Sowa zastukała dziobem w szybę tak energicznie, że aż podskoczyłam, a kiedy tylko ją wpuściłam, niemal natychmiast wyciągnęła ku mnie nóżkę z przywiązanym do niej listem, patrząc w moim kierunku na tyle ponaglająco, że ani przez moment nie miałam wątpliwości, iż oto zostałam odwiedzona przez stworzenie, które miało bardzo napięty grafik i nie zamierzało czekać, aż skończę podziwiać jego pióra, nawet jeśli te były bardzo, ale to bardzo ładne… Zanim wypuściłam ją z mieszkania, podziękowałam jej - oczywiście - odrobiną okruszków herbatnika, które zostały mi na talerzyku po śniadaniu, bo nawet w największym pośpiechu należało zachowywać dobre maniery wobec doręczycieli korespondencji, szczególnie porannej, po czym rozwinęłam pergamin i przeczytałam wiadomość raz, drugi, a potem jeszcze trzeci, bo z każdym kolejnym słowem coraz szerzej otwierały mi się oczy. „Równe prawa czarodziejów, goblinów i charłaków” - brzmiało poważnie, bardzo poważnie, ale też na swój sposób ekscytująco - dokładnie tego teraz potrzebowałam, aby oderwać myśli od wszystkich innych wydarzeń mających miejsce w moim życiu, których usiłowałam nie roztrząsać, a jednak zdecydowanie zbyt często to robiłam. Ratunek dosłownie zleciał mi z zasnutego stalowoszarymi chmurami nieba, na którym zniknął tak szybko, jak się pojawił, nie ujawniając tożsamości nadawcy, na co w roztargnieniu jakoś nie zwróciłam uwagi.
„Dziupla” brzmiała… Obiecująco, chociaż może trochę nietypowo, ale przecież o gustach właścicieli barów lepiej było nie rozmawiać. Nie zamierzałam nawet przez chwilę iść tam sama, rzecz jasna, właściwie decyzja zapadła, zanim skończyłam czytać, bo Prue była pierwszą osobą, o której pomyślałam. Sięgnęłam więc po pergamin, pióro i kałamarz, które znajdowały się zdecydowanie za daleko ode mnie, co oznaczało, że musiałam wstać, ominąć książki piętrzące się w stertach na podłodze, przeskoczyć przez pudełko po maszynie do pisania i jeszcze prawie nadepnąć na ten karton pełen pobitego szkła laboratoryjnego ciśnięty w złości w kąt, zanim w końcu dopadłam biurka. Potem przelałam myśli na papier, przez dłuższą chwilę patrzyłam na drobno zapisany pergamin, zastanawiając się, czy czegoś nie dopisać, ale ostatecznie uznałam, że Prudence i tak doskonale znała moje zdolności do podejmowania spontanicznych decyzji i prawdopodobnie nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień. Złożyłam więc list, przywiązałam go do łapki ukochanego gołębia i wypuściłam zwierzę przez okno, po czym przez kilka sekund patrzyłam na jego sylwetkę znikającą między nadniszczonymi pożarem dachami. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież mogłam po prostu powiedzieć Prue o wszystkim osobiście, bo może wtedy byłaby bardziej chętna, aby się spotkać - w końcu ostatnio stała się dużo bardziej milcząca niż wcześniej…
Ta myśl nie miała jednak żadnego znaczenia, bo następnego dnia, na długo przed wyznaczoną godziną, znalazłam się pod drzwiami jej mieszkania, będąc gotową osobiście wyciągnąć ją stamtąd za rękę, choćbym nawet miała ją ciągnąć za sobą przez pół drogi. Właściwie „znalazłam się” brzmiało zdecydowanie zbyt spokojnie jak na sposób, w jaki tam dotarłam, ponieważ ostatni odcinek trasy pokonałam niemal biegiem, zasłaniając się przed deszczem, z torbą podskakującą mi przy biodrze i wydającą z siebie bardzo charakterystyczne postukiwanie nie do pomylenia z niczym innym, jak tylko z kilkoma butelkami wina „na rozgrzanie” przed wydarzeniem. Zapukałam raz, potem drugi, a kiedy nikt nie odpowiedział od razu, zapukałam trzeci, tym razem znacznie energiczniej, w końcu oparłam dłonie o drzwi i zawołałam, że to ja, a potem zaczęłam czekać i czekać, i czekać, przestępując z nogi na nogę… Byłam w końcu baaardzo cierpliwa.