• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[10.09.1972] i see red [Sabrina&Edith]

[10.09.1972] i see red [Sabrina&Edith]
edytka rokłudowa
— you're insane —
GOD FORBID a girl
carry on her FAMILY LEGACY

wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
mocny, niedbały makijaż oczu | długie, najczęściej rozpuszczone włosy prawie zawsze w nieładzie | neutralny wyraz twarz | dołeczki, gdy się uśmiecha | lekko odstające uszy | budowa szczupła, ale i kobieca | 170 cm wzrostu | blada skóra bez skazy oraz rumieńców | drogie szaty w kolorze głębokiej czerwieni, zieleni lub czerni | dużo pierścieni oraz srebrnych bransolet | pachnie świeżym praniem, owocami, ale i odrobiną dymu papierosowego

Edith Rookwood
#1
04.09.2026, 20:42  ✶  
10.09.1972

To było niezwykłe, komiczne wręcz, jak wiele czarownic zostało oblanych czerwoną farbą w trakcie Spalonej Nocy. Może nawet by to samej Edith bardzo nie ruszyło, bo do różnych zachowań, szczególnie niereformowalnych i to z rąk tych co byli niżej od niej, była przyzwyczajona. Nie myślała jednak, że ktoś wpadnie na tak głupi pomysł, jak stworzenie jakiejś dziwnej, specjalnej mieszaniny, która uniemożliwiała domycie niezidentyfikowanej cieczy.

Chodziła więc przez ostatnie dwa dni cała czerwona — od stóp do głów prawie, bo chluśnięcie dosięgło jej dłoni i odkrytych przedramion. Dosięgło większości twarzy, chociaż dół, który zakryty był przez chustę był bardziej różowy niż czerwony. Tak samo zresztą z szyją. Największe skupisko szkarłatu znajdowało się powyżej nosa, w okolicy oczu, uszu, na czole, na głowie. Nawet jej włosy mieniły się w świetle żarówki czerwienią, jakby ich czerń została potraktowana farbą. No, ogólnie porażka.

Nie działały najdroższe mydła i szampony. Nie działały zaklęcia, bolesne szorowanie ani przekleństwa, jakie wyrzucała z siebie za każdym razem, gdy spojrzała w lustro i myślała o tym idiocie, który ją tam na środku ulicy oblał. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wkrótce musiała pojawić się w pracy, więc problem był palący, problem wymagał natychmiastowej konsultacji.

W św. Mungu pojawiła się bardzo wcześnie, w nadziei, że dzięki tej specyficznej porze, gdy ruch jest trochę mniejszy, oszczędzi sobie gapiów wytykających jej nowy odcień skóry, palcami. Oczywiście, św. Mung był i tak przepełniony, i to przypadkami najróżniejszymi, więc się zawiodła. W kolejce spotkała kobiety, których twarze również pokrywała czerwień, czarodziejów kasłających praktycznie nieustannie, niepotrafiących poradzić sobie z wszechobecnym popiołem, który dalej unosił się w niektórych miejscach w Londynie. Widziała poparzenia; mniejsze czy większe ubytki włosów oraz skóry, których pracownicy nie mieli czasu posortować od najbardziej wymagających opieki, do tych wymagających jej najmniej.

W końcu zawołano ją do okienka, z czarownicą, która pracowała w tym miejscu rozmawiała przez kilka chwil — ta, widząc woalkę, bez słowa praktycznie, odesłała Edith, gdzieś w bok, gdzie na przyjęcie oczekiwało kilka innych, równie czerwonych na ciele panien. Niektóre z nich, próbowały ukryć barwę pod ciężkim makijażem (który nic nie zmieniał, dodając im skórze jedynie ciemno-różowej barwy), inne, tak jak Edith chowały się za kapturami swych szat i woalkami, które w zależności od swej barwy, nadawały im wyglądu młodych wdówek lub skrywających swe twarze za śnieżnobiałą koronką, panien młodych.

W końcu wywołano ją do jednego z gabinetów. W środku unosił się ciężki zapach ziół i przeróżnych maści. Nie był nieprzyjemny, ale Edith kojarzył się tylko i wyłącznie z szpitalem — czyli niezbyt dobrze.

— Dzień dobry. — rzuciła w stronę pracującej tam, blond-włosej czarownicy i usiadła na jednym z wysłużonych drewnianych krzeseł. Pomieszczenie nie przypominało gabinetu i w normalnych okolicznościach raczej nie przyjmowano tam zwyczajnych pacjetów, więc Rookwood domyśliła się, że ze względu na natłok pacjentów, klinika używała wszystkich dostępnych pomieszczeń oraz pracowników — byleby chociaż na chwilę ulżyć uzdrowicielom.

Bez żadnych oporów, odkryła woalkę, zanim jeszcze wyjaśniła po co tu jest, bo jej twarz była wystarczająco czerwona, by czarownica mogła domyśleć się po co tam przyszła.

— W Spaloną Noc zostałam zaatakowana. O ile nie było to nic co mnie poparzyło czy uszkodziło moją skórę, to zupełnie nie potrafię tego domyć. I nie pomaga kompletnie nic. — spojrzała na czarownice wzrokiem obojętnym, jej głos był równie neutralny. Pierwszy raz od bardzo dawna nie miała ochoty na żarty. — W poczekalni widziałam, że nie jestem jedyna. Co za czasy. — prychnęła w zamyśleniu, oburzona. Ktoś mógłby powiedzieć, że zachowuje się trywialnie, nie straciła przecież życia ani dobytku, żaden z członków jej rodziny nie został zaatakowany na tyle poważnie, by wywoływać jej larum, ale czuła się upokorzona, a to było chyba jeszcze gorsze.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
wyjec tęczowy
„Wilkołak nie bronił się. Zagnany do jaskini, z której nie było wyjścia, uklęknął i czekał na cios miecza. Wiedźminowi było go żal."
wiek
27
sława
III
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
alchemiczka w szpitalu św. Munga
Na pierwszy rzut oka wygląda na kogoś, kto wychowywał się w rodzinie z wyższych sfer. Szczupła, wysoka (175 centymetrów wzrostu) i nosząca się z ekstrawagancją, wyuczoną sztywnością i elegancją blondynka o szarozielonych oczach. To jednak wszystko pozory, ponieważ wystarczy, że zrzuci maskę w doborowym towarzystwie lub w domu i widać wtedy tylko dziewczynę, której większość zachowań to odpowiedź na wymagania otoczenia (choć to w gruncie rzeczy wcale sztywności i elegancji już od niej nie wymaga). Czasem jednak, gdy przyjrzysz sie jej bliżej, jesteś w stanie zauważyć kurze łapki i zmarszki, które zaczynają się jej robić od śmiechu, na jej rękach widać tajemnicze blizny, czy też możesz dostrzec to, że gdy jest zmęczona, zaczyna się garbić i maleć w oczach, a niekiedy na jej ubraniach widać ślady po warzeniu eliksirów lub opiece nad roślinami.

Sabrina Morgan
#2
07.09.2026, 20:44  ✶  
Nigdy nie sądziła, że nadejdzie dzień, w którym wpuści do swojego alchemicznego królestwa kogoś, kto nie był uzdrowicielem lub innym pracownikiem szpitala św. Munga. Teraz jednak, gdy od kilku dni panował tak ogromny chaos, a szpital wydawał się być tonącym statkiem, wszystkie (bądź większość) gabinetów były otwarte dla potrzębujących pomocy i diagnozy pacjentów. Sabrinie, jako alchemiczce, przypadło zajmowanie się wszystkimi tymi, którzy potrzebowali magicznych maści lub eliksirów. Były przypadki cięższe, ktore wymagały konsultacji z uzdrowicielami, ale były też te, powiedzmy, łatwe. Jak niezmywalna czerwona farba.

Wcześniejszego dnia przyjęła dwie osoby z tym problemem, ale dziś gdy tylko przyszła do pracy, usłyszała, że tego typu przypadków już na nocnym dyżurze było więcej. Ten dzień zapowiadał się wprost wybornie. Od razu gdy przyszła, wzięła sie do pracy. Po pierwsze, uprzątnęła swój kubek zostawiony wczoraj na biurku. Poprzedniego dnia popołudniu, po kilkunastogodzinnej zmianie, miała wrażenie jakby zupełnie przestała kontaktować. Przez moment nawet myślała, czy jej się to wszystko czasem nie przyśniło. Widok kubka z zaschniętą plamą z kawy na jego dnie uświadomił jej, że w rzeczywistości nic się jej nie śniło. Gdy wróciła wczorajszego wieczora do domu, padła i obudziła się następnego dnia. Westchnęła. Na szybko sprawdziła zawartość kociołka z jedną z mikstur, które warzyły się już od kilku dni i zawołała pierwszą osobę z kolejki.

Przypadki były w miare proste, jednak powtarzalne. Nie potrafiła nie współczuć wszystkim pokrzywdzonym w atakach, choć zdawała sobie sprawę, że pewnie część z nich choć odrobinę sobie na to zasłużyła. Ale o tym wolała nie myśleć. Cóż, na uzdrowiciela z krwi i kości by się nie nadawała, była zbyt empatyczną, za miękką kluchą.

Kolejną osobę, która weszła do jej gabinetu i po chwili zdjęła woalkę, chyba znała. Albo raczej, kojarzyła. Nie potrafiła przypomnieć sobie nazwiska, co dopiero imienia, ale wydawało sie jej, że twarz kobiety jest jej znana. Nie rozpamiętywać jednak tego, wysłała jej łagodny, współczujący uśmiech.

– Dzień dobry – przywitała ją. Gdy ciemnowłosa mówiła, Sabrina patrzyła jej w oczy, a przynajmniej próbowała. Jak zwykle chciała pokazać, że uważnie słucha. Nie byla pewna, czy bylo to odpowiednie, ale rzadko miala kontakt z pacjentami. Ba, wolała go unikać, bojąc się reakcji innych ludzi, gdyby jakims cudem dowiedzieli się o tym, że eliksiry i maści tworzy dla nich ktoś taki jak ona. Teraz jednak kontakt był wymagany i nie mogła na to nic poradzić, jedynie zagryźć zęby i pomagać. 

– Tak, nie jest pani jedyna, ale myślę, że coś na to poradzimy. Jednak zanim przejdziemy do omawiania opcji, muszę o coś jeszcze zapytać. Czy to jedyna szkoda, jaką pani wyrządzono? Bo jeśli coś jeszcze pani dolega, cokolwiek, to w tym rownież chętnie pomogę – powiedziała i uśmiechnęła się, choć nie był to wesoły uśmiech. Raczej dość stłumiony, jakby go wymusiła próbują ukryć zmartwienie, jakie ją ogarnęło na myśl o Spalonej Nocy. Znów pomyślała o tym, że i ona przecież została zaatakowana. Co prawda nie byla to farba, ani oparzenia, ani nic gorszego, jednak złamanie nosa… Bolało jak cholera. I mimo zażycia odpowiedniego eliksiru, wciąż nie było z nią idealnie. Choć widziała się w lustrze i nie dostrzegła tego ranka opuchlizny, miała wrażenie jakby jej twarz wciąż była po tym zdarzeniu obolała.
edytka rokłudowa
— you're insane —
GOD FORBID a girl
carry on her FAMILY LEGACY

wiek
25
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
amnezjatorka
mocny, niedbały makijaż oczu | długie, najczęściej rozpuszczone włosy prawie zawsze w nieładzie | neutralny wyraz twarz | dołeczki, gdy się uśmiecha | lekko odstające uszy | budowa szczupła, ale i kobieca | 170 cm wzrostu | blada skóra bez skazy oraz rumieńców | drogie szaty w kolorze głębokiej czerwieni, zieleni lub czerni | dużo pierścieni oraz srebrnych bransolet | pachnie świeżym praniem, owocami, ale i odrobiną dymu papierosowego

Edith Rookwood
#3
16.09.2026, 21:38  ✶  

Edith zastanawiała się przez chwilę czy alchemiczkę zna. Być może widziała ją gdzieś na Pokątnej, może jeszcze w Hogwarcie, bo blondynka zdecydowanie była w podobnym wieku, może dwa-trzy lata młodsza, może odrobinę starsza. Nie zajmowała swej głowy tym jednak przez czas długi, bo chciała tą sprawę załatwić raz i porządnie. Przydałby się w gronie znajomych Edith ktoś o jej umiejętnościach, bo na bezsenność cierpiała odkąd pamięta, ale nie była aż tak wyrachowana, by kolegować się z kimś dla tak błahych korzyści, bo miała Galeony na zakup eliksiru. No, ale skoro ona pytała ją o to czy coś jej jeszcze dolega, to dlaczego by nie nawiązać do tego właśnie problemu.

— Hmmm, oprócz urażonej dumy oraz upokorzenia, jakie mogło oglądać kilkanaście osób zgromadzonych tamtej nocy na Horyzontalnej, nic mi się nie stało. Mam problemy ze snem, ale na te cierpię od kiedy pamiętam i nie wydaje mi się, że ta farba wpływa na bezsenność. — jej umysł mimowolnie zawędrował w stronę runy, która od dziewiątego września zdobiła jej ścianę. Kolejny problem, z którym trzeba było sobie poradzić, na razie jednak ważniejsza była ta przeklęta farba.

— Więc, jeśli Pani alchemik ma na stanie wyjątkowo mocny eliksir, na brak snu, to nie będę narzekać. Teoretycznie, wielu ludzi warzy je osobiście, ja jednak na alchemii ani na roślinach, nie znam się zupełnie. — mruknęła, rozglądając się po gabinecie. Było wyjątkowo ciche i spokojnie, tak bardzo różniło się do całego świętego Munga, który ciągle kipiał energią. Istota siedząca przed nią również wydawała jej się samotniczką, sama Edith nie potrafiła wyobrazić sobie siebie samej w takich samych okolicznościach. Zawsze lgnęła do ludzi, a ludzie równie często lgnęli do niej, nie potrafiłaby siedzieć w zamknięciu, daleko od akcji i adrenaliny nawet jeśli amnezjatorstwo nie do końca łączyło się z szaloną akcją.

— Najgorsze jest chyba to, że nie wiem kto to zrobił, na miejscu był auror, ale ten człowiek ulotnił się równie szybko, co na miejscu pojawił, więc nie było szans go złapać. Szłam ulicą, szukając kogoś komu mogłabym pomóc, gdy ktoś mnie zaatakował, tylko dlatego że jestem córką mego ojca. — powiedziała nieszczerze i westchnęła ciężko. Kłamała teraz w żywe oczy, sama nie wiedziała po co maluje wokół siebie tą otoczkę dobrodziejki. Zależało jej na tym, by ludzie myśleli, że jest dobra, chociaż nigdy nie zależało Edith na nikim innym oprócz niej samej. Kiedy tak mówiła, nie dało się wyczuć, że kłamie. Wyglądała na najszczerszą, najbardziej oddaną ludziom, prawie żeńska wersja Dumbledore. Brakowało jej chyba tylko brody.



charm me. FURIOUSLY.
[Obrazek: 7a90f11105af48eb0dfbf06ddd0ce3052d8869b1.jpg]
torment me. IN DETAIL.
wyjec tęczowy
„Wilkołak nie bronił się. Zagnany do jaskini, z której nie było wyjścia, uklęknął i czekał na cios miecza. Wiedźminowi było go żal."
wiek
27
sława
III
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
alchemiczka w szpitalu św. Munga
Na pierwszy rzut oka wygląda na kogoś, kto wychowywał się w rodzinie z wyższych sfer. Szczupła, wysoka (175 centymetrów wzrostu) i nosząca się z ekstrawagancją, wyuczoną sztywnością i elegancją blondynka o szarozielonych oczach. To jednak wszystko pozory, ponieważ wystarczy, że zrzuci maskę w doborowym towarzystwie lub w domu i widać wtedy tylko dziewczynę, której większość zachowań to odpowiedź na wymagania otoczenia (choć to w gruncie rzeczy wcale sztywności i elegancji już od niej nie wymaga). Czasem jednak, gdy przyjrzysz sie jej bliżej, jesteś w stanie zauważyć kurze łapki i zmarszki, które zaczynają się jej robić od śmiechu, na jej rękach widać tajemnicze blizny, czy też możesz dostrzec to, że gdy jest zmęczona, zaczyna się garbić i maleć w oczach, a niekiedy na jej ubraniach widać ślady po warzeniu eliksirów lub opiece nad roślinami.

Sabrina Morgan
#4
02.10.2026, 22:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2026, 22:15 przez Sabrina Morgan.)  
Sabrina słuchała jej uważnie, patrząc na nią cały ten czas. Miała nadzieje, że nie było to dla kobiety irytujące, ale alchemiczce zawsze lepiej się skupiało na czyichś słowach, gdy na tę osobę patrzyła. Taka przypadłość, niestety.

– Mam mocne eliksiry na sen, ale na nie chyba potrzebuje Pani recepty od magimedyka, bo to faktycznie raczej nie jest związane ze skutkami tego co się działo poprzedniej nocy… – powiedziała, jednak wpadła na inny pomysł. Ten jeden nie była pewna, czy… Mówić na głos. Mogłoby się to wydawać kontrowersyjne. Dlatego postanowiła złagodzić to, co chciała powiedzieć. – Jednak, jeśli dostałaby Pani taką receptę, bardzo chętnie eliksir wykonam. Podobno robię je naprawdę skuteczne. – To, że jej eliksiry nasenne są bardzo skuteczne, wiedziała z autopsji. Przecież już niejeden raz musiała taki wypić, żeby móc zasnąć bez widzenia najbardziej przerażających momentów z ostatnich lat swojego życia.

Wracając jednak do sprawy eliksiru, miała nadzieję, że kobieta faktycznie kiedyś się odezwie i Sabrina będzie miała szansę się wykazać także poza samym szpitalem, gdzie wciąż jako twórczyni eliksirów była raczej… anonimowa. Nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo, anonimowość wiązała się z ciszą i spokojem przez większość czasu, jednak czasem jakaś jej część chciała, aby udało jej się spełnić marzenie małej dziewczynki ukrytej gdzieś głęboko – marzenie o tym, aby być największą alchemiczką na świecie. Marzenie niesamowicie głupie i infantylne, wciąż jednak niekiedy przebijające się przez jej działania i myśli.

– Niestety mnie spotkało coś podobnego. I tak samo jak panią, osądzanie po nazwisku, a raczej bardziej po nazwisku, którego już od dawna nie używam – uśmiechnęła się słabo, nawet z nią sympatyzując. Nie wiedziała, czy powinna to robić, przecież ludzie byli różni i nie zawsze byli tak dobrzy, na jakich się kreowali, ale realnie było jej szkoda wszystkich tych, którzy zostali albo napadnięci, albo oblani farbą, czy pokrzywdzeni w jakikolwiek inny sposób. Tak mugolaków, jak i czarodziejów półkrwi i czystej. Wszystkich, równo. Jednak starała się obie strony zrozumieć, choć w głowie wciąż siedział jej ten mężczyzna, który poprzedniej nocy uderzył ją pięścią w twarz, łamiąc jej noc. Chwała Merlinowi za eliksiry, bo bez nich wciąż chodziłaby opuchnięta.

Po powiedzeniu tych słów, z szuflady w biurku wyciągnęła słoiczek z białą, widocznie gęstą, mazistą zawartością. Na nim widniała etykietka napisana odręcznym pismem Sabriny z napisem „mydło”. Podała je kobiecie z uśmiechem.

– Oto ratunek. Mydło, którego konsystencja zmienia się nieco po kontakcie z wodą. Wystarczy, że wysmaruje sobie pani nim zwilżoną wcześniej skórę, a farba powinna zacząć schodzić. Wolę jednak ostrzec, że jedno umycie to może być za mało. Po maksymalnie trzech nie powinno być śladu po farbie, jednak, gdyby był lub pojawiły się jakiekolwiek inne komplikacje, potencjalna reakcja alergiczna czy swędzenie, proszę się do mnie zwrócić, albo bezpośrednio w szpitalu, albo listownie – powiedziała szybko, ale całkiem wyraźnie. – Żadnych komplikacji jednak nie powinno być, a przynajmniej do tej pory nikt się nie skarżył. Jedna z pań, twierdzących, że źle reaguje na wszystkie maści i kremy umyła twarz jeszcze w szpitalnej łazience i do tej pory nie zdążyła się poskarżyć, więc jest to bezpieczny środek – dodała jeszcze, raczej dla potencjalnego uspokojenia kobiety niżeli z własnych pobudek i potrzeby pochwalenia się tym, jakie zajebiste robi mydła. Jednak, może był to jakiś plan na życie, jakby posada alchemika w Mungu jednak ją na dłuższą metę przytłoczyła?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Edith Rookwood (1017), Sabrina Morgan (1071)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa