05.06.2026, 20:21 ✶
Gdy ostatnie promienie październikowego słońca zostały pochłonięte przez daleką linię horyzontu, a cienie gór wyciągnęły swoje długie palce ponad spokojną taflę jeziora Llyn Llydaw, powietrze przeciął smok.
Majestat zielonego walijskiego, którego obecność zaparła dech pannie Rowle, rozpostarł szeroko skrzydła oraz przysłonił znaczną część nieba. Wygiął smukłą szyję, z jego nozdrzy wydobyły się strumienie gorącej pary splatające się z chmurami w srebrzysty taniec widm. Świat Mony skurczył się do ogromnego cienia przesuwającego się po zboczach gór, następnie po spokojnym odbiciu zbiornika aż wreszcie po jej własnej twarzy zwróconej ku niebu.
Gdzieś wśród zakurzonych woluminów zalegających od stuleci na półkach rodowej biblioteki można było odnaleźć wzmianki o pustelnikach, którzy twierdzili, że widok smoka przywodził im na myśl potęgę boga lepiej niż niejedno kazanie. Nie wychwalali bestii, a tego, który dopuścił jej istnienie. Jakże małe wydawały się wtedy ludzkie sprawy. Spory rodów. Próżność ludzi przekonanych o własnej wielkości. Patrząc na zielonego walijskiego, łatwo było uwierzyć, że świat nie został stworzony dla ludzi.
Kobieta zapomniała o zimnie, kiedy bestia zniknęła za poszarpanym grzbietem Yr Wyddfa. Miała na sobie ciepłą szatę, jednakże październikowy chłód zdążył już przeniknąć do kości. Lewą dłoń wsunęła głęboko do kieszeni. Prawa spoczywała nieruchomo wzdłuż boku. Na nogach miała solidne sznurowane trzewiki przeznaczone do górskich wędrówek. Ich widok wywołał na jej ustach uśmiech przed wyjściem. Przyłapała się na nim, gdy sięgała po nie w garderobie.
Zmierzch zgęstniał nad doliną. Jej wuj się spóźniał. Mona zmarszczyła brwi. Gdzie on się podziewał?
Majestat zielonego walijskiego, którego obecność zaparła dech pannie Rowle, rozpostarł szeroko skrzydła oraz przysłonił znaczną część nieba. Wygiął smukłą szyję, z jego nozdrzy wydobyły się strumienie gorącej pary splatające się z chmurami w srebrzysty taniec widm. Świat Mony skurczył się do ogromnego cienia przesuwającego się po zboczach gór, następnie po spokojnym odbiciu zbiornika aż wreszcie po jej własnej twarzy zwróconej ku niebu.
Gdzieś wśród zakurzonych woluminów zalegających od stuleci na półkach rodowej biblioteki można było odnaleźć wzmianki o pustelnikach, którzy twierdzili, że widok smoka przywodził im na myśl potęgę boga lepiej niż niejedno kazanie. Nie wychwalali bestii, a tego, który dopuścił jej istnienie. Jakże małe wydawały się wtedy ludzkie sprawy. Spory rodów. Próżność ludzi przekonanych o własnej wielkości. Patrząc na zielonego walijskiego, łatwo było uwierzyć, że świat nie został stworzony dla ludzi.
Kobieta zapomniała o zimnie, kiedy bestia zniknęła za poszarpanym grzbietem Yr Wyddfa. Miała na sobie ciepłą szatę, jednakże październikowy chłód zdążył już przeniknąć do kości. Lewą dłoń wsunęła głęboko do kieszeni. Prawa spoczywała nieruchomo wzdłuż boku. Na nogach miała solidne sznurowane trzewiki przeznaczone do górskich wędrówek. Ich widok wywołał na jej ustach uśmiech przed wyjściem. Przyłapała się na nim, gdy sięgała po nie w garderobie.
Zmierzch zgęstniał nad doliną. Jej wuj się spóźniał. Mona zmarszczyła brwi. Gdzie on się podziewał?
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception