01.08.2026, 11:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2026, 12:01 przez Anthony Shafiq.)
—20/10/1972—
Anglia, Brighton
Hannibal Selwyn, Jessie Kelly, Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=6YCbyMx.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6YCbyMx.png)
The air is perfumed with fresh rosemary's
And the wild springs with lush berries
Their presence colours the nursery with a sweet loom
It bleeds into the forecast for tomorrow's gloom
Nostalgia hits hard, heartbreaking and eerie
For a day when I wasn't paranoid and weary
Well, I'll be down by the Brighton pier
Watching birds float past in lonely fear
I'd love to turn away
The pristine sun shines like Hades
The outside scent is yellow, maybe
Little daises laugh in the foreground
Gardens sow a loving sound
Once I could see hope in the trees
And the love that whispered on the breeze
Now the trees foreshadow longing
And the gale howls with wronging
I'd love to turn away
![[Obrazek: imgproxy.php?id=6YCbyMx.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6YCbyMx.png)
The air is perfumed with fresh rosemary's
And the wild springs with lush berries
Their presence colours the nursery with a sweet loom
It bleeds into the forecast for tomorrow's gloom
Nostalgia hits hard, heartbreaking and eerie
For a day when I wasn't paranoid and weary
Well, I'll be down by the Brighton pier
Watching birds float past in lonely fear
I'd love to turn away
The pristine sun shines like Hades
The outside scent is yellow, maybe
Little daises laugh in the foreground
Gardens sow a loving sound
Once I could see hope in the trees
And the love that whispered on the breeze
Now the trees foreshadow longing
And the gale howls with wronging
I'd love to turn away
Anthony od początku uważał, że Brighton posiada osobliwą energię wymykającą się prostym definicjom. Nie było ani wyłącznie eleganckim kurortem dla bogatszej części społeczeństwa, ani zwyczajnym portowym miasteczkiem pachnącym rybami i smołą. Było czymś pomiędzy – miejscem, w którym morska bryza bezceremonialnie mieszała zapach soli z aromatem świeżo wypiekanych bułek, mokrych drewnianych pomostów, kwiatów ustawionych w skrzynkach przed pensjonatami i dymu unoszącego się z kominów niewielkich domków rozsianych po spokojniejszych uliczkach. W pogodny dzień woda skrzyła się tysiącami refleksów, mewy krążyły nad plażą z bezwstydną pewnością siebie, a wiatr zdawał się nieustannie przypominać każdemu przybyszowi, że tutaj morze zawsze będzie miało ostatnie słowo. Nawet teraz, kiedy letni sezon powoli dobiegał końca, Brighton tętniło cichym życiem. Mugole spacerowali promenadą, dzieci biegały po kamienistej plaży, gdzieś w oddali rozlegały się śmiechy i stukot rowerowych kół, a wszystko to tworzyło spokojną codzienność, od której Dolina Godryka wydawała się oddzielona całymi światami.
Nic z tego nie stanowiło dla Anthony'ego wartości, gdy sam możliwie skutecznie unikał terenów nadmorskich gnany traumatycznymi skojarzeniami z dzieciństwa. Nic, poza jedynym punktem na mapie, który ściągał go jak słodki zapach nektaru może ściągać pszczołę. Letni domek Jonathana znajdował się nieco dalej od najbardziej uczęszczanych ulic, wśród niskiej zabudowy otoczonej niewysokimi żywopłotami i ogródkami, w których późne róże wciąż uparcie walczyły z nadchodzącą jesienią. Nie był szczególnie okazały, lecz posiadał tę niewymuszoną elegancję, którą Anthony od dawna kojarzył z Selwynem. Jasna elewacja nosiła ślady słonej bryzy, drewniane okiennice pomalowano na głęboki morski błękit, a wokół werandy pięły się pachnące pnącza. Po Spalonej Nocy właśnie tutaj schronienie znalazła rodzina Kelly. Dom, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej służył wyłącznie jako letnia przystań, stał się prawdziwym domem – słychać było głosy rozmów, na sznurze suszyło się pranie, a przy ścianie jeden z podarowanych Ricie koni skubał trawę przypatrując się wszystkiemu zblazowaną czernią wielkich ślepi.
Anthony stał obok Jonathana na niewielkiej ścieżce prowadzącej od furtki do werandy i obserwował, jak w oddali Jessie wraz z Hannibalem kończą swój pełen zapału wyścig. Dwóch chłopców pędziło z energią właściwą wyłącznie młodości – jakby świat istniał tylko po to, by sprawdzić, kto pierwszy dotrze do umówionego miejsca. Wyobrażał sobie, że ich śmiech niósł się po okolicy, odbijając od niskich domków i ginąc gdzieś pomiędzy szumem morza.
Mężczyzna wyglądał tego dnia niemal jak podróżnik z ilustrowanego magazynu sprzed kilkunastu lat. Mugolskie ubranie nadal wydawało mu się swoistym kostiumem, lecz skoro Jessie uparł się, by pokazać im również niemagiczne zakątki hrabstwa, należało uszanować tę konwencję. Wybrał więc jasnobeżowe spodnie z miękkiego, doskonale skrojonego lnu z domieszką wełny, których kant pozostawał nienaganny mimo swobodnego kroju. Koszula z cienkiej egipskiej bawełny miała delikatnie kremowy odcień, miękki kołnierzyk i mankiety zapinane prostymi, srebrnymi spinkami pozbawionymi wszelkich rodowych herbów. Na nią narzucił lekki, piaskowy blezer uszyty z włoskiej tkaniny o subtelnej fakturze, którego ramiona nie krępowały ruchów, a miękka konstrukcja sprawiała, że całość wyglądała naturalnie zamiast ceremonialnie. Zamiast lakierowanych półbutów wybrał ciemnobrązowe mokasyny z miękkiej skóry, idealne na dłuższy spacer, a jedynym ustępstwem wobec własnych przyzwyczajeń był elegancki zegarek na cienkim pasku oraz jedwabna poszetka schowana dyskretnie w kieszeni marynarki. Strój był nieco staromodny – bliższy modzie sprzed dekady niż współczesnym trendom – ale właśnie dzięki temu wydawał się Anthony'emu ponadczasowy. Nie próbował udawać mugola za wszelką cenę, raczej wyglądał jak zamożny londyński dżentelmen, który ceni jakość bardziej niż sezonową modę.
Na pierwszy rzut oka pozostawał całkowicie opanowany. Ręce splótł swobodnie za plecami, ciężar ciała rozłożył równo, wzrok od czasu do czasu przesuwał ku chłopcom, jakby cierpliwie oczekiwał końca ich rywalizacji. Jedynie twarz zdradzała go z zadziwiającą łatwością. W kącikach ust nieustannie czaił się uśmiech – subtelny, niemal niezauważalny, lecz uporczywy. Powracał raz po raz, jakby sama obecność Jonathana odbierała Anthony'emu możliwość zachowania tej perfekcyjnie dyplomatycznej maski, którą zwykle nosił z taką wprawą.
Przez krótką chwilę nawet odwrócił głowę od wyścigu, pozwalając, by morski wiatr musnął jego policzek. Mimowolnie spróbował wychwycić znajomą kompozycję perfum Jonathana – tę, którą potrafił rozpoznać spośród dziesiątek innych zapachów, zanim jeszcze dostrzegł właściciela. Nadaremnie. Bryza uparcie wiała od strony morza, niosąc wyłącznie sól, wilgoć, rozgrzane drewno pomostów i słaby aromat paskudnych alg. Anthony westchnął z egzaltowaną rezygnacją. Pogoda najwyraźniej postanowiła zachować ten drobny luksus poza jego zasięgiem.
– Mam przeczucie – odezwał się cicho, nie odrywając wzroku od pędzących młodzieńców – że cała ta rywalizacja prowadzi do jednego nieuniknionego finału – rzucił, nie sugerując, któremu kibicuje bardziej. Zamiast tego spojrzał na Jonathana z tym charakterystycznym błyskiem rozbawienia, który pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy Selwyn porywał go na przymusowe popołudnia wypełnione rozrywkami obejmującymi watę cukrową i rzucaniem piłką do puszek w celu pozyskania wielkich pluszowych stworzeń.
– Wiesz… Jasper z pewnością uzna, że dwóch dorosłych mężczyzn doskonale zmieści się na tylnym siedzeniu. W końcu dzieci mają niezwykły dar przeceniania możliwości przestrzeni – podjął, wracając oczami do zmagań, choć myślami będąc już tych kilka chwil później w bardzo ciasnym metalowym pudełku na kółkach. Kącik jego ust uniósł się jeszcze wyżej. – Powiedz mi tylko, mój drogi… czy ty naprawdę wierzysz, że wyjdziesz z tej wyprawy bez uszczerbku dla swojej godności? Bo o wygodę przestałem się już martwić, spisałem ją dawno na straty. Z tak długimi nogami, znalezienie odpowiedniej pozycji wydaje mi się zadaniem tak karkołomnym, co zwyczajnie niemożliwym… – zapytał głosem lśniącym od udawanej troski, w rzeczywistości z trudem powstrzymując rozbawienie. Już za chwile nie tylko to zobaczy, już za chwile będzie mógł w tym osobiście uczestniczyć, próbując i własne członki pomieścić w mechanicznej karocy, drobnym upominku urodzinowym.
Nic z tego nie stanowiło dla Anthony'ego wartości, gdy sam możliwie skutecznie unikał terenów nadmorskich gnany traumatycznymi skojarzeniami z dzieciństwa. Nic, poza jedynym punktem na mapie, który ściągał go jak słodki zapach nektaru może ściągać pszczołę. Letni domek Jonathana znajdował się nieco dalej od najbardziej uczęszczanych ulic, wśród niskiej zabudowy otoczonej niewysokimi żywopłotami i ogródkami, w których późne róże wciąż uparcie walczyły z nadchodzącą jesienią. Nie był szczególnie okazały, lecz posiadał tę niewymuszoną elegancję, którą Anthony od dawna kojarzył z Selwynem. Jasna elewacja nosiła ślady słonej bryzy, drewniane okiennice pomalowano na głęboki morski błękit, a wokół werandy pięły się pachnące pnącza. Po Spalonej Nocy właśnie tutaj schronienie znalazła rodzina Kelly. Dom, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej służył wyłącznie jako letnia przystań, stał się prawdziwym domem – słychać było głosy rozmów, na sznurze suszyło się pranie, a przy ścianie jeden z podarowanych Ricie koni skubał trawę przypatrując się wszystkiemu zblazowaną czernią wielkich ślepi.
Anthony stał obok Jonathana na niewielkiej ścieżce prowadzącej od furtki do werandy i obserwował, jak w oddali Jessie wraz z Hannibalem kończą swój pełen zapału wyścig. Dwóch chłopców pędziło z energią właściwą wyłącznie młodości – jakby świat istniał tylko po to, by sprawdzić, kto pierwszy dotrze do umówionego miejsca. Wyobrażał sobie, że ich śmiech niósł się po okolicy, odbijając od niskich domków i ginąc gdzieś pomiędzy szumem morza.
Mężczyzna wyglądał tego dnia niemal jak podróżnik z ilustrowanego magazynu sprzed kilkunastu lat. Mugolskie ubranie nadal wydawało mu się swoistym kostiumem, lecz skoro Jessie uparł się, by pokazać im również niemagiczne zakątki hrabstwa, należało uszanować tę konwencję. Wybrał więc jasnobeżowe spodnie z miękkiego, doskonale skrojonego lnu z domieszką wełny, których kant pozostawał nienaganny mimo swobodnego kroju. Koszula z cienkiej egipskiej bawełny miała delikatnie kremowy odcień, miękki kołnierzyk i mankiety zapinane prostymi, srebrnymi spinkami pozbawionymi wszelkich rodowych herbów. Na nią narzucił lekki, piaskowy blezer uszyty z włoskiej tkaniny o subtelnej fakturze, którego ramiona nie krępowały ruchów, a miękka konstrukcja sprawiała, że całość wyglądała naturalnie zamiast ceremonialnie. Zamiast lakierowanych półbutów wybrał ciemnobrązowe mokasyny z miękkiej skóry, idealne na dłuższy spacer, a jedynym ustępstwem wobec własnych przyzwyczajeń był elegancki zegarek na cienkim pasku oraz jedwabna poszetka schowana dyskretnie w kieszeni marynarki. Strój był nieco staromodny – bliższy modzie sprzed dekady niż współczesnym trendom – ale właśnie dzięki temu wydawał się Anthony'emu ponadczasowy. Nie próbował udawać mugola za wszelką cenę, raczej wyglądał jak zamożny londyński dżentelmen, który ceni jakość bardziej niż sezonową modę.
Na pierwszy rzut oka pozostawał całkowicie opanowany. Ręce splótł swobodnie za plecami, ciężar ciała rozłożył równo, wzrok od czasu do czasu przesuwał ku chłopcom, jakby cierpliwie oczekiwał końca ich rywalizacji. Jedynie twarz zdradzała go z zadziwiającą łatwością. W kącikach ust nieustannie czaił się uśmiech – subtelny, niemal niezauważalny, lecz uporczywy. Powracał raz po raz, jakby sama obecność Jonathana odbierała Anthony'emu możliwość zachowania tej perfekcyjnie dyplomatycznej maski, którą zwykle nosił z taką wprawą.
Przez krótką chwilę nawet odwrócił głowę od wyścigu, pozwalając, by morski wiatr musnął jego policzek. Mimowolnie spróbował wychwycić znajomą kompozycję perfum Jonathana – tę, którą potrafił rozpoznać spośród dziesiątek innych zapachów, zanim jeszcze dostrzegł właściciela. Nadaremnie. Bryza uparcie wiała od strony morza, niosąc wyłącznie sól, wilgoć, rozgrzane drewno pomostów i słaby aromat paskudnych alg. Anthony westchnął z egzaltowaną rezygnacją. Pogoda najwyraźniej postanowiła zachować ten drobny luksus poza jego zasięgiem.
– Mam przeczucie – odezwał się cicho, nie odrywając wzroku od pędzących młodzieńców – że cała ta rywalizacja prowadzi do jednego nieuniknionego finału – rzucił, nie sugerując, któremu kibicuje bardziej. Zamiast tego spojrzał na Jonathana z tym charakterystycznym błyskiem rozbawienia, który pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy Selwyn porywał go na przymusowe popołudnia wypełnione rozrywkami obejmującymi watę cukrową i rzucaniem piłką do puszek w celu pozyskania wielkich pluszowych stworzeń.
– Wiesz… Jasper z pewnością uzna, że dwóch dorosłych mężczyzn doskonale zmieści się na tylnym siedzeniu. W końcu dzieci mają niezwykły dar przeceniania możliwości przestrzeni – podjął, wracając oczami do zmagań, choć myślami będąc już tych kilka chwil później w bardzo ciasnym metalowym pudełku na kółkach. Kącik jego ust uniósł się jeszcze wyżej. – Powiedz mi tylko, mój drogi… czy ty naprawdę wierzysz, że wyjdziesz z tej wyprawy bez uszczerbku dla swojej godności? Bo o wygodę przestałem się już martwić, spisałem ją dawno na straty. Z tak długimi nogami, znalezienie odpowiedniej pozycji wydaje mi się zadaniem tak karkołomnym, co zwyczajnie niemożliwym… – zapytał głosem lśniącym od udawanej troski, w rzeczywistości z trudem powstrzymując rozbawienie. Już za chwile nie tylko to zobaczy, już za chwile będzie mógł w tym osobiście uczestniczyć, próbując i własne członki pomieścić w mechanicznej karocy, drobnym upominku urodzinowym.