Zaciągnął cienką płachtę, przysłaniającą broń. Na wierzch trafiły szpargały: worki z solą, zniszczone świeczniki, które miały przy najbliższej okazji stać się kulami, święcona woda oraz zwykły, samochodowy ekwipunek, pod którym – miał nadzieję – żadna policja nie będzie chciała grzebać zbyt dogłębnie. Nie żeby tam, gdzie się wybierali, było wiele patrolów policji.
Gdyby były, może ktoś zainteresowałby się, że dwa razy w roku, zawsze o tej samej porze, w okolicy znikała samotna para. Przepadali jak kamień w wodę: dwoje ludzi oraz ich samochód. Trwało to tak długo, że w końcu trafiło na kogoś, kogo krewni wiedzieli, z kim się skontaktować. Chris mógłby wyliczyć z pamięci bardzo dużo potworów i duchów, które mogłyby zeżreć ludzi w okolicach Samhain, tego najpaskudniejszego okresu w roku.
Ale żaden z nich nie powinien być zainteresowany samochodami.
Zatrzasnął bagażnik.
*
Wnętrze samochodu wypełniała muzyka, kiedy jechali trasą, którą – jak wynikało z drobiazgowych badań i analiz przypadków z ostatnich dziesięciu lat (dziesięć lat, dwadzieścia przypadków, w sumie czterdzieścioro ludzi, zawsze kobieta, zawsze mężczyzna, dwa tygodnie w okolicach Beltane, dwa tygodnie w okolicach Samhain) – pokonywały wszystkie ofiary. Krajobraz należał do gatunku tych monotonnych, i to nie tylko dlatego, że słońce już zaszło za horyzontem, i wszystko ogarnęły ciemności, rozpraszane jedynie przez światła samochodu. Otaczały ich pola, na których rosło coś, czego Chris nie rozpoznawał, ale co było bardzo wysokie i zdawało się nie mieć końca. Sama droga była dość wąska, z gatunku tych mało uczęszczanych: nic dziwnego. Prowadziła praktycznie donikąd. Miasteczko, które znajdowało się na jej końcu, było niewielkie, zdecydowanie rzadko odwiedzane przez turystów i jeśli ktoś tu trafiał, to zwykle dlatego, że zmylił drogę.
Chris był pewien, że coś musiało być nie tak z tym cholernym miasteczkiem.
Światła samochodu padły na auto, zaparkowane na środku drogi, tuż na granicy pola.