• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[24-25 X 72] Sen o równości

[24-25 X 72] Sen o równości
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#1
23.08.2026, 23:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2026, 22:10 przez Zenon Kozioł.)  
W szarej sieni świadomość oczekiwała na powrót ze świata jawy. Świadomość miała ciało. Ciało spoczywało w łóżku.

Szare ściany otaczały łóżko ze wszystkich stron. Równie szare deski pokrywały podłogę. Szara zasłona przysłaniała okno, z którego padał widok na szare pola. Każdy mebel w środku był szary. W jednolitym odcieniu szarości. Biblioteczkę wypełniały szare księgi. Nawet tekstylia były szare. Szary obrus przykrywał szarą szafkę nocną. Szara pościel, chociaż miękka jak na jawie, nie koiła oka kolorem. Na głowę czekały szare poduszki. Na stopy czekał szary dywanik.

By do tej głowy wejść, zdecydowanie należało pożegnać się z kolorami.

Pory dnia zlewały się w jedną. Dzień czy noc, wszystko było szare. Trudno było powiedzieć, jaka była godzina — pomieszczenie rozświetlały promienie światła o jednolitym, szarym odcieniu. Ślepa kura by tu oszalała.

Indywidualne przedmioty wyróżniały się jedynie konturami. Ledwo, ledwo. Jedna poduszka zlewała się w drugą. Dywan zatapiał się w podłodze. Książki na półkach biblioteczki obleczone były w identyczne grube okładki. Te same okładki, te same tytuły. Niemożliwym było ich odczytanie. Każda litera wyglądała tak samo. A gdy człowiek miał już absolutnie dość i chciał uciec z tego koszmaru, i zaglądał za okno. Za oknem była jedna wielka szara plama.

Równość absolutna.

Gdy Zenek znalazł się w tamtym śnie, udało mu się znaleźć jeden zacieniony kąt. Tak, w pomieszczeniu o jednym tonie szarości znalazł miejsce, gdzie było trochę ciemniej! Najciemniej pod latarnią. Podsunął sobie nawet szary stołek, coby nie kucać nad szarą podłogą. Należała mu się jakaś wygoda nawet w odmętach czyjejś świadomości.

Zenek nie do końca lubił to robić. Nie lubił odwiedzać ludzkich koszmarów. Ale musiał. Czasem sen mu kazał. Jak to kazał, Zenku, czyż nie masz jakiejś własnej wolnej woli? Możnaby zapytać. Otóż, nie. Nie miał. Nie wobec snu.

W szarym łóżku leżała dziewczyna. Jej szara skóra spoczywała na szarym prześcieradle, okryta przed zimnem szarą kołdrą. Zenek upewnił się, że okno z firaną było zamknięte. Nie chciał, żeby się przebudziła do przeciągu. Szare włosy rozlewały się na szarej poduszce. Spała, niczego nieświadoma. Jej ciało musiało ją tutaj przyprowadzić. Nie wiedział, jaka na zewnątrz była godzina.
Gdy się poruszała, jej kontury stawały się ciemniejsze od reszty pokoju. Dzięki temu wiedział, że żyje. A zatem nie mógł jej zostawić. Nie wypadało. W końcu to nie był jego sen.
Założył nogę na nogę, a bardziej kostkę na własne kolano, odchylił się na stołku i oparł o ścianę. Ręce złożył przy klatce i czekał.

…
I czekał.
…

Dziewczyna poruszała się coraz niespokojniej. Zerknął na własny przegub, ale przecież nigdy nie nosił zegarka. No więc w końcu Kozioł przechylił się do przodu i wstał. Szare deski skrzypiały. Skrzyp, skrzyp, z każdym krokiem. Dotarł na skraj łóżka.
Z kieszeni wyciągnął solniczkę. Śmieszne, bo sól w środku była biała. No to Zenek przechylił tę solniczkę i jej trochę sypnął soli w twarz i we włosy. Znudziło mu się czekać po prostu.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
Dr Jekyll & Mr Hyde
o dwóch takich, co podzieliły księżyc
wiek
20
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
rozszczepieniec
zawód
stażystki w Mungu / kelnerki w mugolskim barze
Dość wysoka (173 cm) blondynka o niebieskich oczach. Wydaje się szczupła, ale w rzeczywistości jest dobrze umięśniona i szybko biega. Mówi z delikatnym akcentem. Najczęściej zakłada mugolskie ubrania, ceni sobie swobodę, ale na specjalne okazje ma kilka pięknych sukni i szat, odziedziczonych po matce.

Zelena Brekker
#2
07.10.2026, 01:31  ✶  
Sól osiadła na jej włosach niczym przedwczesny szron. Kilka kryształków zatrzymało się na rzęsach, inne rozsypały po policzkach i szarej pościeli, gdzie wyglądały niemal rażąco biało na tle całej tej bezbarwności. Zelena zmarszczyła nos, lecz nie otworzyła od razu oczu. Najpierw przeciągnęła się leniwie, wsuwając ręce pod poduszkę, jak gdyby próbowała przeciągnąć razem ze sobą całe łóżko. Łóżko odpowiedziało przeciągłym skrzypnięciem, choć deski pod nim milczały.
- Śnieg spadł wyjątkowo szybko w tym roku - wymamrotała. Dopiero wtedy rozchyliła powieki. Zenek stał nad nią z solniczką. Nie było w tym przecież niczego niezwykłego. - Lubisz śnieg? - zapytała. Podniosła dłoń do włosów i zebrała z nich odrobinę soli na opuszek palca. Przyjrzała się kryształkom bardzo uważnie, jak gdyby spodziewała się znaleźć pomiędzy nimi odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zadała, po czym wsunęła palec do ust.
Zamyśliła się.
- W Holandii padał ładniejszy - orzekła wreszcie. - Ale tamten nie mieścił się w solniczce.
Był to poważny problem logistyczny. Usiadła, a pościel spłynęła z jej ramion. Spływała zresztą odrobinę za długo. Materiał ciągnął się ku podłodze, chociaż kołdra już dawno powinna się skończyć, aż wreszcie jej koniec wsunął się pod łóżko. Zelena nachyliła się, żeby sprawdzić, dokąd prowadzi, ale pod łóżkiem nie było podłogi.
Było okno. Za oknem rosło drzewo. Do góry korzeniami. Na jednej z gałęzi siedziały trzy szare wrony i wszystkie miały tę samą głowę, którą kolejno przekazywały sobie z dzioba do dzioba.
Wyprostowała się. Najwyraźniej wszystko było w porządku. Strzepnęła sól z ramienia. Kryształki zamiast opaść, zawisły przed nią. Jeden po drugim, równiutko, jak gwiazdy układające się w konstelację. Przez chwilę przypominały strzałkę wskazującą drzwi. Potem imbryk. Potem kozę. W końcu wszystkie rozsypały się jednocześnie.
Zelena spojrzała na Zenka.
- Chyba próbowały coś powiedzieć - stwierdziła. - Ale jedna z nich kłamała.
Która? nie miała pojęcia. Zsunęła stopy z łóżka. Dywan odsunął się. Zelena zmarszczyła brwi i spróbowała ponownie. Dywan ponownie umknął spod jej stóp, tym razem o dobre pół metra. Za trzecim razem przydepnęła jego róg, zanim zdążył uciec.
- Nie zaczynaj - przestrzegła go cicho. Dywan znieruchomiał. Dziewczyna wstała. Dopiero wtedy zauważyła, że jedna z jej stóp była bosa, podczas gdy na drugiej miała but. Nie pamiętała, żeby go zakładała, ale but najwyraźniej pamiętał za nią. Był szary, oczywiście. Wszystko było szare. Nawet ona. Nie przeszkadzało jej to.
Podeszła do biblioteczki i przesunęła palcem po grzbietach książek. Wszystkie nosiły ten sam tytuł, choć za każdym razem, gdy próbowała go przeczytać, litery zamieniały się miejscami. Otworzyła pierwszą. Na wszystkich stronach widniał jeden wyraz. RÓWNO. Litery uchyliły się i wyjrzało zza nich oko. Zelena zatrzasnęła książkę.
- Nieładnie podglądać.
Oko zdążyło jeszcze mrugnąć. Odłożyła książkę na półkę i wtedy coś tyknęło. Obejrzała się. Nic.
Tik.
Spojrzała na Zenka. A potem na własny nadgarstek. Nie miała zegarka. Mimo to wskazówki przesuwały się po jej skórze. Zelena pobladła, po czym gwałtownie poderwała głowę.
- Jesteśmy spóźnieni.
Skoro byli spóźnieni, należało się spieszyć. Chwyciła Zenka za rękaw z nagłością człowieka, który właśnie przypomniał sobie o najważniejszym spotkaniu swojego życia.
- Bardzo spóźnieni. Właściwie to chyba byliśmy spóźnieni już wczoraj.
Ruszyła do drzwi, ciągnąc go za sobą, lecz klamka znajdowała się teraz po drugiej stronie. Nie drzwi. Pokoju.
- Złapiesz ją? Przydałaby się pułapka na myszy - podniosła brew, rozważając dostępne opcje.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Zelena Brekker (541), Zenon Kozioł (474)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa