04.07.2026, 23:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2026, 00:00 przez Anthony Shafiq.)
—27/09/1972—
Anglia - Islandia
Lazarus Lovegood & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=Qpyr41o.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Qpyr41o.png)
Śnieg nigdy nie topnieje
w małżowinach trolli
które świt na wrzosowisku
zamienił w kamienie
rzeki płyną
rozrastają się zbocza mleczy
ale stary lód lśni
w skalnych uszach
przez wieki
błogosławione są trolle
ponieważ nie wiedzą
co tracą
nigdy nie słyszały rozmowy o
muzyce rockowej
poduszkach powietrznych
elektrycznych otwieraczach do puszek
![[Obrazek: imgproxy.php?id=Qpyr41o.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Qpyr41o.png)
Śnieg nigdy nie topnieje
w małżowinach trolli
które świt na wrzosowisku
zamienił w kamienie
rzeki płyną
rozrastają się zbocza mleczy
ale stary lód lśni
w skalnych uszach
przez wieki
błogosławione są trolle
ponieważ nie wiedzą
co tracą
nigdy nie słyszały rozmowy o
muzyce rockowej
poduszkach powietrznych
elektrycznych otwieraczach do puszek
Anthony nie spodziewał się, że zachwyt będzie miał zapach.
Anthony spodziewał się woni smaru, gorącego metalu i paliwa – czegoś ciężkiego, warsztatowego, niemal brutalnego. Tymczasem wnętrze samolotu przywitało go mieszaniną skóry, politury, wełny, dyskretnych perfum i suchego, ogrzanego powietrza, które zdawało się krążyć po kabinie własnym rytmem. Było w tym coś z salonu dobrego hotelu i jednocześnie z wnętrza niezwykle skomplikowanego mechanizmu, którego obecności nie dało się zapomnieć ani na moment. Gdzieś pod stopami, za cienkimi ścianami, za elegancką tapicerką i chromowanymi wykończeniami, spoczywało stworzenie złożone z tysięcy nitów, arkuszy aluminium, przewodów i turbin – martwe ciało, które za kilka minut miało wznieść ich w powietrze. Anthony zatrzymał się na ułamek sekundy przy wejściu do kabiny pierwszej klasy, uważnie przesuwając spojrzeniem po każdym szczególe. Nie dlatego, że nie wiedział, jak należy zachować się wśród mugoli. Wręcz przeciwnie. Od kilku dni studiował podręczniki etykiety lotniczej z taką samą sumiennością, z jaką przygotowywał się do rozmów dyplomatycznych. Problem polegał na tym, że teoria zderzyła się z rzeczywistością, a rzeczywistość okazała się znacznie bardziej fascynująca.
Pierwsza klasa nie przypominała wystawnych salonów, do których przywykł. Nie epatowała złotem ani przepychem. Luksus był tutaj podporządkowany funkcji. Fotele obite granatową wełnianą tkaniną były szerokie i ustawione tak, aby każdy pasażer miał wystarczająco dużo przestrzeni. Chromowane podłokietniki połyskiwały miękkim światłem niewielkich lamp, składane stoliki znikały w oparciach z niemal magiczną precyzją, a zamykane schowki nad głowami tworzyły wrażenie uporządkowanej, geometrycznej harmonii. Wszystko podporządkowano jednemu celowi – sprawić, by człowiek zapomniał, że za cienką warstwą metalu nie ma już nic prócz powietrza. Anthony dostrzegał ten zamysł niemal natychmiast i właśnie dlatego robił na nim takie wrażenie. Czarodzieje, budując środki transportu, nigdy nie kłopotali się ukrywaniem magii, która je napędzała. Czy to magiczne stworzenia, czy runy napędzające tłoki… Mugole natomiast ukrywali cud pod warstwą inżynierii i niewymuszonej elegancji, co było zwyczajnie imponujące.
Stewardesa zaprowadziła ich do miejsc przy oknie, a Anthony podziękował jej z właściwą sobie uprzejmością, po czym usiadł z godnością, która utrzymała się dokładnie do chwili, gdy odwrócił głowę w stronę iluminatora. Szyba była mniejsza, niż ją sobie wyobrażał, gruba, lekko wypukła, zamykająca świat w miękkiej, owalnej ramie. Ostrożnie przesunął po niej opuszkami palców, jakby chciał upewnić się, że naprawdę istnieje. Za nią rozciągało się skrzydło – ogromna, nieruchoma płaszczyzna o prostych liniach, całkowicie pozbawiona wdzięku stworzeń, które znał i kochał. Nie przypominało skrzydła hipogryfa ani smoka. Nie było w nim mięśni, piór ani błon. A jednak właśnie ono miało za chwilę unieść całą tę konstrukcję, ludzi, bagaże, paliwo i ich tajemniczą misję nad Morze Północne. Anthony znał teorię. Widział modele samolotów w mugolskich muzeach techniki podczas jednego z kolejnych bardzo nieoficjalnych wypadów z sędzią Crouchem, czytał książki wyjaśniające zasadę siły nośnej i opisy doświadczeń braci Wright oraz kolejnych konstruktorów. Wiedział, czym jest aerodynamika. Rozumiał, że odpowiedni profil skrzydła zmienia ciśnienie przepływającego powietrza. Wiedział nawet, z jakich stopów buduje się współczesne odrzutowce. Ale wiedza była czymś zupełnie innym niż siedzenie we wnętrzu tej maszyny i świadomość, że za kilka minut wszystkie te wzory i obliczenia przestaną być ilustracją w książce.
Za kilka minut staną się rzeczywistością.
Jego rzeczywistością.
Silniki nie uruchomiły się gwałtownie. Ich obecność narastała powoli, niemal z szacunkiem dla własnej potęgi. Najpierw pojawiło się ledwie wyczuwalne drżenie pod podeszwami butów, potem niski pomruk rozszedł się po kadłubie, przenikając przez podłokietniki i oparcie fotela aż do klatki piersiowej Anthony'ego. Odruchowo uniósł głowę. Nie słuchał hałasu. Nasłuchiwał rytmu. Czy podobne napięcie, dawałoby się wyczuć u smoków tuż przed poderwaniem się do lotu? Musiał zapytać po powrocie Lazarusa, choć oczywiście nie tego, który zajął miejsce na przeciwko, a Rowle'a, który był dla niego największym autorytetem w kwestiach smokologicznych. Sam nie mógł rozstrzygnąć… Tam w końcu pracowały mięśnie, ścięgna, tak wszystko współgrało z oddechem żywej istoty. Tutaj zdawało się podobne wrażenie rodziły wciąż martwe turbiny, wały i łopatki sprężarek obracające się z niewyobrażalną prędkością. Pomyślał, że mugole nie mieli wyjścia, musieli nauczyć się naśladować naturę nie przez zaklęcia, lecz przez cierpliwą obserwację. Smok był arcydziełem ewolucji i magii. Samolot był arcydziełem ludzkiego uporu. Nie chciał sam przed sobą rozstrzygać tego sporu, które zasługiwało na większy szacunek.
Tymczasem kołowanie wywołało w nim dziecięcą wręcz ciekawość, z którą walczył jedynie resztkami dyplomatycznej powściągliwości. Odprowadzał wzrokiem każdy ruch skrzydła, obserwował pracę lotek, nieświadomie pochylał się do okna, próbując dostrzec więcej i podprogowo licząc, że Lovegood taktownie będzie udawał, że tego nie zauważa. Nie chciał wyglądać jak człowiek, który pierwszy raz opuszcza ziemię w metalowym stworzeniu mugoli, ale nie potrafił też zmusić się do stuprocentowej obojętności. Czuł pod sobą coraz wyraźniejsze drżenie konstrukcji, a świadomość, że wszystkie siły działające na tę maszynę zostały przewidziane, policzone i okiełznane wyłącznie ludzkim rozumem, wprawiała go w szczery zachwyt. W świecie magii zbyt wiele rzeczy tłumaczono po prostu istnieniem magii. Tutaj każdy nit miał swoje uzasadnienie.
Gdy pilot zwiększył ciąg, samolot ruszył z siłą, która natychmiast wcisnęła Anthony'ego w fotel. Pas bezpieczeństwa napiął się na jego piersi, a krajobraz za oknem zaczął rozmywać się z prędkością, którą pamiętał z lotu na miotle, choć teraz było to o nomen omen niebo bardziej komfortowe. Nie było szarpnięcia ani gwałtownego skoku. Było jedynie narastające przyspieszenie, coraz większy nacisk na plecy i dziwne wrażenie, że ziemia z każdą sekundą traci prawo do zatrzymywania tej maszyny. Nawet nie zauważył chwili, w której koła przestały dotykać pasa. Dostrzegł to dopiero po zmieniającym się kącie widzenia. Budynki zaczęły zapadać się pod nimi, drogi zmieniły się w cienkie linie, a cały Londyn zaczął przypominać precyzyjnie wykonany model architektoniczny. Wstrzymał oddech nie dlatego, że się bał. Bał się znacznie gorszych rzeczy niż wysokość. Wstrzymał oddech, ponieważ właśnie w tej chwili po raz pierwszy naprawdę uwierzył, że żelazna maszyna lata.
Kilka minut później stewardesa postawiła przed nim filiżankę kawy, a mężczyzna z aktówki wyciągnął cienką teczkę z dokumentami, które mieli przejrzeć przed lądowaniem. Anthony otworzył ją z poczucia obowiązku. Na pierwszej stronie znajdowały się zestawienia cen islandzkiej krwi salamandry, nazwiska pośredników i szkice umów, które należało podpisać najlepiej jeszcze tego samego dnia. Przeczytał pierwszy akapit, po czym zupełnie bezwiednie uniósł wzrok ku oknu. Skrzydło przecinało morze chmur z niewzruszonym spokojem, jakby cała ta ogromna konstrukcja ważyła tyle co pióro. Wiedział przecież, ile ton metalu i paliwa niosła. Wiedział, że każde dodatkowe kilogramy wpływają na osiągi maszyny. Wiedział, jak działa opór powietrza, ciąg silników i rozkład sił. A jednak jego umysł uparcie odrzucał własną wiedzę, ponieważ zmysły podpowiadały coś zupełnie innego. Nie czuł ciężaru. Nie czuł walki z grawitacją. Czuł jedynie miękki, niemal dostojny poślizg przez niebo. Zamknął teczkę z cichym westchnieniem. Dokumenty mogły poczekać jeszcze kilka minut. Aerodynamika, którą dotąd znał z rycin i wykresów, właśnie zamieniała się przed jego oczami w doświadczenie, a Anthony Shafiq nie zamierzał udawać przed samym sobą, że potrafi skupić się na negocjacjach, marnować kilka cennych minut na równie tępe co teatralne wpatrywanie się w papier, kiedy po raz pierwszy w życiu siedział we wnętrzu metalowego smoka unoszącego się ponad chmurami.
Anthony spodziewał się woni smaru, gorącego metalu i paliwa – czegoś ciężkiego, warsztatowego, niemal brutalnego. Tymczasem wnętrze samolotu przywitało go mieszaniną skóry, politury, wełny, dyskretnych perfum i suchego, ogrzanego powietrza, które zdawało się krążyć po kabinie własnym rytmem. Było w tym coś z salonu dobrego hotelu i jednocześnie z wnętrza niezwykle skomplikowanego mechanizmu, którego obecności nie dało się zapomnieć ani na moment. Gdzieś pod stopami, za cienkimi ścianami, za elegancką tapicerką i chromowanymi wykończeniami, spoczywało stworzenie złożone z tysięcy nitów, arkuszy aluminium, przewodów i turbin – martwe ciało, które za kilka minut miało wznieść ich w powietrze. Anthony zatrzymał się na ułamek sekundy przy wejściu do kabiny pierwszej klasy, uważnie przesuwając spojrzeniem po każdym szczególe. Nie dlatego, że nie wiedział, jak należy zachować się wśród mugoli. Wręcz przeciwnie. Od kilku dni studiował podręczniki etykiety lotniczej z taką samą sumiennością, z jaką przygotowywał się do rozmów dyplomatycznych. Problem polegał na tym, że teoria zderzyła się z rzeczywistością, a rzeczywistość okazała się znacznie bardziej fascynująca.
Pierwsza klasa nie przypominała wystawnych salonów, do których przywykł. Nie epatowała złotem ani przepychem. Luksus był tutaj podporządkowany funkcji. Fotele obite granatową wełnianą tkaniną były szerokie i ustawione tak, aby każdy pasażer miał wystarczająco dużo przestrzeni. Chromowane podłokietniki połyskiwały miękkim światłem niewielkich lamp, składane stoliki znikały w oparciach z niemal magiczną precyzją, a zamykane schowki nad głowami tworzyły wrażenie uporządkowanej, geometrycznej harmonii. Wszystko podporządkowano jednemu celowi – sprawić, by człowiek zapomniał, że za cienką warstwą metalu nie ma już nic prócz powietrza. Anthony dostrzegał ten zamysł niemal natychmiast i właśnie dlatego robił na nim takie wrażenie. Czarodzieje, budując środki transportu, nigdy nie kłopotali się ukrywaniem magii, która je napędzała. Czy to magiczne stworzenia, czy runy napędzające tłoki… Mugole natomiast ukrywali cud pod warstwą inżynierii i niewymuszonej elegancji, co było zwyczajnie imponujące.
Stewardesa zaprowadziła ich do miejsc przy oknie, a Anthony podziękował jej z właściwą sobie uprzejmością, po czym usiadł z godnością, która utrzymała się dokładnie do chwili, gdy odwrócił głowę w stronę iluminatora. Szyba była mniejsza, niż ją sobie wyobrażał, gruba, lekko wypukła, zamykająca świat w miękkiej, owalnej ramie. Ostrożnie przesunął po niej opuszkami palców, jakby chciał upewnić się, że naprawdę istnieje. Za nią rozciągało się skrzydło – ogromna, nieruchoma płaszczyzna o prostych liniach, całkowicie pozbawiona wdzięku stworzeń, które znał i kochał. Nie przypominało skrzydła hipogryfa ani smoka. Nie było w nim mięśni, piór ani błon. A jednak właśnie ono miało za chwilę unieść całą tę konstrukcję, ludzi, bagaże, paliwo i ich tajemniczą misję nad Morze Północne. Anthony znał teorię. Widział modele samolotów w mugolskich muzeach techniki podczas jednego z kolejnych bardzo nieoficjalnych wypadów z sędzią Crouchem, czytał książki wyjaśniające zasadę siły nośnej i opisy doświadczeń braci Wright oraz kolejnych konstruktorów. Wiedział, czym jest aerodynamika. Rozumiał, że odpowiedni profil skrzydła zmienia ciśnienie przepływającego powietrza. Wiedział nawet, z jakich stopów buduje się współczesne odrzutowce. Ale wiedza była czymś zupełnie innym niż siedzenie we wnętrzu tej maszyny i świadomość, że za kilka minut wszystkie te wzory i obliczenia przestaną być ilustracją w książce.
Za kilka minut staną się rzeczywistością.
Jego rzeczywistością.
Silniki nie uruchomiły się gwałtownie. Ich obecność narastała powoli, niemal z szacunkiem dla własnej potęgi. Najpierw pojawiło się ledwie wyczuwalne drżenie pod podeszwami butów, potem niski pomruk rozszedł się po kadłubie, przenikając przez podłokietniki i oparcie fotela aż do klatki piersiowej Anthony'ego. Odruchowo uniósł głowę. Nie słuchał hałasu. Nasłuchiwał rytmu. Czy podobne napięcie, dawałoby się wyczuć u smoków tuż przed poderwaniem się do lotu? Musiał zapytać po powrocie Lazarusa, choć oczywiście nie tego, który zajął miejsce na przeciwko, a Rowle'a, który był dla niego największym autorytetem w kwestiach smokologicznych. Sam nie mógł rozstrzygnąć… Tam w końcu pracowały mięśnie, ścięgna, tak wszystko współgrało z oddechem żywej istoty. Tutaj zdawało się podobne wrażenie rodziły wciąż martwe turbiny, wały i łopatki sprężarek obracające się z niewyobrażalną prędkością. Pomyślał, że mugole nie mieli wyjścia, musieli nauczyć się naśladować naturę nie przez zaklęcia, lecz przez cierpliwą obserwację. Smok był arcydziełem ewolucji i magii. Samolot był arcydziełem ludzkiego uporu. Nie chciał sam przed sobą rozstrzygać tego sporu, które zasługiwało na większy szacunek.
Tymczasem kołowanie wywołało w nim dziecięcą wręcz ciekawość, z którą walczył jedynie resztkami dyplomatycznej powściągliwości. Odprowadzał wzrokiem każdy ruch skrzydła, obserwował pracę lotek, nieświadomie pochylał się do okna, próbując dostrzec więcej i podprogowo licząc, że Lovegood taktownie będzie udawał, że tego nie zauważa. Nie chciał wyglądać jak człowiek, który pierwszy raz opuszcza ziemię w metalowym stworzeniu mugoli, ale nie potrafił też zmusić się do stuprocentowej obojętności. Czuł pod sobą coraz wyraźniejsze drżenie konstrukcji, a świadomość, że wszystkie siły działające na tę maszynę zostały przewidziane, policzone i okiełznane wyłącznie ludzkim rozumem, wprawiała go w szczery zachwyt. W świecie magii zbyt wiele rzeczy tłumaczono po prostu istnieniem magii. Tutaj każdy nit miał swoje uzasadnienie.
Gdy pilot zwiększył ciąg, samolot ruszył z siłą, która natychmiast wcisnęła Anthony'ego w fotel. Pas bezpieczeństwa napiął się na jego piersi, a krajobraz za oknem zaczął rozmywać się z prędkością, którą pamiętał z lotu na miotle, choć teraz było to o nomen omen niebo bardziej komfortowe. Nie było szarpnięcia ani gwałtownego skoku. Było jedynie narastające przyspieszenie, coraz większy nacisk na plecy i dziwne wrażenie, że ziemia z każdą sekundą traci prawo do zatrzymywania tej maszyny. Nawet nie zauważył chwili, w której koła przestały dotykać pasa. Dostrzegł to dopiero po zmieniającym się kącie widzenia. Budynki zaczęły zapadać się pod nimi, drogi zmieniły się w cienkie linie, a cały Londyn zaczął przypominać precyzyjnie wykonany model architektoniczny. Wstrzymał oddech nie dlatego, że się bał. Bał się znacznie gorszych rzeczy niż wysokość. Wstrzymał oddech, ponieważ właśnie w tej chwili po raz pierwszy naprawdę uwierzył, że żelazna maszyna lata.
Kilka minut później stewardesa postawiła przed nim filiżankę kawy, a mężczyzna z aktówki wyciągnął cienką teczkę z dokumentami, które mieli przejrzeć przed lądowaniem. Anthony otworzył ją z poczucia obowiązku. Na pierwszej stronie znajdowały się zestawienia cen islandzkiej krwi salamandry, nazwiska pośredników i szkice umów, które należało podpisać najlepiej jeszcze tego samego dnia. Przeczytał pierwszy akapit, po czym zupełnie bezwiednie uniósł wzrok ku oknu. Skrzydło przecinało morze chmur z niewzruszonym spokojem, jakby cała ta ogromna konstrukcja ważyła tyle co pióro. Wiedział przecież, ile ton metalu i paliwa niosła. Wiedział, że każde dodatkowe kilogramy wpływają na osiągi maszyny. Wiedział, jak działa opór powietrza, ciąg silników i rozkład sił. A jednak jego umysł uparcie odrzucał własną wiedzę, ponieważ zmysły podpowiadały coś zupełnie innego. Nie czuł ciężaru. Nie czuł walki z grawitacją. Czuł jedynie miękki, niemal dostojny poślizg przez niebo. Zamknął teczkę z cichym westchnieniem. Dokumenty mogły poczekać jeszcze kilka minut. Aerodynamika, którą dotąd znał z rycin i wykresów, właśnie zamieniała się przed jego oczami w doświadczenie, a Anthony Shafiq nie zamierzał udawać przed samym sobą, że potrafi skupić się na negocjacjach, marnować kilka cennych minut na równie tępe co teatralne wpatrywanie się w papier, kiedy po raz pierwszy w życiu siedział we wnętrzu metalowego smoka unoszącego się ponad chmurami.