• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
7-8 października 1972, stara sypialnia Delyry | Vakel & ...Morpheus?

7-8 października 1972, stara sypialnia Delyry | Vakel & ...Morpheus?
god (self-diagnosed)
shitposting comes to me
in divine visions
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, rektor
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#1
07.06.2026, 17:14  ✶  
Położywszy się na sofce, która ku jego wielkiemu rozczarowaniu wciąż pachniała perfumami jego żony, Dolohov zasnął. Spity przeokrutnie, rozczarowany tym jak wyglądało dzisiejsze przyjęcie, dał się porwać własnemu umysłowi do miejsca, w którym kiedyś niesamowicie chciał się znaleźć.

Sny rządziły się swoimi prawami.

Warownia stała więc spokojnie, skąpana w blasku majowego słońca, które odbijało się od świecącego od potu czoła Morpheusa wbijającego w ziemię pokaźnych rozmiarów Szpadel.

Ciężko było nie czuć się przy nim jak idiota. Prawdopodobnie tylko taki narcyz jak Dolohov był w stanie sprostać temu, co miał robić bez poczucia pasowania do tej scenerii jak pięść do mordy. Ubrany był jak nie on. Pracował we wczorajszych ciuchach, bo nie wziął przecież nic nadającego się do pracy w ogrodzie, za małych na niego klepkach pożyczonych od losowego domownika i miną cietpiętnika. Dolohov towarzyszył Morpheusowi w czymś, co zostało określone ogarnianiem grządek. Na pytanie, czy w ogóle może w tym pomóc odpowiedział, że tak, bez problemu. Umiem to zrobić, pomyślał oczywiście, bo nie potrafił w siebie zwątpić nawet w momencie, kiedy jego ekspertyza znaczyła dla wychowanego w sadzie Morpheusa dokładnie tyle, ile dla dla Dolohova znaczyły rady ludzi nie wiedzących czym jest kwadrat numerologiczny. Niemniej jednak, skoro już weszliśmy w sferę przyrównań, jego pomoc znaczyła dokładnie tyle, ile znaczyła pomoc szlajających się wokół dzieci. Umiał wbić kołek w ziemię, ubrudzić ręce i skaleczyć się w palec. Niewiele – ale był w tym jak zawzięty, jakby od tego czy mu coś teraz udowodni zależało jego prawo do życia.

Uderzył narzędziem o grunt. Nawet nie próbowało się wbić, po prostu zjechało po trawie.

– Nie tutaj, Vasiyenka! Na brodę Zeusa, tutaj to bym ci nigdy nie kazał robić – rzucił starszy z wieszczy, biegnąc w jego kierunku.

– Tu pokazałeś palcem – odpowiedział, zduszając znajdujący się gdzieś pod uroczym tonem wylew irytacji.

– Tutaj, zobacz, tak o.

I Dolohov naśladując ten ruch pracował przy którymś już zadaniu, próbując ignorować biegające wokół niego dzieci wykonujące polecenia Morpheusa lepiej, choć nie były w to aż tak zaangażowane. Ile tych Longbottomów tutaj w ogóle było? Ten w wózku to był kto, Erik czy Brenna? Nie miał pojęcia. Był pewien tylko tego, że ten o rdzawych włosach bardzo lubił bawić się gwiazdkami przyczepionymi do jego czerwonych butów. Mógłby ubrać się na wieś nieco lepiej, niż to zrobił, ale w gruncie rzeczy… buty to były tylko buty. Jak się zniszczą, to kupi sobie nowe.

Czas mijał, wątłe ręce na pewnym etapie z ledwością uderzały narzędziem o grunt, zwłaszcza że często musiał poprawiać zsuwające mu się z nosa, przeciwsłoneczne okulary. Aż wreszcie słońce zaczęło zachodzić i wszyscy byli tym już tak bardzo zmęczeni, że nawet on mógł odłożyć to wszystko i się poddać.

Przyjeżdżając tu liczył na dobry seks. Może w innym życiu? Nie było mowy, że nie zaśnie po pięciu sekundach od dotknięcia twarzą zimnej strony poduszki, a od lat cierpiał przecież na bezsenność. Leżąc na leżaku, oglądając zachód słońca i pijąc przekazaną mu lemoniadę głęboko zastanawiał się nad tym, czy nie powinien po prostu iść do środka i darować sobie udawania, że miał siłę na jakąś rozmowę. Jak teraz wstanie, to przynajmniej dojdzie do sypialni o własnych siłach.

Odwrócił więc głowę, otworzył usta żeby coś powiedzieć i… zamknął je od razu. Morpheus wyglądał na tak smutnego, że aż przykro się robiło i za serce go to złapało, bo nie miał pojęcia z czego to wynika.

– Skarbie? – Longbottom westchnął i przeniósł na niego spojrzenie, ale milczał. – Coś się stało? – Cisza. Ale Zauważył, że to po prostu odpowiedź wymagająca głębszego zastanowienia, a może raczej zebrania się na odwagę.

– Po prostu… – zaczął niepewnie – zaprosiłem cię na te dwa wolne dni i zagoniłem do pracy. Nie wiem co ja sobie myślałem. Wydawało mi się, że będziemy mieć więcej czasu dla siebie.

Dolohov zmarszczył brwi.

– Cały czas byliśmy ze sobą.

– Ale to nie jest to samo! Zostawili mnie z dzieciakami i zamiast zabrać cię gdzieś, gdzie zasługiwałeś być, to patrzyłem bezradnie jak brudziłeś sobie ręce w nie swoim ogrodzie. – Jeszcze raz westchnął. – Nie tak to sobie wyobrażałem. Nie chcę, żebyś kojarzył to miejsce z pracą.

Podniósł dłonie do góry. Faktycznie, były brudne. Czarna ziemia utkwiła mu pod paznokciami, jakby grzebał w gruncie dłońmi zamiast łopatką. Widział swoje linie papilarne, bo we wgłębieniach skóry nazbierało się popiołu. Dziwne. Miał nieodparte wrażenie, że powinno mu to przeszkadzać, ale zamiast się tym przejąć, dopił resztę lemoniady przez niezbyt czystą rurkę.

– Przestań pleść takie pierdoły, przecież robiłem to wszystko z własnej woli. Miło mi się patrzy na to, że się tu przydałem do czegoś więcej niż bycia ozdobą leżącą obok jabłonki.

Do Morpheusa chyba niekoniecznie to przemawiało.

Dźwignął się do góry. Jutro będzie miał zakwasy i nogi już teraz miał jak z waty, ale próbował nie dać tego po sobie poznać. Wstał przecież po to, żeby go wreszcie pocałować, bo byli sami i nie musieli się z tym kryć. Nie była to jednak bajka, w której muśnięcie warg odczarowywało czyjś nastrój.

– Kocham cię i chętnie przyjadę tutaj znowu.

Widząc go wciąż naburmuszonego, zaśmiał się pod nosem. Delikatny, letni wiatr otulił ich twarze, rozwiewając przy tym siwiejące, ciemne pukle, w których zapewne zatopiłby już palce gdyby nie wspomniany wcześniej stan czystości jego rąk.

– Jesteś taki naburmuszony, co chcesz usłyszeć to jeszcze raz? – Wszystkim co musiał zrobić, było poproszenie. – Kocham cię. Zawsze będę cię kochał. – Choćby wydarzyły się najgorsze rzeczy na świecie, nic tego nie zmieni. Bo ta miłość była dla niego oczywista jak oddychanie. Ta miłość uczyniła go człowiekiem dobrym, czułym i wolnym – nie dało się uciec od czegoś, co cię ukształtowało.

Pocałował go jeszcze raz. Miał nadzieję, że nie smakował kwaśnym napojem. A później otworzył oczy i dostrzegł, że na policzkach, tuż przy krawędzi brody, pojawił się delikatny rumieniec.

Przesunął palcami po jego ramieniu.

– Nic nie powiesz?

– Chyba nie dosłyszałem co wcześniej mówiłeś.

Pocałował go jeszcze raz.

– Kocham cię, Morpheusie.

I pochylił się nad nim raz jeszcze, ale zamiast z Morpheusem, jego wargi zetknęły się z wilgotną od śliny poduszką.

Kurwa mać.

Chwilę zajęło mu zorientowanie się w tym, co w ogóle się z nim działo, a później jak nie wrzasnął…! Dobrze, że te ściany były wyciszone i nikt w sali balowej nie usłyszał tego żałosnego jazgotu, kiedy do niego dotarło co przed chwilą widział i uderzyło w niego odrażające, łamiące serce wspomnienie okropnego brudu przyklejonego do rąk. Uniósł dłonie na wysokość swojej twarzy, sapiąc ociężale sprawdzał ich stan. Były czyste, ale i tak poczuł głęboką potrzebę skubania przestrzeni pod paznokciami. Ktoś oglądający to od boku mógł uznać to za zabawne, ale dla Dolohova wcale zabawne to nie było. Serce mu waliło jak szalone, po plecach przetoczył się zimny dreszcz. Brud pod paznokciami napełnił go rzeczywistym, głębokim przerażeniem.

Chyba nigdy jego umysł nie stworzył sam z siebie czegoś, co dało się podsumować jedynie jako absolutny obciach. „Na brodę Zeusa”?! Kurwa mać, czy jego mózg nie potrafił wymyślić nic lepszego i zakodował to po skojarzeniu z Grecją? Potarł czoło palcami i załamany sięgnął po porzucone na stoliku wino.

Od dawna się nie zachlał do tego stopnia co dzisiaj, ale nie sposób było nie uznać tego za wyjątkową okazję – nie potrafił inaczej zabić myśli o tym, jak dobrze było (nawet jeżeli to jedynie senne majaki w koszmarze o fizycznej pracy) zobaczyć Morpheusa uśmiechniętego, wolnego od kiełkującego w umyśle szaleństwa.

Gdyby potrafił uczynić go szczęśliwym, zrobiłby to.

Koniec sesji


with all due respect, which is none
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Vakel Dolohov (1231)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa