Nie potrafiła przywołać momentu, w którym znalazła się pod Mungiem, ułożona bokiem na kojąco chłodnym kamieniu; pamięć rozsypała się wcześniej i zostawiła po sobie tylko niewyraźny osad niepoukładanych migawek. Być może doczołgała się tu sama. Być może ktoś zostawił ją na schodach i ruszył gdzieś przed siebie, ku wrotom piekielnym, niczym mara nocna, która zstąpiła do tego świata tylko na krótką chwilę. W tamtym momencie nie miało to większego znaczenia; rzeczywistość i tak zdążyła już się zwęzić do kilku najprostszych czynności – prób oddychania, nie uduszenia się od ciężaru zapadających się od kaszlu płuc, no i utrzymania otwartych oczu, tak aby nikt nie uznał jej za stratę nie wartą ratunku.
„U Ollivanderów poszły tylko szyby” rzucił niedawno w pośpiechu auror, którego błagalnie wyprosiła o rekonstrukcję jego drogi przez Pokątną. „Nikogo stamtąd nie musieli ratować.”
Miała wrażenie jakby ktoś przeciągnął jej przez żuchwę gruby postronek płaczu, który zaległ głęboko w gardle, nasiąkając mdłościami i strachem. Ojciec był wtedy w domu, może nawet z Samem. Dobytek ich życia ocalał, ale co z innymi? Co z całym jej londyńskim światem, w którym się urodziła, wychowała i który był jej częścią tak samo ważną, jak była jej prawa ręka? Co z jej przyjaciółmi? Co z gniazdem gołąbków, które pielęgnowała latem?
Leżąc na schodach słyszała jedynie niekończący się ruch – dziesiątki kroków uderzających o kamień w rytmie pozbawionym melodii, podeszwy ciężkie, podeszwy szybkie i podeszwy ludzi, którzy jeszcze wierzyli, że zdążą. Drzwi Munga, na wylot otwarte, przepuszczały przez wnętrze kolejne ciała i kolejne fragmenty cudzego nieszczęścia.
Była pewna, że jeśli interesowano się pechowcami na schodach, to ona nie była priorytetem. Lewa ręka piekła przy każdym ruchu, nieprzyjemnie gorąca i napięta. Materiał płaszcza przykleił się miejscami do skóry, a kiedy spróbowała go odsunąć, odkryła pod nim nieregularne zaczerwienienia i kilka cienkich rozcięć, z których sączyła się krew zmieszana z drobnym pyłem. Szkło musiało uderzyć ją również w policzek albo skroń – czuła coś lepkiego przy linii szczęki i nie była pewna, czy to pot, czy krew.
Ale żyła.
Dym zdążył osiąść w jej oczach niczym podstępny kożuch, żywcem zdjęty z martwej owcy. W płucach zaś zalągła się trucizna, która przy każdym oddechu rozpełzała się po wnętrzu klatki piersiowej cienkimi, gorącymi odnogami.
Ale żyła.
Przymknęła powieki.
Z jakiegoś powodu ten mleczny dym osiadający na rzęsach i rozcierający rysy świata przypomniał jej tamten dzień w Dolinie Kadiszy – środek dnia, zlepione od potu palce i Lamis stojącą naprzeciwko niej z nieodgadnionym spokojem na twarzy. Pamiętała moment, w którym kuzynka zarzuciła jej na głowę biały welon o zapachu kadzidła i wody różanej; cienki materiał, prawie przezroczysty, a mimo to zmieniał wszystko – światło stawało się łagodniejsze, kontury mniej ostre, ludzie dalsi.
Wtedy czuła się nieswojo.
Teraz, leżąc na schodach Munga z gardłem suchym jak pustynny piach i ranami pechowych rykoszetów, pomyślała z dziwną epifanią w myślach, że ten obraz wygląda niemal tak samo.
Tylko tamten welon wydawał się mieć moc namaszczenia.
Ten cuchnął śmiercią i zniszczeniem.