, bardziej znajoma niż prowokująca. Powietrze poruszyło się lekko, przynosząc ze sobą zapach nagrzanej ziemi, czegoś zielonego, świeżego i jednocześnie słodkiego, co nie miało w sobie ani śladu Londynu ani murów Hogwartu, a także wilgoci, która mogła być właśnie tym jeziorem, o którym mówiła - przymknąłem oczy na moment, wsłuchując się w tamten odległy szum - teraz, kiedy o nim wspomniała, był bardziej wyraźny, jakby czekał, aż ktoś go nazwie.
- Nie wiem. - Przyznałem po chwili, bez oporu, przesunąłem palcami po trawie, wyrywając jedno źdźbło i obracając je między palcami. - Wygląda jak miejsce, w którym coś powinno być. Ale to nie znaczy, że faktycznie tam jest. - Uniosłem lekko głowę i skinąłem w tamtym kierunku, gdzie wcześniej zmierzała, ale bez przekonania, jakbym równie dobrze mógł wskazać gdziekolwiek indziej. Linia drzew była nierówna, poszarpana światłem i cieniem, a dalej wszystko rozmywało się w jasności, nie było nic, co jednoznacznie wskazywałoby wodę, żadnego błysku, żadnego odbicia. Wiatr, którego wcześniej prawie nie było, poruszył się gdzieś między koronami, przetaczając się dalej, aż dotarł do łąki i rozsunął trawę falą, która przeszła przez nas i zniknęła gdzieś dalej. Westchnąłem cicho, wygodniej opierając drugą rękę z tyłu i ponownie odchylając się lekko, jakbym w końcu naprawdę raz jeszcze pozwolił sobie na to, żeby po prostu tu być.
- Mhm - odezwałem się jeszcze, już ciszej - czasem brak sensu to jedyna rzecz, która ma sens. - Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, tylko gdzieś przed siebie, na tę lekko falującą od ciepła linię lasu, która wyglądała, jakby kryła więcej, niż pokazywała, a jednak nie ruszyłem się ani o centymetr.
- Nie planuję cię oswajać. - Dodałem po chwili, spokojnie, bez patrzenia na nią. - To by było… Śmieszne. - I to było prawdą.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
25.03.2026, 15:28  ✶  

- Na pewno znajdzie się jakiś chętny, a jeśli nie zawsze sam możesz o to zadbać odpowiednio go do tego zachęcając, bywają propozycje nie do odrzucenia. - Wystarczyła godna propozycja finansowa, a pewnie ktoś by się za to zabrał, jak wiadomo Rookwoodowie byli bardzo majętni, więc jeśli nie wystarczy do zachęty sama historia, to w inny sposób można było to zorganizować.

- Spodziewam się go, ale na niego nie czekam, nie czerpię przyjemności z oglądania dramatów innych, wolę zająć się sobą. - Nie było w tym kłamstwa, Prue starała się nie wsadzać nosa w nieswoje sprawy, zwłaszcza jeśli nie był to dla niej nikt bliski, a przywykła już do tego, że dłużej nie powinna interesować się tym, jak wyglądało jego życie. Sam ją od siebie odciął, to był jego wybór, zaakceptowała to i przyjęła nową rzeczywistość, bo zbytnio nie miała innego wyboru. Z początku chciała dopytywać, z czasem jednak zapał zgasł, bo wszystko się zmieniło. Odrzucenie nie było niczym przyjemnym, tym bardziej jeśli nie poznało się żadnego konkretnego powodu, który je spowodował. Musiała po prostu nauczyć się z tym żyć, jakoś jej się to udawało, choć bywały momenty kiedy wracała do przeszłości i zadawała sobie pytanie, co właściwie i kiedy poszło nie tak.

- Czy właściwie możesz mieć pewność, że nie zostanie? Nigdy nie wiadomo. Nie da się przewidzieć wszystkiego, czasem ryzyko może być opłacalne. - To, że podobne słowa padły z jej ust było bardzo dziwne, bo rzadko kiedy pozwalała sobie na to, aby robić coś bez zastanowienia. Kiedy dłużej o tym myślała to jednak wydawało jej się być całkiem jasne, że istniały rzeczy dla których warto było ryzykować, mogły przecież przynieść jeszcze większe szczęście, nigdy nie wiadomo. Do odważnych świat należał, czy coś.

- Warto to zapamiętać, bo pewnie zbyt szybko się nie powtórzy. - Mieli w zwyczaju spierać się, by pokazać, że patrzą na świat inaczej, często sama mówiła niektóre rzeczy, aby tylko podkreślić to, że nie ma takiego samego zdania jak on. Nawet jeśli nie do końca zgadzało się to z tym, co naprawdę siedziało w jej głowie.

- Nawet ja nie mam zaplanowanego harmonogramu dnia co do minuty. - Zwłaszcza w wakacje, kiedy nie musiała robić właściwie nic. Oczywiście, że nie było to takie proste, bo Prue uwielbiała poszerzać swoją wiedzę, podczas lata najwięcej czasu spędzała u swojej babci, gdzie uczyła się panować nad swoimi nie do końca typowymi umiejętnościami, ale o tym nie wiedział praktycznie nikt, Aloysius raczej nigdy nie miał dołączyć do grona osób, które powinno to obchodzić. Ten dzień był jednak tak piękny, że szkoda było go zmarnować na podobne praktyki, właśnie dlatego wybrała się na spacer... nogi zaprowadziły ją tu, gdzie było tu? Nie miała pojęcia, ale było to całkiem malowniczym miejscem.

- Najłatwiej to sprawdzać poprzez przekraczanie ich, z drugiej strony, czy to jednak nie świadczy o tym, że tak naprawdę ich nie ma? Skoro można je przesuwać i przesuwać... - Zawiesiła wzrok na horyzoncie. Sama raczej nie miała takiej potrzeby, trzymała się norm, jedynie kiedy chodziło o zdobywanie wiedzy nieco je naginała, bo chciała dowiedzieć się jak najwięcej, co czasem nie było do końca legalne, jednak nie uważała tego za coś złego. Ludzie często bali się tego, czego nie znali, właśnie dlatego chciała dowiedzieć się jak najwięcej, żeby się nie bać.

- Nie wiem ile już tutaj siedzisz, stąd wolałam się upewnić. To nie tak, że mam Cię za barbarzyńcę. - Spojrzała na niego kątem oka. - Chociaż może trochę, czasami, ale nie teraz. - Dodała jeszcze, aby nieco sprostować to, co właściwie powiedziała.

Butelka znalazła się w jej dłoni, ich palce przypadkiem się dotknęły, nie odsunęła się jednak jak poparzona, po prostu dokończyła swój ruch, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło, chociaż poczuła jeden z tych dziwnych dreszczy, który zawsze towarzyszył podobnym do tej sytuacjom, zignorowała jednak to uczucie. Obróciła butelkę w dłoni, przyglądała się jej przy tym dokładnie, analizowała od czego powinna zacząć.

- Myślę, że mogłaby mi się przydać pomoc eksperta. - Zdecydowanie miał z tym większe doświadczenie niż ona, ten jeden raz mogła skorzystać z pomocy, nie wydawało jej się to niewłaściwe, przesunęła więc szkło ponownie w jego kierunku. Nie zamierzała udowadniać na siłę, że jest samowystarczalna, podejrzewała, że mogłoby się to skończyć drobną katastrofą, której jednak wolałaby uniknąć.

- Skoro nie jest to pewne, to będę musiała to sprawdzić. - Przeniosła wzrok w stronę, którą wskazał. Później się tym zajmie, być może będzie to miejsce do którego postanowi wracać, w lato jak to, warto było mieć jakąś niespecjalnie obleganą miejscówkę nad wodą.

- Zgadzam się, chociaż nie powinnam, bo to już drugi raz tego dnia. - Tak, zamierzała liczyć to, ile razy się ze sobą zgodzą, bo było to wyjątkowe, raczej nie mieli w zwyczaju dochodzić do konsensusów.

- Dobrze wiedzieć, będę spokojniejsza. - Uniosła głowę i spojrzała na niebo, które było błękitne, nie dostrzegła na nim żadnej chmury, po chwili jednak przeniosła wzrok na horyzont, bo promienie słońca strasznie nieprzyjemnie raziły ją w oczy, przymknęła je więc odrobinę.

- Dla kogo śmieszne, dlatego śmieszne, podejrzewam, że w moim przypadku można byłoby raczej uznać takie doświadczenie za dramatyczne. - Wolała nawet nie myśleć o tym, z jakich metod mógł korzystać przy podobnych praktykach.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
25.03.2026, 17:49  ✶  
Trawa poruszyła się lekko pod podmuchem wiatru, który przyszedł nie wiadomo skąd, chłodniejszy niż wcześniej, przyniósł on ze sobą zapach wilgoci, ledwo wyczuwalny, jakby gdzieś naprawdę była woda… Albo tylko wilgotna, leśna ziemia, która udawała, że nią jest. Uśmiechnąłem się pod nosem, słuchając wywodu o propozycjach nie do odrzucenia, obracając w palcach szyjkę butelki, jakbym naprawdę rozważał zatrudnienie kogoś do opiewania moich rzekomych męczeństw - w rzeczywistości przez moment naprawdę rozważałem, czy powinienem poczuć się dotknięty, czy raczej rozbawiony tym, jak łatwo przyszło jej sprowadzić mnie do czegoś, co można było „zorganizować”.
- Czyli jednak wierzysz, że wszystko da się kupić. - Rzuciłem lekko, przekrzywiając głowę w jej stronę. - Nawet czyjąś tragedię, jeśli odpowiednio ją opakować. - Brzmiało to tak absurdalnie, że aż wiarygodnie. - Fakt, pieniądze rozwiązują większość problemów. - Przyznałem, bez cienia skrępowania, jakby to była oczywistość, niepisana reguła świata, którą oboje znaliśmy od zawsze. - Ale, mimo to, wolałbym nie oddawać własnych dramatów w obce ręce. - Mruknąłem, pozwalając sobie na jeden z tych krzywych, ironicznych uśmieszków. - Jeszcze ktoś by je zepsuł. A ja nie mam cierpliwości do cudzych wersji wydarzeń. - Nie potrzebowałem nikogo, kto opowiadałby o mnie historie, wystarczająco wiele osób już to robiło, z własnej inicjatywy, dopisując rzeczy, które nigdy się nie wydarzyły, albo wyciągając na światło dzienne te, które powinny zostać tam, gdzie były.
Kiedy powiedziała, że nie czerpie przyjemności z cudzych dramatów, skinąłem głową minimalnie, jakby to była oczywistość, którą znałem od dawna, było w tym coś… Znajomego. Nie w słowach, per se, tylko w sposobie, w jakim je wypowiadała, jak gdyby naprawdę się tego trzymała, nawet jeśli świat wokół niekoniecznie działał według tych zasad.
- Wiem. - Odpowiedziałem spokojnie, w pierwszej chwili, to jedno słowo było bardziej szczere niż większość rzeczy, które mówiłem wcześniej. - Ty i twoje „zajmowanie się sobą”... Mam jednak wrażenie, że w tym jednym przypadku mogłabyś zrobić wyjątek. - Przesunąłem palcami po trawie, zgarniając kilka źdźbeł, które zaraz puściłem. To również były bardzo prawdziwe słowa, zwłaszcza jak na mnie, nie były nawet zaczepką, a wyłącznie stwierdzeniem faktu. Nie rozwijałem tego, nie wracałem do przeszłości, chociaż ta była gdzieś obok, wyraźna jak cień rzucany przez drzewo w głębi pobliskiego lasu, które rosło tuż poza zasięgiem wzroku, czułem ją, wiedziałem o jej istnieniu, ale nie miałem zamiaru tego dotykać. Słońce stało wysoko, rozlewając światło po łące tak równomiernie, że wszystko wydawało się niemal nieruchome, trawa falowała tylko od czasu do czasu, kiedy powietrze przesuwało się przez nią leniwie, bez pośpiechu, gdzieś dalej słychać było pojedyncze dźwięki - owady, może ptaki - ale były tak rozproszone, że nie składały się w żadną wyraźną melodię. Zapach był ciepły, suchy, z domieszką czegoś zielonego i świeżego, co przypominało dzieciństwo bardziej, niż powinno. To było tło, stałe, spokojne, nieinwazyjne…
Kącik ust drgnął mi lekko, kiedy zaczęła mówić o ryzyku - to było nowe, albo raczej… Rzadkie. U niej przynajmniej.
- Uważaj. - Rzuciłem półgłosem. - Jeszcze ktoś pomyśli, że zaczynasz żyć niebezpiecznie. - Odwróciłem głowę w jej stronę, przyglądając się jej uważniej, próbując sprawdzić, czy mówiła to naprawdę, czy tylko dla zasady, by mieć ostatnie słowo. Westchnąłem bezgłośnie, opierając się bardziej na dłoniach, pozwalając, żeby słońce znowu uderzyło mnie prosto w twarz, na moment przymknąłem oczy, czując ciepło na powiekach, na skórze, na karku… Coś w tym było - coś, co nie do końca mi pasowało, ale jednocześnie… Nie mogłem tego odrzucić. Gdzieś nad nami przeleciał ptak, cień przeciął na chwilę światło, a potem wszystko wróciło do tej samej jasności, trawa szeleściła cicho, jednostajnie, było… Miło.
Kiedy wspomniała, że powinienem to zapamiętać, uniosłem lekko brew, ale tym razem nie podważyłem jej słów - było w tym coś dziwnie trafnego, w końcu oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że ta chwila nie będzie miała powtórki w tej samej formie.
Uwaga o harmonogramie dnia wywołała we mnie natomiast cichy, niemal niedostrzegalny ani niesłyszalny parsk śmiechu.
- Rozczarowujesz mnie. - Rzuciłem. - Myślałem, że masz wszystko rozpisane co do sekundy, łącznie z tym, kiedy masz mnie zignorować na rzecz czegoś bardziej ambitnego. - Moje spojrzenie przesunęło się po sylwetce Prue, znowu zatrzymane na moment na kwiatach, ale tym razem bez tej bezczelności sprzed kilku minut. To była… Ciekawość, która nie miała w sobie potrzeby natychmiastowego rozgrywania wszystkiego. - Nie masz harmonogramu, nie pilnujesz drogocennych minut, a i tak trafiasz dokładnie tam, gdzie możesz wspominać o swoich letnich ambicjach. - Mruknąłem po chwili, uderzając językiem o podniebienie, raz czy dwa. - To trochę irytujące. Nie uważasz? - Spojrzenie znów uciekło mi gdzieś przed siebie, w stronę falującej łąki, w oddali, w głębi lasu, trawa była ciemniejsza, cięższa, jakby rzeczywiście coś tam było - woda, cień, albo tylko złudzenie, które wyglądało wystarczająco przekonująco, żeby nadać temu sens - światło odbijało się dziwnie na horyzoncie, ale równie dobrze mogło to być tylko gra powietrza i temperatury.
Dalsze rozważania o granicach przyjąłem z lekkim przechyleniem głowy, jakbym naprawdę się nad tym zastanawiał, moje palce wciąż bawiły się trawą, ale ruch był wolniejszy, bardziej rozproszony.
- Granice istnieją - powiedziałem w końcu - tylko ludzie lubią udawać, że nie, dopóki nie wpadną na coś, czego nie da się cofnąć. - Spojrzałem na nią krótko. - Wtedy nagle okazuje się, że jednak nie wszystkie były tak przesuwalne. - Nie było w tym cynizmu, ironii ani niczego podobnego, było wyłącznie coś, co brzmiało jak doświadczenie, którego nie zamierzałem tłumaczyć.
- „Czasami” przyjmuję jako komplement. - Drgnęły mi wargi, lubiłem być nieprzewidywalny, przecież to wiedziała, zwłaszcza dla niej. - „Nie teraz” brzmi podejrzanie jak zawieszenie wyroku. - Kącik ust uniósł mi się minimalnie, jednak zaraz potem opadł.
Dotyk był przypadkowy, krótki i… Wystarczający, żeby coś przeskoczyło mi gdzieś pod skórą, zanim zdążyłem to nazwać. Nie cofnąłem ręki gwałtownie, nie zareagowałem w żaden sposób, który mógłby to zdradzić, pozwoliłem jej zabrać butelkę, jakby to nie miało żadnego znaczenia.
Jakby…
Zignorowałem to z tą samą konsekwencją, z jaką ignorowałem wiele innych rzeczy - wiedziałem, kiedy coś powinno zostać przemilczane nie dlatego, że nie istniało, tylko dlatego, że lepiej było tego nie ruszać.
- Ekspert, co? - Powtórzyłem z przekąsem. - Nie wiem, czy to komplement, czy powód do interwencji.
Kiedy zlustrowała szkło i oddała mi je z powrotem, uniosłem brew z lekkim rozbawieniem, obejrzałem korek i szyjkę, po czym sprawnym ruchem otworzyłem butelkę, nie robiąc z tego żadnego spektaklu, po prostu ruch, cichy trzask - gotowe - podałem jej ją z powrotem, tym razem już otwartą, bez zbędnego słowa. Nie oczekiwałem podziękowania, zamiast tego wbiłem wzrok w horyzont, rozpatrując słowa o jeziorze. Pozwoliłem jej mówić dalej, nie przerywając, co w moim przypadku było prawie formą uprzejmości.
- Daj znać, jeśli istnieje. - Dorzuciłem po chwili, bardziej dla samej reakcji, niż z faktycznego przekonania, że mogłaby rzeczywiście wrócić do mnie z taką informacją. - Może kiedyś też tam trafię. - No, teraz to już na pewno nie miała się podzielić wiedzą na temat istnienia lub nieistnienia tej rzeki, bądź jeziora, ale nie mogłem sobie darować tego komentarza.
Zgoda po raz drugi rzeczywiście była… Nietypowa.
- To już zaczyna być podejrzane. - Zauważyłem. - Powinniśmy przestać, zanim ktoś to zauważy. - Nie było w tym pełnej powagi, ale też nie było to całkiem żartem, z nią rzadko kiedy coś było tylko jednym.
Kiedy spojrzała w niebo, ja spojrzałem na nią - przez chwilę bez żadnej ironii, bez tej całej maski, która zwykle była pierwszą rzeczą, po jaką sięgałem, zwłaszcza w obecności Prudence - słońce odbijało się na jej skórze, w jej oczach, zanim je przymknęła, rozjaśniało włosy, podkreślało te drobne detale, które pamiętałem jeszcze z czasów, kiedy wszystko było prostsze, zanim zdążyłem się nad tym zatrzymać dłużej, odwróciłem wzrok.
- Daj spokój. W twoim przypadku wszystko brzmi dramatycznie - powiedziałem, wracając do bezpieczniejszego tonu - nawet rzeczy, które dla innych są zwyczajnie głupie albo nieistotne. Nadmiernie analizujesz każdą pierdołę - nie było w tym złośliwości, tylko coś na kształt przyzwyczajenia do nawyków, jakie też zdążyłem już objąć zakresem i zetykietować. Uśmiechnąłem się pod nosem, kręcąc lekko głową. - Już ci mówiłem. To by nie miało sensu. Dramaturgia jest przereklamowana. Większość ludzi myli ją z czymś, czego można nadużywać. Ja mam jednak jakieś standardy zachowań. - Sięgnąłem do kieszeni spodni, wyciągając okulary przeciwsłoneczne, które wsunąłem sobie na nos, mrużąc oczy przez sekundę, zanim szkła przyciemniły świat do bardziej znośnego poziomu, odcinając mnie od ostrego światła. Przez chwilę patrzyłem na nią przez przyciemnione szkła, bez słowa, a potem, równie spokojnie, sięgnąłem do ronda kapelusza, który wciąż miałem na głowie, i jednym, płynnym ruchem przełożyłem go na jej włosy, ostrożnie, żeby nie strącić stokrotek - nie powiedziałem nic - po prostu cofnąłem rękę i oparłem się z powrotem na trawie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#16
25.03.2026, 22:34  ✶  

- Pozostaje Ci więc samemu to udokumentować. - Skoro nie zamierzał tego oddawać w czyjeś ręce, cóż sprawa wydawała się jej całkiem prosta. Nie sądziła jednak, aby miał do tego cierpliwości, umiejętności można było sobie wypracować, cierpliwości jednak nie dało się nauczyć. - Tak, wierzę, że wszystko da się kupić, tak został stworzony ten świat, nie oznacza to jednak, że nie ma innej drogi, takiej dla tych mniej majętnych. - Cóż, konkretniej - dla takich jak ona. Wierzyła w to, że jeśli się chce można pominąć bogactwo, dojść do celu bez niego, co nie zmieniało faktu, że Ci, którzy byli majętni mieli łatwiej, z tego też doskonale zdawała sobie sprawę. Miała jednak wrażenie, że każdy z tych sukcesów smakował zupełnie inaczej, nie, żeby mogła się o tym przekonać, bo jednego z nich na pewno nigdy nie uda jej się doświadczyć.

- Wolałabym nie robić wyjątków, zresztą najlepiej jakby do tego po prostu nie doszło, to nie byłoby po co zastanawiać się nad tym, czy w ogóle jestem skłonna do odstępstw. - Nie dlatego wolałaby nie uczestniczyć w jego ewentualnym dramacie, tak naprawdę po prostu wolałaby, aby nie musiało go to dotyczyć. Wbrew pozorom, wbrew temu, jak się w stosunku do siebie zachowywali to nigdy nie życzyła mu źle, wręcz przeciwnie, chociaż nie powiedziałaby tego na głos. Miała do niego sentyment, nawet jeśli ich drogi już dawno się rozeszły i teraz głównie obrzucali się coraz bardziej wyszukanymi epitetami. Niektórych rzeczy nie dało się zapomnieć, a, że ona pamiętała wszystko, zupełnie wszystko bardzo dokładnie, to wspominała ten dobry czas między nimi, to wystarczyło, aby ignorowała to, jak to teraz wyglądało.

Poczuła ten podmuch wiatru, który wydawał się nieść ze sobą zapach wilgoci, być może nieco sobie dopowiadała, bo naprawdę liczyła na to, że gdzieś tam dalej mogło znajdować się jakieś jezioro, podświadomość lubiła płatać figle, zwłaszcza podczas takiego gorąca. Zamierzała później to zweryfikować, sprawdzić, czy przeczucie jej nie myliło.

- Nie sądzę, mówienie o tym wcale nie oznacza zmiany przyzwyczajeń, chociaż kto wie, może nie teraz, a kiedyś, w dalekiej przyszłości coś spowoduje, że pojawi się we mnie taka odwaga. - Musiałby to być bardzo silny bodziec, niewątpliwie, ale zawsze istniało prawdopodobieństwo, że może się pojawić. Nie mówiła nie, nie umiała przewidywać przyszłości.

- Przykro mi, że Cię rozczarowałam, naprawdę nie chciałam, popracuję nieco bardziej nad harmonogramem, aby więcej się to nie powtórzyło. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. Poczuła się całkiem swobodnie i nie do końca zastanawiała się nad swoimi słowami, czy gestami, było trochę jak dawniej, jak wtedy kiedy faktycznie nie musiała się przy nim niczym przejmować. To było naprawdę miłą odmianą, tak właściwie to nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak jej tego brakowało. Kiedyś potrafili się sobą rozmawiać godzinami, wymieniać się spostrzeżeniami, czy po prostu milczeć obok siebie.

- Czy ja wiem, czy takie irytujące? Może dla Ciebie. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że nie wiedziałam dokąd trafię. - Nie miała pojęcia dlaczego się tutaj znalazła, co chciała robić, wybrała się na spacer, chyba? Trochę rozmywały jej się wspomnienia z wcześniejszej części dnia, nie umiała też określić, gdzie dokładnie się znajdowała i dlaczego on był w tym samym miejscu. Los chciał im spłatać figla, być może - wszystko mogło być prawdopodobne.

- Być może nie wszystko da się cofnąć, ale większość rzeczy można naprawić, trzeba tylko poświęcić temu trochę czasu i uwagi, dzięki temu można się sporo nauczyć, czasem trzeba coś stracić, aby nauczyć się to doceniać. - Każda sytuacja, która się wydarzyła przynosiła jakieś korzyści, lekcje życia, które mogły przydać się w przyszłości, przynajmniej tak jej się wydawało, chociaż, co ona mogła o tym wiedzieć. Sama przecież była okropnie zachowawcza.

- Wszystko zależy od Ciebie, nie popsuj tego. - Rzuciła jeszcze bardzo lekko. W tej chwili nie wydawał się jej być barbarzyńcą, ale za moment mogło być zupełnie inaczej, wiedziała, że jak chce to może się postarać, więc spróbowała tej metody. Łatwo było przywyknąć do tego, że nie rzucali się sobie do gardeł, zbyt łatwo.

- Może być i jednym i drugim, wybierz sobie wersję, która Ci odpowiada, ja jakoś sobie poradzę z konsekwencjami. - Dała mu wybór, a to też nie zdarzało się często, nie zastanawiała się nad tym jakoś szczególnie. Postanowiła ten jeden raz zmienić nastawienie, tak właściwie stało się to samo. Przekazała ponownie butelkę w jego dłonie, aby otworzył butelkę. Obserwowała go, kiedy to robił, no widać było, że ma doświadczenie, całkiem szybko bowiem udało mu się pozbyć korka. Naprawdę był ekspertem, czy mu się to podobało, czy nie.

Przejęła od niego szkło, kiwnęła delikatnie głową w podziękowaniu za to, że zrobił to za nią, dzięki czemu też uniknęła ewentualnej konfrontacji. Naprawdę słabo by wyglądało, gdyby nie umiała sobie poradzić z taką prostą czynnością, być może wypadało nieco przyłożyć się do tematu, wziąć kilka lekcji w samotności, kto wie, kiedy mogła jej się bowiem przydać podobna umiejętność. Przesunęła szkło do ust i upiła z niego niewielki łyk alkoholu, skrzywiła się przy tym okropnie, ale przełknęła to co miała w ustach. Naprawdę nie rozumiała jak to możliwe, że dla tak wielu ludziom sprawiało to przyjemność, było przecież tak wiele pyszniejszych napojów, które można było spożywać.

- Jasne, zrzucisz na mnie eksplorację terenu i w razie ewentualnego sukcesu będziesz z niego korzystał, nie sądzisz, że to trochę nie fair? Mogłoby mi się coś stać podczas tych poszukiwań, warto się zastanowić, co będę miała z tego, że sprzedam Ci tę informację. - Oczywiście, że nie zakładała, że podczas tego spaceru, który miała zamiar jeszcze odbyć spotka ją jakieś niebezpieczeństwo, jednak postanowiła wziąć to pod uwagę podczas tych rozważań, brzmiało to dzięki temu bardziej dramatycznie, a i być może mogła coś na tym ugrać, chociaż wcale tego nie potrzebowała, warto było jednak korzystać z okazji, które nadarzały się same.

- Nikogo tutaj nie ma, więc póki co nie musimy się tym martwić, chociaż kto wie, skoro Ty tu jesteś, ja też pojawiłam się przypadkiem, to może zaraz ktoś jeszcze wyłoni się z krzaków. - Nie, żeby naprawdę wydawało jej się to prawdopodobne, ale jak już zauważyła życie potrafiło zaskakiwać, więc lepiej zakładać też te najmniej oczywiste możliwości.

- Nieprawda. - Zaprotestowała odruchowo, zatrzymała w powietrzu dłoń z butelką, bo przypadkiem ją uniosła. - Znaczy prawdą jest to, że analizuję rzeczy, z tym nie mogę się nie zgodzić, ale nie wszystko jest dramatyczne. - To chciała sprostować, wcale nie wszystko było dla niej dramatyczne, po prostu lubiła rozkładać rzeczy na czynniki pierwsze, żeby przypadkiem niczego nie przeoczyć, to wcale nie było dramatyczne, prawda? Naprawdę chciała w to uwierzyć.

- Tak, masz jakieś standardy zachowań, tyle, że potrafisz też zaskakiwać, przez co można nieco się w tym pogubić. - Pewnie nie powinna się dzielić z nim tą myślą, ale to zrobiła, cóż, nie zamknęła się w porę. Nieco ją to drażniło, bo trudno było jej przewidzieć czego tym razem powinna się spodziewać, a lubiła jednak mieć szansę przygotować się do tego, co miało się wydarzyć.

Nie zauważyła, że sięgał do kieszeni, przysuwała wtedy butelkę z alkoholem do swoich ust, nie umknęło jej jednak to, że założył na nos okulary przeciwsłoneczne, jak widać był doskonale przygotowany do panujących warunków. Zauważyła kątem oka kolejny ruch, spowodował on jednak, że zastygła, jakby nie do końca wiedziała, jak na to zareagować. Pozwoliła mu założyć sobie kapelusz na głowę, tak właściwie to zupełnie zaskoczył ją tym gestem. Kiedy ponownie się odsunął uniosła dłoń i dotknęła nią ronda kapelusza, przesunęła go odrobinę. Pasował, kapelusze chyba pasowały na wszystkie głowy. Okazał się działać na promienie słońca, które chwilę wcześniej zaczynały się robić naprawdę nieznośne. - Dzięki. - Wymruczała cicho pod nosem, bo wypadało podziękować za ten całkiem miły gest.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
26.03.2026, 21:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2026, 21:06 przez Benjy Fenwick.)  
Uśmiechnąłem się pod nosem na jej pierwsze zdanie, krótko, bez większego zaangażowania, jakbyśmy rozmawiali o czymś zupełnie zwyczajnym, a nie o świecie, który oboje próbowaliśmy rozgryźć na swój sposób.
- Udokumentować? Samodzielnie? Mam pisać? - Powtórzyłem z cieniem rozbawienia, przechylając głowę, jakbym naprawdę rozważał tę opcję, w moim wykonaniu to by było raczej… Streszczenie wydarzeń, bez szczegółów, bez zachwytu, bez tej całej poetyckiej otoczki, którą ludzie lubili się oszukiwać i karmić. - Gdybym miał to robić sam, wyszłoby to raczej jak raport z pola bitwy niż coś, co da się czytać bez bólu. Wiesz przecież, że nie jestem od opisywania rzeczy tak, żeby miały sens dla wrażliwych dusz. - Zerknąłem na nią kątem oka, spokojnie, bez zaczepki, to nie była prowokacja, tylko coś bliżej przyznania się do ograniczenia, którego nigdy nie próbowałem maskować. Nie byłem od ładnych historii, byłem od tego, co zostawało, kiedy się je rozebrało na części.
Kącik ust uniósł mi się odrobinę wyżej, kiedy przeszliśmy do tematu pieniędzy, nie wszedłem Prue w słowo, pozwoliłem jej dokończyć, a potem tylko lekko pokręciłem głową, jakbym nie do końca się z tym zgadzał, ale nie miał ochoty robić z tego kolejnej wojny, nie dzisiaj.
- Pewnie masz rację. - Nie było sensu się z tym kłócić, nie tutaj, nie teraz. - Tylko że ta „inna droga” zwykle kosztuje więcej niż pieniądze. - Nie rozwinąłem, nie musiałem, przynajmniej nie według własnej logiki. Wychowałem się w świecie, w którym drzwi otwierały się szybciej, jeśli wiedziało się, gdzie zapukać i ile zapłacić. Ona wychowała się inaczej - i to było w niej widoczne w każdym zdaniu, które brzmiało jak upór, a nie przywilej.
Uniosłem lekko brew, przyglądając jej się uważniej, próbując znaleźć moment, w którym zaczęła mówić rzeczy, których wcześniej nie mówiła, a potem lekko potrząsnąłem głową. Nie podchwyciłem dalej tematu robienia wyjątków i tego, czy rzeczywiście najlepiej byłoby, by do tego nie doszło - z zewnątrz mogło wyglądać, jakbym zignorował te słowa, tylko wymownie unosząc brwi, ale wewnątrz…
Słońce przesunęło się wyżej, powietrze nad łąką zaczęło drgać bardziej wyraźnie, jakby wszystko było o krok bliżej przegrzania, trawa pod moimi dłońmi była ciepła, sucha na wierzchu, ale niżej kryła w sobie chłód, który przebijał się przez palce przy każdym mocniejszym nacisku. Gdzieś dalej coś zaszeleściło, potem ucichło, cisza wracała tu szybko, jakby miała pierwszeństwo przed wszystkim innym.
- Czyli jednak zostawiasz sobie furtkę. - Mruknąłem. - Wbrew temu, co mówisz. - Nie brzmiało to jak zarzut, lecz jak coś, co mnie po prostu bawiło i co sprawiło, że na ułamek sekundy coś się we mnie przesunęło - niewiele - tyle, żeby przypomnieć mi coś, co nie miało prawa wracać tak łatwo. Bez trudu wyłapałem to mrugnięcie i praktycznie natychmiast odpowiedziałem tym samym, niemal odruchowo, jakby ciało pamiętało to lepiej niż głowa, kończąc ten gest minimalnym uśmiechem - takim, który pojawiał się szybciej, niż powinien, zupełnie nieprzemyślanie.
- Proszę, nie rób tego. - Rzuciłem z cieniem rozbawienia. - Jeszcze zacznę myśleć, że masz plan. - Uniosłem obie brwi, kąciki ust podniosły mi się wyżej, a w spojrzeniu nie było ani grama powagi. - Proszę, Prudence, nie zaczynaj planować spontaniczności.
Przez chwilę zamilkłem, pozwalając, żeby cisza znów się między nami rozciągnęła, tym razem spokojniejsza, mniej napięta, słońce grzało mocniej, powietrze było cięższe, a jednak nieprzyjemnie przyjemne. Zerknąłem na Prue, na jej skórę, która już zaczynała łapać kolor, na sposób, w jaki mrużyła oczy… Moje spojrzenie na moment złagodniało, zupełnie niekontrolowanie, było w tym coś niebezpiecznie znajomego - coś, co przypominało czasy, kiedy takie wymiany nie były walką, tylko… Czymś innym. Spojrzałem wokół jeszcze raz, upewniając się, że nic się nie zmieniło - nie zmieniło się - łąka była dalej spokojna, słońce dalej bezlitosne, powietrze dalej zbyt nieruchome, żeby było w pełni przyjemne…
- To, co się trwale psuje, zwykle psuje się nie bez powodu. - Brzmiało to lekko, ale gdzieś pod spodem było coś bardziej upartego, coś, co nie potrzebowało już udowadniania. - Można naprawić wiele - przyznałem - ale nie wszystko wraca do tego, czym było wcześniej. - Moje palce zacisnęły się lekko na butelce. - Czasem to, co zostaje, jest… Inne. - Nie powiedziałem, czy lepsze, nie było w tym sprzeciwu wobec niej, raczej korekta, którą sam sobie powtarzałem częściej, niż powinienem. Przez chwilę tylko patrzyłem przed siebie, na tę linię trawy, która wydawała się oddzielać coś, co było „tu”, od czegoś, co było „tam” - jednocześnie obracałem butelkę w dłoni, kątem oka obserwując, jak światło łapało szklaną powierzchnię i rozpraszało się w nierównych refleksach.
- Postaram się nie zepsuć czegoś, czego nawet nie planowałem. - Zapewniłem, z tą lekką nutą samozadowolenia, która zwykle ratowała mnie z podobnych momentów, unosząc lekko butelkę. - To powinno być w moim zasięgu.
Butelkę przyjąłem od niej bez słowa, otwierając ją jednym, płynnym ruchem, tym razem nasze palce się nie zetknęły, ale i tak przez moment patrzyłem na jej dłoń, zanim całkowicie cofnąłem swoją. Obserwowałem jej reakcję, ten grymas, który pojawił się natychmiast po pierwszym łyku, i nie powstrzymałem krótkiego, cichego śmiechu.
- Jesteś dziś wyjątkowo łaskawa…
Spojrzałem w stronę, gdzie łąka przechodziła w coś bardziej dzikiego, mniej uporządkowanego, trawa tam była wyższa, ciemniejsza, a linia drzew wyglądała jak granica czegoś, co niekoniecznie chciało być odwiedzane. Oparłem się z powrotem na dłoniach, pozwalając sobie na chwilę bezruchu, kiedy zaczęła mówić o „nie fair”, przez chwilę tylko patrzyłem w przestrzeń, próbując zdecydować, czy to w ogóle wymagało komentarza.
- Zawsze jest fair, na ile się da, Su… Prudence. A ja właśnie jestem bardzo fair. Nie składam ci propozycji bez pokrycia. - Odpowiedziałem, zupełnie się nie zastanawiając nad doborem słów, tylko pozwalając sobie na okazanie tego, że jednak nie zapomniałem o wszystkim, co kiedyś było naszą normą. Dopiero wtedy zerknąłem na nią z boku, jakbym sprawdzał, czy w ogóle tego słuchała, czy już zdążyła rozłożyć to zdanie na czynniki pierwsze i znaleźć w nim coś, czego nie powiedziałem. Kącik ust uniósł mi się jednak minimalnie, zdradzając, że doskonale wiedziałem, jak to brzmiało w jej uszach -  to była zasada, której trzymałem się bardziej, niż chciałem przyznać.
- Nie zrzucam na ciebie niczego, wypraszam sobie. Po prostu realistycznie oceniam sytuację. -  Zakładałem, że wolała jednoosobową eksplorację, bo nie byliśmy na tyle dobrzy w udawanie, że to normalne, by zrobić z naszego łąkowego zawieszenia broni cokolwiek na kształt sojuszu. Obróciłem źdźbło trawy między palcami, patrząc przez chwilę gdzieś w bok, zanim wróciłem do niej spojrzeniem. - Nawet ja nie mógłbym uwierzyć, że pójdziesz ze mną w jakieś krzaki tylko dlatego, bo oboje mamy wolne popołudnie. Prędzej wybrałabyś się tam z jakimś napuszonym Krukonem, który cytuje książki, żeby ukryć brak osobowości. - Odparłem, kręcąc głową z tym znajomym rozbawieniem, które zwykle pojawiało się, kiedy ktoś próbował mi wcisnąć rolę, do której nie miałem najmniejszego zamiaru dorastać. - Cillian Vane. To chyba bardziej twój typ towarzystwa. - Wypowiedziałem to nazwisko z lekką nutą rozbawienia, jakby samo jego brzmienie było wystarczająco absurdalne, aby mnie rozbawić - rzeczywiście tak było, to był bufon, naprawdę. Parsknąłem cicho. Ten jego sposób mówienia, jakby każde zdanie było cytatem z biografii, którą sam kiedyś napisze…
- Poza tym, z całym szacunkiem, nie sądzę, żebyś potrzebowała ochrony przy spacerze po lesie w środku dnia. Poradzisz sobie. - Nie było w tym pytania. - Daj spokój. Umiesz o siebie zadbać. - Przez chwilę jeszcze patrzyłem na nią w milczeniu, jakbym coś ważył w głowie, coś, co nie miało sensu w tej chwili, po czym wzruszyłem ramionami.
Kiedy wspomniała o tym, że ktoś może się pojawić z krzaków, rozejrzałem się teatralnie po okolicy, jakbym naprawdę brał to pod uwagę.
- Jeśli tak, to mam nadzieję, że przynajmniej będzie miał coś ciekawego do powiedzenia. - Odparłem bez wahania, z tą swobodą, która pojawiała się tylko wtedy, gdy nie musiałem niczego udowadniać. - Inaczej to będzie strata potencjału tej sceny. - Przesunąłem spojrzenie po niej jeszcze raz, zatrzymując je na moment, zanim wróciłem do własnych myśli - to było dziwne - ta łatwość, z jaką rozmowa przestała być walką, nie ufałem temu, ale też nie miałem ochoty tego psuć.
Spojrzałem na nią z boku, przez okulary, które odbierały mi konieczność utrzymywania pełnego kontaktu wzrokowego, ale nie odbierały kontroli nad tym, ile widziałem - kiedy zaprotestowała o dramatyczności, uniosłem lekko dłonie w geście odrobinę fałszywego poddania.
- W porządku. - Powiedziałem, co zabrzmiało podejrzanie ugodowo. - Nie wszystko - krótka pauza - tylko większość. - Mogło być to wredne, ale mój uśmiech zdradzał, że w tym momencie to była bardziej zaczepka niż osąd, to było celowo przesadzone i tylko trochę złośliwe, jak na moje wspomniane standardy.
- To chyba lepsze niż bycie przewidywalnym. - Wzruszyłem ramionami, nie pytałem. - Chociaż rozumiem, że może ci to psuć statystyki. - Nie brzmiało to jak przeprosiny. - Wyrazy współczucia. - To też było bardziej zaczepne niż wcześniej, ale nie wróciło już do tej ostrej formy, którą mieliśmy na początku. Przez chwilę było… Prościej. Bez napięcia, bez tej ciągłej potrzeby, żeby każde słowo było ruchem w jakiejś grze.
Przez moment patrzyłem na nią w ciszy - na sposób, w jaki trzymała butelkę, na to, jak światło łamało się na jej włosach, na te stokrotki, które wciąż tam były, jakby ktoś je tam włożył specjalnie, żeby mnie rozproszyć - westchnąłem cicho, bardziej powietrzem niż dźwiękiem, a potem, bez większego namysłu, sięgnąłem do ronda kapelusza i zdjąłem go z głowy… Przez ułamek sekundy zatrzymałem go w dłoni, zanim pochyliłem się minimalnie i założyłem jej nakrycie na głowę, poprawiając je tak, żeby cień zasłonił jej twarz przed słońcem, po czym cofnąłem rękę, jakby to nic nie znaczyło, opierając się z powrotem na trawie.
- Spaliłabyś się. - Rzuciłem krótko, na słowa podziękowania, jakby to było jedyne logiczne wytłumaczenie - gdybym jej go nie dał, za godzinę miałaby czerwony nos i spieczoną skórę, cera Prudence nie wybaczała słońca tak jak moja, to tyle.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#18
27.03.2026, 19:10  ✶  

- Przecież umiesz pisać. - To była akurat niezbyt wyjątkowa umiejętność, którą posiadała większość z ludzi, każdy potrafił jakoś pisać. Jeśli uważał, że ktoś inny zrobiłby to nieodpowiednio to dlaczego miałby się sam nie wziąć za udokumentowanie tej jakże pasjonującej historii. Nie brzmiało to szczególnie skomplikowanie. - Kto powiedział, że odbiorcą mają być wrażliwe dusze, wiesz, ci mniej wrażliwi też czytają, być może stałoby się to bestsellerem wśród nich, nigdy nie wiadomo. - Wzruszyła jeszcze ramionami. Tak, znała go, znaczy kiedyś go znała, niektóre rzeczy jednak się nie zmieniały, podejrzewała, że nie odnalazł w sobie talentu pisarskiego, ale to wcale nie było ograniczeniem. Każdy temat można było ugryźć na wiele sposobów.

- To prawda, ale może dzięki temu sukces smakuje lepiej, wiesz, przynajmniej staram sobie to powtarzać. - Nie każdy miał takie same możliwości, nie każdy mógł sięgać po wpływy, czy pieniądze, jednak to nie była jedyna droga. Upór potrafił być równie skuteczny, a akurat tego jak i ciężkiej pracy nie można było jej odmówić. Naprawdę wierzyła w to, że uda jej się coś osiągnąć, miała na siebie pomysł i chciała go realizować. Niby zdawała sobie sprawę z tego, że nie będzie łatwo jej się przebić z jej nazwiskiem, ale nie wydawała się tego obawiać. Mogło ją to przecież tylko wzmocnić.

- Zawsze warto zostawić sobie furtkę, nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. - Nie można było przecież przewidzieć tego, co się wydarzy. To wydawało jej się być całkiem rozsądnym posunięciem, nie zarzekać się, nie upierać, po prostu zakładać to, że różne mogą być możliwości.

- Ja zawsze mam plan, powinieneś o tym pamiętać. - Przynajmniej starała się, aby tak to wyglądało. Nawet ona nie mogła zaplanować wszystkiego, ale jednak brała pod uwagę naprawdę wiele opcji, rozkładała to wszystko na czynniki pierwsze i szukała w tym jakiegoś sensu. Nie umiała inaczej. - Nie wydaje mi się, żeby się dało planować spontaniczność, jeśli byłoby to możliwe, to na pewno byłabym osobą, która by to potrafiła. - Analizowanie i planowanie było jej konikiem, jednak spontaniczność najprawdopodobniej była niemożliwa do zaplanowania. Zmrużyła na moment oczy i zaczęła się nad tym zastanawiać szukała odpowiedzi na wszystkie nurtujące ją pytania, tyle, że nie znalazła żadnej jednoznacznej, być może w przyszłości uda jej się to zweryfikować.

- Nie wiem, czy mogę Ci obiecać, że tego nie zrobię, aczkolwiek w tym jednym przypadku mogę polec, więc raczej nie zaszkodzę pojęciu spontaniczności. - Dodała jeszcze, żeby nie daj Merlinie się tym nie martwił, to raczej nie było możliwe, czyż nie. Mogła spróbować, ale to byłby pewnie jeden z tych nielicznych momentów, gdy odniosłaby porażkę.

Cisza nie była niezręczna, ani wymowna. Nie przeszkadzała jej zupełnie, wyciągnęła nieco głowę w stronę słońca, by nacieszyć się jego promieniami, które dzisiaj były wyjątkowo intensywne. Nie zdarzało się to często, więc nie zamierzała narzekać, rzadko kiedy miała szansę cieszyć się podobną pogodą.

- Inne nie zawsze musi być gorsze, trzeba tylko przywyknąć do zmiany. - Oczywiście, że zawsze był jakiś powód, jeśli coś się psuło działo się to z jakiejś, konkretnej przyczyny. Można było nad tym pracować, niekoniecznie wracając do tego co było, ale można było stworzyć coś innego, przekształcić to. Tak właściwie wszystko się zmieniało, nic nie było stałe, świat co chwilę to udowadniał.

- Jeśli się faktycznie postarasz to tego nie popsujesz, tak już masz. - Gdyby była w tym chociaż odrobina prawdy to mogła mieć pewność, że uda mu się nic nie popsuć, bo zdawała sobie sprawę z tego, że potrafił trzymać się swoich postanowień, więc nie byłoby to dziwne.

Upiła niewielki łyk alkoholu, nie sprawiło jej to szczególnej przyjemności, ale czasem trzeba było nieco pocierpieć, aby skorzystać z efektów, jakie miało to ze sobą nieść. Nie zwlekała długo z kolejnym łykiem, wydawało jej się, że dzięki temu szybciej przywyknie do tego nie do końca przyjemnego smaku. Miała nadzieję, że ta metoda się sprawdzi, chociaż żadna z niej była specjalistka w tej dziedzinie i raczej działała po omacku.

- Powiedzmy, że ten dzień jest całkiem w porządku, więc odbija się to i na mnie. - Nie była spięta, miała wrażenie, że coś jest inaczej, że nie było między nimi tego napięcia, które towarzyszyło im przez ostatnie lata. Wystarczyła zmiana otoczenia, krótka rozmowa i wszystko wracało do normy... znaczy już nie normy. Nie zastanawiała się nad tym zbytnio, nie chciała tego robić w tym momencie, nie kiedy ten dzień naprawdę okazał się nie być najgorszym z możliwych.

Spojrzała na niego kątem oka, przez chwilę mu się przyglądała. Czyżby tak łatwo też się zapominał? Czy też bez problemu było mu wrócić do tego w jaki sposób kiedyś ze sobą rozmawiali? To było dziwne, bo przecież nie bez powodu wszystko między nimi się zmieniło. Nigdy w sumie nie dowiedziała się dlaczego, zresztą nie był to moment, w którym chciała się nad tym rozwodzić, swoje już przez to wycierpiała, a ten dzień miał być nie najgorszy, skoro miała takie założenie, to nic nie mogło już tego zmienić. - Trudno mi się z tym zgodzić, nie zawsze jest fair na tyle na ile się da, doskonale powinieneś sobie z tego zdawać sprawę. - Naginanie zasad nie było przecież niczym nowym, albo zupełne ignorowanie ich, by tylko odnieść sukces, by coś zyskać.

- Wiesz, że mogłabym to zrobić tylko dlatego, żeby Ci udowodnić, że jest inaczej? - Tym razem spoglądała na niego wcale nie udając, że tego nie robi. Jasne, nie byłby pierwszą osobą, z którą postanowiłaby eksplorować okoliczne krzaki, jednak kiedy założył, że na pewno by tego nie zrobiła... przecież to się prosiło o to, żeby pokazać mu, że się mylił. Wcale nie lubiła być tak przewidywalną, jak się mogło wydawać.

- Cytowanie książek bywa kłopotliwe, bo znam je lepiej od wszystkich innych, czasem trudno jest mi przytakiwać, muszę się więc gryźć w język, żeby nie wyjść na przemądrzałą. - Posiadanie idealnej pamięci bywało bardzo mocno kłopotliwe, szczególnie, gdy ktoś próbował imponować jej swoją wiedzą, a ona doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że pieprzy głupoty.

Przewróciła oczami, kiedy usłyszała to imię i nazwisko. Jasne, oczywiste było to, że powinna się interesować kimś tego pokroju, tylko, że niestety wbrew temu, co się mogło wydawać nudziło ją to, chciała od życia czegoś więcej, chociaż kreowała się na kogoś zupełnie innego. - Spodziewałam się, że nieco lepiej znasz mój gust. - Dodała tylko, bo naprawdę nie sądziła, że może założyć, że spędzanie czasu z kimś takim może być dla niej przyjemnością.

- Z tym mogę się zgodzić, faktycznie ten argument jest słaby, jestem samowystarczalna. - Powiedziała pewnym tonem głosu, jakby nie patrzeć była naprawdę dumna z tego powodu. Rzadko kiedy potrzebowała pomocy kogokolwiek przy czymkolwiek. Potrafiła o siebie zadbać, nauczyła się tego przez mijające lata, zastanawiała się czasem, jakby to było nie musieć tego robić, jednak raczej szybko nie miała tego sprawdzić.

- W Twoim przypadku każdy potencjał musi być wykorzystany, to całkiem imponujące. - Nic nie mogło być pomiędzy, jeśli już coś miało się dziać, to tak, aby sprawić jakieś wrażenie. Dobre, czy złe, ważne, żeby zostało zapamiętane, w pewien sposób to było niesamowite.

- Będziemy się tak targować, aż znajdziemy się w połowie drogi? Mogłabym się zgodzić na połowiczny dramatyzm, nie na większość. - Nie była szczególnie dobra w negocjacjach, więc pewnie pozostaną przy tym co powiedział, chociaż i tak wiedziała swoje, wcale nie była tak dramatyczna jak mogło się wydawać. Być może z boku tak to wyglądało...

- Tak, psuje statystki, przez co muszę tworzyć nowe, a to bywa wyczerpujące, muszę chyba jednak do tego przywyknąć. - Odparła jeszcze, jakby faktycznie mieli nadal gdzieś obok siebie krążyć, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie, a przecież niedługo ich drogi miały się rozejść. Ich edukacja w Hogwarcie powoli zmierzała ku końcowi, już niedługo nie będzie to taką oczywistością, że będą na siebie wpadać.

Później sięgnął po swój kapelusz i założył go jej na głowę, czego się nie spodziewała, znowu ją zaskoczył. - Najpewniej tak, ale to wcale nie byłoby Twoim problemem. - To ona nie zadbała o to, by odpowiednio ochronić się przed słońcem, a jej skóra na pewno by jej tego nie wybaczyła. Pomyślał o tym, nie wiedzieć dlaczego, nie powinno go przecież to zupełnie obchodzić, to był tylko jej błąd, ona miałaby za niego płacić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#19
04.04.2026, 19:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2026, 21:13 przez Benjy Fenwick.)  
Uśmiechnąłem się krótko, bardziej pod nosem niż do niej, kiedy tak lekko zbyła mój „brak talentu”, jakby to była kwestia decyzji, a nie konstrukcji. Przesunąłem palcem po szyjce butelki, zbierając skroploną wodę, po czym pstryknięciem palców posyłając ją jak najdalej w kierunku domniemanego jeziora. Cień między drzewami był gęstszy niż powinien przy takim słońcu, powietrze tam wyglądało ciężej, jakby stało w miejscu, nie ruszane wiatrem, którego tutaj, na łące, i tak prawie nie było.
„Przecież umiesz pisać.”
- To brzmi jak jeden z tych argumentów, które działają tylko wtedy, kiedy nikt się nad nimi nie zastanowi. - Przesunąłem spojrzenie gdzieś w bok, na linię trawy, która falowała lekko pod wpływem ledwo wyczuwalnego powiewu. - Oczywiście, że umiem pisać. Umiem też rysować, jeśli mnie zmusisz. I pewnie byłbym w stanie zagrać coś na pianinie, gdyby ktoś trzymał mi rękę na klawiaturze wystarczająco długo. - Wzruszyłem ramieniem, jakby to wszystko było równie bez znaczenia. - To nie znaczy, że ktokolwiek chciałby to oglądać. - Wzruszyłem ramionami.
Nie chodziło nawet o brak wiary w to, że mógłbym to zrobić dobrze, raczej o to, że nie widziałem powodu, dla którego miałbym cokolwiek z tego wynosić na zewnątrz - nie wszystko musiało być opowiedziane, nie wszystko zyskiwało na tym, że ktoś inny mógł to zobaczyć.
- Bestseller… - Powtórzyłem powoli, z cieniem rozbawienia, który nie próbował się nawet ukryć< obracając butelkę w dłoni. - Brzmi jak coś, co wymagałoby ode mnie udawania, że obchodzi mnie czyjaś opinia. - Krótka pauza. - To byłby dopiero eksperyment. - Kącik ust drgnął mi wyżej, ale nie dociągnąłem tego do pełnego uśmiechu, pozwalając, żeby zostało gdzieś pomiędzy zaczepką a czymś bardziej… Złożonym. To, w jaki sposób to wszystko określiła, brzmiało jak bardzo elegancki sposób na powiedzenie „twoją grupą docelową byliby ludzie, którym nie przeszkadza brak sensu estetycznego”, co jeszcze bardziej wzbudziło we mnie wesołość, nawet jeśli starałem się zachowywać powagę. „Raporty, antyinstrukcje i emocjonalnie puste autobiografie, dział trzeci, między księgowością a nekrologami” - pewnie tak by to należało skatalogować, co znacząco ograniczyłoby grono przypadkowych odbiorców.
- Doceniam wiarę w mój potencjał. Naprawdę. - Dodałem z lekką nutą ironii, która jednak nie była całkiem pusta. - Może faktycznie powinienem spróbować. Zrobić coś dla tej niedoreprezentowanej części społeczeństwa. Mogłabyś napisać przedmowę? Żeby to jednak miało jakąś wartość edukacyjną? - Spojrzałem na nią kątem oka, bez ukrywania zaczepki, ale również bez tego cienia kąśliwego grymasu, który pojawiał się u mnie zawsze wtedy, kiedy balansowaliśmy gdzieś pomiędzy wymianą zdań a czymś, co mogło się w każdej chwili w nią zamienić. Nie poprawiłem się, nie cofnąłem tego, co zasugerowałem, nawet jeśli było to oczywiście przesadzone - nie wydawało mi się, byśmy mogli po szkole współpracować w jakimkolwiek zakresie - nie chodziło o trafność, tylko o reakcję. Nie ciągnąłem tego dalej, nie było sensu rozbierać tego na części, skoro oboje wiedzieliśmy, że nie chodziło o samo pisanie, tylko o to, jak patrzyliśmy na świat - ona z przekonaniem, że wszystko dało się ułożyć, przekształcić, naprawić… Ja raczej z przyzwyczajeniem do tego, że rzeczy po prostu działały tak, jak działają, niezależnie od tego, czy komuś się to podobało.
Zerknąłem na nią kątem oka, sprawdzając, czy w ogóle jeszcze mnie słuchała, czy już zdążyła rozebrać to zdanie na czynniki pierwsze i uznać, że przesadzałem - wbrew pozorom, nie miałbym z tym drugim problemu - zwykle przesadzałem, tylko że rzadko się myliłem, a Prudence z pewnością potrafiła tworzyć bardziej naukowo rzetelne treści literackie.
Nie wszedłem jej w słowo, kiedy mówiła o tej „innej drodze”, o upartości, o tym, że sukces smakuje lepiej, kiedy się na niego pracuje - oparłem się ciężej na dłoni, pozwalając, żeby słońce uderzyło mnie prosto w twarz, oczy przymknęły mi się lekko, ale nie odwróciłem głowy - słuchałem, kręcąc lekko butelką w dłoni, obserwując sposób, w jaki światło rozbijało się na powierzchni, jakby to było coś bardziej zajmującego niż sama rozmowa… A nie było, tylko łatwiej było udawać, że tak jest…
- Jasne. Możliwe. - Przyznałem bez większego oporu, uśmiech, który pojawił się na moich ustach, nie był ani szeroki, ani szczególnie uprzejmy. - Albo tylko dłużej czekasz na coś, co ktoś inny bierze od ręki. - Nie brzmiało to jak podważanie jej wiary, raczej jak sucha obserwacja, której nie miałem potrzeby ozdabiać. - Ludzie bardzo lubią sobie wmawiać, że coś smakuje lepiej, kiedy było trudniejsze. - Przesunąłem dłonią po trawie, czując pod palcami tę różnicę między suchą powierzchnią a chłodem pod spodem. - Czasem to po prostu zmęczenie, które mylisz z satysfakcją. Uczysz się ignorować to, ile naprawdę zapłaciłaś, żeby móc dalej iść. - To była różnica, którą zawsze podkreślałem - wbrew przekonaniom ludzi, wcale nie dlatego, że chciałem się wyróżnić - po prostu nie widziałem sensu w udawaniu, że gra toczyła się na równych zasadach. Nie próbowałem jej tego odbierać, bardziej… Korygowałem, względnie delikatnie, na tyle, na ile w ogóle było to w moim repertuarze. Było w tym zresztą coś dziwnego - w tym, że nie miałem potrzeby podważania wszystkiego, co mówiła - jeszcze jakiś czas temu zrobiłbym to odruchowo, tylko po to, żeby sprawdzić, jak daleko się posunie w obronie własnych założeń. Teraz… Nie wydawało mi się to warte wysiłku. Przesunąłem palcami po trawie obok siebie, zgniatając kilka źdźbeł między opuszkami, czując, jak pękają z cichym trzaskiem. Nie patrzyłem na nią przez moment, tylko przed siebie, na tę samą linię łąki, która zaczynała wyglądać niemal identycznie w każdym kierunku, jakby wszystko wokół było powtarzalne, przewidywalne… I tylko my próbowaliśmy robić z tego coś więcej, niż było. Na jej „furtkę” skinąłem tylko głową, jakby to było coś oczywistego, ale kiedy przeszła do planów, uniosłem lekko brew, a kącik ust drgnął mi wyżej - na jej „zawsze mam plan” uśmiechnąłem się już wyraźniej, bardziej szczerze - to zdanie było czymś znajomym, czymś, co już kiedyś słyszałem, i co zawsze działało na mnie w ten sam sposób - uniosłem obie brwi, tym razem mniej poważnie, a wyraz, który pojawił się na moich ustach, był już zdecydowanie bardziej swobodny.
- Fakt. Jestem prawie pewien, że masz plan nawet na to, że nie masz planu. - Zerknąłem na nią z boku. - Jeśli kiedykolwiek powiesz mi, że coś robisz „po prostu”, bez planu… - Pokręciłem lekko głową. - Uznam to za znak, że coś jest bardzo nie tak. - Nie ciągnąłem dalej, bo to nie był temat, który naprawdę mnie interesował, bardziej pretekst do tego, żeby zobaczyć, jak zareaguje - zawsze była dobra w takich drobnych przepychankach - nie szła wprost, nie szarżowała, raczej rozkładała wszystko na czynniki pierwsze i zostawiała cię z tym, co sam sobie dopowiedziałeś.
-Och, wiem. - Rzuciłem lekko. - To jest właśnie najbardziej niepokojące. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się przez chwilę, próbując ocenić, na ile mówiła poważnie, a na ile tylko podtrzymywała swoją własną narrację. Była uparta, to było oczywiste, i nawet jeśli nie zgadzałem się z połową jej założeń, to nie zamierzałem udawać, że nie widziałem, dokąd ją to mogło zaprowadzić. - Jeśli ktokolwiek miałby to zrobić, to rzeczywiście ty. - Przyznałem. - Stworzyłabyś cały schemat, kilka wariantów, margines błędu… - Zawiesiłem głos na moment. - A potem i tak coś poszłoby nie tak i musiałabyś improwizować. - Uśmiech na mojej twarzy zrobił się odrobinę bardziej wyraźny. - I to byłaby najlepsza część. Świat nie zniesie wersji ciebie, która kontroluje też przypadek. - Nie powiedziałem tego złośliwie.
Cisza, która między nami zapadła, była… Łatwa. Nie wymagała wypełniania, nie ciążyła, nie domagała się komentarza…
Odpowiedź o „polegnięciu” sprawiła, że spojrzałem na nią dłużej, niż planowałem. Coś w tym było… To było coś znajomego, coś, co nie pasowało do tej uporządkowanej wersji Prudence, którą tak konsekwentnie budowała.
- To trochę psuje mój obraz ciebie, wiesz? - Mruknąłem. - Byłaś dużo bardziej przewidywalna pięć minut temu. Musiałbym to zobaczyć na własne oczy, żeby uwierzyć. - To było pół żartem, pół serio, chyba oboje o tym wiedzieliśmy.
A potem powiedziała o szkodzeniu pojęciu spontaniczności… Nie od razu zareagowałem, najpierw zmarszczyłem czoło, patrząc w dal, jakbym próbował zdecydować, czy to była kolejna zaczepka, czy coś, co powiedziała bez zastanowienia - problem polegał na tym, że znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że jedno nie wykluczało drugiego - ostatecznie wzruszyłem ramionami.
- Czasem nie jest. - Przyznałem na tezę o zmienności. - Czasem jest po prostu… Inne i tyle. - Obróciłem butelkę w dłoni jeszcze raz. - I ludzie próbują dorobić do tego sens, żeby nie wyszło, że coś stracili.
Niektórzy tylko bardzo lubili udawać, że to, co inne, jest równie dobre, żeby nie przyznać, że coś nie poszło po ich myśli - to była taka… Wygodna wersja rzeczywistości.
Kiedy powiedziała, że jeśli się postaram, to nic nie popsuję, uniosłem lekko brew i spojrzałem na nią z czymś, co było blisko rozbawienia, ale nie do końca nim było.
- Masz o mnie bardzo selektywną opinię, Bletchley. - Zauważyłem, bez tej ostrości, którą zwykle wkładałem w podobne zdania.
Obserwowałem ją przez moment, kiedy piła, ten sposób, w jaki próbowała przyzwyczaić się do smaku, i nie powstrzymałem lekkiego rozbawienia.
- Wiesz, że możesz po prostu przyznać, że ci nie smakuje? - Rzuciłem. - To nie test charakteru ani obowiązkowe doświadczenie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wspomniała, że dzień jest „w porządku”.
- „W porządku” to dużo, jak na nasze standardy. - Stwierdziłem, nie oderwałem od niej spojrzenia przez kilka sekund dłużej, niż było to konieczne. - Ja to mam dziś szczęście. - Rzuciłem bez zastanowienia. - Trafiłem na moment, kiedy nie masz ochoty mnie zamordować. Nie przesadzajmy, bo jeszcze ktoś pomyśli, że potrafimy funkcjonować normalnie. - Uniosłem brew, wyraźnie, bez próby ukrycia reakcji, spojrzenie przesunęło mi się po jej twarzy, sprawdzając, czy mówiła poważnie, czy to była tylko kolejna zaczepka, kącik ust drgnął mi minimalnie, ale w moim spojrzeniu pojawiło się coś ostrzejszego, bardziej uważnego.
Nie czekałem na odpowiedź długo, bo zaraz potem rozmowa skręciła w coś, co przyciągnęło moją uwagę znacznie bardziej - jej spojrzenie poczułem zanim na nie odpowiedziałem - wiedziałem, kiedy mnie obserwowała, zawsze wiedziałem, odwróciłem głowę minimalnie, żeby ją złapać na tym wprost, bez tej gry w półspojrzenia. Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, unosząc brwi, kiedy zmrużyła oczy, jakby naprawdę próbowała to rozgryźć - było w tym coś znajomego, coś, co pamiętałem aż za dobrze - to był ten moment, kiedy zaczynała analizować coś do granic sensu, tylko dlatego, że nie lubiła zostawiać rzeczy bez odpowiedzi.
- Wiem dokładnie, jak to działa. - Odparłem, tym razem mierząc ją spojrzeniem. - Dlatego mówię, że jestem fair na tyle, na ile się da. - Podkreśliłem to odrobinę mocniej, mając pewność, iż wiedziała, że różni ludzie mieli różne definicje tego „da”, ale to, co powiedziała chwilę później—
Zatrzymałem się - dosłownie - ruch dłoni, który miał być kolejnym, automatycznym gestem, zatrzymał się w połowie, a spojrzenie wróciło do niej szybciej, niż powinno… Kiedy padło to zdanie - to, że mogłaby pójść ze mną tylko po to, żeby udowodnić mi, że się mylę - coś się we mnie faktycznie zatrzymało…
Na moment…
Naprawdę na moment…
Spojrzałem na nią już nie kątem oka, tylko wprost, uważniej, jakbym próbował ocenić, czy to zaczepka, czy deklaracja.
- Mówisz poważnie. - Stwierdziłem, nie pytając, kącik ust drgnął mi minimalnie, ale w moim spojrzeniu pojawiło się coś innego - coś bliżej zainteresowania niż rozbawienia. - A to ci… Nowość. Pójdziesz ze mną w las tylko dlatego, że powiedziałem, że tego nie zrobisz. - Dodałem i przez chwilę nic nie więcej mówiłem, tylko patrzyłem na tę linię drzew, jakby nagle przestała być tłem, a zaczęła być czymś, co wymagało podjęcia konkretnych decyzji.
- Musi być ciężko być najmądrzejszą osobą w większości rozmów. - Rzuciłem sucho, nie brzmiało to przekonująco, ale rzeczywiście - to by było zbyt proste, gdyby ktoś mógł jej czymś zaimponować bez ryzyka kompromitacji. - Tragiczny los. Naprawdę ci współczuję. - Mruknąłem, ale w moim spojrzeniu pojawiło się coś bardziej skupionego, jakby to, co powiedziała, było ważniejsze, niż chciałem pokazać.
Na wspomnienie Vane’a, które jako pierwsze padło zresztą z moich własnych, parszywych ust - nie lubiłem gnoja kręcącego się w okolicy, jakby sobie na to zasłużył - i na odpowiedź Prue, przewróciłem lekko oczami, ale jej reakcja była wystarczająca, żeby kącik ust znów mi drgnął.
- Przyznaję, to był strzał trochę na oślep. Szokujące. - Uniosłem lekko dłonie w geście kapitulacji. - Ale musisz przyznać, że brzmi jak ktoś, kto powinien cię zachwycać. - Mój ton był lekki, ale coś w nim sugerowało, że nie była to dla mnie aż tak wielka niespodzianka, jak udawałem. - Nie ten, który mówi pełnymi zdaniami nawet wtedy, kiedy nie trzeba, cytuje rzeczy, o które nikt go nie prosił, i wygląda, jakby każdą sekundę swojego życia traktował jak przygotowanie do wystąpienia publicznego? - Parsknąłem cicho, przeciągając spojrzeniem po jej twarzy, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo zabawnego, a nie tylko przewróciła oczami na mój - wcale nieprzypadkowy - wybór nazwiska. - Liczyłem, że przynajmniej spróbujesz udawać, że to twój typ. Dla konsekwencji. Biedny frajer. - Nie było w tym współczucia, to było raczej coś pomiędzy rozbawieniem a czymś ostrzejszym, co tylko na chwilę przebiło się przez mój ton. - Chociaż może powinienem mu pogratulować odwagi. Niewielu ma ochotę tak świadomie wchodzić pod pociąg...
Przesunąłem spojrzenie po niej, powoli, bez pośpiechu.
- Oświecisz mnie? - Nie było to pytanie zadane niewinnie.
Jej pewność, kiedy mówiła o samowystarczalności, była znajoma, więc przez chwilę tylko patrzyłem na nią w ciszy, jakbym coś w tym porównywał z własnymi wnioskami, zanim wzruszyłem lekko ramionami.
Za to kiedy przeszliśmy do „połowicznego dramatyzmu”, od razu pokręciłem głową.
- Nie. - Powiedziałem bez wahania. - „Połowiczny dramatyzm” to oksymoron. - Uniosłem lekko dłoń, machając nią w powietrzu, wpierw w prawo, potem w lewo. - Albo jesteś dramatyczna, albo nie jesteś. Nie możesz być „połowicznie dramatyczna”. - Spojrzałem na nią, pozwoliłem sobie na krótką pauzę, podczas której mój kącik ust znów drgnął. - Ale mogę być łaskawy, jestem skłonny negocjować. - Dodałem. - Ograniczysz swoje statystyki do minimum, ja ograniczę swoją „większość” do… - Zawahałem się celowo, przeciągając moment. - Trzech czwartych. - Przechyliłem głowę. - To uczciwe. Bierz albo zostaw, ale nie mów, że nie potrafię iść na kompromisy. - Nie było w tym złośliwości, raczej coś bliżej… Przyzwyczajenia… Do niej, do tego, że zawsze miała odpowiedź, zawsze potrafiła obrócić temat tak, żeby brzmiał rozsądnie - nawet jeśli w moim świecie rozsądek wyglądał trochę inaczej. Nie było to ani trochę uczciwe rozwiązanie z mojej strony, oboje o tym wiedzieliśmy, ale właśnie w tym tkwił cały urok tej dyskusji.
Przez chwilę patrzyłem na nią w ciszy, zanim sięgnąłem po kapelusz i założyłem go na jej głowę, po czym jeszcze raz uniosłem rękę i bez większego namysłu poprawiłem lekko rondo kapelusza na głowie Prue, przesuwając je tak, żeby cień lepiej padał na jej twarz. Moje palce na ułamek sekundy zahaczyły o ciemne włosy dziewczyny, ale cofnąłem je od razu.
- Słoneczko… - Odparłem, niemal odruchowo, z tą lekką nutą czegoś, co brzmiało zbyt miękko, by było po prostu zaczepką. - Twój czerwony nos psuje mi estetykę dnia. - Przekrzywiłem głowę. - Więc to jednak trochę mój problem. Nie mam ochoty patrzeć, jak wracasz z czerwoną twarzą i udajesz, że to część twojej strategii. - Cofnąłem się z powrotem, opierając się na dłoniach, jakby to nic nie znaczyło, ale spojrzenie znów uciekło mi w stronę lasu.
- To jak? - Rzuciłem po chwili, bez patrzenia na nią. - Udowadniasz mi to teraz - krótka pauza. - idziesz ze mną w te krzaki, żeby coś udowodnić, czy tylko lubisz rzucać ryzykowne deklaracje bez pokrycia?

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10932), Prudence Fenwick (7378)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa