• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[01/10/72] To be, or not to be, preferably somewhere else

[01/10/72] To be, or not to be, preferably somewhere else
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
29.08.2026, 01:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2026, 21:58 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Bajarz II

Sowa zastukała dziobem w szybę tak energicznie, że aż podskoczyłam, a kiedy tylko ją wpuściłam, niemal natychmiast wyciągnęła ku mnie nóżkę z przywiązanym do niej listem, patrząc w moim kierunku na tyle ponaglająco, że ani przez moment nie miałam wątpliwości, iż oto zostałam odwiedzona przez stworzenie, które miało bardzo napięty grafik i nie zamierzało czekać, aż skończę podziwiać jego pióra, nawet jeśli te były bardzo, ale to bardzo ładne… Zanim wypuściłam ją z mieszkania, podziękowałam jej - oczywiście - odrobiną okruszków herbatnika, które zostały mi na talerzyku po śniadaniu, bo nawet w największym pośpiechu należało zachowywać dobre maniery wobec doręczycieli korespondencji, szczególnie porannej, po czym rozwinęłam pergamin i przeczytałam wiadomość raz, drugi, a potem jeszcze trzeci, bo z każdym kolejnym słowem coraz szerzej otwierały mi się oczy. „Równe prawa czarodziejów, goblinów i charłaków” - brzmiało poważnie, bardzo poważnie, ale też na swój sposób ekscytująco - dokładnie tego teraz potrzebowałam, aby oderwać myśli od wszystkich innych wydarzeń mających miejsce w moim życiu, których usiłowałam nie roztrząsać, a jednak zdecydowanie zbyt często to robiłam. Ratunek dosłownie zleciał mi z zasnutego stalowoszarymi chmurami nieba, na którym zniknął tak szybko, jak się pojawił, nie ujawniając tożsamości nadawcy, na co w roztargnieniu jakoś nie zwróciłam uwagi.
„Dziupla” brzmiała… Obiecująco, chociaż może trochę nietypowo, ale przecież o gustach właścicieli barów lepiej było nie rozmawiać. Nie zamierzałam nawet przez chwilę iść tam sama, rzecz jasna, właściwie decyzja zapadła, zanim skończyłam czytać, bo Prue była pierwszą osobą, o której pomyślałam. Sięgnęłam więc po pergamin, pióro i kałamarz, które znajdowały się zdecydowanie za daleko ode mnie, co oznaczało, że musiałam wstać, ominąć książki piętrzące się w stertach na podłodze, przeskoczyć przez pudełko po maszynie do pisania i jeszcze prawie nadepnąć na ten karton pełen pobitego szkła laboratoryjnego ciśnięty w złości w kąt, zanim w końcu dopadłam biurka. Potem przelałam myśli na papier, przez dłuższą chwilę patrzyłam na drobno zapisany pergamin, zastanawiając się, czy czegoś nie dopisać, ale ostatecznie uznałam, że Prudence i tak doskonale znała moje zdolności do podejmowania spontanicznych decyzji i prawdopodobnie nie potrzebowała dodatkowych wyjaśnień. Złożyłam więc list, przywiązałam go do łapki ukochanego gołębia i wypuściłam zwierzę przez okno, po czym przez kilka sekund patrzyłam na jego sylwetkę znikającą między nadniszczonymi pożarem dachami. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież mogłam po prostu powiedzieć Prue o wszystkim osobiście, bo może wtedy byłaby bardziej chętna, aby się spotkać - w końcu ostatnio stała się dużo bardziej milcząca niż wcześniej…
Ta myśl nie miała jednak żadnego znaczenia, bo następnego dnia, na długo przed wyznaczoną godziną, znalazłam się pod drzwiami jej mieszkania, będąc gotową osobiście wyciągnąć ją stamtąd za rękę, choćbym nawet miała ją ciągnąć za sobą przez pół drogi. Właściwie „znalazłam się” brzmiało zdecydowanie zbyt spokojnie jak na sposób, w jaki tam dotarłam, ponieważ ostatni odcinek trasy pokonałam niemal biegiem, zasłaniając się przed deszczem, z torbą podskakującą mi przy biodrze i wydającą z siebie bardzo charakterystyczne postukiwanie nie do pomylenia z niczym innym, jak tylko z kilkoma butelkami wina „na rozgrzanie” przed wydarzeniem. Zapukałam raz, potem drugi, a kiedy nikt nie odpowiedział od razu, zapukałam trzeci, tym razem znacznie energiczniej, w końcu oparłam dłonie o drzwi i zawołałam, że to ja, a potem zaczęłam czekać i czekać, i czekać, przestępując z nogi na nogę… Byłam w końcu baaardzo cierpliwa.

Bard:  @Benjy Fenwick 
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
29.08.2026, 12:15  ✶  

Pierwszy z listów, który sowa jej przyniosła nie wzbudził w niej żadnych uczuć.
Co sądzisz o równych prawach czarodziejów, goblinów i charłaków? Uważasz, że to przesada? Zapraszamy na wiec, który odbędzie się jutro o godzinie 7 wieczorem na Horyzontalnej w barze Dziupla! Co sądziła? Nic. Nie grzało jej to w żaden sposób, nie wydawało jej się, aby był sens, żeby o tym dyskutować. Mieli wiele innych problemów aktualnie, którymi powinni się zająć, gobliny i charłaki powinni poczekać na lepszy czas.

Najwyraźniej prowadzili jakąś poważną kampanię, bo kolejny list, który dostała od Cressidy dotyczył tego samego i wiedziała, że czy tego chciała, czy nie jutro znajdzie się w tej nieszczęsnej dziupli. Gdy tamta sobie coś wymyśliła, to nie było zmiłuj, nie istniała w ogóle opcja, aby mogła się z tego wykręcić, a zdecydowanie nie była w nastroju do wychodzenia i szlajania się po dziwnych miejscach. Będzie musiała to przetrwać, wszystko przetrwa, była przecież przyzwyczajona do tego, że jakoś sobie radziła.

Nie odzywała się do koleżanki od jakiegoś czasu, nie było sensu rozwodzić się nad tym dlaczego. Jak to miała w zwyczaju starała się spędzać jak najwięcej czasu w pracy, żeby nie myśleć o swoim życiu. Końcówka września nie była dla niej łaskawa, niby wiedziała, że tak to się skończy, chciała zaryzykować, miało boleć, ale bolało dużo bardziej niż się spodziewała. Musiała jakoś zebrać się w sobie i żyć dalej, mimo, że kawałek jej serca został wyrwany. Życie, czyż nie?

Bardzo intensywne pukanie do drzwi świadczyło o tym, że Cressida się przed nimi znalazła. Prue zrobiła wszystko, aby wyglądać jak najlepiej. Starała się zapudrować swoje cienie pod oczami, nawet jej to wyszło, była jednak blada, nawet bardziej blada niż zwykle. Kiedy otworzyła drzwi uśmiechnęła się, aby przywitać koleżankę. - Wezmę płaszcz i możemy iść, potrzebujemy parasolek? - Zapytała jeszcze widząc, że tamta jest cała mokra. - Czy chcesz w ogóle wejść na chwilę, żeby się osuszyć? Mamy trochę czasu. - Uchyliła drzwi, żeby dać jej przestrzeń do podjęcia decyzji. Gdzieś ze środka mieszkania dobiegło głośne miauknięcie. Kocur najwyraźniej domagał się odrobiny uwagi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
29.08.2026, 17:26  ✶  
Mokre włosy przykleiły mi się do policzków, a z końców mojego jesiennego płaszcza kapała woda, zostawiając na podłodze w korytarzu wcale nie tak subtelne i niewielkie ślady panującej na zewnątrz aury pogodowej, których z całą pewnością nie powinnam była wnosić do czyjegoś mieszkania. Nie to, żebym to planowała - naprawdę starałam się przygotować na wszelkie możliwe okoliczności, wiedziona ostatnimi doświadczeniami, jednak i tak dałam się czemuś zaskoczyć - ostatecznie dotarłam pod drzwi koleżanki w stanie, który zapewne nie najlepiej świadczył o moich zdolnościach organizacyjnych, ale za to doskonale pokazywał, jak bardzo zależało mi na tym, żeby wyciągnąć ją z mieszkania. Wystarczyło zresztą, że Prue otworzyła drzwi, aby cała moja uwaga natychmiast skupiła się na niej.
- Cześć! Miło cię widzieć! - Uśmiechnęłam się szeroko, choć przez chwilę nie byłam pewna, czy powinnam była ją najpierw przeprosić za to, że tak długo się dobijałam. Była blada, wyraźnie bledsza niż zapamiętałam, pod oczami nadal dostrzegałam ślady zmęczenia mimo tego, że najwyraźniej zrobiła wszystko, żeby je ukryć. Zastanawiałam się przez chwilę, czy powinnam coś powiedzieć, lecz ostatecznie tylko lekko zmarszczyłam brwi - nie chciałam od razu pytać, co się stało, zwłaszcza że od pewnego czasu sama nie odzywałam się do niej tak często, jak powinnam, jednak nie umknęło mi, że coś było nie w porządku. Wiedziałam, że czasem człowiek nie potrzebował pytań, tylko obecności drugiej osoby i czegoś, co pozwalało mu chociaż na chwilę oderwać myśli od tego, co siedziało w jego głowie.
- Parasolek? - Powtórzyłam, spoglądając najpierw na nią, potem na własny przemoczony rękaw. Wychodząc z domu żadnej ze sobą nie zabrałam, co prawda miałam rano jedną przy sobie, ale wiatr uznał, że potrzebował jej bardziej ode mnie, więc teraz prawdopodobnie znajdowała się gdzieś po drugiej stronie miasta albo w zupełnie innym hrabstwie. - Tak, tak, warto. Tylko ja swojej już nie mam, ale znajdziesz jakąś zapasową, prawda, proszę? Zawsze masz mnóstwo przydatnych rzeczy… Jeśli mam wrócić później w takim stanie, w jakim tutaj przyszłam, matka powie mi, że wyglądam jak topielec wyłowiony z Tamizy, znasz ją, zaw–… - Zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że zaczęłam mówić zdecydowanie szybciej niż zwykle, więc urwałam, odchrząknęłam i poprawiłam mokry kosmyk włosów przyklejony do policzka. - No, nieważne. Miło będzie się trochę osuszyć przed dalszą drogą, bo jeszcze mnie wezmą za ghoulkę, a nie po to się tyle szykowałam. - Oznajmiłam, kiwnąwszy głową.
Dopiero kiedy uchyliła drzwi szerzej, wyciągnęłam przed siebie torbę, zamierzając dodać coś więcej o przyniesionym przeze mnie alkoholu, którym mogłybyśmy się uraczyć przez tę chwilę przed ponownym wyjściem, ale wtedy…
Usłyszałam stłumione „miau” dobiegające z wnętrza mieszkania - tak, to na pewno było „miau”, nie wydawało mi się - zmarszczyłam brwi i dyskretnie zajrzałam do środka, próbując ustalić, skąd dokładnie dochodził ten dźwięk. Przez moment pomyślałam nawet, że może gdzieś w pobliżu siedział jakiś kot sąsiadów, który postanowił urządzić sobie wieczorną wycieczkę, lecz kolejne miauknięcie rozwiało moje wątpliwości, gdyż zdecydowanie dotarło z głębi pomieszczenia.
- Co to było? - Zapytałam, chociaż odpowiedź wydawała się dość oczywista, zwłaszcza że po chwili usłyszałam następne miauknięcie, tym razem jeszcze bardziej stanowcze. Zdziwienie, jakie mnie ogarnęło, musiało być przy tym wyjątkowo dostrzegalne, ponieważ przez moment zupełnie zapomniałam o winie w torbie, wiecu, parasolkach, deszczu i wszystkim innym, i zakołysałam się na obcasach botków, jakbym miała zaraz paść twarzą do przodu. - Czy… Ty masz kota? - Wyrzuciłam z siebie w końcu, moje oczy niemal natychmiast rozbłysły zainteresowaniem a starannie wyregulowane brwi powędrowały znacznie wyżej niż na początku. Zrobiłam krok do środka, zupełnie zapominając o tym, że przed chwilą miałam tylko szybko się osuszyć. - Prue, ty masz kota i nic mi o tym nie powiedziałaś? - Nie czekałam nawet na odpowiedź, ponieważ w momencie, w którym kolejne „miau” dobiegło z głębi mieszkania, od razu skierowałam tam wzrok, próbując wypatrzyć nowego lokatora. Przesunęłam spojrzeniem po wnętrzu, szukając zwierzęcia, lecz ono najwyraźniej doskonale wiedziało, że właśnie zdobyło moją uwagę i nie zamierzało ułatwiać mi zadania.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
30.08.2026, 18:48  ✶  

Miała wrażenie, że jej koleżanka jest przemoknięta do ostatniej suchej nitki, a to nie wróżyło niczego dobrego. Jesień już rozgościła się na dobre, na zewnątrz nie padał więc letni, przyjemny deszczyk, który niósł przyjemny chłód. Ten za oknem mógł być odpowiedzialny za typowe, jesienne przeziębienie, a zdecydowanie wolałaby, aby jej koleżanka nie rozchorowała się już na samym rozpoczęciu sezonu.

- Cześć, cześć. Ciebie też dobrze widzieć. - Nie przywitała się wcześniej, była nieco oderwana od rzeczywistości, miała nadzieję, że Cressida nie odbierze tego jako nietaktu, nie powinna, nie należała do tych osób, którym łatwo przychodziło ocenianie innych, nie bez powodu była jedną z nielicznych koleżanek Prue.

- Tak, parasolek, wyglądasz jakbyś jakiejś potrzebowała. - Pogoda nie była dzisiaj szczególnie łaskawa, warto było więc zaopatrzyć się w parasolki, które mogły chociaż przez chwilę pomóc im uniknąć deszczu. Czekał je krótkich spacer, mimo wszystko warto jednak było dbać o takie szczegóły, niby nie były z cukru, jednak wolała jak zawsze zapobiegać, a nie martwić się później swoim stanem zdrowia, zwłaszcza, że był to bardzo pracowity czas.

- Już nie masz? Czyli została przejęta przez złe siły? - Sugerowały to słowa, które wypowiedziała. - Tak, na pewno znajdę jakąś dla Ciebie, nie musisz się tym martwić. - Prue była całkiem nieźle zaopatrzona jeśli chodzi o przedmioty pierwszej potrzeby, a jedną z takich były parasolki w deszczowym Londynie.

- Tak, tak, zrobimy wszystko, żeby nie miała się do Ciebie o co przyczepić. - Nie byłaby dobrą koleżanką, gdyby dokładała matce Cressidy powodu do tego, aby zaczynała kolejny wywód, kobieta była być może miła, ale potrafiła być okropnie męcząca, kiedy było to zupełnie niepotrzebne.

- Coś Ty, nikt nie weźmie Cię za gholukę, wyglądasz pięknie, to, że odrobinę zmokłaś tego nie zmienia. - Dodała jeszcze, widać było, że koleżanka spędziła dzisiaj przed lustrem sporo czasu i deszcz nie miał tego zmienić, być może odrobinę rozmazał jej makijaż, ale zaraz się tym zajmą.

W mieszkaniu rozległo się głośne miauknięcie, oczywiście nie umknęło ono uszom Cressidy. - Nie podoba mu się, że wychodzę. - Nie wydawało jej się, że musiała odpowiadać na pytanie Co to było, należało raczej do tych retorycznych, ten dźwięk można było przypisać bardzo konkretnemu stworzeniu.

- Tak, mam kota. - Odpowiedziała w końcu. Został z nią po tym, jak jej tymczasowy, już były chłopak przyniósł go do jej mieszkania, później sam je opuścił, chociaż tyle po nim zostało.

- To całkiem świeża sprawa, mam go ledwie od kilku dni, nie miałam kiedy Ci o tym wspomnieć, musisz mi wybaczyć. - Miała nadzieję, że koleżanka nie będzie rozczarowana tym, że nie zdążyła jej przekazać tej informacji. - To jest kot, a to Cressida, poznajcie się. - Przesunęła się na bok, aby czarny kocur mógł wyłonić się zza jednej z szafek, dosyć nieśmiało ruszył się do przodu, bardzo uważnie obserwował nieznajomą, nie był duszą towarzystwa, ale widać było, że zainteresowało go to, że ktoś obcy znalazł się w mieszkaniu. - Kot jeszcze nie ma imienia. - Dodała, żeby nie było, to mogło świadczyć również o tym, że był całkiem nowym elementem tego mieszkania.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
31.08.2026, 14:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.08.2026, 14:54 przez Bard Beedle.)  
Spojrzałam na własne rękawy, potem na ociekający wodą płaszcz i prychnęłam cicho pod nosem, bo chyba nawet najbardziej optymistyczna osoba na świecie nie próbowałaby nikogo przekonać, że byłam „niemal sucha”. Nie przejęłam się tym jednak długo, ponieważ Prue najwyraźniej nie miała mi tego za złe, poprawiłam wilgotne włosy, chociaż nie miało to większego sensu, po czym zerknęłam na nią z ukosa. Rzeczywiście czekał nas spacer, więc parasolka mogła okazać się jedyną rzeczą stojącą pomiędzy mną a kolejnym etapem przemoknięcia i „tragicznego przypadku śmierci z powodu zapalenia płuc", jak to orzekłaby moja matka, gdyby tu z nami stała.
- Potrzebuję. Bardzo potrzebuję. - Spróbowałam wykręcić nieco mokry rękaw, po czym skrzywiłam się na widok kilku kolejnych kropli spadających na podłogę na klatce schodowej. - Nie tym razem. - Chociaż wygodnie byłoby winić złe siły za wszystko dookoła, ta sprawa była wyjątkowo przyziemna. - Wydawało mi się, że zdążę, wiesz, bo tylko mżyło. Potem zaczęło padać trochę mocniej, później jeszcze mocniej, a na samym końcu uznałam, że skoro już jestem mokra, to nie ma sensu zawracać. - Właściwie była to bardzo logiczna argumentacja, przynajmniej według mnie, chociaż jej mina mogła sugerować, że niekoniecznie podzielała mój sposób rozumowania, kiedy jednak zapewniła, że znajdzie dla mnie parasolkę, od razu rozpromieniłam się jeszcze bardziej. - Ratujesz mnie. Obiecuję, że następnym razem będę rozsądniejsza. Albo przynajmniej spróbuję wyglądać na rozsądniejszą. - Nie miałam najmniejszych oporów przed przyznaniem, że być może nie zawsze dało się mnie postawić za wzór rozsądnego planowania, nawet jeśli się starałam, miałam swoje ograniczenia, przynajmniej poza pracą, do której naprawdę się przykładałam. Westchnęłam cicho, nim znowu odruchowo przeczesałam palcami wilgotne włosy, próbując doprowadzić je do jakiegoś porządku, choć efekt był raczej dyskusyjny.
- Jeszcze rano, wyobraź to sobie, obiecywałam sobie, że nie dam jej żadnego powodu. Będę miała parasolkę, płaszcz, zdrowy rozsądek i wszystko, czego tam potrzebuje człowiek, żeby przeżyć krótki spacer. - Pokręciłam głową, chociaż w gruncie rzeczy doskonale wiedziałam, że matka miała w takich sprawach pewną rację, nawet jeśli bardzo lubiła przy tym przesadzać - człowiek mógł wejść do domu zaledwie trochę wilgotny, a pięć minut później dowiadywał się, że właśnie wystawił swoje płuca na działanie sił nieczystych, których medycyna nie zdołała całkowicie pokonać. Na szczęście miałyśmy jeszcze trochę czasu, więc mogłam spokojnie wyschnąć, poprawić fryzurę, odświeżyć makijaż i doprowadzić się do stanu, który pozwoliłby mi wejść do baru bez wzbudzania wrażenia, że przed chwilą przepłynęłam Tamizę wzdłuż i wszerz, i to nie z własnej woli, tylko rzucana prądem.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością, byłam jej za ten komplement naprawdę szczerze wdzięczna, zwłaszcza że rzeczywiście przed wyjściem spędziłam trochę czasu przed lustrem, nie zamierzałam pozwolić, żeby jesienny deszcz odebrał mi dobry humor. - Ty też wyglądasz ślicznie. Chociaż trochę blado. - Tym razem nie udało mi się powstrzymać tej obserwacji, nie chciałam jej zawstydzać ani wypytywać, lecz jej bladość była naprawdę zauważalna. Wypowiedziałam to lekko, z uśmiechem, choć w głowie zapisałam sobie, żeby mieć na nią oko, po czym zerknęłam w stronę miejsca, z którego chwilę wcześniej dobiegło miauknięcie. „Miau”, które rozległo się gdzieś z głębi mieszkania, natychmiast przyciągnęło moją uwagę, odwróciłam głowę w stronę dźwięku i ruszyłam do środka z takim zainteresowaniem, że przez chwilę całkowicie zapomniałam o własnym przemoknięciu.
- Naprawdę masz kota i dowiaduję się o tym dopiero teraz?! - Nie było w tym nawet cienia pretensji, wyłącznie szczere zdumienie. - Dobrze - machnęłam ręką - wybaczam ci, skoro to dopiero od kilku dni, ale stanowczo domagam się nadrobienia wszystkich zaległości. Chcę wiedzieć wszystko. - Kocur obserwował mnie bardzo uważnie, więc uśmiechnęłam się do niego, starając się wyglądać możliwie najmniej groźnie. Miałam w sobie wystarczająco dużo energii, żeby w ciągu jednego wieczoru narobić sobie problemów na kilka kolejnych tygodni, dlatego rozsądnie było już teraz przynajmniej spróbować zachowywać odrobinę umiaru. - Ojej. - Uśmiechnęłam się szeroko i przykucnęłam, żeby nie górować nad nim bardziej niż już robiłam to swoją ogólną obecnością. - Cześć, ty. - Wyciągnęłam ku niemu dłoń, ale zatrzymałam ją w bezpiecznej odległości, pozostawiając mu decyzję, czy chciał podejść. - Śliczniutki jesteś, wiesz? - Nie przesadzałam, był naprawdę piękny, naprawdę interesowało mnie, skąd Prudence go wzięła, bo doskonale do niej pasował.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
31.08.2026, 16:20  ✶  

Pogoda dzisiaj zdecydowanie nie była sprzymierzeńcem osób, które musiały załatwić coś wymagającego wyściubienie nosa na zewnątrz. Deszcz padał niemalże od rana, z początku mżył, później było tylko gorzej. Nie wątpiła w to, że Cressida na pewno przygotowała się odpowiednio do spaceru, który ją czekał, pogoda jednak potrafiła być dużo bardziej upierdliwa niż można się po niej tego było spodziewać, z tymi londyńskimi deszczami mało kto mógł sobie poradzić, nawet najlepsi miewali z tym problem.

- Na tę potrzebę akurat jestem w stanie coś zaradzić, posiadam sporą kolekcję parasolek, jakoś zawsze jak trafi się jakaś ładna nie potrafię powstrzymać się przed kupnem. - Miała pokaźną kolekcję w szafie w przedpokoju, bo wychodziła z założenie, że jest to rzecz, która zawsze może się przydać - nawet jeśli miała ich powyżej dziesięciu, nie należały bowiem do najbardziej trwałych przedmiotów, wiatr potrafił zakończyć ich żywot w kilka sekund.

- Rozumiem Twoje podejście, czasem nadchodzi taki moment, że nie pozostaje nic innego, jak pogodzenie się ze swoim losem. - Bez względu na to, czy chodziło o deszcz, czy inne sprawy, niekiedy nie dało się już nic zrobić, aby polepszyć swoją sytuację i wypadało jedynie zacisnąć zęby i iść dalej.

- Nie przeszłoby mi przez myśl, aby uznać Cię za nierozsądną, po prostu to nie jest Twój dzień, ale go odratujemy. - Dodała z delikatnym uśmiechem, bo przecież Cressida wspomniała o tym, że była przygotowana na deszcz, po prostu jej parasolka nie poradziła sobie z pogodą, a to było coś zupełnie innego.

- Zawsze wyglądasz na rozsądną, a jeśli ktoś Ci wmawia jakieś głupoty, to się nimi nie przejmuj. - Dodała jeszcze, bo czuła, że coś takiego może się jej przydać.

- Podeszłaś do tego bardzo odpowiedzialnie, po prostu wszechświat miał inny pomysł na ten dzień. Nie skupiaj się na jej gadaniu, będzie Ci lżej. - Wiedziała, że matka Cressidy bywała bardzo intensywna, niby chciała dobrze, ale to całe jej gadanie potrafiło sprawiać przykrość, nawet jeśli wydawało jej się, że robi to w dobrej wierze.

- Nie spałam dzisiaj najlepiej. - Tak właściwie, to nie zmrużyła oka od kilku dni, ale nie chciała zbytnio wgłębiać w ten temat, no i nie chciała martwić przyjaciółki. Jakoś sobie sama poradzi z tym wszystkim, co aktualnie ją trapiło - zawsze przecież sobie radziła, tym razem nie mogło być inaczej, prawda?

- Jakoś nie było okazji, aby o nim wspomnieć. - Wyjaśniła jeszcze, bo zwierzak znajdował się tutaj ledwie kilka dni, nie widziały się od momentu, gdy trafił do jej domu, a nie sądziła, że było to coś o czym powinna wspominać w liście. - Wszystko? - Nieco zmrużyła oczy, zawiesiła swoje spojrzenie na ścianie, która znajdowała się za przyjaciółką. Uderzyły w nią obrazy wspomnień, było ich bardzo wiele, ale wszystkie dotyczyły ostatnich tygodni. Pożary, to jak udało jej się jakimś cudem je przetrwać, później Exmoor, wieczory spędzone w lesie, czy nad jeziorem, ślub w Walii, aż w końcu dni i noce w jej mieszkaniu. Mrugnęła, odetchnęła głęboko, starała się nie dać po sobie poznać, że odpłynęła, chociaż nie było to wcale takie proste.

Kocur niepewnym krokiem zbliżył się do Cressidy, otarł się o jej nogę i zamruczał, najwyraźniej mówienie do zwierzęcia wystarczyło, aby wzbudzić w nim zaufanie. Być może kobieta miała w sobie coś takiego… co powodowało, że jej się nie bał. Otaczała ją naprawdę przyjemna aura i zwierzak na pewno to wyczuł. Mruknął głośno, gdy spytała o to, czy wie, że jest śliczniutki, oczywiście, że wiedział, doskonale zdawał sobie z tego sprawę.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#7
31.08.2026, 18:01  ✶  
Początek jesieni siedemdziesiątego drugiego najwyraźniej postanowił urządzić sobie tego dnia prywatną krucjatę przeciwko wszystkim ludziom, którzy mieli jakiekolwiek plany poza siedzeniem pod kocem, ale od czego miało się doskonale przygotowanych przyjaciół. Uśmiechnęłam się szeroko, wyraźnie zachwycona perspektywą posiadania przez nią wielu różnorodnych opcji ochrony przed deszczem, naprawdę nie zamierzałam lekceważyć pogody, szczególnie po tym, jak właśnie pokazała mi, co potrafiła zrobić z moim wyglądem w ciągu kilku minut, zdecydowanie wolałam nie testować tych możliwości po raz drugi. 
- Dobrze, skoro tak mówisz, uznam ten wieczór za oficjalnie uratowany. - Posłałam jej ciepły uśmiech, zupełnie nie wziąwszy pod uwagę tego, co mogło się wydarzyć poza tym korytarzem, bądź też mieszkaniem koleżanki, ponieważ wolałam nie rozpatrywać przyszłości w ponurych barwach, nigdy nie byłam czarnowidzem i nie miałam nim zostać nawet po wszystkich ostatnich wydarzeniach. Rzeczywistość i bez tego była dostatecznie szara. - I zapamiętam, bądź pewna, że nie jestem nierozsądna. Możesz mi to przypomnieć, kiedy następnym razem będę próbowała zrobić coś… Hm– No–tentego. - Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że taka okazja prędzej czy później miała się pojawić, może niekoniecznie dzisiaj, lecz kto to wiedział… W mojej głowie wszystko nadal układało się w całkiem przyjemny plan - najpierw wino i parasolka, potem spacer, później „Dziupla” i wreszcie wiec - samo ponowne wyjście na zewnątrz w taką pogodę nie mogło mi mniej przeszkadzać, skoro Prue była gotowa uratować mnie przed kolejną falą ulewy.
- To brzmi tak, jakbyś naprawdę potrzebowała porządnie odpocząć. - Podeszłam odrobinę bliżej, nie chciałam jej osaczać, lecz przy okazji przyjrzałam się jej uważniej - bladość nie zniknęła, przeciwnie, teraz jeszcze wyraźniej widziałam cienie, które próbowała ukryć - sama nie byłam pewna, ile prawdy kryło się za tym krótkim wyjaśnieniem, lecz coś mi podpowiadało, że „nie spałam najlepiej” mogło oznaczać znacznie więcej niż jedną gorszą noc. Przez chwilę bawiłam się paskiem swojej torby, zastanawiając się, jak powiedzieć to, co przyszło mi na myśl, tak, żeby nie zabrzmiało przesadnie poważnie. - Tylko dzisiaj? - Zapytałam ostrożnie, nie znałam powodu jej zmęczenia ani bladości, ale zdecydowanie nie zamierzałam całkowicie zignorować tego, co widziałam, gdyż zawsze zależało mi na tym, żeby zdawała sobie sprawę z tego, że nie musiała udawać przede mną, iż „wszystko było w porządku” - zwłaszcza wtedy, kiedy ewidentnie nie było - nie znałam szczegółów dotyczących powodu bezsenności, o której wspomniała, nie wiedziałam, ile nocy miała za sobą bez zaznania porządnego odpoczynku, nie wiedziałam też, co dokładnie wydarzyło się w jej życiu przez ostatnie tygodnie, za co prawdopodobnie powinnam była bić sobie brawo… Lecz skoro już tu byłam i dostrzegłam, że była wyczerpana, nie zamierzałam zostawić jej z tym samej, nawet jeśli tego wieczoru miałam przede wszystkim wpoić w nią trochę wina i wyciągnąć ją na wiec. Nie zamierzałam robić z niej pacjentki wymagającej całodobowej opieki, ale mogłam przynajmniej zaoferować konkretną pomoc.
- Jeśli chcesz, możemy się jutro zamienić. Dodatkowe dyżury nie są dla mnie żadnym problemem, wiesz. Mogę przejąć część roboty, posiedzieć dłużej albo przyjść wcześniej. Cokolwiek będzie ci potrzebne. - Nie proponowałam tego z grzeczności, naprawdę mogłam poświęcić trochę własnego czasu, szczególnie jeśli dzięki temu Prue miałaby okazję przespać choć kilka godzin. Nie wiedziałam nawet, kiedy ostatnio gdzieś wyjechała, kiedy miała okazję zobaczyć miejsce, w którym było więcej słońca niż w Londynie, a przecież przy tej ostatniej aurze człowiek zaczynał bardzo szybko zapominać, że istniały jeszcze inne pory roku.
- No. Wszystko. - Odparłam bez zastanowienia, dopiero wtedy dostrzegając, co wywołały moje słowa. Nie byłam pewna, czy naprawdę chodziło wyłącznie o brak snu, lecz postanowiłam nie rozbierać tego na części tuż przy wejściu do mieszkania, gdzie każdy mógł nas usłyszeć - nie chciałam, żeby poczuła się przyparta do muru, nie planowałam wyciągać z niej słów na siłę, zwłaszcza wtedy, kiedy dostrzegłam wzajemne zainteresowanie ze strony jej nowego pupila, który od razu kupił moją uwagę.
- No dobrze, panie kocie, skoro to ty zrobiłeś pierwszy krok, chyba oboje uważamy, że możemy się zaprzyjaźnić. - Mruczenie, które dobiegło do moich uszu chwilę później, sprawiło, że uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. - Wiedziałam. Od razu wiedziałam, że mnie polubisz. - Pogłaskałam go dopiero wtedy, gdy sam wsunął głowę pod moją dłoń, zachwycona tym, jak szybko przestał mnie obserwować z podejrzliwością - pogładziłam mruczka po czarnej sierści, czując coraz większą sympatię do tego małego stworzenia, nie dało się ukryć, że od razu skradł mi serce - dopiero po chwili przypomniałam sobie, że przecież miałyśmy jeszcze dziś wyjść z domu.
- Chyba będziemy musieli uważać, bo jeśli dalej będziesz taki uroczy, możemy w ogóle nie dotrzeć na ten wiec. - Spojrzałam na Prue, potem znów na kota. - Jest naprawdę przekonujący… - Dodałam, już do niej, odnosząc się do wcześniejszych słów o jego niezadowoleniu z powodu wyjścia pańci z domu, po czym zerknęłam w stronę okna, za którym deszcz nadal uderzał o szyby z imponującą wprost zawziętością.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
31.08.2026, 19:03  ✶  

Cressida jeszcze nie miała pojęcia o tym, jak wyglądał zestaw parasolek Prudence, kiedy zobaczy zawartość szafy w jej przedpokoju na pewno uśmiechnie się pod nosem i wybierze sobie coś specjalnego. Bardzo dobrze założyła, że kto jak kto, ale Prudence posiada spory zestaw przydatnych przedmiotów, a że parasolki były jednym z nich… to trafiła idealnie.

- Fantastycznie. Gorzej już być nie może, czy coś. - Mrugnęła do niej porozumiewawczo, cieszyła się z tego, że jakoś udało jej się uratować wieczór przyjaciółki. Widziała jak bardzo starała się, aby był idealny, a życie postanowiło jej i tak pokazać środkowy palec. Skoro więc mogła, miała możliwość to chciała uczynić go chociaż odrobinę jaśniejszym.

- Ten tego… jasne, znając Ciebie znajdziesz idealny moment, aby mi to przypomnieć. - Nie miała co do tego wątpliwości, zresztą to wcale nie tak, że musiała jej przypominać o czymkolwiek, bo Prue przecież wszystko idealnie pamiętała, ale się przecież tylko odrobinę przekomarzały… Cressida być może różniła się od niej charakterem, ale Prue naprawdę ją lubiła mimo tego, że była żywym srebrem i miała bardzo dużo energii.

- To nic takiego. - Naprawdę nie chciała, aby przyjaciółka się nią przejmowała. To nie było nic wielkiego, kilka nieprzespanych nocy, prędzej, czy później wszystko wróci do normy. To normalne, że na początku strata odrobinę bolała… odrobinę… bardzo malutko, to nie tak, że czuła jakby ktoś wyrwał jej spory kawałek serca i posypał solą. Przetrawi to, kiedyś - prędzej, czy później jakoś sobie wszystko ułoży w głowie. Na pewno będzie wracać do tego wyjątkowego czasu, ale nawet najbardziej okropna rana kiedyś się zabliźniała. Musiała podejść do tego zdroworozsądkowo.

Westchnęła, kiedy usłyszała kolejne pytanie przyjaciółki - nic nie miało się przed nią ukryć, nie powinna w to wątpić, była bardzo bystra i uważna. - Być może dzisiaj i wczoraj, ale to nic takiego. - Naprawdę nie chciała się rozwodzić nad tym, co ją trapiło, nie do końca chyba była gotowa, aby się tym z kimkolwiek dzielić. Musiała sama przeżyć żałobę, ogarnąć się, potrzebowała czasu niczego więcej.

- Dzięki wielkie za propozycje, ale akurat praca pomaga mi ułożyć sobie wszystkie myśli, zdecydowanie wolę do niej chodzić, niż siedzieć w domu, w domu mam za dużo czasu. - Mówili, że praca dobrze robiła na złamane serce, starała się więc do tego stosować, zajmować czymś myśli i ręce, bo tęskniła, ale kiedy patrzyła w puste ściany tęskniła bardziej, lepiej było pojawiać się w Ministerstwie. - ale naprawdę jestem wdzięczna za to, że dajesz mi możliwości. - Nie chciała wyjść na niewdzięczną, wiedziała, że może na nią liczyć, zresztą sama wyszła z inicjatywą, nie sądziła jednak, że to jej posłuży, wręcz przeciwnie. Wolała spędzać poza domem jak najwięcej czasu.

- Trochę się u mnie działo ostatnio, ale już minęło, więc właściwie to możemy uznać, że poza kotem nic się nie zmieniło. - Zamknęła w końcu drzwi od mieszkania. Miały jeszcze chwile, żeby zająć się sobą, osuszyć Cressidę, przedstawić jej kota i być może wypić butelkę lub pięć czegoś co je rozgrzeje - przyjaciółkę po wizycie na zewnątrz, a Prue przed, bo wiadomo, że trzeba było zapobiegać każdej ewentualności.

- Nie było innej możliwości, przecież Ciebie nie da się nie lubić Ida. - Rzuciła jeszcze mimochodem. - Rozgość się, zapoznajcie się, a ja może przyniosę coś rozgrzewającego? - Niby zapytała, ale właściwie to minęła towarzystwo i udała się do kuchni, skąd przyniosła butelkę białego wina i dwa kieliszki, od czegoś trzeba było zacząć.

- Potrafi być przekonujący, dość szybko owinął sobie mnie wokół palca. - Tak, jak ten, którego przyniósł, tyle, że został po nim teraz jedynie kocur, ale o tym nie wspomniała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#9
01.09.2026, 00:20  ✶  
Skoro wieczór od samego początku próbował się nam wymknąć spod kontroli, zamierzałam zrobić wszystko, żeby jednak skończył się dobrze, kiedy zatem Prue mrugnęła do mnie porozumiewawczo, od razu odpowiedziałam tym samym, bo dokładnie tego rodzaju nastawienia potrzebowałam. Nie chciałam pozwolić, żeby deszcz czy cokolwiek innego popsuło nam obu humor, szczególnie że tak długo czekałam na okazję, żeby spędzić z Prue trochę czasu. Była jedną z tych osób, przy których mogłam być dokładnie taka, jaka byłam, bez zastanawiania się, czy nie mówię za dużo albo czy przypadkiem nie mam zbyt wiele energii. Przyszłam do niej z nastawieniem, że ten wspólny wypad miał być przyjemny, nawet jeśli londyńska pogoda próbowała pokrzyżować mi plany już na samym początku, tak miało pozostać.
- Właśnie. Od tej chwili wszystko może już tylko działać na naszą korzyść. - Oczywiście, nie byłam na tyle naiwna, żeby naprawdę wierzyć w podobne prawa wszechświata, szczególnie po tym, jak moja parasolka ewakuowała się z rana na moich oczach, lecz zamierzałam się tego trzymać, tak dla naszego wspólnego dobra. Zerknęłam w stronę szafy, wyraźnie zainteresowana tym, co właściwie mogło się w niej znajdować, już samo wyobrażenie sobie magazynu parasolek różniących się od siebie kształtem i wyglądem było wystarczającym powodem, żeby chcieć kiedyś urządzić sobie ich przegląd, a skoro mogło się to stać dzisiaj, nie zamierzałam sobie tego darować.
Słysząc odpowiedź na żart dotyczący tego, że prędzej czy później znajdę odpowiedni moment, żeby przypomnieć jej o tej sytuacji, uśmiechnęłam się niewinnie - lubiłam nasze drobne przekomarzania, bo pozwalały utrzymać rozmowę w lekkim tonie, szczególnie teraz, kiedy coraz wyraźniej widziałam, że Prue miała za sobą kilka ciężkich dni. Zapewnienie, że nic się nie działo, przyjęłam z lekkim skinieniem głowy, lecz nie udało mi się całkowicie pozbyć z twarzy troski. Wcale nie mówiłam tego wszystkiego wyłącznie z grzeczności, chociaż, oczywiście, jeżeli Prudence chciała siedzieć w biurze od rana do nocy, bo dzięki temu łatwiej było jej nie wracać myślami do czegoś, o czym mi chwilowo nie mówiła, nie mogłam jej tego zabronić, lecz mogłam przynajmniej dopilnować, żeby nie doprowadziła się przy okazji do całkowitego wyczerpania.
- W porządku, skoro twierdzisz, że już minęło, nie będę cię ciągnęła za język. - Oparłam się lekko o framugę i przez chwilę zastanowiłam się nad tym, co mogłabym zrobić inaczej. Oczywiście byłam ciekawa, bardzo ciekawa, nie zamierzałam jednak urządzać jej przesłuchania przy wejściu, szczególnie że sama wyraźnie dawała mi do zrozumienia, iż nie chciała teraz o tym rozmawiać. - Ale oferta nadal obowiązuje. Zawsze jest aktualna. Jeśli kiedyś będziesz miała za dużo na głowie, wystarczy, że mi powiesz. Naprawdę nie robi mi to różnicy. - Nie chciałam jej przekonywać na siłę, skoro sama twierdziła, inaczej, wolałam po prostu zostawić jej otwarte drzwi, gdyby pewnego dnia sytuacja się zmieniła. Spojrzałam w stronę kocura, który najwyraźniej uznał, że cała uwaga powinna należeć do niego, a kiedy usłyszałam kolejny komplement, wyprostowałam plecy, przyłożyłam dłoń do piersi i oficjalnie się pokłoniłam.
- Dobrze, skoro tak mówisz, zostawimy to na później. Dzisiaj możemy skupić się na tym, co przed nami. - Stwierdziłam, kiedy zamknęła drzwi mieszkania, perspektywa spędzenia chociażby nawet kilku minut w cieple zaczynała być coraz przyjemniejsza, szczególnie że moje ubranie wciąż było wilgotne. - Zdecydowanie najpierw muszę odzyskać czucie w palcach. Potem możemy podbijać miasto. - Wewnątrz również wcale nie protestowałam przeciwko perspektywie pozostania tutaj jeszcze kilku minut. Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo Prue już ruszyła do kuchni, obserwowałam ją przez chwilę, gdy się oddalała, po czym zerknęłam na kocura.
- Widzisz, jaka twoja człowiekowa jest sprawna organizacyjnie… - Kocur oczywiście nie odpowiedział, lecz uznałam, że jego milczenie oznaczało pełną zgodę i skierowałam się w głąb, szybko zyskując przewodnika. W salonie przykucnęłam przy nim ponownie i pogłaskałam go po grzbiecie, odrywając się dopiero wtedy, kiedy właścicielka lokum wróciła do nas z butelką oraz kieliszkami.
- Wcale się nie dziwię. Ma odpowiednią minę. - Wyciągnęłam palec, pozwalając mu go powąchać. - Znam ten typ. Najpierw patrzy niewinnie, potem nawet nie wiesz, kiedy cię omotał. - Uśmiechnęłam się pod nosem. - Rozumiem cię, kolego. Też pewnie nie odmówiłabym, gdyby ktoś zapewnił mi jedzenie, ciepłe mieszkanie i całkowitą władzę nad swoim własnym człowiekiem. Niestety, „mój człowiek” miał kilka pańci, a musisz wiedzieć, że tak nie można, więc pogoniłam pchlarza. - Mimowolnie furknęłam, nie mogąc jednak darować sobie tego, co powiedziałam, chociaż już nawet na samą myśl o byłym mężu zaczynała mi latać powieka. Minęło tyle lat, a wspomnienie tego palanta sprawiało, że schło mi w gardle. - No. - Odchrząknęłam. - To… Za zdrowie pana? - Rzuciłam, kiwnąwszy głową wpierw w stronę wina, potem oficjalnego drugiego lokatora mieszkania.
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (3441), Prudence Fenwick (2015)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa