• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[Jesień 1972 27.09, Islandia | Lazarus & Anthony]

[Jesień 1972 27.09, Islandia | Lazarus & Anthony]
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
04.07.2026, 23:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2026, 00:00 przez Anthony Shafiq.)  

—27/09/1972—
Anglia - Islandia
Lazarus Lovegood & Anthony Shafiq
[Obrazek: imgproxy.php?id=Qpyr41o.png]

Śnieg nigdy nie topnieje
w małżowinach trolli
które świt na wrzosowisku
zamienił w kamienie
rzeki płyną
rozrastają się zbocza mleczy
ale stary lód lśni
w skalnych uszach
przez wieki
błogosławione są trolle
ponieważ nie wiedzą
co tracą
nigdy nie słyszały rozmowy o
muzyce rockowej
poduszkach powietrznych
elektrycznych otwieraczach do puszek



Anthony nie spodziewał się, że zachwyt będzie miał zapach.

Anthony spodziewał się woni smaru, gorącego metalu i paliwa – czegoś ciężkiego, warsztatowego, niemal brutalnego. Tymczasem wnętrze samolotu przywitało go mieszaniną skóry, politury, wełny, dyskretnych perfum i suchego, ogrzanego powietrza, które zdawało się krążyć po kabinie własnym rytmem. Było w tym coś z salonu dobrego hotelu i jednocześnie z wnętrza niezwykle skomplikowanego mechanizmu, którego obecności nie dało się zapomnieć ani na moment. Gdzieś pod stopami, za cienkimi ścianami, za elegancką tapicerką i chromowanymi wykończeniami, spoczywało stworzenie złożone z tysięcy nitów, arkuszy aluminium, przewodów i turbin – martwe ciało, które za kilka minut miało wznieść ich w powietrze. Anthony zatrzymał się na ułamek sekundy przy wejściu do kabiny pierwszej klasy, uważnie przesuwając spojrzeniem po każdym szczególe. Nie dlatego, że nie wiedział, jak należy zachować się wśród mugoli. Wręcz przeciwnie. Od kilku dni studiował podręczniki etykiety lotniczej z taką samą sumiennością, z jaką przygotowywał się do rozmów dyplomatycznych. Problem polegał na tym, że teoria zderzyła się z rzeczywistością, a rzeczywistość okazała się znacznie bardziej fascynująca.

Pierwsza klasa nie przypominała wystawnych salonów, do których przywykł. Nie epatowała złotem ani przepychem. Luksus był tutaj podporządkowany funkcji. Fotele obite granatową wełnianą tkaniną były szerokie i ustawione tak, aby każdy pasażer miał wystarczająco dużo przestrzeni. Chromowane podłokietniki połyskiwały miękkim światłem niewielkich lamp, składane stoliki znikały w oparciach z niemal magiczną precyzją, a zamykane schowki nad głowami tworzyły wrażenie uporządkowanej, geometrycznej harmonii. Wszystko podporządkowano jednemu celowi – sprawić, by człowiek zapomniał, że za cienką warstwą metalu nie ma już nic prócz powietrza. Anthony dostrzegał ten zamysł niemal natychmiast i właśnie dlatego robił na nim takie wrażenie. Czarodzieje, budując środki transportu, nigdy nie kłopotali się ukrywaniem magii, która je napędzała. Czy to magiczne stworzenia, czy runy napędzające tłoki… Mugole natomiast ukrywali cud pod warstwą inżynierii i niewymuszonej elegancji, co było zwyczajnie imponujące.

Stewardesa zaprowadziła ich do miejsc przy oknie, a Anthony podziękował jej z właściwą sobie uprzejmością, po czym usiadł z godnością, która utrzymała się dokładnie do chwili, gdy odwrócił głowę w stronę iluminatora. Szyba była mniejsza, niż ją sobie wyobrażał, gruba, lekko wypukła, zamykająca świat w miękkiej, owalnej ramie. Ostrożnie przesunął po niej opuszkami palców, jakby chciał upewnić się, że naprawdę istnieje. Za nią rozciągało się skrzydło – ogromna, nieruchoma płaszczyzna o prostych liniach, całkowicie pozbawiona wdzięku stworzeń, które znał i kochał. Nie przypominało skrzydła hipogryfa ani smoka. Nie było w nim mięśni, piór ani błon. A jednak właśnie ono miało za chwilę unieść całą tę konstrukcję, ludzi, bagaże, paliwo i ich tajemniczą misję nad Morze Północne. Anthony znał teorię. Widział modele samolotów w mugolskich muzeach techniki podczas jednego z kolejnych bardzo nieoficjalnych wypadów z sędzią Crouchem, czytał książki wyjaśniające zasadę siły nośnej i opisy doświadczeń braci Wright oraz kolejnych konstruktorów. Wiedział, czym jest aerodynamika. Rozumiał, że odpowiedni profil skrzydła zmienia ciśnienie przepływającego powietrza. Wiedział nawet, z jakich stopów buduje się współczesne odrzutowce. Ale wiedza była czymś zupełnie innym niż siedzenie we wnętrzu tej maszyny i świadomość, że za kilka minut wszystkie te wzory i obliczenia przestaną być ilustracją w książce.

Za kilka minut staną się rzeczywistością.

Jego rzeczywistością.

Silniki nie uruchomiły się gwałtownie. Ich obecność narastała powoli, niemal z szacunkiem dla własnej potęgi. Najpierw pojawiło się ledwie wyczuwalne drżenie pod podeszwami butów, potem niski pomruk rozszedł się po kadłubie, przenikając przez podłokietniki i oparcie fotela aż do klatki piersiowej Anthony'ego. Odruchowo uniósł głowę. Nie słuchał hałasu. Nasłuchiwał rytmu. Czy podobne napięcie, dawałoby się wyczuć u smoków tuż przed poderwaniem się do lotu? Musiał zapytać po powrocie Lazarusa, choć oczywiście nie tego, który zajął miejsce na przeciwko, a Rowle'a, który był dla niego największym autorytetem w kwestiach smokologicznych. Sam nie mógł rozstrzygnąć… Tam w końcu pracowały mięśnie, ścięgna, tak wszystko współgrało z oddechem żywej istoty. Tutaj zdawało się podobne wrażenie rodziły wciąż martwe turbiny, wały i łopatki sprężarek obracające się z niewyobrażalną prędkością. Pomyślał, że mugole nie mieli wyjścia, musieli nauczyć się naśladować naturę nie przez zaklęcia, lecz przez cierpliwą obserwację. Smok był arcydziełem ewolucji i magii. Samolot był arcydziełem ludzkiego uporu. Nie chciał sam przed sobą rozstrzygać tego sporu, które zasługiwało na większy szacunek.

Tymczasem kołowanie wywołało w nim dziecięcą wręcz ciekawość, z którą walczył jedynie resztkami dyplomatycznej powściągliwości. Odprowadzał wzrokiem każdy ruch skrzydła, obserwował pracę lotek, nieświadomie pochylał się do okna, próbując dostrzec więcej i podprogowo licząc, że Lovegood taktownie będzie udawał, że tego nie zauważa. Nie chciał wyglądać jak człowiek, który pierwszy raz opuszcza ziemię w metalowym stworzeniu mugoli, ale nie potrafił też zmusić się do stuprocentowej obojętności. Czuł pod sobą coraz wyraźniejsze drżenie konstrukcji, a świadomość, że wszystkie siły działające na tę maszynę zostały przewidziane, policzone i okiełznane wyłącznie ludzkim rozumem, wprawiała go w szczery zachwyt. W świecie magii zbyt wiele rzeczy tłumaczono po prostu istnieniem magii. Tutaj każdy nit miał swoje uzasadnienie.

Gdy pilot zwiększył ciąg, samolot ruszył z siłą, która natychmiast wcisnęła Anthony'ego w fotel. Pas bezpieczeństwa napiął się na jego piersi, a krajobraz za oknem zaczął rozmywać się z prędkością, którą pamiętał z lotu na miotle, choć teraz było to o nomen omen niebo bardziej komfortowe. Nie było szarpnięcia ani gwałtownego skoku. Było jedynie narastające przyspieszenie, coraz większy nacisk na plecy i dziwne wrażenie, że ziemia z każdą sekundą traci prawo do zatrzymywania tej maszyny. Nawet nie zauważył chwili, w której koła przestały dotykać pasa. Dostrzegł to dopiero po zmieniającym się kącie widzenia. Budynki zaczęły zapadać się pod nimi, drogi zmieniły się w cienkie linie, a cały Londyn zaczął przypominać precyzyjnie wykonany model architektoniczny. Wstrzymał oddech nie dlatego, że się bał. Bał się znacznie gorszych rzeczy niż wysokość. Wstrzymał oddech, ponieważ właśnie w tej chwili po raz pierwszy naprawdę uwierzył, że żelazna maszyna lata.

Kilka minut później stewardesa postawiła przed nim filiżankę kawy, a mężczyzna z aktówki wyciągnął cienką teczkę z dokumentami, które mieli przejrzeć przed lądowaniem. Anthony otworzył ją z poczucia obowiązku. Na pierwszej stronie znajdowały się zestawienia cen islandzkiej krwi salamandry, nazwiska pośredników i szkice umów, które należało podpisać najlepiej jeszcze tego samego dnia. Przeczytał pierwszy akapit, po czym zupełnie bezwiednie uniósł wzrok ku oknu. Skrzydło przecinało morze chmur z niewzruszonym spokojem, jakby cała ta ogromna konstrukcja ważyła tyle co pióro. Wiedział przecież, ile ton metalu i paliwa niosła. Wiedział, że każde dodatkowe kilogramy wpływają na osiągi maszyny. Wiedział, jak działa opór powietrza, ciąg silników i rozkład sił. A jednak jego umysł uparcie odrzucał własną wiedzę, ponieważ zmysły podpowiadały coś zupełnie innego. Nie czuł ciężaru. Nie czuł walki z grawitacją. Czuł jedynie miękki, niemal dostojny poślizg przez niebo. Zamknął teczkę z cichym westchnieniem. Dokumenty mogły poczekać jeszcze kilka minut. Aerodynamika, którą dotąd znał z rycin i wykresów, właśnie zamieniała się przed jego oczami w doświadczenie, a Anthony Shafiq nie zamierzał udawać przed samym sobą, że potrafi skupić się na negocjacjach, marnować kilka cennych minut na równie tępe co teatralne wpatrywanie się w papier, kiedy po raz pierwszy w życiu siedział we wnętrzu metalowego smoka unoszącego się ponad chmurami.
broken one
wiek
36
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz, urzędnik - OMSHM, Ministerstwo Magii
Chudy jak wypłata i długi jak miesiąc (187cm). Eteryczna uroda Lovegoodów rozwodniona mugolską pospolitością. Rude włosy domagające się fryzjera, broda domagająca się brzytwy, której starym zwyczajem nie posiada w domu. Jasnozielone oczy. Ubrany zwykle w proste szaty, czarne, lub w stonowanych barwach, skrojone tak, by nie krępowały ruchów.

Lazarus Lovegood
#2
06.07.2026, 09:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.07.2026, 22:20 przez Lazarus Lovegood.)  
Nawet, jeżeli Lazarus dopuszczał poza dziecięcymi marzeniami, z których dawno wyrósł, prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek będzie leciał samolotem, to na pewno nie podejrzewał, że będzie to lot pierwszą klasą. Biorąc pod uwagę ceny biletów lotniczych i powszechną dostępność czarodziejskich środków transportu, to, co właśnie robili on i szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego trudno było nazwać inaczej, niż ekstrawagancją, choć ustawioną pod takim (dość precyzyjnym) kątem, że faktycznie mogła wydawać się koniecznością.

Anthony nie tylko nie odrzucił sugestii mugolskiego samolotu, ale przyjął ją z pewnym zainteresowaniem. Po lotnisku poruszał się zdumiewająco pewnie, jak na czystokrwistego czarodzieja (Lazarus, założywszy, że Shafiq nigdy nie miał okazji latać, nie tylko dokładnie przestudiował plan Heathrow, ale odwiedził lotnisko po godzinach pracy i zorientował się, gdzie powinni się kolejno zgłosić), a i w samym samolocie bez większego wysiłku wtopił się w tło podróżujących mugolskich biznesmenów. Lovegood obserwował to dyskretnie, ale z podziwem. Oczywiście, Shafiq, jako dyplomata, potrafił zapewne odnaleźć się w każdej sytuacji, ale jego asystent mimo wszystko spodziewał się bardziej chaotycznego przedpołudnia.

Kiedy zajęli fotele naprzeciwko siebie, podłoga samolotu pod nogami zadrżała lekko, a ich uszy zaatakował szum rozpędzających się silników, z odmętów pamięci Lazarusa wychynęło wspomnienie diagramu z książki, którą dostał na któreś Yule - od ojca. Na Gwiazdkę, jak nazywali to święto członkowie rodziny z tamtej strony. Profil skrzydła samolotowego w przekroju, otoczony strzałkami pokazującymi, jak powietrze jest zagarniane pod samolot, umożliwiając lot. Fizyka zaprzęgnięta do pracy w służbie ludzkości. Mugole omijali swój brak magii w fascynujący, genialny sposób. Lazarus, od lat warunkowany, by nie przyciągać zbytniej uwagi do kwestii swego pochodzenia, nie mógł w chwilach podobnych do tej wyzbyć się odrobiny dumy.

Nie zaczepiał Anthony'ego bez potrzeby. Dwa tygodnie współpracy wystarczyły, by w miarę dobrze czuł się w kontaktach zawodowych, ale nie warunkowały ani pełnej swobody w obecności szefa, ani komfortowego small-talku. Cisza zresztą nie ciążyła specjalnie, była raczej przestrzenią pozostawioną, by każdy z nich mógł zatopić się we własnych myślach i przeżywać lot, bo pierwszy, czy nie, z pewnością nie była to dla żadnego z nich okoliczność typowa.

Prędkość wcisnęła ich w fotele, uszy zatkały się nieprzyjemnie i czarodziej bez wyglądania na zewnątrz mógł się domyślić, że oderwali się od ziemi. Gdyby mały Lazarus, pochylający się nad książką objaśniającą jak to się dzieje, że wielotonowa maszyna odrywa się od ziemi, mógł doświadczyć tego osobiście, pewnie podskakiwałby na siedzeniu z ekscytacją albo przyklejał nos do szyby, obserwując oddalającą się ziemię.
Obecny Lazarus, starszy o niemal ćwierć wieku, spojrzał na Anthony’ego, wsunął dłoń pod połę swetra, dotykając ukrytej tam bezpiecznie różdżki…

Oddalającą się ziemię obserwował delikatnie zwracając głowę w kierunku okna (iluminator, podpowiedziała pamięć, okna w samolocie nazywają się iluminatory), starannie ukrywając swoje zainteresowanie. Jego twarz drgnęła w czymś, co było prawdopodobnie zaczątkiem uśmiechu, ale zaraz przybrała wypracowany, neutralny wyraz.

(Gdyby coś poszło nie tak - wspólna teleportacja w linii prostej w dół jakieś dziesięć-piętnaście sekund przed planowanym upadkiem powinna dać im największe szanse przeżycia. Chyba, że trafią w wodę, nad którą przecież przebiegała większość podróży, wtedy musiałby przetransmutować aktówkę w szalupę ratunkową. Czy Anthony potrafił pływać?)

Oderwał wzrok od okienka i rozejrzał się w poszukiwaniu wyjścia awaryjnego i sprzętu ratunkowego. Napotkał spojrzenie miło uśmiechniętej stewardessy roznoszącej kawę. Skinął poważnie głową w podziękowaniu, natychmiast przerywając nieplanowany kontakt wzrokowy. W planie lotu przewidziany był również obiad, ale Lovegood nie wiedział, czy da radę go zjeść. Rano wmusił w siebie kanapkę niemal nie rejestrując smaku (choć zauważył przyjemną gęstość chleba - jedyną motywację, by odgryzać kolejne kęsy).

Dostrzegł, jak Anthony otworzył, a potem zamknął teczkę na kolanach. Mógłby zająć się czytaniem tych dokumentów, przygotowaniami do czekającego ich spotkania, ale to wymagałoby sięgnięcia w przestrzeń osobistą drugiego mężczyzny, by odebrać folder. Dłoń Lazarusa drgnęła, ale ostatecznie ruszyła tylko do filiżanki. Stuknął nią nieco głośniej o spodeczek, chcąc zwrócić na siebie uwagę swojego kierownika.
- Mam się tym zająć? - zapytał cicho, wskazując głową na papiery, gdy tylko Anthony zaszczycił go spojrzeniem.

Lot przebiegał spokojnie do momentu, kiedy po niemal godzinie samolot niespodziewanie zadrżał, nie uspokajającą wibracją silników, ale nieprzyjemnymi wstrząsami, które spędzającemu niejeden wakacyjny tydzień u mugolskiej połowy swojej rodziny Lovegoodowi przypominały do złudzenia podskakiwanie samochodu na wybojach. Tylko, że tu nie było wybojów, nie było drogi i pędzących po niej kół. Lazarus i podniósł głowę znad przeglądanego właśnie szkicu umowy. Opróżnione do połowy filiżanki zadźwięczały na spodeczkach, wtórując sygnałowi dźwiękowemu, który obwieścił konieczność zapięcia pasów. Turbulencje, zorientował się po chwili klątwołamacz. Niechętnie sięgnął do pasów, po drodze upewniająco przesuwając palcami po kieszeni skrywającej różdżkę - tylko w ten sposób folgując przedwcześnie obudzonemu instynktowi.

Jeszcze nie ma potrzeby, nakazał sobie, zapinając z cichym kliknięciem sprzączkę na brzuchu, ale jednak, mimo woli, zerknął w stronę kręcących się - teraz już karnie siedzących na przeznaczonych sobie miejscach - członków załogi, a następnie wyjrzał na zewnątrz. Ci pierwsi wydawali się póki co spokojni. Dziewczyna, która obsługiwała ich wcześniej, posłała mu uspokajający uśmiech. Za podwójną szybą oddzielającą ich od mil i mil przestrzeni wypełnionej jedynie powietrzem, daleko w dole widać było ciemnoniebieskie wody Oceanu Atlantyckiego. Lazarus skrzywił się przelotnie. Aby zająć czymś ręce, poprawił swoją filiżankę, która przekręciła się uszkiem w nieodpowiednią stronę - ta należąca do Anthony’ego zrobiła to samo, ale sięganie do niej byłoby chyba dość dziwne. Pozostały więc irytująco niesymetryczne. Dla równowagi wyrównał brzegi papierów przed sobą. Sięgnął po ołówek, zdeterminowany, by pracować, mimo natrętnej myśli, że w razie czego prawdopodobnie będzie tak samo bezradny nad ziemią, jak i pod nią. Absurdalne. I niekonstruktywne.

Spojrzał na czarodzieja naprzeciwko, ciekaw, czy nowe doznania robią na nim jakiekolwiek wrażenie. Czy dyplomata miał pojęcie o prądach powietrza, o ogromie otaczających ich mas ściśliwej i pozornie tylko nieważkiej materii? Ojciec Lovegooda, mugol nauczający fizyki w jednym z londyńskich liceów, dbał o to, by Lazarus chociaż mniej więcej opanował podstawowy program angielskich niemagicznych szkół, niezależnie od swoich czarodziejskich zdolności (prawdziwą edukację, jak nieopatrznie raz powiedział w obecności matki Lazarusa; posłała w jego kierunku napełnioną wyjątkową agresją miotełkę do kurzu, a potem nie odzywała się do niego przez cały dzień). Ale, jak szybko zorientował się w Hogwarcie, jego koledzy, zwłaszcza ci dorastający w czysto magicznych rodzinach, nie mieli w ogromnej większości pojęcia o tym, jak działają prawa natury. Magia, mówili - niekiedy nawet Krukoni. A jeżeli nie magia, to nie warto tego zgłębiać.

- To - stuknął dwukrotnie gumką na końcu ołówka w specyfikację przedmiotu zamówienia, nie chcąc w samolocie pełnym mugoli używać otwarcie słów “krew salamandry” - w całości na oficjalne potrzeby Ministerstwa?
Było tego sporo, kwestia pojawiła się dość nagle i wcale nie zdziwiłoby go, gdyby okazało się, że nie. A w takim razie należało rozważyć podzielenie dostaw na mniejsze albo nawet podpisanie osobnych umów na kolejne transze, żeby uniknąć podejrzeń. Może nawet skorzystanie z różnych dostawców, choć to byłoby już stąpanie po cienkiej linii między działaniami ginącymi w ministerialnym szumie a podejrzanie niepozornymi. 

Wyjątkowo nagły podskok i następujący po nim moment bezwładności sprawiły, że nawet Lazarus wstrzymał oddech.  Ołówek, już obrócony rysikiem w dół, stuknął dodatkowy, nieplanowany raz w kartki, zostawiając lekki, grafitowy ślad, który czarodziej obdarzył niezadowolonym spojrzeniem. Strona trzecia umowy, będzie trzeba to usunąć przed podpisaniem. Jak wreszcie przestanie trząść. Na wszelki wypadek odsunął dłoń znad papierów i z powrotem podniósł wzrok na Shafiqa.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
20.07.2026, 16:18  ✶  
– Tak poproszę – odpowiedział Anthony miękko, z całkiem szczerym uśmiechem przyjmując tę propozycję, będącą przecież bezpośrednią odpowiedzią na pakiet jego potrzeb, których nie tylko nie zdążył wypowiedzieć, ale choćby i sensownie wyartykułować.

Samolot fascynował go, więc odłożył w czasie pochwały jakie przygotował dla Lovegooda, wierząc, że największą pochwałą będzie oczywista premia na koniec miesiąca, albowiem jego nowy asystent choć dopiero się wdrażał w swoje zadania, był bez mała bardzo obrotny i skuteczny. Nieco sztywny, ale finalnie nie był to aspekt jego osobowości, który uznawałby za kluczowy do wykonywania różnorodnych poleceń.

A ten lot… to był wyborny pomysł i cieszył się wręcz, że Lazarus jest gdzieś w okolicy i przegląda za niego dokumenty, pozwalając mu tak samo delektować się widokami, jak również - a może przede wszystkim - hamując przed wchodzeniem w interakcje z personelem i wypytywaniem go o wszystkie szczegóły techniczne.

Dźwięczenie spodeczków przyjął z wyraźnym zdziwieniem, podobnie jak nakaz zapięcia pasów. Stan trzęsącej się blachy niepokoił go z każdą chwilą coraz mocniej, ale nie dawał po sobie tego poznać bardziej niż uniesieniem brwi i pewną bladością, która obecnie ściągała mu twarz w niezadowoleniu nad brakiem kontroli sytuacji. Oczywiście, w pewien sposób tę sytuację kontrolował, dając sobie zgodę i przyzwolenie na posiadanie niezbyt legalnego świstoklika w kieszeni, którego mógł użyć na sekundy przed rozbiciem się samolotu. Szczerze jednak liczył na to, że nie będzie to konieczne, zawsze ktoś mógłby przeżyć i zapamiętać to złamanie zasady tajności, ostatecznie generowałoby to więcej i więcej problemów.

Szczęśliwie… ich żelazny ptak przestał się trząść, a Anthony w kilku ćwiczeniach oddechowych swojej kambodżańskiej nauczycielki rozluźnił napięcie w szyi. To nie zeszło zupełnie, niemniej nie będzie później aż tak dotkliwe jak mogłoby być. Czy powiedział już Lovegoodowi, że potrzebuje na ten zaostrzony czas przygotowań do rozruszania Złotego Jabłka lepszego masażysty? Relaksacyjne wsłuchiwanie się w magiczne dzwony pod ciężarem ogrzewanych wulkanicznych kamieni to było dla niego obecnie zdecydowanie za mało.

Rozprostował i znów poluźnił palce, zdając sobie sprawę, że być może bardzo mocno zaciskał dłonie na podłokietnikach. Do końca lotu nie zdjął też pasów, jakby to miało cokolwiek zmienić…

– Hmm? – zapytał rozkojarzony, musząc sobie odtworzyć pytanie swojego towarzysza podróży, aby móc na nie odpowiedzieć. I na tę odpowiedź czekał Lazarus może ułamek sekundy zbyt długo. – Och nie, nie bardzo. Oficjalnie kontrolujemy dostawów. Nieoficjalnie mam do przebadania pewną właściwość tego surowca i potrzebuję go w nieco większym nakładzie niż fiolka, którą można byłoby kupić u… a nie… ten sklep bodajże poszedł z dymem. I ten… ten też. Także cóż, najlepiej szukać rozwiązań u źródła – Tego też nie udało nam się zagasić skrzywił się wewnętrznie na wspomnienie tej szalonej eskapady podczas Spalonej Nocy. To wszystko… było jak z koszmaru. To wszystko co jakiś czas znów było jego koszmarem.

.ೃ࿔ ✈︎ *:・

W końcu wylądowali i Anthony mimo początkowej fascynacji lotem, cieszył się, gdy poczuł pod swoimi stopami twardość kamiennej ziemi. Nie… nie kamiennej. Betonowej. Poprawił swój mugolski garnitur, założył na głowę dopasowany kapelusz właściwy gentelmanowi w trasie biznesowej. Z ulgą przyjął informację o tym, że odprawa w mieście docelowym nie trwa tyle co w mieście z którego się wylatuje. Właściwie bardzo szybko znaleźli się na szlaku, który miał ich doprowadzić do krwi salamandry.

Teoretycznie przygotował się (z pomocą swojego osobistego asystenta oczywiście) wzorowo: na podstawie posiadanych przez biuro danych wytyczyli kurs, ustalili dane i adresy potencjalnych sprzedawców detalicznych. Kraj też nie był dla Anthony'ego aż takim wyzwaniem, przynajmniej nie z poziomu komunikacyjnego. Bywał już na Islandii ciesząc się jej gorącymi wulkanicznymi źródłami, zdarzało mu się też odwiedzać wyspiarską bibliotekę magiczną. Wciąż jednak surowość przyrody i problemy związane z logistyką przemieszczania się po tejże przyrodzie w celu dostania się do hodowli… To mogło być trudne. Na szczęście jego język nie miał żadnych barier, na szczęście posiadali odpowiednie adresy. Czy takie zaopiekowanie się i przygotowanie do misji zagwarantowało im sukces? Ostatecznie o pozyskaniu odpowiednich zapasów krwi ognistej jaszczurki miał zadecydować los

Wiedza o świecie ◉◉◉◉◉ na to czy udało się zdobyć wymaganą ilość krwi salamandry

Rzut W 1d100 - 99
Sukces!
broken one
wiek
36
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz, urzędnik - OMSHM, Ministerstwo Magii
Chudy jak wypłata i długi jak miesiąc (187cm). Eteryczna uroda Lovegoodów rozwodniona mugolską pospolitością. Rude włosy domagające się fryzjera, broda domagająca się brzytwy, której starym zwyczajem nie posiada w domu. Jasnozielone oczy. Ubrany zwykle w proste szaty, czarne, lub w stonowanych barwach, skrojone tak, by nie krępowały ruchów.

Lazarus Lovegood
#4
21.07.2026, 20:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.07.2026, 21:00 przez Lazarus Lovegood.)  
Odbiór przygotowanych w terenowym oddziale celnym islandzkiego Ministerstwa Magii świstoklików przebiegł wyjątkowo sprawnie w porównaniu z analogicznym rodzimym procesem i Lazarus nie mógł wyjść z podziwu nad przejrzystością i zwięzłością niezbędnych do wypełnienia formularzy. Urzędowe druczki trudno było nazywać “eleganckimi”, ale w oczach wieloletniego pracownika Ministerstwa właśnie takimi się jawiły. Zawierały nawet odpowiednio dużo miejsca na zanotowanie ewentualnych uwag.
Gdyby nasze dokumenty miały takie pole, skończyłyby się wreszcie te kolorowe karteczki, które wiecznie się odklejają i gubią, pomyślał Lovegood, wspominając nabazgrane nieczytelnie notatki, przytwierdzane byle jak na Translokację do formularzy albo bezpośrednio do sprawdzanych paczek, często nieopatrzone żadnym podpisem i nieraz ginące w akcji. Potrafił co prawda rozpoznać wszystkich swoich kolegów celników po charakterze pisma, ale z ulgą pomyślał, że “N” Carrowa, które wyglądało, jak “IV”, nieodróżnialne “u”, “n” i “m” Weasleya i tragiczna organizacja miejsca pracy Maples, po której zawsze znajdował po kątach osierocone świstki z uwagami w stylu “Niech ktoś to jeszcze sprawdzi!”, “Brak informacji w B8”, “Nadawca kontakt Huang-Li Gao Zhengzhou wtorek” nie są już jego problemem.

Świstokliki pozwoliły uniknąć ewentualnych utrudnień spowodowanych śniegiem na drogach, a na pewno zaoszczędzić czas. Aportowali się pod bramą imponująco wielkiej hodowli, obejmującej niemal ćwierć linii brzegowej siarkowego jeziora znajdującego się na zapadniętym szczycie wulkanu. Niewygasłego, przeszło przez myśl Lazarusowi. Ostatnia aktywność miała miejsce zaledwie jedenaście lat temu. Czarodziej spojrzał pod nogi i wcisnął nieznacznie podeszwy butów w ziemię. Myśl o - być może - tkwiącej pod nią magmie była ekscytująca.

Właściciel, szczęśliwie władający angielskim, powitał ich niemalże jowialnie i, usłyszawszy, że przedstawiciele angielskich instytucji państwowych życzą sobie skontrolować źródło zaopatrzenia, zaprosił ich do zwiedzenia zakładu. Teoretycznie nie mieli prawa nałożyć żadnych sankcji na islandzkie przedsiębiorstwo, ale hodowca (a sądząc po rozmiarach jego przybytku, właściwie salamandrowy potentat) najwyraźniej nie zamierzał przepuścić okazji, by pochwalić się dorobkiem swego życia. Kipiąc zawodową dumą opowiadał o optymalnych warunkach, jakie stworzył do rozrodu i rozwoju płazów, o certyfikatach poświadczających poszanowanie wytycznych ekologicznej hodowli i humanitarnego pozyskiwania krwi zwierząt, o wystawach salamander, na jakich jego okazy uzyskały nagrody.

Płazy nigdy nie znajdowały się w centrum przyrodniczych zainteresowań Lazarusa, ale po pierwsze, czuł pewną nić porozumienia z drugim pasjonatem, a po drugie, trudno było odmówić uroku połyskującym, ognisto nakrapianym zwierzętom, wygrzewającym się w specjalnych paleniskach albo na zaczarowanych, gorących kamieniach. Strefa hodowli nie przypominała ponurych klatek, jakie można było napotkać w sklepach z magicznymi stworzeniami na Nokturnie, ani zagród, o jakich grzmieli mugolscy aktywiści ekologiczni. Poza wybiegiem dla dorosłych osobników, mieli okazję zobaczyć wylęgarnię, w której ciężarne jajami samice wydawały na świat larwy w salamandrowym ogniu o ściśle kontrolowanych parametrach temperatury i zawartości siarki, punkt pobrań, gdzie biało ubrani pracownicy ważyli salamandry i w zależności od wagi pobierali odpowiednią ilość krwi, laboratorium alchemiczne, gdzie prowadzono kontrolę jakości każdej partii, kwarantannik i magazyn. Wycieczka zakończyła się w gabinecie właściciela, którego duże okna wychodziły na turkusowe wody Viti.

- Idealnie byłoby, gdybyśmy mogli otrzymać próbki z różnych partii dla celów kontroli - podjął temat klątwołamacz, rozkładając na stole między Anthonym a islandzkim kontrahentem dokumenty (oczywiście ze starannie naniesionymi ostatnimi poprawkami i usuniętymi powstałymi podczas turbulencji śladami ołówka) - Po tym, co mieliśmy okazję zobaczyć, nie ma raczej wątpliwości co do pozytywnego wyniku ale musimy mieć zapisy w protokołach.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
27.07.2026, 10:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2026, 10:10 przez Anthony Shafiq.)  
Anthony nie sięgnął po dokumenty od razu. Pozwolił Lazarusowi mówić, bo jego asystent robił to z tą charakterystyczną dla siebie skrupulatnością człowieka, który wierzył, że dobrze sporządzony protokół jest równie ważny jak sam towar. Była to cecha, którą szalenie w nim cenił, podobnie jak doświadczenie mężczyzny w pracy w Magicznym Urzędzie Celnym i umiejętność słuchania i mówienia między wierszami. Shafiq skupiony był jednak w tamtym momencie na gospodarzu. Nie obserwował jego twarzy, uwagę ściągały bardziej dłonie: spracowane, lekko poparzone od wieloletniej pracy z ogniem salamander, ale pozbawione nerwowości. Człowiek pewny swojej hodowli i swojej pozycji na rynku. Tacy ludzie byli wręcz stworzeni do interesów.

– Naturalnie – odparł hodowca z szerokim uśmiechem. – Każda partia jest oznaczona datą pobrania, temperaturą magazynowania i nazwiskiem alchemika nadzorującego proces. Możecie wybrać dowolne beczułki.

Anthony skinął głową z uznaniem.

– Imponujące. Nieczęsto spotyka się przedsiębiorstwo prowadzone z taką… konsekwencją. – Było to szczere. Jako szef OMSHM-u widział zbyt wielu dostawców która próbowała przede wszystkim zrobić tylko dobre pierwsze wrażenie zasłaniające wszelkie braki w prowadzonej dokumentacji, druga połowa koncentrowała się na kreatywnej księgowości, a znajdowanie luk w przepisach i zaawansowane kombinatorstwo odbijało się na samej jakości produktu. Islandczyk najwyraźniej wolał inwestować w jakość, nic dziwnego, że znalazł się na szczycie proponowanego przez Lovegooda zestawienia, na podstawie którego wybrali swojego pierwszego rozmówcę. Mogli się przyczepić, zawsze mogli się przyczepić, znaleźć lukę w luce, aneks, który został zatwierdzony przed tygodniem i nie znalazł swojego odbicia w papierach hodowcy. Anthony jednak - wbrew wszelkim pozorom - cenił sobie ludzi takich jak ich rozmówca. Gatunek na wyginięciu…

– Ég á eina spurningu sem á ekki heima í neinum opinberum skjölum. – Brzmienie jego głosu nie niosło kłującego w ucho akcentu obcokrajowca. Anthony miał pytanie bezpośrednie do hodowcy, wierzył, że jego ojczysta mowa będzie wygodniejszą przestrzenią do prowadzenia negocjacji, podprogowo informując rozmówcę, że wychodzą poza brytyjską inspekcję na teren zupełnie inny. Bliższy. Hodowca uniósł brew w zdziwieniu, ale nie powiedział nic na to. Anthony uśmiechnął się ledwie zauważalnie i kontynuował roztaczając opowieść o tym, jak według pewnego angielskiego przesądu kąpiele w krwi salamandry zapewniają utrzymanie wiecznej młodości. Pozwolił, by w kąciku ust pojawił się cień rozbawienia.

– Ég ætla ekki að dæma hjátrú ef hún borgar vel. – Kim był, by walczyć z przesądami, skoro dobrze za nie płacono? To podsumowanie rozluźniło nieco właściciela, który zabrzmiał się ze zrozumieniem.

– Þeir ríku eru alls staðar eins. – "Bogaci wszędzie są tacy sami" usłyszał Anthony we własnych uszach, czując przyjemne mrowienie nadchodzącej finalizacji tej transakcji. Nie czekał dłużej by wyłożyć swoją ofertę - jeden transport, kilka dodatkowych baryłek dla klientów, którzy woleliby pozostać niewidoczni. Było to ryzykowne, bo sami byli przecież kontrolą, która powinna pilnować przepływu dóbr. Dostęp ten jednak z oczywisty sposób korumpował. Pensja ministerialnego urzędnika była w końcu przeciętna, a każda szansa na złapanie dodatkowego grosza wydawała się jedyną słuszną drogą do wypracowania sobie słusznej emerytury. Nikt nie musiał wiedzieć, że Anthony regularnie obmywa się niekoniecznie krwią salamandry ale zgromadzonym przez siebie złotem.

Zapadła cisza. Hodowca przez kilka sekund przyglądał mu się uważnie. Nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej oceniał, czy nie jest to rodzaj prowokacji. Czy jednak opłacałoby się tym ludziom podążać tak daleko na północ tylko po to by mu zaszkodzić?

– Það kostar. – "To kosztuje" padło krótkie, a Anthony pozwolił sobie na krótkie prychnięcie, udając obrażonego za sugestię, że nie będzie płacił. Nie zdziwił się też, gdy padła cena wyższa od rynkowej. Dyskrecja kosztowała, ale on nie zamierzał się targować.

Skinął głową na znak, że się zgadza, a Islandczyk odchylił się w fotelu i przeszedł na angielski.

– Ile?

– Dwanaście.

Na twarzy hodowcy pojawiło się szczere zdziwienie.

– Þetta eru ekki bað fyrir nokkrar auðugar ekkjur.

Anthony pozwolił sobie na pełen uśmiech.

– Í Englandi auðugar ekkjur eiga stór baðker. – "W Anglii bogate wdowy mają bardzo duże wanny." Obaj parsknęli śmiechem. Żart był wystarczająco absurdalny, by ostatecznie rozładować napięcie. Shafiq był zadowolony, transport magicznym kutrem który załatwili, powinien pomieścić towar bez najmniejszych problemów. Rzucił jeszcze okiem w stronę asystenta, który zapewne nie był zbyt zadowolony, że nie wiedział o czym rozmawiali, ale jego twarz wyrażała nienaganny spokój i wewnętrzne opanowanie. Wylot mieli dopiero jutro i Anthony chciał się teleportować do gorących źródeł sam, aby uporządkować myśli, ale postanowił zaprosić ze sobą Lovegooda. Mężczyzna zapracował sobie na kilka słów wyjaśnień bardziej niż ktokolwiek inny.

Mężczyźni uścisnęli sobie ręce i dopełnili formalności. Ani ton głosu Anthony'ego, ani nienagannie uprzejmy wyraz twarzy nie zdradzały, że przed kilkudziesięcioma sekundami wydał z własnej kieszeni sumę, za którą w Londynie można było kupić eleganckie mieszkanko na horyzontalnej. Jeśli Zakon miał przetrwać nadchodzące miesiące, potrzebował zapasów, których nie dało się wpisać do żadnego ministerialnego rejestru, a jego palił wewnętrzny ogień neofity, który szalenie chciał się wykazać. Zwłaszcza przed Jonathanem, który tak bardzo w niego wątpił.

Korzystam z przewag: Wieża Babel 0, Bogacz II oraz konsekwencji Wiedzy o Przyrodzie ○○○○○ przez co Anthony nie wie w sumie ile tej krwi jest potrzebne, więc zamawia jej Bardzo Dużo

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (2681), Lazarus Lovegood (1715)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa