– Muszę przyznać, że walijskie grzanki są niesamowite[/ b] – stwierdziła znad talerza, bo zdążyła zamówić, jeszcze zanim pojawiła się Ginewra. [b]– Chyba w menu nazywa się to… Welsh rarebit? Jakoś tak? Jakbyś miała ochotę, to ja cię tu zaprosiłam, więc ja płacę, oczywiście – zapewniła, uśmiechając się do dziewczyny w przerwach pomiędzy kęsami tosta: dużo roztopionego sera, musztarda, wersja z sosem zamiast z piwem, bo musiała zachować pełną przytomność umysłu. Kawa, ustawiona obok talerza, pachniała oszałamiająco, przynajmniej dla Brenny. Wczorajszy dzień było wiele za długi i wypełniony ganianiną.
Pamiętała ją z Doliny Godryka. Przedstawiono je sobie, a Brenna nawet oprowadzała ją po okolicy, co zakończyło się dość dramatyczną sceną pojednania z Samuelem i teraz mimowolnie szukała rodzinnego podobieństwa w twarzy, choć nie mogła się go dopatrzeć.
– Interesuje mnie pewna czarodziejska legenda, konkretnie z okolic Great Hangleton. Rozmawiałam o niej już z osobą, która nieźle zna się na historii magii, ale w grę wchodzą jakieś tam artefakty… uznałam, że przyda się konsultacja z kimś, kto pewnie miał z takimi rzeczami do czynienia – dodała w ramach wstępu, sięgając teraz, po zjedzeniu pierwszego tosta po kawę.[/b]