• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Brighton [Jesień 72, 20.10 okolice Brighton | Hannibal, Jessie, Jonathan & Anthony] A race car

[Jesień 72, 20.10 okolice Brighton | Hannibal, Jessie, Jonathan & Anthony] A race car
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
01.08.2026, 11:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2026, 12:01 przez Anthony Shafiq.)  

—20/10/1972—
Anglia, Brighton
Hannibal Selwyn, Jessie Kelly, Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
[Obrazek: imgproxy.php?id=6YCbyMx.png]

The air is perfumed with fresh rosemary's
And the wild springs with lush berries
Their presence colours the nursery with a sweet loom
It bleeds into the forecast for tomorrow's gloom
Nostalgia hits hard, heartbreaking and eerie
For a day when I wasn't paranoid and weary
Well, I'll be down by the Brighton pier
Watching birds float past in lonely fear
I'd love to turn away

The pristine sun shines like Hades
The outside scent is yellow, maybe
Little daises laugh in the foreground
Gardens sow a loving sound
Once I could see hope in the trees
And the love that whispered on the breeze
Now the trees foreshadow longing
And the gale howls with wronging
I'd love to turn away



Anthony od początku uważał, że Brighton posiada osobliwą energię wymykającą się prostym definicjom. Nie było ani wyłącznie eleganckim kurortem dla bogatszej części społeczeństwa, ani zwyczajnym portowym miasteczkiem pachnącym rybami i smołą. Było czymś pomiędzy – miejscem, w którym morska bryza bezceremonialnie mieszała zapach soli z aromatem świeżo wypiekanych bułek, mokrych drewnianych pomostów, kwiatów ustawionych w skrzynkach przed pensjonatami i dymu unoszącego się z kominów niewielkich domków rozsianych po spokojniejszych uliczkach. W pogodny dzień woda skrzyła się tysiącami refleksów, mewy krążyły nad plażą z bezwstydną pewnością siebie, a wiatr zdawał się nieustannie przypominać każdemu przybyszowi, że tutaj morze zawsze będzie miało ostatnie słowo. Nawet teraz, kiedy letni sezon powoli dobiegał końca, Brighton tętniło cichym życiem. Mugole spacerowali promenadą, dzieci biegały po kamienistej plaży, gdzieś w oddali rozlegały się śmiechy i stukot rowerowych kół, a wszystko to tworzyło spokojną codzienność, od której Dolina Godryka wydawała się oddzielona całymi światami.

Nic z tego nie stanowiło dla Anthony'ego wartości, gdy sam możliwie skutecznie unikał terenów nadmorskich gnany traumatycznymi skojarzeniami z dzieciństwa. Nic, poza jedynym punktem na mapie, który ściągał go jak słodki zapach nektaru może ściągać pszczołę. Letni domek Jonathana znajdował się nieco dalej od najbardziej uczęszczanych ulic, wśród niskiej zabudowy otoczonej niewysokimi żywopłotami i ogródkami, w których późne róże wciąż uparcie walczyły z nadchodzącą jesienią. Nie był szczególnie okazały, lecz posiadał tę niewymuszoną elegancję, którą Anthony od dawna kojarzył z Selwynem. Jasna elewacja nosiła ślady słonej bryzy, drewniane okiennice pomalowano na głęboki morski błękit, a wokół werandy pięły się pachnące pnącza. Po Spalonej Nocy właśnie tutaj schronienie znalazła rodzina Kelly. Dom, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej służył wyłącznie jako letnia przystań, stał się prawdziwym domem – słychać było głosy rozmów, na sznurze suszyło się pranie, a przy ścianie jeden z podarowanych Ricie koni skubał trawę przypatrując się wszystkiemu zblazowaną czernią wielkich ślepi.

Anthony stał obok Jonathana na niewielkiej ścieżce prowadzącej od furtki do werandy i obserwował, jak w oddali Jessie wraz z Hannibalem kończą swój pełen zapału wyścig. Dwóch chłopców pędziło z energią właściwą wyłącznie młodości – jakby świat istniał tylko po to, by sprawdzić, kto pierwszy dotrze do umówionego miejsca. Wyobrażał sobie, że ich śmiech niósł się po okolicy, odbijając od niskich domków i ginąc gdzieś pomiędzy szumem morza.

Mężczyzna wyglądał tego dnia niemal jak podróżnik z ilustrowanego magazynu sprzed kilkunastu lat. Mugolskie ubranie nadal wydawało mu się swoistym kostiumem, lecz skoro Jessie uparł się, by pokazać im również niemagiczne zakątki hrabstwa, należało uszanować tę konwencję. Wybrał więc jasnobeżowe spodnie z miękkiego, doskonale skrojonego lnu z domieszką wełny, których kant pozostawał nienaganny mimo swobodnego kroju. Koszula z cienkiej egipskiej bawełny miała delikatnie kremowy odcień, miękki kołnierzyk i mankiety zapinane prostymi, srebrnymi spinkami pozbawionymi wszelkich rodowych herbów. Na nią narzucił lekki, piaskowy blezer uszyty z włoskiej tkaniny o subtelnej fakturze, którego ramiona nie krępowały ruchów, a miękka konstrukcja sprawiała, że całość wyglądała naturalnie zamiast ceremonialnie. Zamiast lakierowanych półbutów wybrał ciemnobrązowe mokasyny z miękkiej skóry, idealne na dłuższy spacer, a jedynym ustępstwem wobec własnych przyzwyczajeń był elegancki zegarek na cienkim pasku oraz jedwabna poszetka schowana dyskretnie w kieszeni marynarki. Strój był nieco staromodny – bliższy modzie sprzed dekady niż współczesnym trendom – ale właśnie dzięki temu wydawał się Anthony'emu ponadczasowy. Nie próbował udawać mugola za wszelką cenę, raczej wyglądał jak zamożny londyński dżentelmen, który ceni jakość bardziej niż sezonową modę.

Na pierwszy rzut oka pozostawał całkowicie opanowany. Ręce splótł swobodnie za plecami, ciężar ciała rozłożył równo, wzrok od czasu do czasu przesuwał ku chłopcom, jakby cierpliwie oczekiwał końca ich rywalizacji. Jedynie twarz zdradzała go z zadziwiającą łatwością. W kącikach ust nieustannie czaił się uśmiech – subtelny, niemal niezauważalny, lecz uporczywy. Powracał raz po raz, jakby sama obecność Jonathana odbierała Anthony'emu możliwość zachowania tej perfekcyjnie dyplomatycznej maski, którą zwykle nosił z taką wprawą.

Przez krótką chwilę nawet odwrócił głowę od wyścigu, pozwalając, by morski wiatr musnął jego policzek. Mimowolnie spróbował wychwycić znajomą kompozycję perfum Jonathana – tę, którą potrafił rozpoznać spośród dziesiątek innych zapachów, zanim jeszcze dostrzegł właściciela. Nadaremnie. Bryza uparcie wiała od strony morza, niosąc wyłącznie sól, wilgoć, rozgrzane drewno pomostów i słaby aromat paskudnych alg. Anthony westchnął z egzaltowaną rezygnacją. Pogoda najwyraźniej postanowiła zachować ten drobny luksus poza jego zasięgiem.

– Mam przeczucie – odezwał się cicho, nie odrywając wzroku od pędzących młodzieńców – że cała ta rywalizacja prowadzi do jednego nieuniknionego finału – rzucił, nie sugerując, któremu kibicuje bardziej. Zamiast tego spojrzał na Jonathana z tym charakterystycznym błyskiem rozbawienia, który pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy Selwyn porywał go na przymusowe popołudnia wypełnione rozrywkami obejmującymi watę cukrową i rzucaniem piłką do puszek w celu pozyskania wielkich pluszowych stworzeń.

– Wiesz… Jasper z pewnością uzna, że dwóch dorosłych mężczyzn doskonale zmieści się na tylnym siedzeniu. W końcu dzieci mają niezwykły dar przeceniania możliwości przestrzeni – podjął, wracając oczami do zmagań, choć myślami będąc już tych kilka chwil później w bardzo ciasnym metalowym pudełku na kółkach. Kącik jego ust uniósł się jeszcze wyżej. – Powiedz mi tylko, mój drogi… czy ty naprawdę wierzysz, że wyjdziesz z tej wyprawy bez uszczerbku dla swojej godności? Bo o wygodę przestałem się już martwić, spisałem ją dawno na straty. Z tak długimi nogami, znalezienie odpowiedniej pozycji wydaje mi się zadaniem tak karkołomnym, co zwyczajnie niemożliwym… – zapytał głosem lśniącym od udawanej troski, w rzeczywistości z trudem powstrzymując rozbawienie. Już za chwile nie tylko to zobaczy, już za chwile będzie mógł w tym osobiście uczestniczyć, próbując i własne członki pomieścić w mechanicznej karocy, drobnym upominku urodzinowym.
Czarodziej
Some legends are told
Some turn to dust or to gold
But you will remember me
Remember me for centuries
wiek
43
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Zastępca szefa OMSHM-u
Wysoki (191 cm), szczupły i zawsze zadbany brunet, który ewidentnie poświęca dużo czasu na to, by wyglądać najlepiej jak tylko się da. Najczęściej stroi się w wysokiej jakości szaty, garnitury i koszule. Niemal zawsze uśmiechnięty.

Jonathan Selwyn
#2
19.08.2026, 21:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.08.2026, 21:39 przez Jonathan Selwyn.)  
Letniskowy domek w Brighton był dla Jonathana od lat miejscem przyjemnych letnich ucieczek od rzeczywistości. I to nawet nie tylko letnich, bo przecież domek szczęśliwie był dostępny dla niego bez względu na porę roku. Wystarczyło tylko bez większych problemów przenieść się do Brighton, a zmiana scenerii już sprawiała, że jego głowa czuła się lżejsza, nawet jeśli i tak następnego dnia musiał udać się do pracy. Naprawdę nie miał pojęcia, jak mugole wytrzymywali bez magicznej zdolności do szybkiego przeskoczenia do przyjemniejszej lokalizacji. Przecież nawet wypicie porannej kawy w Brighton pozytywniej nastawiało go do pracy w tych gorętszych okresach biura. Teraz oczywiście domek stał się tymczasowym miejscem zamieszkania dla jego bliskich, którzy ucierpieli podczas pożarów, co stanowiło jeszcze milszy powód, aby czasem tutaj wpadać.

Na przykład dzisiejszy dzień w Brighton był bardzo miły. Właśnie stał na ścieżce obok Anthony'ego i obserwował szalone wyścigi dwójki młodszych uczestników tej zabawy.
Sam Jonathan, ze względu na miejsce ich pobytu i planowaną wycieczkę, również postawił na bardziej mugolską modę. Takim spodobem miał na sobie szyte na zamówienie niezwykle wygodne, brązowe, lniane spodnie, nieco cięższe niż te które nosił w letnią porę, a także błękitną koszulę z wysokiej jakości bawełny, na którą dodatkowo narzucił ciepły wełniany (i nieszczególnie tani) ciemnonieniebieski sweter. Całość stylizacji uzupełniały ciemnobrązowe skórzane buty, pasek w tym samym kolorze. Oczywiście nie zabrakło też doskonale znanego Anthony'emu sygnetu z wyrytą koroną, której nie zakrywał teraz ministerialnymi insygniami, a także dość skromny pierścionek ozdobiony rubinem, subtelnie krzyczącym całemu światu jakie emocje towarzyszyły jego właścicielowi. Selwyn nie zapomniał również spryskać się swoimi ulubionymi perfumami tego sezonu o przyjemnym, śliwkowo-korzennym zapachu.

Jonathan uśmiechnął się radośnie na słowa drugiego czarodzieja, a następnie po prostu roześmiał się szczerze.
– Myślę, że moja godność ma się całkiem dobrze mój drogi – powiedział, klepiąc go po plecach w pozornie przyjacielskim geście, a następnie dodał już znacznie ciszej i jeszcze weselej. – Chociaż niekiedy mam wrażenie, że usilnie próbujesz mnie z niej odrzeć.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej i chwilę przyglądał się wyścigowi.
– Hm… Zaczynam mieć dziwne deja vu od tych wszystkich razów, gdy Ned również oferował nam przejażdżki. Żałuję, że wtedy tak szybko zrezygnowałem z jego prób nauczenia mnie jak się prowadzi – powiedział po czym westchnął z udawaną przesadą. – Merlinie, nie wiem za kogo trzymać kciuki. Zrobimy tak. Ja będę kibicować Jessiemu, bo jest moim chrześniakiem, ty natomiast Hannibalowi, bo to mój kuzyn, a ty mnie bardzo kochasz i wszyscy będą zadowoleni.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#3
22.08.2026, 10:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2026, 10:52 przez Hannibal Selwyn.)  
Odkryj wiadomość pozafabularną
Rzut na wygraną w wyścigu

Korzystam z Zawady Hannibala: Wysoka Stawka jak coś


Wynik wyścigu między samochodem, choćby i świeżo wypuszczonym z fabryki, a motocyklem - lżejszym, zrywnym i obdarzonym dość dużą jak na jednoślad mocą, mógł być w opinii Hannibala tylko jeden. Tym bardziej cieszył go pęd, wibracja maszyny pod nim, krótkie, naprzemienne chwile ciśnienia i nieważkości, kiedy natrafiał na łagodne wyniesienia terenu na początkowym, prostym odcinku trasy. Honda śmignęła naprzód, zostawiając auto w pyle. Ukryty pod czarnym kaskiem uśmiech jeźdźca nosił w sobie więcej, niż ziarenko satysfakcji.

Do czasu.

Druga połowa wyznaczonego odcinka była - celowo lub nie - poprowadzona bardziej krętą szosą i Hannibal musiał wyraźnie zwolnić, by nie wypaść z zakrętów. Nadal doskonale się bawił, niemal tańcząc w chwiejnej równowadze przeciążeń, prędkości i siły odśrodkowej, ciężar motocykla między nogami, ciężar własnego ciała, instynktowny przechył i kontra…

…ryk drugiego silnika z tyłu, bliżej, obok, bliźniaczy, ale bardziej wytłumiony, wejście w pion na prostej i upewniający rzut oka na profil kierowcy…
- O cholera - mruknął zaskoczony. Słowa utonęły w odbijającym się echem po żołądku hałasie. Wyjście na prowadzenie zajęło Jessiemu jeszcze dwa zakręty, ale kiedy to zrobił, jego zwycięstwo było właściwie pewne. Selwyn oderwał dłoń od kierownicy i sięgnął po różdżkę, by teleportować się wraz z pojazdem, chrzanić bezpieczeństwo, najlepszy, albo żaden, do mety zostało zbyt mało, a przeciwnik był już o dobrą długość pojazdu przed nim, ale w tym momencie zachwiał się niekontrolowanie na jakimś wyboju i zanim opanował mrożące krew w żyłach chybotanie, niebieski Ford Mustang minął tablicę z nazwą miejscowości, oznaczającą koniec wyścigu.

Warkot motocykla miłosiernie pochłonął zarówno wystraszone kwiknięcie, jak i pełne frustracji ”Aaarghh!” przegranego. Właściwie mógłby już zwolnić, nie mając i tak nic więcej do osiągnięcia, ale gniew - znajomy, dziecinny i tyleż nieuzasadniony, co nagły - wibrował w jego mięśniach nie mniej, niż adrenalina, nie mniej, niż 68 koni mechanicznych pod rozgrzanym nadwoziem. Hannibal przygazował i niemal przefrunął nad linią mety.

Zawrócił - gwałtownie, zarzucając tylnym kołem - dobre kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie zatrzymał się Jessie i dopiero w drodze powrotnej zwolnił do rozsądnej prędkości. Cenne sekundy pędu-ryku-tarcia pozwoliły mu upchnąć niezadowolenie z przegranej pod zdrową dawką ”to tylko zabawa” i ”bądź dorosły” i przypomnieć sobie, że kto jak kto, ale Jessie akurat zasługuje na to, żeby nacieszyć się nową zabawką, nawet za cenę odrobiny ego Hannibala. Motocykl podjechał do samochodu i zatrzymał się obok niego, zwrócony w przeciwną stronę.

Wdech. Wydech.

Selwyn odchylił się w tył na siedzeniu. Najpierw wepchnął do kieszeni różdżkę, o której obecności między skórą rękawicy a kierownicą niemal zapomniał, potem zdjął kask i z ulgą potrząsnął głową. Zmierzwione włosy rozsypały się wokół jego twarzy krótkimi, brązowymi loczkami. Płynnym ruchem rozpiął czarną, skórzaną kurtkę, spod której ukazał się biały t-shirt (absurdalnie drogi, cudownie miękki, z czesanej egipskiej bawełny - Hannibal nie zawsze nosił drogie ciuchy, ale kiedy już to robił, nie znał pojęcia "cena zaporowa"). Ciężka skóra była odpowiednia do jazdy i w dodatku stylowa, ale w październikowym słońcu i ferworze rywalizacji całkiem nieźle grzała. Czarne skórzane spodnie i takież buty motocyklowe dopełniały wizerunku - trochę zbuntowanego, a trochę uroczo młodzieńczego. W jego uszach połyskiwały tego dnia niewielkie, czarne kółka - nic przesadnie kobiecego i ozdobnego tym razem, zarówno ze względów praktycznych, jak i estetycznych. Kontrastowały ze srebrnym łańcuszkiem o płaskich ogniwach, który co prawda był ukryty pod koszulką, ale jego ukazujące się od czasu do czasu fragmenty wystarczyły, by przyciągać wzrok do kształtnej (nieskażonej bliznami, a już na pewno nie noszącej śladów wampirzych zębów) szyi aktora.
Może i przegrał, ale przynajmniej wyglądał doskonale.

Ściągając rękawice, spojrzał spod grzywki na zwycięzcę. Uśmiechnął się do niego, jakby wcale przed chwilą z nim nie przegrał, wcale nie rozważał oszustwa, by wygrać, a już najwcalej nie był na to wkurzony, jak pięciolatek. Może zresztą już nie był, w końcu trudno było chować urazę wobec najlepszego kumpla. Sprężystym, nieco przesadzonym ruchem przerzucił nogę nad motocyklem, złożył kask na siodełku i podszedł bliżej auta.
- Ale daje ta twoja fura! - rzucił lekko, prześlizgując się po nim pełnym uznania wzrokiem - Dobry wyścig, te zakręty na końcu były dzikie!

(Wygrałbym, gdyby nie one!)

Rzucił okiem w stronę Anthony’ego i Jonathana. Nachylił się do Jessiego i konspiracyjnym tonem zapytał:
- Gdyby mieli się założyć o wynik, to jak myślisz, jaka byłaby stawka?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (1030), Hannibal Selwyn (711), Jonathan Selwyn (402)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa