28.04.2026, 23:24 ✶
W mieszkaniu panowała ciężka, przytłumiona cisza. Lukas siedział na krawędzi łóżka, obracając w palcach niewielką fiolkę. Kupił ją w aptece na Pokątnej bez większego namysłu, kierując się bardziej przekonującymi słowami sklepikarki niż rozsądkiem. Od jakichś piętnastu minut wpatrywał się w jej zawartość. Szkło było chłodne, aż nieprzyjemne w dotyku.
— Kurwa… — szepnął sam do siebie, zanim zdążył się rozmyślić.
Odkorkował ją i wlał zawartość do ust. Smak był gorzki i intensywny. Przez moment siedział bez ruchu, jakby czekając, aż coś się zmieni. Nic takiego jednak nie nastąpiło, więc położył się i zaczął obserwować płonący znak na suficie. Linie rozchodziły się od środka w sposób nienaturalny, jakby coś próbowało się przez nie wydostać albo zostało tam uwięzione. Ta plama pojawiła się w mieszkaniu na koniec tej przeklętej rzezi zwanej Spaloną nocą i nie chce sobie pójść. Mężczyzna bezskutecznie próbował się jej pozbyć przez ostatnie tygodnie, jednak ten symbol zawsze wraca na swoje miejsce. Sfrustrowany wyciągnął rękę ku sufitowi i pokazał anomalii środkowy palec. Przez krótką chwilę Nottowi wydawało się, że cień we wnętrzu plamy poruszył się delikatnie, jakby odpowiadając tym samym gestem. Zmrużył oczy, próbując się upewnić, lecz po chwili plama po prostu wygasła. A jednak niepokój pozostał, ściskając go gdzieś głęboko w brzuchu. Odwrócił wzrok, wpatrując się w boczną ścianę pokoju, po czym poczuł ostre ukłucie w skroni. Ciężar opadł na powieki nagle i bez ostrzeżenia. Ciało przestało stawiać opór, a rzeczywistość zaczęła rozmywać się na krawędziach. Zasnął.
Otworzył oczy, stojąc na jakimś pustkowiu. Z oddali przyglądał się posępnej posiadłości, zniszczonemu reliktowi dawnej świetności. Na dachu czernił się batalion kruków. Skrzydlate zjawy przeszłości kłóciły się zajadle o coś, czego z tej odległości nie mógł dostrzec. Ciężkie, ołowiane chmury wisiały nisko nad nim, jakby lada moment miały runąć na ziemię. Pierwsze krople deszczu spadały na rondo jego kapelusza i spływały po ramionach płaszcza, ginąc w fałdach materiału. Lukas ruszył przed siebie wolnym krokiem, jak ktoś powracający do miejsca, które znał aż za dobrze, choć nie powinien go pamiętać w taki sposób. Kiedy stanął przed bramą, przez dłuższą chwilę tylko się jej przyglądał. Choć rdza przeżarła żelazo, brama wciąż nosiła w sobie dumę konstrukcji, niegdyś stworzonej, by bronić tajemnic przed niepowołanym wzrokiem. W momencie zbliżenia ręki by ją pchnąć, usłyszał szepty. Z początku dźwięk był niemal niesłyszalny, jak echo czegoś odległego, lecz z każdą kolejną sekundą nabierał wyrazistości. Skomlenie. Stłumione, urywane, nienaturalne, jakby ktoś próbował wydobyć z siebie głos, lecz bezskutecznie. To nie był jeden głos. Było ich kilka. Wszystkie dochodziły z szopy stojącej nieco dalej, na uboczu, pochylonej pod ciężarem czasu i wilgoci. Lukas poczuł, jak coś zaciska się w jego wnętrzu. Powinien coś zrobić? Zatrzymał się w pół ruchu, bo nagle nie był już sam. Obok niego stała postać. Zakapturzona sylwetka pozostawała nieruchoma, zwrócona w stronę bramy. Twarz skrywał cień zbyt głęboki, by można było dostrzec jakiekolwiek rysy, a jednak obecność postaci była wyraźna, namacalna. Skomlenie nasiliło się, stając się bardziej rozpaczliwe, bardziej ludzkie. Dłoń Lukasa drgnęła lekko, zawieszona między decyzją a bezruchem.
— Myślisz, że powinienem to zrobić? — rzucił pytanie do nieznajomego.
— Kurwa… — szepnął sam do siebie, zanim zdążył się rozmyślić.
Odkorkował ją i wlał zawartość do ust. Smak był gorzki i intensywny. Przez moment siedział bez ruchu, jakby czekając, aż coś się zmieni. Nic takiego jednak nie nastąpiło, więc położył się i zaczął obserwować płonący znak na suficie. Linie rozchodziły się od środka w sposób nienaturalny, jakby coś próbowało się przez nie wydostać albo zostało tam uwięzione. Ta plama pojawiła się w mieszkaniu na koniec tej przeklętej rzezi zwanej Spaloną nocą i nie chce sobie pójść. Mężczyzna bezskutecznie próbował się jej pozbyć przez ostatnie tygodnie, jednak ten symbol zawsze wraca na swoje miejsce. Sfrustrowany wyciągnął rękę ku sufitowi i pokazał anomalii środkowy palec. Przez krótką chwilę Nottowi wydawało się, że cień we wnętrzu plamy poruszył się delikatnie, jakby odpowiadając tym samym gestem. Zmrużył oczy, próbując się upewnić, lecz po chwili plama po prostu wygasła. A jednak niepokój pozostał, ściskając go gdzieś głęboko w brzuchu. Odwrócił wzrok, wpatrując się w boczną ścianę pokoju, po czym poczuł ostre ukłucie w skroni. Ciężar opadł na powieki nagle i bez ostrzeżenia. Ciało przestało stawiać opór, a rzeczywistość zaczęła rozmywać się na krawędziach. Zasnął.
Otworzył oczy, stojąc na jakimś pustkowiu. Z oddali przyglądał się posępnej posiadłości, zniszczonemu reliktowi dawnej świetności. Na dachu czernił się batalion kruków. Skrzydlate zjawy przeszłości kłóciły się zajadle o coś, czego z tej odległości nie mógł dostrzec. Ciężkie, ołowiane chmury wisiały nisko nad nim, jakby lada moment miały runąć na ziemię. Pierwsze krople deszczu spadały na rondo jego kapelusza i spływały po ramionach płaszcza, ginąc w fałdach materiału. Lukas ruszył przed siebie wolnym krokiem, jak ktoś powracający do miejsca, które znał aż za dobrze, choć nie powinien go pamiętać w taki sposób. Kiedy stanął przed bramą, przez dłuższą chwilę tylko się jej przyglądał. Choć rdza przeżarła żelazo, brama wciąż nosiła w sobie dumę konstrukcji, niegdyś stworzonej, by bronić tajemnic przed niepowołanym wzrokiem. W momencie zbliżenia ręki by ją pchnąć, usłyszał szepty. Z początku dźwięk był niemal niesłyszalny, jak echo czegoś odległego, lecz z każdą kolejną sekundą nabierał wyrazistości. Skomlenie. Stłumione, urywane, nienaturalne, jakby ktoś próbował wydobyć z siebie głos, lecz bezskutecznie. To nie był jeden głos. Było ich kilka. Wszystkie dochodziły z szopy stojącej nieco dalej, na uboczu, pochylonej pod ciężarem czasu i wilgoci. Lukas poczuł, jak coś zaciska się w jego wnętrzu. Powinien coś zrobić? Zatrzymał się w pół ruchu, bo nagle nie był już sam. Obok niego stała postać. Zakapturzona sylwetka pozostawała nieruchoma, zwrócona w stronę bramy. Twarz skrywał cień zbyt głęboki, by można było dostrzec jakiekolwiek rysy, a jednak obecność postaci była wyraźna, namacalna. Skomlenie nasiliło się, stając się bardziej rozpaczliwe, bardziej ludzkie. Dłoń Lukasa drgnęła lekko, zawieszona między decyzją a bezruchem.
— Myślisz, że powinienem to zrobić? — rzucił pytanie do nieznajomego.