• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[22.10.1972] Fortune favours the curious

[22.10.1972] Fortune favours the curious
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#1
24.07.2026, 18:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2026, 01:30 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Guinevere McGonagall - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty

22 X 1972, przed południem
Suma przypadków: Ciasteczko z wróżbą + Zbieramy na zakupy w Miodowym Królestwie!



Ciężar. To co czuła Guinevere, to był ciężar, chociaż nie niosła żadnego ciężkiego pakunku. Ostatni… tydzień był dla niej dość trudny i nie chodziło o żadne implikacje Spalonej Nocy, nic z tych rzeczy! Ot… śmierć pradziadka pociągnęła za sobą nie tyleż żal, bo była to przecież naturalna kolej rzeczy, a on nie był najmłodszy, ale obudziło to w Guinevere coś, czego budzić nigdy nie chciała. Chociaż może właściwszym określeniem byłoby powiedzenie, że trzecie oko budziło się już jakiś czas, ale to wydarzenie uświadomiło Egipcjankę w faktach.

Nie była w Magicznym Londynie na przechadzce od czasu Mabon. To znaczy owszem, była tutaj tydzień temu, ale nie po to, by posnuć się po uliczkach, a w celach jak najbardziej konkretnych i towarzyskich, teraz zaś gdy tak szła ulicami, mogła zaobserwować, że Pokątna, Horyzontalna i jakieś boczne uliczki wyglądają znacznie lepiej niż tamtej strasznej nocy na początku września. Ulice były wyprzątnięte, zgliszcza nie straszyły, a choć niektóre budynki trzeba było wyburzyć, bo groziły zawaleniem, to było widać, że magiczna społeczność wstaje z kolan, na które została rzucona.

To napawało jakąś dozą optymizmu.

Bo też ulice nie były puste. Ludzie wychodzili, a choć pogoda może i nie była piękna i straszyło, że w każdej chwili może się rozpadać, to ludzie nie przemykali od lokalu do lokalu, tylko śmiało szli brukowaną drogą. Było mniej miejsc, w których okna były całkowicie zabite deskami, widać było, że niektórzy sprzedawcy powrócili na swoje miejsce… ale nie wszyscy.

Ale chyba ostatnie, czego Ginny się spodziewała zastać w Londynie, to stragany rozstawione na placyku – całkiem kolorowe, pośród dość ponurego otoczenia, albo to tylko tak się uzdrowicielce wydawało. Nie była nawet epwna, czy jest na Pokątnej, czy Horyzontalnej – miała kiepską orientację w Magicznych Dzielnicach i wiecznie się gubiła, idąc do celu dwa razy dłużej, niż powinna i zamierzała, jakoś znacznie lepiej odnajdywała się na egipskich targach, których topografia była… ciasna i zakręcona (więc to tym bardziej dziwne, że nie radziła sobie z poukładanym Londynem), ale nie miała żadnego celu w swojej dzisiejszej wędrówce. Chyba po prostu… potrzebowała się przejść. W tłumie człowiek czuł się jakoś jednocześnie raźniej i bardziej pozostawiony samemu sobie, a chyba tego właśnie w tym momencie potrzebowała.

Z ciekawością podeszła do jednego ze straganów, chcąc obejrzeć sobie, co tam w ogóle mają. Po drodze usłyszała jakieś strzępy rozmów, chyba jakiegoś dziecka z matką, o tym, że „to fajnie, że festyn powrócił” – widać było to jakieś stałe wydarzenie, a ostatnimi czasy było go brak? Ale mogła źle zrozumieć. Ostatecznie nie miało to większego znaczenia. McGonagall była pochłonięta jakimiś swoimi oczami, gdy akurat stała przy jednym ze straganów i oglądała to, co mieli tam na sprzedaż.

lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#2
29.07.2026, 11:24  ✶  
Jedynym ciężarem, jaki Hannibal odczuwał tego niedzielnego poranka, był ciężar siatki z zakupami, która zapełniała się w miarę jego spaceru po obrębie jarmarku. Dawno miał już za sobą etap zadziwienia tempem, w jakim czarodziejski Londyn powstawał z kolan - teraz co prawda, kiedy mieszkał poza miastem, teleportował się do pracy, zamiast chodzić spacerem, ale często przemierzał Horyzontalną i Pokątną przed lub po wyjściu z teatru i na bieżąco mógł obserwować postęp prac.

Nie był nawet na kacu - kolejny, przedostatni już tydzień, kiedy teatr wystawiał “Ekstazę Merlina” skutecznie zajmował jego czas, co miało zbawienny wpływ na jego nawyki. Selwyn miał wrażenie, że zapomniał wszystkie inne role, jakie dane mu było grać, po to tylko, by znów i znów wcielać się w legendarnego czarodzieja. Trudno było wyrzucić z głowy fragmenty powtarzanej w kółko roli, podobnie jak pozbyć się z ciała tańczonego wielokrotnie rytmu.

Może powinien iść potańczyć coś innego. Była niedziela, a to znaczyło, że nikt znajomy pewnie nie da się wyciągnąć na miasto, ale może, po wieczornym przedstawieniu, samotny wypad na Soho?…

Kobieta idąca przed nim zatrzymała się przy kolejnym kramiku i zamyślony Hannibal też przystanął, nie chcąc przepychać się przez tłum. Dopiero kiedy stanęli ramię w ramię, rozpoznał znajomą twarz.

- Dzień dobry - zaczepił ją, stając na tyle blisko, że nie było wątpliwości, że słowa są skierowane do niej - Miło cię widzieć, Ginny.

W normalniejszych okolicznościach, miał ochotę dodać, ale nie zrobił tego. Żadne z nich nie potrzebowało przypomnienia tamtej nocy. Po hannibalowym kaszlu i  poparzeniach szczęśliwie nie pozostał żaden widoczny ślad. Z tym, co poczyniło doświadczenie Spalonej Nocy w głowach, każdy musiał uporać się we własnym zakresie.

W torbie z zakupami Hannibala nie bez powodu dźwięczały butelki. Zbawienny wpływ "Ekstazy Merlina" miał swoje granice.

Ginny także nie wyglądała jakoś specjalnie beztrosko, chociaż zdecydowanie bardziej do twarzy było jej w pochmurnym, targowym Londynie, niż w tym płonącym. Selwynowi trudno było powiedzieć, czy faktycznie coś ją trapi, czy może po prostu taka była zawsze. Widział ją w końcu tylko raz i chociaż tamto spotkanie i późniejsze wymienione sowią pocztą kilka listów pozostawiły inne wrażenie, mógł się przecież mylić.

Nic nie stało na przeszkodzie, żeby wyjaśnić tę kwestię.

- Szukasz czegoś konkretnego? - zapytał, przerywając na chwilę obserwację uzdrowicielki, by machinalnie przesunąć palcami po rączce leżącej na ladzie różdżki. Nie poczuł, oczywiście, nic - jak mógłby, skoro był już szczęśliwie sparowany ze swoją własną, i to od czasów Hogwartu? Wciąż, zastanowiło go, czemu ktoś sprzedaje różdżkę ot tak, na ulicy?

Rozejrzał się po straganie, przy którym stali. Asortyment był co najmniej dziwny. Przedmioty wydawały się dobrane przypadkowo, ale większość z nich nie pasowała do typowego kramu ze starzyzną, podobnie, jak i postacie handlarzy, młodych czarodziejów, których miejsce o tej porze roku zdecydowanie było raczej w szkole. Kątem oka Hannibal dostrzegł jeszcze dwudziestopięciocentymetrową, artystycznie wygiętą i podbarwioną z jednej strony na różowo szklaną mackę i srebrną papierośnicę o podejrzanym kształcie.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#3
01.08.2026, 14:42  ✶  

Obejrzała właśnie pierdółki sprzedawane przy jednym z kramów. Jakieś zawieszki i talizmany tak zwane „ochronne”, w których skuteczność nie wierzyła ani trochę, ale takie niespokojne czasy musiały w ludziach wyzwalać potrzebę otaczania się przedmiotami mającymi zapewnić szczęście, ochronę, pewnie i zdrowie oraz bogactwo. Normalnie pokrecilaby na to głową, może powiedziałaby sprzedającemu słowo czy dwa na temat żerowania na nieszczęściu i przesądności innych, ale dzisiaj tylko pokręciła lekko głową, zbywając ręką zachęcające do kupna komentarze czarownicy i poszła dalej.

Tu nie zdążyła się za bardzo rozejrzeć, nie zwróciła nawet uwagi, że sprzedawali tutaj zdecydowanie zbyt młodzi czarodzieje, bo ktoś stanął obok niej i się do niej odezwał.

Męski głos.

Odwróciła głowę już gotowa powiedzieć, że to pewnie pomyłka, ale… wtedy właśnie zobaczyła kto obok niej stoi i uśmiechnęła się mimowolnie. Nie, to nie była żadna pomyłka.

– Dzień dobry – odpowiedziała i jej jasnobrązowe oczy prześlizgnęły się po sylwetce i twarzy Hannibala szybko i nienachalnie. W tym świetle wyglądał odrobinę inaczej, tym bardziej, że gdy ostatnim razem się widzieli, Guinevere spoglądała na świat oczami kota. Wyglądał dobrze. Niepomiernie lepiej niż wtedy, gdy znalazła go pod teatrem poparzonego zaklęciem… i ona nie zamierzała do tego nawiązywać, przywoływanie wspomnienia Spalonej Nocy zwłaszcza ludziom, którzy wtedy ucierpieli, nie było zupełnie konieczne, zresztą Hannibal zdążył jej za to podziękować więcej niż raz… – Ciebie również. Chociaż prawdę mówiąc nie spodziewałam się, że spotkam tutaj kogoś znajomego – Hannibal jakoś… nie do końca pasował na bywalca tego typu jarmarków? Oczywiście to była tylko powierzchowna ocena, nie mająca zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, ale rzeczy, jakie można było tutaj kupić, jakoś niekoniecznie jej pasowały do wizerunku Hannibala.

Była druga połowa października i chłód już doskwierał McGonagall, przyzwyczajonej do znacznie cieplejszych temperatur, teraz zaś opatulonej jesiennym płaszczem i z cienką, rdzawo-zieloną chustą na szyi. Długie proste włosy spływały jej, jak poprzednio, na plecy.

– Och nie, niczego konkretnego. Rozglądam się po prostu, zaciekawiło mnie to zbiorowisko – przyznała, na moment tylko oderwawszy spojrzenie od Hana, by potoczyć nim wszędzie i nigdzie wokół, ale zaraz wróciła nim do Selewyna. Może i nie miała najlepszego nastroju, ale i tak była ciekawa jak sobie radzi. – A ty? Czy też jesteś po prostu przelotem? Tam dalej chyba są sprzedawane jakieś ciasteczka – kiwnęła głową, ale prawdę mówiąc zostawiała to sobie na koniec tej przechadzki.

lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#4
04.08.2026, 23:41  ✶  
- Wpadłem po drodze - wzruszył lekko ramieniem, wciąż błądząc wzrokiem po kolekcji na prowizorycznej ladzie - lubię zaglądać na takie stragany, można czasami znaleźć… - urwał na chwilę, bo dostrzegł coś, co sprawiło, że zmarszczył brwi w zamyśleniu - …coś ciekawego… - dokończył powoli - Przepraszam cię na moment.

Przeskoczył spojrzeniem między towarem, a nieletnim sprzedawcą i sięgnął po przedmiot, który przyciągnął jego wzrok. Była to bransoletka, na tyle skromna, by nadawała się do wygodnego noszenia na co dzień. Podwójna nić podłużnych, niebieskich koralików, zwieńczona pośrodku płaskim, okrągłym, mlecznym opalem wielkości sykla, ale grubszym. Hannibal obrócił opal w palcach - z drugiej strony oczko było czarne z oleistym połyskiem. Błyskotka raczej nie pasowała do jego stylu, zbyt delikatna i za mała na męski nadgarstek, ale ewidentnie wzbudziła jego zainteresowanie.

- Hmm… ile za to? - z nagłą niedbałością zakręcił bransoletką na palcu. Kamienie zagrzechotały cicho, kiedy z powrotem stuknęła o wnętrze jego dłoni. Jeden z chłopaków obsługujących stoisko podał cenę - zdecydowanie zawyżoną, jak na proste świecidełko, ale Selwyn bez mrugnięcia okiem wyciągnął portfel.
- Jeszcze różdżkę pan dorzuci - wskazał głową na oglądaną wcześniej różdżkę, a po usłyszeniu ceny, odliczył galeony na dłoń nieco zdumionego brakiem targów (i nagłym byciem na “pan”) młodzika.


- Jak mówiłem, można natrafić na perełki - dokończył. Wielu czarodziejów o jego statusie zaopatrywało się w niemal wszystko w drogich magazynach i Hannibal również nie stronił od dóbr luksusowych, ale doceniał też miejsca takie, jak to. Kiermasze, sklepiki z rękodziełem, pchle targi, czy zgoła lumpeksy, zarówno czarodziejskie, jak i mugolskie - eklektyczny styl sam się nie zrobi.

To znaczy… doceniał je, gdy nie prowadziły sprzedaży kradzionych rzeczy. Teraz, kiedy bransoletka spoczęła bezpiecznie w kieszeni jego jeansów, zwrócił się do Ginny.
- Znalazłaś coś ciekawego? - zapytał cicho, a potem spojrzał na jednego z chłopaczków z uśmiechem, który jednak nie sięgał jego oczu i zapytał niewinnym tonem:
- A te fanty, to macie skąd właściwie? Bo dość dziwny zestaw i ja nie wiem, czy różdżkami to tak można handlować… - nie miał pojęcia, czy istniały jakieś przepisy regulujące obrót różdżkami, ale raczej niesłychane było, by kupować je z drugiej ręki, wyjąwszy jakieś szczególne, kolekcjonerskie albo historyczne egzemplarze. Młodzieniec stropił się jego uszy poczerwieniały w sposób, którego nijak nie dało się wyjaśnić lekkim, październikowym chłodem, ale w sukurs przyszedł mu kolega.
- Panie, toż my uczciwe chłopaki, zbieramy na zakupy w Miodowym Królestwie! Po rodzinie pozbieraliśmy jakieś starocie, na strychu i w ogóle…

Hannibal miał ochotę postraszyć domniemanych paserów Brygadą Uderzeniową albo konkurencją z Nokturnu i pewnie nawet by to zrobił, gdyby był tu sam albo w towarzystwie któregoś ze swoich kolegów ze szkoły, ale ostatecznie obdarzył ich tylko kpiącym półuśmiechem, mówiącym wyraźnie, że nie kupuje gadki o “uczciwych chłopakach” i strychu, i porzucił temat. W zamian skupił całą swoją uwagę na Guinevere.

- Wspominałaś o ciastkach? Rozumiem, że dasz się zaprosić? - uśmiechnął się do niej zdecydowanie cieplej, niż do straganiarzy - Za dzieciaka na Mabon zawsze było takie stoisko z owocami w czekoladzie, ale teraz go nie widzę…
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#5
07.08.2026, 19:30  ✶  

Czyli i on, wiedziony ciekawością, postanowił zerknąć na jarmark. Guinevere po części w takich miejscach czuła się trochę jak w domu, była to swojego rodzaju namiastka Egiptu,  egipskiego targu dokładniej, gdzie królowały kolory, zapachy i gwar. Tutaj może i było nieco inaczej, bo ludzie nie byli tak energiczni jak egipscy handlarze, było jednak w tej atmosferze coś przyjemnie znajomego.

Potrzebowała tej przyziemności i namiastki czegoś znanego. Zwłaszcza teraz, gdy jej świat zdawał się wywrócić do góry nogami, choć prawda była taka, że to jedynie jej oczy otwarły się szerzej.

Przyglądała się Hannibalowi podczas tej krótkiej wymiany zdań, widziała więc jego mimikę i pewne zamyślenie, które wkradło się w jego słowa, kiwnęła więc tylko głową, gdy ją “przeprosił na chwilę”, nigdzie jednak nie odchodząc. W pierwszej chwili pomyślała, że Selwyn faktycznie znalazł tutaj coś, co przykuło jego uwagę, nie przeszkadzała więc, gdy ten mówił, co chce kupić, w tym samym samej korzystając z okazji i zaczęła przeglądać, jakie mają tutaj wystawione rzeczy. Uniosła za to brwi, gdy Han poprosił o różdżkę, dopiero teraz zwracając uwagę, że faktycznie mają tu takowe wystawione. Dziwne – pomyślała. Zawsze wydawało jej się, że w Anglii różdżki można kupić jedynie i różdżkarza, który dobierał takową specjalnie do danego czarodzieja, w końcu “różdżką sama wybiera sobie właściciela”. Nie znała się na tym zupełnie, bo jej własna była robiona na zamówienie, chociaż faktycznie egipski różdżkarz jakoś ją wtedy mierzył i coś tam coś tam, w każdym razie tutaj w Anglii była nawet przy jednym dobieraniu różdżki do nowego właściciela i nie wyglądało to tak, że można ją sobie kupić wystawiona na sprzedaż przez jakichś…

Nastolatków?

Guinevere nawet lekko przekrzywiła głowę, uświadamiając sobie, że sprzedawcami zaiste są jeszcze… technicznie dzieci.

Czy nie powinni być teraz w szkole?

– Och, chyba nie – odparła mu, bo faktycznie nic tu nie znalazła ciekawego (może prócz tej różdżki), a kiedy Han zapytał skąd w ogóle mają te różdżki to nastąpiło… jak dla niej pewne speszenie. Ona też nie wiedziała, czy można tak handlować różdżkami. Może można było, chociaż wartość takiego zakupu chyba była niewielka. I ona zrobiła minę, jakby nie bardzo uwierzyła w tłumaczenie, które właśnie usłyszeli, po czym odwróciła spojrzenie na Selwyna.

– Haha, tak, widziałam tam taką kobietę… ale to chyba jakieś małe ciasteczka, a nie ciasto – wyjaśniła, może nieco kulawo, bo nie przyglądała się temu za bardzo, słyszała tylko coś o ciasteczkach. – Faktycznie owoców w czekoladzie nie widziałam… – dodała i uśmiechnęła się nawet nieco pod nosem. – A gdzie tu są dobre ciastka, które można zjeść? – nie mówiła nie, choć w tej chwili nie mówiła też tak. Nie wiedziała, na ile w obecnym stanie byłaby odpowiednią kompanką do ciastek.

lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#6
15.08.2026, 12:42  ✶  
Hannibal miał słabość do dobrego jedzenia i chyba tylko genom Selwynów i morderczym treningom tanecznym mógł zawdzięczać swoją nienaganną figurę. Może zresztą to właśnie aktywny tryb życia wzmagał apetyt.  Niezrażony mniej niż entuzjastyczną reakcją Ginny, poprowadził ich w kierunku, gdzie jak mu się zdawało, znajdowały się kramy ze słodkimi przekąskami - jeżeli nie zjedzą nic na miejscu, to kupi coś na wynos, opcja tym bardziej kusząca teraz, kiedy mieszkał z czterema innymi osobami, z którymi mógł się podzielić.

Poza podejrzanym stoiskiem “uczciwych chłopaków” sprzedających kradzione dobra, jarmark wyglądał dość typowo. Mniej odświętnie, niż ten sprzed miesiąca, z okazji Mabon, ale za to bardziej beztrosko. Sekcja spożywcza była całkiem przyzwoitych rozmiarów. Wiele słodyczy było dokładnie takich samych, jakie Hannibal pamiętał ze swojego dzieciństwa (być może dlatego, że nie było ono jakoś specjalnie odległe). Dropsy owocowe we wszystkich kolorach tęczy, którymi opychał się w wieku przedszkolnym, a obecnie zastanawiał się, co w nich wtedy widział, galaretki i żelki, czekolady rzemieślniczej produkcji z najróżniejszymi dodatkami… Były również nowości - czekoladowe żaby, jakieś dziwne… coś… czego Hannibal nawet nie potrafił nazwać… To tu to tam można było dostrzec bardziej egzotyczny asortyment.

- Wszystko w porządku? - zapytał po drodze, bo cały czas miał niejasne wrażenie, że kobieta jest jakaś przygaszona. Przyjrzał się jej uważnie - Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakby coś cię trapiło…

Zatrzymał wzrok na ladzie pełnej poukładanych w schludne piramidy, owiniętych w sreberka pomarańczy z czekolady. Smakołyk, podchwycony od mugoli, dla tych ostatnich był dokładnie tym - czekoladą z dodatkiem pomarańczy, uformowaną w kształt owocu. Czarodzieje poszli o krok dalej i częstki nie tylko trzymały się razem po otwarciu, ale mogły spomiędzy nich wykwitać kwiaty albo strzelać miniaturowe fajerwerki.

Poświęcał towarom tylko część uwagi, w rzeczywistości czekając na odpowiedź Ginny. Nie był wścibski i nie zamierzał naciskać, ale doskonale wiedział, że czasami wystarczyło dać komuś przestrzeń na opowiedzenie o swoich troskach. Nie był dla Guinevere nikim bliskim, ale to też nie szkodziło - o niektórych rzeczach łatwiej było rozmawiać z ludźmi z zewnątrz. W każdym razie był gotów jej wysłuchać.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#7
17.08.2026, 20:08  ✶  

Z kolei Guinevere miała słabość do próbowania nowych rzeczy. Do poznawania świata wszystkimi dostępnymi zmysłami. Nawet teraz, gdy była w nastroju raczej… refleksyjnym, niż takim, gdy tryska się energią, ciekawość brała górę i dokładnie z tego powodu znalazła się na tym festynie, jarmarku, czy jak to zwać. Odeszli więc od miejsca, gdzie dzieciaki handlowali… cóż… chyba mało legalnie zdobytymi przedmiotami (choć kto wie, może część rzeczywiście wzięli ze strychu od cioci) i zdecydowanie byli w wieku, gdy powinni być teraz w szkole, a nie włóczyć się po Magicznych Dzielnicach. Ginny rozglądała się mimo wszystko z pewnym zainteresowaniem po tych kramikach z jedzeniem w części, gdzie można było dostać właściwie tylko to. Jeśli chodziło o jedzenie to była gotowa chyba próbować wszystkiego, a dowodem na to było pewne zamiłowanie do ryzyka związane z próbowaniem fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta… Nie każdy był na to tak śmiały. Uśmiechnęła się pod nosem, przyglądając się jakimś ruszającym się żelkom i wyczuła, że przygląda jej się pewna kobieta, odziana… dość specyficznie. Nie do końca na angielską modłę, zresztą uroda tej kobiety również świadczyła o tym, że prawdopodobnie przyjechała tutaj z Azji, chociaż Guinevere nie tak od razu była w stanie dopasować z jakiego kraju czy kręgu kulturowego.

– Hmmm – zamruczała po nosem, odwracając na tę chwilę spojrzenie od kobiety, lecz mimo to ciągle miała wrażenie, że ta ją obserwuje. – Kiepski okres, tak to chyba można nazwać – przyznała po chwili, gdy na moment zatrzymali się przy czekoladkach z pomarańczą w środku. Guinevere na razie tylko oglądała, nie była pewna, czy coś sobie kupi, ale wolała przejrzeć najpierw wszystko, by później nie żałować, że wydała na coś za dużo pieniędzy. – Musiałam wziąć wolne w pracy, żeby wszystko sobie poukładać – przyznała po chwili i westchnęła. Ginny lubiła swoją pracę, bardzo. Nie było to tez nic bardzo dziwnego, skoro przyjechała tutaj aż z Egiptu, chociaż mogła przecież pracować w swoich rodzinnych stronach – wykopalisk archeologicznych przecież tam nie brakowało.

Zaszli właśnie pod kramik, z którego chińska wieszczka przyglądała się Guineverze – obie o egzotycznej urodzie, choć w zupełnie inny sposób. Obie wieszczki… czego Ginny jeszcze nie wiedziała.

– Jesteś zagubiona – zwróciła się do Egipcjanki spod swojego głęboko granatowego szala, którym była owinięta. – Ciasteczko z wróżbą będzie drogowskazem – powiedziała, na co Guinevere westchnęła raz jeszcze i po chwili zawahania sięgnęła do kieszeni po pieniądze i odliczyła sumę, która była zapisana na tabliczce. Nie była przekonana, czy wróżba jej dzisiaj pomoże, ale… może akurat los miał jej do powiedzenia coś dla odmiany dobrego. Wzięła więc ciasteczko i spojrzała przy tym na Hannibala, bo może również był zainteresowany ulicznymi wróżbami, a jeśli nie, to gotowa była odejść choć kawałek, nim w ogóle odgryzła kawałek ciasteczka.

– Mój pradziadek zmarł kilka dni temu – kontynuowała po chwili, jakby wcale nie przerwali tej rozmowy. To prawda, że nie znali się… prawie wcale. I to prawda, że obcemu czasami łatwiej było powiedzieć to, co się trudnego działo w życiu. – Normalna sprawa, spodziewałam się, że to prędzej czy później nastąpi. Ale przyniosło to ze sobą też inne rzeczy… W mojej rodzinie występuje trzecie oko, które się w tym czasie obudziło i… trochę sobie z tym nie radzę – miała ugryźć ciasteczko ponownie, gdy zobaczyła, że znajduje się tam jakaś karteczka. Wydobyła ją więc ze środka i rozwinęła, spoglądając na zapis. Bluszcz. Niezawodny przyjaciel. Uśmiechnęła się pod nosem. – Wiesz co… Chyba chętnie sobie kupię trochę tamtych czekoladek.

lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#8
27.08.2026, 15:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.08.2026, 15:32 przez Hannibal Selwyn.)  
Hannibal pokiwał głową ze zrozumieniem i posłał Ginny krótkie, współczujące spojrzenie.
- Jesteś uzdrowicielką, więc… Mung? Lecznica Dusz? - jeżeli musiała borykać się z nawałem pacjentów kaszlących, straumatyzowanych albo przeziębionych, bo spłonął im dom i nie mieli gdzie się podziać, to wcale się nie dziwił ani trudnemu okresowi, ani konieczności wzięcia urlopu.

Rozmowa została przerwana przez wieszczkę o dziwnym akcencie. Selwyn rozpoznał lekko nieobecny wyraz jej oczu - podobny widział u Morpheusa Longbottoma, wtedy, podczas bankietu. Czy zatem czekała ich wróżba?
Pozwolił kobiecie mówić. Zaciekawiony, sam również pochylił się nad ciasteczkami. Sprzedawczyni zmierzyła go wzrokiem - z jakiegoś powodu ze zdecydowanie mniejszym zainteresowaniem, niż to, jakie wzbudziła Ginny. Hannibal odpowiedział nieco wyzywającym spojrzeniem.
- Nie buduj rusztowania z bambusa, jeżeli chcesz na nim postawić kowadło - odezwała się wreszcie wróżbitka tonem, który był głosowym odpowiednikiem wzruszenia ramion. Głową wskazała na ułożone na ladzie ciasteczka.

To brzmiało jak jakieś generyczne chińskie przysłowie, jak coś, co mówi się każdemu klientowi. No, co drugiemu, bo jak przychodzą we dwoje, to jeden najwyraźniej słyszy, że jest zagubiony. Selwyn początkowo nawet i chciał kupić ciasteczko, ale teraz zaczął mieć wątpliwości. Czuł się w niejasny sposób urażony zachowaniem kobiety, jakby gdzieś głęboko w jej słowach zaszyta była drwina. Przeskoczył wzrokiem od niej do ciasteczek i z powrotem, ale wyraz jej twarzy był nieprzenikniony.

Kiedy chwilę później odeszli wraz z Guinevere od straganiku, każde z nich trzymało w dłoni własne ciasteczko.
- Przykro mi - powiedział Hannibal szczerze, choć odruchowo na wieść o śmierci pradziadka. Bardziej zainteresowały go następne słowa - te o trzecim oku.
- Czy to znaczy, że… zaczęłaś widzieć aury? Przyszłość? - dopytywał. Trzecie oko mogło mieć różne oblicza - Jak… jak się zorientowałaś?

Przełamał własne ciasteczko chwilę po niej. Dobrze przynajmniej, że wróżba była po angielsku, a nie w jakimkolwiek rodzimym języku cudzoziemki. Rozwinął swoją karteczkę.

Rzut Symbol 1d258 - 6
Beczka (przyjęcie)

- Beczka - uśmiechnął się i skierował w stronę stoisk z czekoladkami.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#9
02.09.2026, 00:39  ✶  

– Ani to, ani to – przyznała i uśmiechnęła się lekko pod nosem. – Jestem uzdrowicielką, powiedzmy na prywatnej praktyce. Nie przyjmuję w żadnym gabinecie, ale jestem zatrudniona na wykopaliskach archeologicznych – wyjaśniła. Oczywiście, gdy przybyła do Anglii do pracy, to złożyła w Ministerstwie potrzebne dokumenty i certyfikaty i uprawnienia, żeby móc legalnie wykonywać tutaj swoją pracę. Nie chciała ściągać problemów na grupę archeologiczną, ani ogólnie na swoich znajomych czy bliskich, bo zresztą czemu by miała, skoro faktycznie studiowała w Egipcie, ukończyła naukę, zdała egzaminy i tak dalej. Była wykwalifikowanym uzdrowicielem, a nie żadnym znachorem czy oszustką. – Dużo pracuję więc w terenie, w warunkach polowych – dodała jeszcze gwoli wyjaśnienia. – Jestem też normalnym członkiem ekipy, bo skończyłam też kursy historyczne i jestem wykwalifikowanym archeologiem – wiedziała, jak się obchodzić z różnymi znaleziskami, jak się poruszać po obszarze wykopalisk, jaką wartość mają rzeczy, które odkopywali i tak dalej. Uczyła się tego z pasji. A jej specjalnością były… stare wróżby i przepowiednie, symbolika i do pewnego stopnia wierzenia.

Nie znała się na chińskich wróżbitach, nie zauważyła więc nic dziwnego w zachowaniu wieszczki, przyjmując być może jej sposób bycia jako dziwactwo, albo element przedstawienia. A ostatecznie oboje odeszli z ciasteczkiem, więc chyba dobrze robiła swoje.

– Dziękuję – odparła gładko i zerknęła przelotnie na Hannibala, będącego niemal jej wzrostu. Przywykła do tego, że w większości nie musi zadzierać głowy, gdy chciała na kogoś spojrzeć. A chwilę później westchnęła i jasnobrązowe oczy wbiła w drogę przed nimi. Przez moment nie widziała, dokąd idą (a gdzieś na granicy podświadomości kołatało jej się, że miała kupić te czekoladki), we wspomnieniach zadźwięczał jej huk i podniesione głosy, które jednak nie mówiły nic konkretnego. Widziała to jak przez mgłę. Zamrugała kilka razy, chcąc się jakoś z tego otrząsnąć. – Prawdę mówiąc… Zorientować się było dość prosto, tylko że uparcie nie przyjmowałam tego do wiadomości – powiedziała w końcu i raz jeszcze westchnęła. – Były… znaki. Miałam sny. O rzeczach, których wcześniej nie widziałam, o zdarzeniach, które się nie wydarzyły. Przeczucia, że coś będzie miało miejsce… Aż w końcu te rzeczy się działy, w sekwencjach jakie pamiętałam ze snów. Miejsca, których nie widziałam, okazały się rzeczywiste… – mówiła. I choć nie powiedziała wprost, że chodziło o widzenie przyszłości, to sądziła, że to wynika z kontekstu. – Zawsze myślałam o tym, jak o ciężarze. Nigdy nie chciałam, żeby… – żeby okazało się, że jednak odziedziczyła po rodzinie matki Oko Horusa. Żeby przebudzić ten „dar” – lub przekleństwo jak sądziła… chociaż ostatnie wydarzenia kazały jej spojrzeć na to nieco inaczej. – Więc… Próbuję to jakoś… przetrawić – zakończyła może nieco kulawo, a gdy Hannibal dostał się do swojej części wróżby, rozchmurzyła się nieco. – Beczka mówi o tym, że czeka cię jakieś przyjęcie. Może spotkanie rodzinne? Impreza z przyjaciółmi? – podsunęła.

lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#10
15.09.2026, 12:48  ✶  
- Wow… - westchnął tylko w odpowiedzi na wyjaśnienia Guinevere co do jej zawodu. Uzdrowicielka i archeolog, to brzmiało imponująco.  No, może z wyjątkiem kursów historycznych, bo te przywodziły na myśl ślęczenie nad zakurzonymi podręcznikami i wkuwanie dat. Zdecydowanie nie dla Hannibala, odnajdującego się w ruchu, zmianach i interakcjach z widownią.
 
Pozwolił Ginny mówić o trzecim oku, pozornie pochłonięty własnym ciasteczkiem, w rzeczywistości jednak słuchając uważnie. Podniósł na nią wzrok dopiero, kiedy kobieta zapatrzyła się w dal. W jej ustach prorocze sny faktycznie brzmiały jak obciążenie. Jonathan nigdy nie przedstawiał aurowidzenia w taki sposób, a raczej jako przydatne narzędzie, może czasem nawet zabawne. Z drugiej strony, Hannibal nie przypominał sobie, by widział Morpheusa Longbottoma beztroskiego i zadowolonego z życia. Czy snowidzom faktycznie  po prostu trafił się jakiś felerny los w pokoleniowej loterii?

- Tak po prostu zaczęłaś widzieć przyszłość w snach? - z niepokojem pomyślał o Spalonej Nocy. Miał ochotę zapytać, jak dokładnie wyglądają takie sny, ale to byłoby dość niedelikatne, zwłaszcza na środku pełnego ludzi jarmarku. Zresztą, może lepiej było nie wiedzieć?

- Brzmi trochę strasznie - powiedział zamiast tego - I co teraz? Potrzebujesz jakiegoś… mentora albo szkolenia? Co, jeżeli przyśni ci się jakiś koszmar? Skąd wiesz, czy to wizja, czy zwykły sen?
Perspektywa ujrzenia we śnie jakiejś katastrofy i świadomości, że nie można nic zrobić, by jej uniknąć, wydawała się przerażająca.

Wróżba z beczką na chwilę wykoleiła rozmowę o jasnowidzeniu. Szeroko rozumiana impreza nie była niezwykłym wydarzeniem w życiu młodego aktora, więc nie przywiązywał do niej szczególnie wielkiej wagi.
- Ciekawe, czy to jakieś wyjątkowe przyjęcie… może równie dobrze chodzić o Yule, jak i o wyjście na piwo z kumplami - mruknął bez większego zaangażowania, przesuwając palcem po karteczce z wróżbą - Ale ten twój bluszcz… on miał coś wspólnego z ludźmi wokół, prawda? Toksyczna relacja? - spróbował zgadnąć. Wróżbiarstwo nigdy nie było jego mocną stroną, interpretacje symboli wróżbiarskich nie trzymały się jego pamięci dość kapryśnie, a znaczenie kart Tarota to już w ogóle mu się mieszało. Pamiętał, że Śmierć oznaczała nowy początek, chociaż… może to był Głupiec?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Guinevere McGonagall (2852), Hannibal Selwyn (2405)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa