22 X 1972, przed południem
Suma przypadków: Ciasteczko z wróżbą + Zbieramy na zakupy w Miodowym Królestwie!
Ciężar. To co czuła Guinevere, to był ciężar, chociaż nie niosła żadnego ciężkiego pakunku. Ostatni… tydzień był dla niej dość trudny i nie chodziło o żadne implikacje Spalonej Nocy, nic z tych rzeczy! Ot… śmierć pradziadka pociągnęła za sobą nie tyleż żal, bo była to przecież naturalna kolej rzeczy, a on nie był najmłodszy, ale obudziło to w Guinevere coś, czego budzić nigdy nie chciała. Chociaż może właściwszym określeniem byłoby powiedzenie, że trzecie oko budziło się już jakiś czas, ale to wydarzenie uświadomiło Egipcjankę w faktach.
Nie była w Magicznym Londynie na przechadzce od czasu Mabon. To znaczy owszem, była tutaj tydzień temu, ale nie po to, by posnuć się po uliczkach, a w celach jak najbardziej konkretnych i towarzyskich, teraz zaś gdy tak szła ulicami, mogła zaobserwować, że Pokątna, Horyzontalna i jakieś boczne uliczki wyglądają znacznie lepiej niż tamtej strasznej nocy na początku września. Ulice były wyprzątnięte, zgliszcza nie straszyły, a choć niektóre budynki trzeba było wyburzyć, bo groziły zawaleniem, to było widać, że magiczna społeczność wstaje z kolan, na które została rzucona.
To napawało jakąś dozą optymizmu.
Bo też ulice nie były puste. Ludzie wychodzili, a choć pogoda może i nie była piękna i straszyło, że w każdej chwili może się rozpadać, to ludzie nie przemykali od lokalu do lokalu, tylko śmiało szli brukowaną drogą. Było mniej miejsc, w których okna były całkowicie zabite deskami, widać było, że niektórzy sprzedawcy powrócili na swoje miejsce… ale nie wszyscy.
Ale chyba ostatnie, czego Ginny się spodziewała zastać w Londynie, to stragany rozstawione na placyku – całkiem kolorowe, pośród dość ponurego otoczenia, albo to tylko tak się uzdrowicielce wydawało. Nie była nawet epwna, czy jest na Pokątnej, czy Horyzontalnej – miała kiepską orientację w Magicznych Dzielnicach i wiecznie się gubiła, idąc do celu dwa razy dłużej, niż powinna i zamierzała, jakoś znacznie lepiej odnajdywała się na egipskich targach, których topografia była… ciasna i zakręcona (więc to tym bardziej dziwne, że nie radziła sobie z poukładanym Londynem), ale nie miała żadnego celu w swojej dzisiejszej wędrówce. Chyba po prostu… potrzebowała się przejść. W tłumie człowiek czuł się jakoś jednocześnie raźniej i bardziej pozostawiony samemu sobie, a chyba tego właśnie w tym momencie potrzebowała.
Z ciekawością podeszła do jednego ze straganów, chcąc obejrzeć sobie, co tam w ogóle mają. Po drodze usłyszała jakieś strzępy rozmów, chyba jakiegoś dziecka z matką, o tym, że „to fajnie, że festyn powrócił” – widać było to jakieś stałe wydarzenie, a ostatnimi czasy było go brak? Ale mogła źle zrozumieć. Ostatecznie nie miało to większego znaczenia. McGonagall była pochłonięta jakimiś swoimi oczami, gdy akurat stała przy jednym ze straganów i oglądała to, co mieli tam na sprzedaż.