• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja Horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
9 września 1972, deratyzacja

9 września 1972, deratyzacja
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#1
23.07.2025, 21:01  ✶  

W kancelarii Mulciber
Alexander posprząta po Spalonej Nocy



Aby jeść z tej podłogi, nie trzeba było psa. Jakkolwiek jednak apetycznie nie lśniły płytki i fugi między nimi, zapach w biurze Philomeny Mulciber daleki był apetycznemu. Żrące opary najsilniejszych przemysłowych środków do dezynfekcji zakamuflowano gęstą chmurą luksusowych, duszących perfum. Po nocnych pożarach niezliczone pary londyńskich oczu łzawiły, a gardła płonęły przy każdym oddechu, lecz to było coś innego. Nie brudny dym osiadający na przełyku, nie gorąca fala zmuszająca do zamknięcia oczu. To krystaliczne kłęby parujące z wyszorowanych powierzchni gabinetu — i wypalały w inny sposób. Zapach był sterylnie czysty — lotny demon z naostrzonymi pazurami zdrapujący kolejne warstwy śluzówek, obierający człowieka ze skóry żywcem, kwas rozpuszczający brudne mięso na białej kości.
Można by pomyśleć, że kilka minut w tym pomieszczeniu wystarczy, aby nabawić się poważnego podtrucia. Philomena Mulciber tę tezę obalała. Siedziała za swoim biurkiem na tle dwóch wysokich okien, za którymi zmartwychwstawał niemrawo Londyn. Sztywniejsza niż zwykle, ostrzejsza, o twarzy jeszcze bardziej zaciętej — jakby ów agresywny zapach nie mogąc przeżreć się przez jej skorupę, bezsilnie powykrawał kanty na starczej sylwetce. Ot, tyle chociaż zuchwałą staruchę poznaczyć.
Na biurku przed panią Mulciber stała miniaturowa biała sofa nasączona krwią niczym wyjęta z upiornego domu dla lalek. Rozstawiona na pustej kremowej teczuszce zadrukowanej tłustym napisem „akta sprawy”. Pod tą tekturką biurko dodatkowo obciągnięto folią stretchową. Raz wysterylizowaną przestrzeń należało taką utrzymać.
Dzień po katastrofie Philomena przywdziała czerwień — na usta, szatę i paznokcie. Żywą i soczystą jak róże wysłane przez Alexandra, nie bruntaną jak krew Śmierciożercy. Wyczekiwała wnuka w dręcząco wybrakowanym gabinecie. Puste miejsce po sofie zaburzało harmonię, którą wyliczali skrupulatnie dekoratorzy wnętrz przed pół wieku. Dzień w dzień przez pół wieku Mulciberowa podnosiła wzrok, a jej oczy ślizgały się po tym samym układzie powierzchni. Teraz jej wzrok podczas swojej wędrówki wpadał w pustkę po mebelku — tortura zgrzytu powtarzającego się przy każdym drgnieniu spojrzenia.
Po kancelarii pałętali się pojedynczy pracownicy. Pałętali było szczodrym słowem. Większość nie wróciła od razu tego dnia. Ci, którzy wrócili, udawali, że coś robią, gdy w rzeczywistości z pustym wzrokiem przerzucali machinalnie stosy pism albo wbijali się w kąty, aby dyskutować przyciszonymi, kipiącymi od świeżych emocji głosami. Wbijanie się w kąty — sztuczka, która nie działała na co dzień. W białym raju kancelarii każdy kąt był bowiem oświetlony i transparentny.
Pracownicy pozwalali sobie na to, ponieważ tego dnia cerber nie mógł ich pilnować. Wpadł w pułapkę: raz za razem próbował desperacko wydostać się z wyrwy po sofie. Nie mogli tego wiedzieć, drzwi gabinetu były od samego rana zamknięte, lecz czuli podświadomie, że gdy dziś odwrócą plecy, nikogo za sobą nie znajdą.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#2
30.07.2025, 18:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.08.2025, 11:40 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander Mulciber chciał poczuć się czysty.

Spłukując z siebie brud, spłukiwał z siebie minioną noc, z całym jej szlamem i sadzą. Zmywał z siebie wizje, którą wciąż przewijały mu się pod powiekami, gdy zamknął oczy. Zmywał dotyk dłoni wiedźmy z rozdartą spódnicą, która pomogła mu zasklepić rany odniesione podczas walki. Gdy wpatrywał się tępo w spływające przez odpływ strugi brudnej wody, myślał o niej jak o topiącej się kukle podpalonej Marzanny. O tym, jak jej popioły spłynęłyby w dół rzeki.
Wymył się, zadbawszy o to, aby wypłukać dokładnie popiół ze swoich włosów.
Działał dokładnie, metodycznie, jak gdyby miał odprawiać jakiś obrzęd, przed którym należy dokonać rytualnego oczyszczenia.
Umył zęby.
Zakaszlał się, wypluwając sadzę na umywalkę.
Umył zęby jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Może powinien łyknąć na to jakieś prochy, pomyślał obojętnie. Sięgając po brzytwę, aby się ogolić, spostrzegł, że za paznokciami wciąż ma czarno. Zirytowało go odstępstwo od zwyczajowej rutyny. Zaczął szczotkować paznokcie, żeby pozbyć się sadzy, która straszyła żałobą, ale po chwili szorował już dłonie o dziwnie powykrzywianych knykciach, jak gdyby próbował domyć je z dawno już wytartej krwi.

Chciał tylko poczuć się czysty.

Gdy zjawił się na dywaniku u babki, skórki przy paznokciach wciąż miał przekrwione, ale przynajmniej był czysty.

Zawsze czysty, w swoim eleganckim garniturze, sztywno zaprasowanej koszuli i wyglansowanych butach. Zawsze gładko ogolony, ze schludnie przyciętymi paznokciami. Tylko kręcone, zdecydowanie zbyt długie włosy, psuły bijące od niego wrażenie czystości.

– Zmieniłaś perfumy. – Padło chłodne powitanie.

W innych ustach, jego uwaga mogłaby wybrzmieć jak komplement. Przyjemnie dusząca woń przypominała mu przecież o dymie kadzideł, otulającym miękko wnętrze Ataraxii. O utraconym w pożarze mieszkaniu, w którym tak często tliły się podobne. Przypominała mu o kapliczce matki w Mulciber Manor, gdzie na zastawionym świętymi obrazkami ołtarzu dzień i noc paliły się wonne świece... Przypominała mu o wszystkim, tylko nie o gabinecie babki. Kiedy chciał, Alexander potrafił bowiem dostrzegać małe, acz niosące duże znaczenie rzeczy, których inni zwykli – w najlepszym przypadku – nie widzieć, w najgorszym – zwyczajnie pomijać. Nic w jego tonie nie sugerowało jednak, że w głowie były mu w tej chwili komplementy.

Zawsze wypowiadał się w ten budzący irytację sposób, w którym wydawał się mówić wprost, ale Alexander Mulciber, wbrew pozorom, rzadko mówił wprost. Rzadko był tak bezpośrednim, za jakiego chciał uchodzić. Za jakiego w wielu kręgach uchodził. Nie było w jego słowach prawniczej precyzji, która cechowała wycyzelowane wypowiedzi jego brata, a jednak mówił jakby z przypisami. Nie, to Donald tak mówił, zrozumieć mógłby ten, kto zdołałby postawić braci obok siebie na tyle długo, aby dojrzeć różnice. Alexander zawsze mówił zagadkami.

"Zmieniłaś perfumy". Detal. Perfumy były detalem, o którym można było bezpiecznie rozmawiać. Nie tak jak miniaturowa sofa, do złudzenia przypominająca normalnych rozmiarów, białą sofę, po której zostało tylko puste miejsce w przestrzeni gabinetu. Ale przecież "zmieniłaś perfumy" w jego ustach równie dobrze mogło sugerować "zmieniłaś wystrój". Zwłaszcza, że widziała, jak czujne, niebieskie oczy wnuka, lustrują uważnie wnętrze jej gabinetu. Miał oczy swojego ojca. A jeżeli Alexander choć trochę znał się na ludziach tak, jak znał się na nich jego ojciec, powiedziałby, że nic nie przeraża jego babki tak, jak zmiana. "Zmieniłaś coś, ale nie wiem, co!" Czy ktoś kiedykolwiek mógłby to powiedzieć Philomenie Mulciber? Nienawidził, że ta myśl była niemal kojącą. Nauczył się doceniać ludzi o stałych przekonaniach, o stałych upodobaniach... Ludzi, po których wiedział, czego się spodziewać, nawet, jeżeli spodziewał się po nich wyłącznie najgorszego. Babka była stałą tej rodziny.

A Alexander lubił stałość. Stały był układ runicznych pierścieni na jego palcach, chociaż od kilku miesięcy wyróżniał się sposród nich sygnet ojca. Stała była rutyna między pracą a domem, przynajmniej dopóki wciąż jeszcze miał dom. Stały był nawyk stawiania tarota przy każdej niemal otrzymanej pocztą wiadomości.

Cesarz. Karta nieodmiennie kojarząca się Alexandrowi z nieżyjącym już ojcem. Wreszcie przestał uciekać przed jego karcącym wzrokiem. Przed oczekiwaniami wobec tego, jakim mężczyzną powinien być, ale jakim nigdy nie chciał być. Alexander Mulciber wiedział, kim jest. Wiedział też, w tym przypadku chodziło nie o ojca, lecz o rodzinę od strony ojca, o sędziwą babkę, która wiele miała w sobie z Cesarza, kontrolującego despoty, którego wola zwyciężyć musiała ponad materią. A jednak, jego widok napełniał go spokojem, podobnie jak i powtarzalne ruchy tasowania kart, gdy dzielił talię pewną ręką. Przyjrzał się krytycznie wróżbie.
A więc Mag. Cudotwórca. Władca wszystkich elementów. Gdy potrzebujesz cudu, głosiło stare porzekadło, poproś Maga o pomoc.
Cesarz tworzył struktury, na których opierać winna się rzeczywistość, Mag rzeczywistość kreował. Powoływał do życia przez oddech. Przez imię. Alexander pomyślał o małej jasnowidzce, którą naznaczył swoją krwią wcześniej w nocy, namaścił ją tak, jak namaszcza się królów. O Scylli, chociaż nie śmiał o niej myśleć jako o Scylli. Myślał o tym, co jej powiedział. Imiona mają moc, powtarzał cały czas. Myślał o tym, że nie nadając jej imienia, odmawiał jej nadania znaczenia. Nie rozkoszował się jednak wpływem mocy Maga, którą przypisały mu wróżby.
Odwrócił kartę do góry nogami.
Kłamca. Manipulant. Młody, narcystyczny mężczyzna, który myśli, że może wszystko. Takim widziała go babka? Powiódł palcami po symbolu nieskończoności wyrysowanym ponad głową młodzieńca, dotknął wszystkich czterech symboli Małych Arkan. Analiza, zdecydował natychmiast, nie synteza. Nie złączenie, lecz rozpad. Nie skupiał spojrzenia na trzymanej w dłoniach Maga różdżce skierowanej ku górze, ku otwartemu niebu, na którym stało słońce. Bardziej zainteresował go jego palec skierowany do dołu, do ziemi. Ziemska energia, jego energia, pozostawała dominantą rozkładu, zwłaszcza w połączeniu z Ósemką Denarów, która wypadła z talii jako ostatnia. Zignorował jednak wyrastające ponad ziemią kwiaty, choć te kusiły go swymi kolorami. Śmierć, przypomniał sam sobie, nie życie. Poczuł nagle na barkach ciężar minionej nocy. Pogładził w zamyśleniu leżące przed nim karty.
– Więc mówisz, że będę musiał kopać grób? – spytał ostatnią z nich. Kartę pracy, a raczej wytrwałości w pracy.
Nie wiem, wyszeptała w odpowiedzi Ósemka Denarów, ale się pobrudzisz.

Zgarnął talię.

– Wróżby mówią, że każesz mi urządzić pogrzeb – stwierdził kilka godzin później, siadając przed biurkiem Philomeny, na niej skupiając swoje spojrzenie i całą swoją swoją uwagę. Nie mrugał. Nie mrugnął ani razu odkąd przekroczył próg jej gabinetu. – Czy ktoś umarł, czy dopiero ma umrzeć, nie pytałem. Nie chciałem... – Zatrzymał się na chwilę, choć nie tak, jakby zastanawiał się nad słowami, które miały paść z jego ust. Bardziej jakby bawiła go ukryta między nimi aluzja, znana chyba tylko jemu samemu. – ...Psuć ci niespodzianki. – Maniera nie jasnowidza, lecz jarmarcznego sztukmistrza, której z pełną premedytacją używał przy babce, dlatego właśnie, że wiedział, że napawa ją wstrętem. Takim mnie widzisz, mówiły jego oczy, więc takim będę. A jednak, w jego oczach nie było teraz wyzwania, nie gościła w nich także zwyczajowa kpina. Oczy Alexandra były puste. Obojętne. Wypuścił powietrze nosem, jak znudzony pies, wyrażający dezaprobatę wobec świata. – Babciu. – Niemal czule wymówił to miano, chociaż jego twarz i oczy z wszelkiej czułości były przecież wyprane.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#3
21.09.2025, 16:43  ✶  
Alexander dozwalał, aby los układał mu karty. Ba, pożądał tego. Philomena wolała układać je sama i nie tyczy się to wyłącznie jej światowej klasy umiejętności gry w brydża. Gdyby Alexander przedstawił jej swój rozkład, zapytałaby, czy to rozkład wygrany, bo czy były jakieś sensy poza sukcesem i porażką? Subtelności energii i ukryte podteksty — zbędne zawracanie głowy. Wyniki, proszę przedłożyć wyniki. Preferowalnie w formie zwięzłego raportu.
Powiedz zatem, Alexandrze, czy te karty ci wystarczą, aby odeprzeć Śmierć?
Philomena wyjęłaby Śmierć z jego talii i kazała mu liczyć. Przemawiały do niej twarde cyfry i te układy liter, które można było odszukać w słowniku, nie kolorowe zagadkowe ryciny. A oto czwórka ojcowskiego Cesarza, tę czwórkę odziedziczył po jej synu. Ósemka Denarów? Spojrzałaby na tego zapracowanego chłopca z karty surowym okiem — ósemki widać Alexander dorobił się sam. Zatem cztery części od ojca, osiem części własnych — dwanaście. Śmierć galopująca na siwym koniku przez ród Mulciber niosła trzynaście.
Trzecia karta — mały wstrętny kuglarz z jedynką — tak go wystroiła jego przeklęta matka z fetyszem śmierci. Trzynaście-trzynaście. Remis z Kostuchą o tę jedną część, drobny ułamek. Tak Selina nauczyła go okpiwać wszystkich włącznie z losem.
Mulciberowie przegrywali jeden po drugim, aż ostał się przy stole tylko ten cygański chytrus, który wciąż kantował Śmierć. Nie było wątpliwości, że to romską wiedźmę należało obwinić za wpojenie mu diabelskiego wachlarza sztuczek. Oto arkana jej schedy, dziedzictwo matki — oszustwo, krętactwo, birbanctwo, różnorakie wybiegi trzeciego oka. Teraz Philomena musiała przed samą sobą przełknąć dumę i przyznać, że nie było to wyłącznie źródło rozpasania i zepsucia, skoro ten raz zdało się na coś. Gdy po Spalonej Nocy trafił bowiem na jej biurko list od Alexandra, poczuła — obok złości za jego lekkomyślne decyzje — ulgę.
Alexander wciąż utrzymywał się na powierzchni, pogrywał sobie z losem, pogrywał ze Śmiercią.
Nie będzie jednakże pogrywał z nią.
Starucha odchrząknęła, aby oczyścić niemal nieużywane tego dnia gardło, co niemalże się jej nie zdarzało.
— Radzę zachować uwagi w tym tonie na stosowniejsze okliczości, Alexandrze. Nie jestem twoją koleżanką. — Mimo stopniowo ustępującej chrypki, słowa od samego początku były ostre. Mulciberowa chwyciła odzywkę o perfumach, zgniotła ją bezlitośnie i nie próbowała nawet podejmować podsuniętej jej gry w subtelności zaowalowanych przytyków.
Philomena była mistrzynią tych kąśliwych dwuznaczności poprzebieranych w niewinne uwagi. Posługiwała się jadem owiniętym w kurtuazję z płynnością godną języka ojczystego. To była zabawka, salonowe gierki, którym oddawać się można było na zewnątrz przy publice — jej własny dom nie był jednak teatrem. Nie było wielu osób, przed którymi w pełni porzucała występowanie, niemal zawsze była w jakimś stopniu pozą i figurą. Po Donaldzie Alexander odziedziczył wraz z sygnetem jej zupełną szczerość. Niezależnie od tego, ile wyrazów niezadowolenia musiał przyjąć i jak surowe było oko taksujące go od stóp do głów zza cienkich szkieł babcinych okularów — Philomena nie siliła się przy nim na wystawianie fałszów. Była bezpośrednia i prawdziwa. Nie znaczyło to jednakże, że nie zamierzała go manipulować. Oszczędzała mu po prawdzie propagandowej paszy do wykarmienia pospólstwa, lecz tylko dlatego, że przeznaczyła mu dalece bardziej wyrafinowane danie. Zamierzała utuczyć go z własnego talerza tą samą trucizną, którą uzasadniała własne ruchy i decyzje. dzieliła się z nim w pełni swoim delulu, jak mógłby powiedzieć wieszcz XXI wieku
Oceniała go, gdy zbliżał się do biurka. Szukała śladów terroryzmu — sama nie wiedziała, czy bardziej tych świadczących o tym, że stała mu się krzywda, czy tych mogących obciążać go za krzywdy wyrządzone przez niego. Nie był nigdy tak uporządkowany i schematyczny jak Donald. Śmierciożercy mogli nosić się w pozaklinanych anonimowych kostiumach, lecz te kostiumy wciąż niosły Alexandra Mulcibera, a ów z łatwością mógł zgubić coś w marszu przez pożogę — przedmiot, słowo, wzór. Funkcjonariusze Ministerstwa nie należeli do umysłów szybujących wysoko, ale i ślepa kura trafia od czasu do czasu na ziarno.
— Gdzie był w ostatnich godzinach Alexander Mulciber? — padło oschłe, zwięzłe pytanie. Była niemal pewna, że dysponował na tyle przytomnym umysłem, aby spreparować uprzednio historyjkę, lecz nie miała doń na tyle zaufania, aby ślepo uwierzyć, że była to historyjka staranna.
Babka poprawiła okulary, nagradzając Alexandra na koniec niedyskretnej wizualnej inspekcji przyzwalającym skinieniem głową. Przy całej jego nieprzewidywalności, nie mogła zarzucić mu nigdy tego, że Alexander nie był schludny. Wprost przeciwnie: był tak schludny, że nie znając faktów, nie dojrzałaby w nim brudnej cygańskiej krwi. Potrafił być tak czysty i tak czarować uśmiechem na przystojnej twarzy Anglika odziedziczonej po Duncanie, że prawie możliwym stawało się zapomnieć o tym, że jego matkę płodziła dwójka plugawych cyganów w starym wozie nasiąkniętym smrodem zapuszczonej kobyły i duszącego kadzidła. Alexander mógł szorować skórę dłoni do krwi, lecz nosił w sobie generacyjną, nieusuwalną skazę. Philomena nie lubiła, gdy się śmiał, bo zawsze pod tym śmiechem brzęczał nieznośnie kicz pozłacanej cygańskiej biżuterii. Tylko czekała pierwszych zmarszczek na jego twarzy, w których niechybnie osiądzie nawarstwiony kurz całych wieków żmudnych tułaczek po nieprzychylnych jego plemieniu ziemiach i syf, który znosiły do cygańskich obozów żebrzące po miastach dzieci.
Donald nie śmierdział aż tak Seliną Ayres.
Gdy Alexander stroił przed babką na przemian twarze umęczonego psa i wszechwidzącego proroka o nigdy niezamykającym się oku, starucha znosiła jego chłopięce humorki z cierpliwą obojętnością. Dopóki mężczyzna nie skończył mówić.
Philomena Mulciber utworzyła wcześniej agendę tego spotkania, więc miała skonkretyzowane punkty, w jakich będą je realizować. Zaplanowała płynne przejścia między tematami uwzględniające to, jakich odpowiedzi oczekiwała po swoim krnąbrnym ladaco. Ustaliła hierarchię ważności omawianych kwestii. Alexander tymczasem przyszedł i już w pierwszych słowach wyrwał agendę z jej szponów, potrząsnął nią jak grymaśne, niecierpliwe dziecko, po czym przewrócił wszystko do góry nogami, zaczynając od tego, co ona zostawiła na koniec.
Powieka Philomeny niebezpiecznie drgnęła, a dłonie złożone do tej pory swobodnie na biurku zniknęły pod blatem.
— Jeśli wróżby są tak rozmowne, być może nie ma potrzeby, abyś rozmawiał i ze mną. Po cóż, powiedz mi, Alexandrze, mamy marnować czas nas obojga, skoro ty we własnym zakresie tak doskonale wywiedziałeś się, co mam ci do przekazania. — W ustach innej osoby być może było to wyzwanie, lecz nie w poruszających się gniewnie wargach Philomeny Mulciber. Nie było w tym nic prócz kpiny i nagany mającej przywołać go do porządku. Wracaj tam, gdzie wyznaczyłam ci miejsce, dziecko, i nie próbuj tego ponownie.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#4
21.09.2025, 21:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2026, 19:37 przez Alexander Mulciber.)  
Na jasnowidzenie (percepcja), czy objawiono mu agendę Philomeny.
Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana

Philomena widziała, jak czujne, przenikliwe oczy wnuka przesuwają się po jej twarzy, jak lustrują wnętrze jej gabinetu. Wiedział, że jego ściany były wyciszone. Wszystkie okna były zamknięte, do drzwi nikt nie odważyłby się zapukać... Alexander trwał w podobnym bezruchu, tylko jego oczy wciąż patrzyły, chociaż nie mogły dojrzeć tego, na czym najbardziej zależało jasnowidzowi. "Po cóż, powiedz mi, Alexandrze, mamy marnować czas nas obojga, skoro ty we własnym zakresie tak doskonale wywiedziałeś się, co mam ci do przekazania?" Westchnął ciężko, odbijając się od osłony, jaką roztoczyła wokół swego umysłu Philomena.

Niechże więc będzie po jej myśli. Widać ukorzyć się należało przed absolutem władzy Cesarza, który wypadł z jego talii jako pierwszy.

"Gdzie był w ostatnich godzinach Alexander Mulciber?"

– Myślałem nad tym – odpowiedział cicho. – Próbowałem dobierać słowa, choć nigdy nie byłem w tym dobry. Wolę półprawdy od kłamstw, bo przynajmniej gładko spływają z języka... "Alexander Mulciber całą noc spędził u boku żony". Żony, która wie, że mężowi należy być posłuszną. Wie, że należałoby więc potwierdzić jego wersję wydarzeń. – Wszystko to wypowiedział wypranym z emocji tonem, w którym brakowało choćby sugestii bliskości w stosunku do Loretty. Nie wątpił, że babkę doszły już plotki o jego ożenku, dotąd jednak nie dbał o to, żeby je potwierdzić. – Zwłaszcza, że sama jest Śmierciożerczynią, podobnie jak jej brat bliźniak. Gdyby ktoś zakwestionował jej zeznania, zakwestionowałby honor Loretty, a kto walczył o jej honor, jeżeli nie Louvain? Może jeszcze wciągnąłby w to Rodolphusa, którzy też jest Śmierciożercą. Lestrange dbają o swoich. Nie pozwoliliby się pogrążyć... Nie, gdy wiem o nich tak dużo. A przydałoby się, żeby ktoś z nazwiskiem innym niż Mulciber potwierdził moje alibi, czyż nie? – Kalkulacja Alexandra była absolutnie beznamiętną, gdy rozważał na głos za i przeciw. Analizował w swoje położenie w sposób niemal kliniczny, wyliczając imiona i nazwiska precyzyjnie, jak gdyby nie chciał, żeby jakiekolwiek umknęło uwadze Philomeny. – Ale znów, żeby pokładać ufność w tej kobiecie... Trzeba byłoby być chyba niespełnym rozumu. Zwłaszcza, że nie mamy żadnego legalnie wiążącego aktu legitymizującego to małżeństwo. Przyjemność z pogrążenia z sobą jej rodziny jest więc kuszącą, ale nie na tyle, żeby niepotrzebnie ryzykować. Nie rozważam więc tej odpowiedzi na poważnie, chociaż może być wartą odnotowania. Zatem może... "Alexander Mulciber spędził noc w swoim gabinecie w Mulciber Manor". Brzmi realistycznie, biorąc pod uwagę, że rzeczywiście spędziłem tam większą część dnia po zejściu z nocnego dyżuru. A jednak takie zeznanie może prowokować niewygodne pytania. Mogłem się przecież stamtąd teleportować. – Alexander wzruszył lekko ramionami. – Poza moją matką nikt nie ma tam wstępu, nawet służba. Nie lubię, kiedy mi się przeszkadza w pracy. Nie mam więc żadnego świadka. Chyba że... – Oczy skupione miał teraz na twarzy Philomeny, ażeby móc uważnie obserwować jej reakcję. – Chyba że powiedziałbym, że do gabinetu zajrzał ktoś, kto również spędził noc w posiadłości. Ktoś, z kim można porozmawiać, chociaż nie zna się na wróżbach, tylko na prawie. A że pochylałem się akurat nad reportami sprzedaży z ostatniego spotkania zarządu, pomyślałem... – Alexander urwał nagle, odcinając babkę od strumienia swych myśli. Nie dokończył zdania, ale odsłonił karty.
Nie przeprosił, ale podporządkował się babce, pokazując, w jaki sposób gra. W jaki sposób myśli. A może raczej... W jaki sposób podporządkowuje myśleniu wszystko to, co mogłoby zostać nazwane uczuciem. Choć żeby dojść do tego ostatniego wniosku, Alexander musiałby pozwolić sobie na dokładniejszą introspekcję. A to zdecydowanie nie leżało w zakresie jego możliwości. Na pewno nie zdobyłby się na to teraz, gdy był tak zmęczony, że nie był nawet w stanie przeniknąć intencji babki. Philomena była wytrawnym graczem. O potencjalnym alibi Alexander mówił więc w kategoriach hipotez, a nie jak o gotowych wersjach wydarzeń. Mówił o nich tak, jak o prawdopodobieństwie rozdań w pokerze, gdy należało starannie rozważyć strategię, bo nie dostało się zbyt silnej ręki. Nie chciał przekonywać babki do jednej narracji, lecz zademonstrować, że ma ich do dyspozycji cały wachlarz. Odsłonił karty. A jednak nawet w takiej chwili śmiał być aroganckim, choć trudno powiedzieć, na ile świadomie. Czy naprawdę myślał, że z kasynem dało się wygrać?

Cóż, najpierw musiałby grać przeciwko babce, a nigdy nie było to jego celem. Nie dostała od niego improwizacji, ani nerwowego tłumaczenia się, nie dostała blefów ani wybiegów, chociaż frustrowało go, tak szalenie frustrowało go, że nie jest w stanie przeniknąć jej intencji. Być może przed tym właśnie próbował przestrzec go Mag. W swym odwróconym aspekcie obnażał bowiem niepewność Alexandra. Obnażał jego wieczny strach, że nie jest twórcą, lecz manipulatorem. Bo przecież odwrócony Mag nie stwarzał, lecz przestawiał jedynie stworzone już elementy, tak, żeby pasowały do jego narracji. Philomena dostała więc od Alexandra tak prawdę, jak i jego narrację prawdy. Starannie przeprowadzony proces rozumowania, który ujawniał nie tylko jego intelektualną dyscyplinę, ale też głęboko zakorzeniony lęk przed chaosem. Chaosem uczuć, nieprzewidywalnością ludzi oraz kapryśnością magii... Jak gdyby sam Alexander nie bywał tego chaosu inkarnacją. Znów zapadła między nimi cisza. Gdy wreszcie przemówił, jego gardło było zaciśnięte.

– Po prostu nie chcę, żeby przesłuchiwali mamę, jeżeli to wszystko się posypie.

Chłodna, kliniczna niemal analiza sytuacji, jaką przeprowadził, boleśnie kontrastowała z kruchością stwierdzenia, jakie padło właśnie z jego ust. To właśnie była prawda. Prawda wyrażona w sposób absolutnie niestrategiczny, nieużyteczny... A przez to kompletnie obnażający, dokładnie tak, jak życzyła sobie Philomena. Cała ta misterna architektura alibi, nazwisk, lojalności i rodzinnych zależności, była w istocie próbą ochrony tego jednego punktu w życiu Alexandra, którego nie potrafił, ani też nie chciał poddać analizie. Selina Mulciber nie była dla niego kolejną figurą w układzie sił, lecz swoistym centrum emocjonalnej grawitacji, wokół którego orbitowały wszystkie jego decyzje. Dla innych byłaby niewiarygodnym świadkiem. Szaloną kobietą, która posługiwała się zrozumiałym wyłącznie dla niej językiem symboli i wróżb, dawno już rezygnując z przynależności do świata materialnego. Alexander nie chciał, żeby zeznawała nie dlatego, że bał się konsekwencji. Nie chciał, żeby zeznawała, ponieważ... Ponieważ była jego matką. A w tym dziwnym stanie, w jaki wpadł po wizycie w Kromlechu – w stanie między odrętwieniem a desperacją, który przypominał mu nieco świadomy sen – to właśnie matkę poszedł prosić o odpowiedzi, o których wiedział, że nigdy nie nadejdą. "Powiedziałabyś mi wcześniej, gdybyś zobaczyła coś w płomieniach?", pisał do matki Alexander, nie potrafiąc powstrzymać drżenia dłoni. "Powiedziałabyś mi, prawda, mamo? Nieważne, jak bardzo byłoby to złe?", pytał jak dziecko, chociaż jako dziecko nigdy nie poważyłby się jej o coś takiego zapytać. Jego matka wróżyła z płomieni, ale on za tym nie przepadał. Zbyt zwodniczą była ich natura, zbyt niestabilna, podobnie jak i wróżby, które można było z nich wyczytać. Włożył kiedyś dłoń w palenisko, próbując schwycić wizję, którą objawiły mu płomienie. Oparzył się. A jednak próbował dalej, nigdy nie prosząc matki o pomoc w odczytaniu wróżb. Nie prosząc nawet o maść na poparzone palce. Nie skarżąc się, jak zwykły skarżyć się dzieci. Alexander zawsze był dziwnym dzieckiem, z oczami, które widziały więcej, wiedziały więcej. Zawsze wiedział, że zostanie jasnowidzem. Bycie jasnowidzem równało się w końcu byciu synem Seliny Mulciber. Ale gdy po Spalonej Nocy, po spotkaniu ze straszliwym Mistrzem przyszedł, aby ucałować z szacunkiem jej dłonie, przez chwilę nie był jasnowidzem. Był po prostu jej synem.
"Powiedziałabyś mi wcześniej, gdybyś zobaczyła coś w płomieniach?", pytał więc, nie jako jasnowidz, strzegący praw czasu, ale jako syn, egzekwujący prawo synowskiej miłości. Kto mógł wiedzieć lepiej niż matka. Jeżeli Selina znałaby przyszłość, czy powiedziałaby mu wcześniej, jak się skończy jego życie? Czy powiedziałaby mu, aby mógł podjąć inny wybór? Czy jego wybór coś by zmienił? Czy zdołałby temu wszystkiemu zapobiec? Czy inaczej przeżyłby swoje życie?

Być może matka nie odpowiedziała mu na te pytania właśnie dlatego, że była jego matką.

Nie żywił wobec niej urazy. Przecież wiedział lepiej, że nie powinien pytać. Było już za późno, żeby cokolwiek zmienić. Włożył dłoń w płomienie, ale tym razem to nie jego sparzył ogień. To on kierował żywiołem. On palił, on wróżył... On wpuścił do swojej głowy Voldemorta. On był winien wszystkiemu, co się wydarzyło, i nie był już nawet w stanie czuć żalu, bo żal wymagałby uznania, że mógł postąpić inaczej. A jeżeli Alexander w coś wierzył, to w to, że nie mógł postąpić inaczej.

Zwrócił wzrok z powrotem na Philomenę, nie wiedząc, czego się spodziewać. Czuł się tak zmęczonym, że nie miał nawet żadnych oczekiwań wobec przebiegu tej rozmowy. Być może w ten sposób zdoła odwrócić swojego Maga... A może utwierdzi tylko w swym panowaniu Cesarza.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#5
25.04.2026, 16:38  ✶  
Fortuna stanęła tego dnia po stronie Philomeny. Być może i sam los był zbyt zmęczony całą nocą szafowania ekstremalnymi wyrokami, aby stawiać się mecenas Mulciber. Panią Mulciber — poza pojedynczym nieprzyjemnym incydentem — cały ambaras Spalonej Nocy ominął. Odświeżona spokojnym nocnym spoczynkiem siedziała w swojej kancelarii niekontent, lecz tak samo władcza i opanowana jak zawsze. Fortuna i jej sługa Alexander mieli zaś za sobą trudne godziny — nie było dla nich innego wyjścia niźli ulegać życzeniom seniorki.
Alexander począł mówić, a Philomena w głowie wynotowywała z jego elaboratu kolejne nazwiska śmierciożercze. Nazwiska młodych Lestrange’ów, o których opinii nie miała bynajmniej przychylnych. Widząc tych troje zaproponowanych jako gwarant bezpieczeństwa jej wnuka, nabrała przekonania, że pytanie przez nią postawione było w najwyższej mierze potrzebne. Przyjęcie tej wersji alibi zakładałoby, że Mulciberowie uwierzą w zdolność tych dzieci — Loretty, Louvaina, Rodolphusa — do racjonalnego postępowania, a przecież bez trudu mogła Philomena wywnioskować, jaką była Loretta, skoro na tyle sobie pozwalała ze strony młodego Mulcibera.
Wyprowadził ją szczęśliwie Alexander z błędu co do jego ufności w Lestrange’ów, i dobrze uczynił, bowiem babka gotowa była uwierzyć, że rzeczywiście jest on tak ślepym. Nierzadka była to przypadłość wśród ludzi nazbyt inteligentnych i wykalkulowanych, aby zapominać, iż po drugiej stronie stoi nader często pospolity idiota, w którego kompetencje wierzyć w sprawach najprostszych choćby na naiwność by zakrawało.
— Słusznie skreślasz Lestrange’ów — wygłosiła łaskawie swoją opinię Philomena, nabierając przekonania, że cały ów wywód inny miał cel niż prezentacja realnie rozważanej przez wnuka opcji. Doceniła ten ukryty zamiar. — Jeśli nie pozostawiłeś po sobie niczego wysoko obciążającego, w przypadku podejrzenia moje świadectwo powinno być wystarczającym. Niech tak zatem będzie. Znane mi są wymienione przez ciebie dokumenty, wkrótce więc otrzymasz ode mnie aide-mémoire o przedmiocie naszego sporu czy dyskusji prowadzonej tamtej nocy.
Starucha była w tym równie kliniczna i precyzyjna, co i jasnowidz. Operowali ustrukturyzowanym językiem faktu i prawdopodobieństwa; bez zadowolenia przyjęła więc to skomlenie niemal, które wyszło z ust czarodzieja po skończonej analizie. Delikatność, jaką Alexander okazał w kwestii matki, uwierała jędzę. Czyż wielkim byłoby problemem, aby zadali tej obłąkanej kobiecie kilka pytań? Nikt by jej w Ministerstwie nie poprowadził na tortury.
Czyniło to więc problem wyłącznie Alexandrowi, lecz tego dnia babka nie zamierzała zbywać jego słabości trzeźwym napomnieniem. Pochwyciła tę wrażliwość w między szpony i obejrzała ją sobie, po czym oddała mu:
— Ona jest twoją wyłączną, zaznaczam to: wyłączną, odpowiedzialnością, Alexandrze. Jeśli nie będzie przeciwko tobie wystarczająco obciążających dowodów, nikt nie będzie jej niepokoił. Jeśli jednak padnie na ciebie podejrzenie na tyle mocne, aby otwarto postępowanie, wówczas nic, co mogłabym napisać bądź ja, bądź Lorien, nie uchroni Seliny przed składaniem zeznań w obecności specjalistów z Lecznicy Dusz i pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa. Doradzam tym samym rozsądek, jako widzisz, że nie tylko twoim będzie to kłopotem, jeśli powinie ci się noga. Nie mówię tylko o twojej matce.
Nie mówiła też prawdy. Gdyby Philomenie Mulciber zależało na tym, aby Selina Mulciber nigdy nie pojawiła się na przesłuchaniach, znalazłaby sposób. Zasypałaby Departament pismami, odwołaniami, wnioskami i inną biurokracją, przez którą przebrnięcie zajęłoby milenia. Wysyłałaby w nieskończoność usprawiedliwienia niestawiennictwa umotywowane nagłym pogorszeniem stanu zdrowia. Philomenie Mulciber zależało jednakże wyłącznie na tym, jak synową może wykorzystać, aby trzymać Alexandra w szeregu.
Alexandra, który więcej poczuwał się do bycia synem Seliny, niż ta kobieta poczuwała się do bycia jego matką, nad czym stara stale ubolewała. Matka winna podporządkowywać swoje życie synom, nie zaś w drugą stronę. Stara Mulciberowa nigdy nie uważała przeklętej cygańskiej wiedźmy za matkę dobrą. Cóż otrzymali od niej jej chłopcy? Romskie zabobony z pogranicza magicznej herezji i garść złych wróżb. Philomena mogła nie być matką z matek najczulszych, lecz żyła przekonaniem, że swój obowiązek wobec synów spełniła co do joty: interesowała się ich przyszłością, dbała o edukację i karierę, zabezpieczenie rodowego interesu, dobre wychowanie. W świecie bowiem wiele nie znaczyły same wieszczby odbite w ogniu ni zwierciadełku, toteż gdyby nie obecność ojca i babki, chłopcy Seliny wyrośliby na dwoje dzikusów. Nie było co do tego wątpliwości.
Czasem Philomena spoglądała na Selinę i zastanawiała się, czy ta kobieta waży w ogóle na życia synów. Czy gdyby zabrał jej brzdąców wiatr, czy zapłakałaby po nich, czy by dziękowała cygańskim boreaszom i zefirom. Zdawało się starusze, że zna odpowiedź.
Selina Ayres nie zasługiwała na tę alexandrową obsesję, na ów sentyment synowski motywowany jedną chyba tylko racjonalną wdzięcznością: tą, że dała mu życie, co nie było wartością samo w sobie, jako zmarnowałaby je, gdyby pozwolić jej chłopcem samodzielnie rozporządzać.
Imię synowej było stało się więc orężem w arsenale Mulciberowej. Babka siedziała przed Alexandrem nieprzenikniona w swoim skupieniu, a tryby jej umysłu pracowały za tą fasadą gładkim rytmem. Jej rytmem, jej agendą. Spotkanie miało otworzyć się napomnieniem i tak też się stanie.
— Tego rodzaju aktywności — charakter aktywności rozumiał się sam przez się — nie powinny sięgać głów rodu. Nie wykluczam, że partycypowanie w podobnym ruchu może nieść korzyści, wpływy czy informacje. Nie powinno się siły tej skali w zupełności lekceważyć, lecz ryzyko udziału w rebelii nie może spoczywać na odpowiedzialnym za dom. — Powinno spoczywać na kimś takim, jak Alexander sprzed wypadku Donalda. Na zniszczonym, łajdaczącym się chłopaczku, którego można spisać na straty. Alexander Mulciber, głowa rodu, nie był odpowiednim kandydatem do uczynienia go swoim człowiekiem w szeregach Śmierciożerców. — Domyślam się jednakże, że nie jest to droga, z której możesz zawrócić. — Nie potrzebowała wiedzieć o mrocznym znaku, żeby mieć pojęcie, jak Voldemort może postrzegać dezercję. — Życzyłabym sobie wiedzieć, jak długo to trwa i czy jest niebezpieczeństwo, że pozostawiłeś po sobie jakieś podejrzenie. Nie uprzedniej nocy tylko, a przez ogół czasu, jaki spędziłeś na usługach tego człowieka. Wiedz również, że nie pochwalam tego, że zaciągnąłeś się w szeregi jego armii, nie zważając na nikogo. Ani na swoją biedną matkę, ani na reputację swojego ojca. Czy myślałeś, co ojciec rzekłby, widząc cię wśród tych ludzi?


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie stale były niegdyś przyobleczone w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Teraz widnieje na nich tylko rodowy sygnet Mulciberów, który Alexander odziedziczył po ojcu. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
03.10.2026, 11:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.10.2026, 11:43 przez Alexander Mulciber.)  
Lekkie napięcie barków. Zaciśnięta mocniej szczęka. Spojrzenie, które stało się jak gdyby cięższym, gdy tylko zaczęła mówić o matce.
Reakcja była w gruncie rzeczy subtelną, choć może lepiej byłoby powiedzieć płaską, podobnie jak i cały afekt Alexandra. Nie musiał w sobie niczego tłumić, bo każda emocja przechodziła wprzódy przez filtr racjonalizmu, a przynajmniej czegoś, co nazywał racjonalizmem. Nie uniósł się więc gniewem, gdy babka zaczęła mówić o matce. Nie zacisnął pięści ani nie przygryzł języka w parodii represji, którą uważał w większości przypadków za żałosną performatywność męskości, podobnie jak porywczość. Gdy zastygł nieruchomo w miejscu przypominał zwierzę. Lubił upraszczać swoją emocjonalność w ten właśnie sposób, choć robił to nie do końca świadomy tego mechanizmu. Myśli jego były skomplikowanymi, myśli były bowiem produktem wielu godzin medytacji, produktem intelektu; emocje lubił jednak przyrównywać do zwierzęcych odruchów, bo tak właśnie je postrzegał. Uczucia były jednym z atawizmów, których człowiek nie zdołał odrzucić w procesie ewolucji.
Alexander lubił je upraszczać, bo wtedy wydawały mu się szczerymi. Miłość i nienawiść były konceptami zbyt trudnymi do pojęcia. Alexander potrzebował czegoś prostszego, czegoś, co potrafił sklasyfikować na wzór ciepła i zimna, będących doznaniami natury fizycznej. Z pomocą przychodziła mu fizjologia. Był więc strach i brak strachu, czyli spokój. Z zewnątrz mogły wyglądać bardzo podobnie: nieruchomym było zwierzę pogrążone w głębokim śnie, jak i te, które dostrzegło niespodziewane zagrożenie. Nieruchomym było te, które szykuje się do walki, jak i te, które planuje ucieczkę.
W przeciwieństwie do gwałtownego szaleństwa Ayersów, szaleństwo Mulciberów było właśnie takim: subtelnym, niewidocznym na pierwszy rzut oka. Nie składało się z irracjonalnych wybuchów, lecz z czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego, bo cichego, niespodziewanego wręcz. To, że Alexander usilnie uwypuklał swoje podobieństwo do Seliny, czyniło go paradoksalnie znacznie mniej groźnym od Donalda, który matczyne dziedzictwo odrzucał. Alexander zachowywał się czasem jak szaleniec, ale nie było to straszliwe, dziwnie wykalkulowane szaleństwo Donalda, który był od brata dalece bardziej okrutnym.
Być może nie powinien nazywać tego szaleństwem, siedząc w gabinecie babki nie znajdował jednak na to lepszego słowa.
Zarówno Alexander jak i Philomena emocjami pogardzali, choć okazywali swoją pogardę na różne sposoby. Philomena doskonale kontrolowała swoje reakcje, Alexander o to nie dbał. Nigdy nie były przesadnymi, nie musiał więc myśleć o tym, jak zaważą na jego wizerunku. Oczywiście, że nie zamierzał Philomeny straszyć, nie to było jego celem: nie tylko byłoby to głupim, ale i zwyczajnie niedorzecznym. To, że wprawne oko babki dojrzeć mogło zmianę w zredukowanym aparacie ekspresji Alexandra wynikało z tego, że go znało. Wynikało to też z tego, że słowa, jakich użyła, były trafnymi, bo i trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić: w samo serce obaw mężczyzny. Niewiele rzeczy było w stanie spowodować, że drgnąłby mu chociaż mięsień w twarzy. A jednak przywołanie przy nim imion rodziców z pozycji autorytetu wydawało się wybudzić go z tej idealnej obojętności, która spowijała jasnowidza niby druga skóra.
Wszystko to było w gruncie rzeczy bardzo prostym.
Bo Alex po prostu kochał swoich rodziców.

"Czy myślałeś, co ojciec rzekłby, widząc cię wśród tych ludzi?"

— Oczywiście, że myślałem.

Odpowiedź padła niemal natychmiast. Nie było w niej gniewnego obruszenia, a jednak szybkość, z jaką Alexander odpowiedział na pytanie babki nie nosiła w sobie też znamion tej charakterystycznej maniery jasnowidza, który przywykł do przewidywania intencji rozmówcy.
Nie: odpowiedź była aż tak oczywistą, że to pytanie musiało być niedorzecznym.
Bo jak mógłby o tym nie myśleć. O czym innym myślał od czasu jego śmierci, jeżeli nie o tym. Wszystkie myśli Alexandra wciąż uparcie wracały do osoby ojca. Kiedyś wszystko to, co było w nim najgorsze, przypisywał płynącej przez jego żyły krwi Duncana Mulcibera. Nie dlatego, że go nie kochał, ale dlatego, że jak nikt inny wiedział, jaki jest. Teraz… Teraz nie był tego wszystkiego taki pewien. A jednak chciał babkę zranić.
Nie było i w tejże chęci zbyt wiele racjonalności: był atawizm, który kazał ranić w odpowiedzi na zranienie.
"Matka jest twoją wyłączną, zaznaczam to: wyłączną, odpowiedzialnością, Alexandrze."
Jak jego matka mogła być zredukowaną wyłącznie do łona, które go powiło, tego nie umiał pojąć. Bo jego matka nie była przecież zwykłą kobietą. Była jego matką. Była wdową po jego ojcu. Była prorokinią, kobietą czystej krwi, potomkinią Ayersów. Babka mogłaby to wszystko powiedzieć o kochance, którą miał na boku, i nie usłyszałaby od niego choćby słowa protestu, ale nie powinna mówić tak o jego matce. Zredukowała Selinę do funkcji, odmawiając jednocześnie wszystkich należnych jej funkcji przywilejów. A jednak… Alexander nie miał żadnych podstaw, żeby babce nie wierzyć. Bo dlaczego nie miałaby chcieć ochronić Seliny? Jej dobrostan był sprawą rangi rodu. Jej cześć winna być niemożliwą do zakwestionowania w świecie arystokracji, gdzie bezpieczeństwo pozycji kobiety było gwarantem ciągłości linii, gwarantem ciągłości rodu… Nawet jeżeli wszyscy wokół dawali Alexandrowi inny przykład. Bo nikt w rodzinie zanadto nie protestował, gdy Donald próbował matkę osadzić w lecznicy. Nikt poza nim nie zareagował, gdy Lorien odsunięto od mężowskiego dziedzictwa. To on miał być tym, który sprzeciwia się tradycjom, w jakich został wychowany, ale czasem miał wrażenie, jak gdyby on jeden stawał w obronie degradacji tych tradycji. Nie tylko w swojej własnej rodzinie: nikt z rodu Lestrange nie obronił przecież Loretty przed jego destrukcyjnym wpływem.
Oczywiście, że wykorzystywał. Oczywiście, że manipulował. Oczywiście, że ranił.
Ale na koniec dnia to on stawał w obronie matki, w obronie Lorien. Na koniec dnia poślubił nawet tę kurewkę, którą zbałamucił, bo tak właśnie postępowało się z czystej krwi panienkami. Na koniec dnia szukał mądrości u babki, bo była od niego starsza wiekiem i doświadczeniem, wierząc, że działa według tych samych reguł, z których wynika jej władza. Bo Alexander w reguły arystokratycznego świata wierzył bardziej, niż w ludzi, którzy je ustalali. W przeciwieństwie do ludzi, reguły były przewidywalnymi, były logicznymi. Zawsze był w tym przenikliwym. Zawsze czytał instrukcje zanim je łamał, jak gdyby czerpał przyjemność z wychwytywania braków, jakie zawierały. Jego transgresje były analitycznymi, w swojej przenikliwości nie zdołał jednak nigdy zrozumieć tego, co doskonale rozumiała babka: Alexander mógł bronić matki według reguł architektury systemu, modelu świata, w którym żyli, według zasad jego logiki. Dla Philomeny jednak logika leżała nie w systemie reguł, lecz w naginaniu tych reguł dla własnych potrzeb. Być może dlatego właśnie Alexander tak bardzo się w tym wszystkim gubił. Całe życie spędził na zgłębianiu reguł, według których działał świat, aby odkryć że ludzie, których kocha, reguł nie przestrzegają. Mógł znać ich intencje, rozbierać na czynniki pierwsze motywacje, ale nie mógł zrozumieć, że reguła nie ma własnej moralności. Moralność ma jedynie człowiek, który ją stosuje.

— Myślę też, że to zabawne, że stawiasz ojca na moralnym piedestale — rzucił nagle. — Wiesz, co zrobił ojciec? Mój ojciec, a twój syn. Twój wspaniały, złoty chłopiec, uosobienie wszelkich cnót. Wiesz, co zrobił mojej matce? — Alexander odchylił się w krześle, jak gdyby bliskość babki go w tej chwili obrzydzała. Przez chwilę po prostu ważył jej reakcję, zastanawiając się nad właściwą artykulacją swojego oskarżenia.
Patrząc na nieprzeniknioną twarz babki zrozumiał jednak, że nieważne, jakich słów by nie użył: dla Philomeny Mulciber czyn jego ojca byłby nagannym wtedy tylko, gdyby dał się na nim przyłapać.
Realizacja była tak samo potworną jak i spodziewaną. Alexander poczuł przypływ mdłości, tak samo jak wtedy, gdy zrozumiał, że ojciec dolewa amortencji do wina matki. Tak wiele rzeczy nabrało wówczas sensu.
Tak wiele swój sens straciło.
— Zgwałcił ją — wyznał obojętnie. — Przez lata zatruwał jej umysł amortencją. Mówił, że to leki. Wierzył w to. A wszyscy wierzyli jemu, bo ojciec zawsze potrafił nakłonić ludzi do tego, żeby mu wierzyli. Przekonałby nawet diabła na rozdrożu, tak o nim mówią… — Zatrzymał się na chwilę. — Mówili. — Pedantyczna poprawka, będąca niczym więcej jak kolejną ruminacją po nieprzeżytej żałobie. Mówić o Duncanie w czasie przeszłym wciąż przychodziło z trudem. — Tylko jej nie potrafił do siebie przekonać. Wiele jest sposobów na to, żeby upodlić kobietę, ale małżeństwo bywa najprostszym. — Przecież sam bardzo dobrze o tym wiedział. — Kobietę o silniejszej kondycji psychicznej od mojej matki opuściłyby po tym wszystkim zdrowe zmysły.

Alexande poruszył w zamyśleniu palcami, zanim przemówił dalej, nie dając sobie przerwać, jak gdyby czekał zbyt długo, żeby móc komuś o tym powiedzieć. Bo nie powiedział przecież nikomu. Nigdy. Nikt nie mógł zagrozić pamięci Duncana Mulcibera. Tylko Philomena mogła wiedzieć o jego grzechach.

Alexander wiedział, że zabierze je z sobą do grobu.

— A jednak wciąż kocham ojca. Co innego może zrobić syn. Chciałbym go nienawidzić, ale nie potrafię. Donald zawsze był tym pierwszym, więc prawem pierworodnego wyczekiwał jego śmierci, żeby przejąć ojcowską schedę. Synowie zawsze chcą przerosnąć swego ojca. Nie mogąc jednak zatrzeć pamięci o nim — bo z niej wynika przecież ich nadanie  — zadbać muszą o to, aby ich osiągnięcia były wspanialsze, imiona sławniejsze. Mówi się wtedy o takim, "szanuje spuściznę swego ojca", ale to jest nieprawda. Wszystko to robi się po to tylko, aby tę spuściznę obalić. Bo każdy pierworodny pragnie przewyższyć swego ojca. Nie ja. Ja urodziłem się drugi. Ja go po prostu kochałem. — Alexander zamrugał gwałtownie, jak gdyby sam zdziwiony był słowami, które wyszły z jego ust. Zamrugał chyba po raz pierwszy, odkąd wszedł do gabinetu babki. — A on kochał mnie. Z jego miłości nigdy nic dobrego nie wynikło. A jednak… — Alexander wypuścił głośno powietrze, urwawszy nagle. Miłość była, mógłby powiedzieć. Miłość jest. Miłość będzie. Bez względu na to, co ojciec zrobił, a czego nie zrobił. A jednak nie wypowiedział tych myśli na głos.
Nie umiał ich wyartykułować nawet w przestrzeni swojego umysłu.
Zamiast tego, w zamyśleniu obrócił na palcu ojcowski sygnet — nawyk, który wyrobił sobie na przestrzeni ostatnich miesięcy, a z którym przestał już walczyć. Podniósł oczy z powrotem na babkę. Trudno było cokolwiek wyczytać z jego twarzy, jak gdyby sam nie wiedział, co właściwie powienien czuć, mówiąc jej to wszystko, czego oczekiwać. — Obaj z Donaldem zawsze byliśmy od niego niżsi — dodał po chwili.

W jego głosie słychać było niemalże czułość.

— Zatem wiedz, że nie naraziłbym reputacji ojca. Ani ja, ani Don.
Wszelka czułość zniknęła, gdy powrócił nagle do sedna sprawy.
— Obaj uznaliśmy, że… "Partycypowanie w podobnym ruchu może nieść korzyści". — Odbyli podobną rozmowę, wyzbytą jednak delikatności oraz elegancji, z jaką Philomena konstruowała swoje argumenty. Powiedzenie Donaldowi było łatwiejszym. Donald zbyt skrupulatny był bowiem w śledzeniu jego życia. Mógłby powiedzieć ojcu, że znowu bierze. Mógłby…
Nie chciał myśleć o tym, co Donald mógłby zrobić. Jego brat był mistrzem skrywania prawdziwych intencji za maską kłamstwa, nie sama nieszczerość deprymowała jednak Alexandra, lecz treść tych intencji.
Były przerażające.
O tym jednak nie zamierzał mówić babce.
— Donald wiedział.
Oto było jego okrucieństwo wobec Philomeny.
— Wiedział od początku niemal. Od 22 grudnia 1970 roku.
Skazę na imieniu ojca pokryć można było zapomnieniem, wybaczyć winę zmarłemu, który nie miał już jak zadośćuczynić. Tajemnicę swoją zabrał do grobu, jak należało czynić z tajemnicami tej natury. Duncana można było usprawiedliwić, Duncana można też było pogrzebać. Ale Donalda? Jak można było usprawiedliwić Donalda? Donalda, który leżał i gnił już za życia, nie żyw, ale i nie umarły?
— Wiem, że ci nie powiedział.
Alexander wiedział, że babkę wyznanie zaboli. Zastanawiał się jednak, czy ukryje urazę, czy zacznie wyklinać głupotę wnuka, w którym upatrywała dotychczas zbawienia dla rodu Mulciber… Czy może zacznie się bać, jak wiele Donald był w stanie ukryć. Jak daleko posunąć w swych manipulacjach.
Bo to, że Donald gotów był wykorzystać Alexandra, stawało się ważnym dopiero wtedy, gdy zaczynało się rozumieć, że Donald… Był w stanie wykorzystać absolutnie każdego. Nie myślał przy tym jednak o interesie rodu. Ród znaczył cokolwiek w oczach Donalda dlatego tylko, że mógł go wykorzystać do własnych interesów.
Z bratem byli z sobą blisko. Tak blisko jak ostrze noża przystawione może być do gardła na chwilę przed dokonaniem cięcia. Może dlatego w obecności Donalda zawsze był taki milczący. Wyobrażał sobie, że wystarczyłoby drgnięcie grdyki, aby popłynęła krew.  Wiecznie bawisz się w brudzie, a ja muszę po tobie sprzątać, powiedział mu Donald, goląc się przed poranną rozprawą. Alexander bez słowa patrzył jak brzytwa przesuwa się po gardle brata. Czym innym będzie sprzątanie po tym żałosnym czarnoksiężniku?, prychnął Donald, odwracając się do lustra. Bo i po nim ktoś będzie musiał kiedyś zrobić przecież porządek.
I tym kimś miał być Donald. Z jakiego innego powodu pozwoliłby na to wszystko? Z jakiego innego powodu pomagałby bratu jak najostrożniej postępować na drodze nieprawości?
Och, Donald mógł na tym wszystkim tylko zyskać.
Rację przyznawała mu więc Philomena, myśląc, że ryzyko udziału w rebelii powinno spocząć na zniszczonym, łajdaczącym się chłopaczku, którego można spisać na straty. Tak właśnie myślał bowiem Donald, gdy Alexander przyszedł do niego, rozwalając się z ubłoconymi butami na jego ulubionym krześle.
To brudna robota, Alex, wiesz o tym. Ale niektórzy są po prostu stworzeni do takich rzeczy. Stworzeni, żeby być brudni.
Zaśmiał się nagle.
Wiesz, skojarzyło mi się to z tym, co ostatnio powiedziałeś o ambicji.
Alex nie wiedział, co takiego powiedział o ambicji. Nie wiedział nawet, kiedy owo „ostatnio” miało miejsce. W przypadku Donalda mogła to być najdrobniejsza uwaga wypowiedziana w rozmowie, która mogła równie dobrze wydarzyć się wczoraj, jak i dziesięć lat temu. Bo Donald pamiętał wszystko. Daty. Nazwiska. Liczby. Donald pamiętał o Alexandrze więcej niż on sam pamiętał o sobie.
"Ambicja jest aberracją na soczewce trzeciego oka. Ambicja jest brudną szybą w oknie percepcji…" Ładny to sposób na powiedzenie, że jesteś jej kompletnie pozbawionym.
Gdyby Donald mówił to do kogoś innego, użyłby uprzejmego, prawniczego tonu, być może uśmiechnąłby się lekko, protekcjonalnie, jak robił często, gdy kogoś obrażał. Kostium prawnika wdziewał dla pozoru, bo to skóra człowieka była prawdziwym przebraniem. Z Alexandrem nie musiał tego robić. Nie musiał nakładać maski człowieczeństwa, bo intencja była jasną: wszystko zostało więc wypowiedziane tonem wyprutym z jakichkolwiek uczuć.
Byli z sobą blisko w sposób, który obu napawał niczym więcej jak odrazą. Alexander skrzywił się, gdy poczuł dłoń brata na swoim ramieniu.
Czasem mnie zaskakujesz, Alex, rzucił Donald jak gdybym mimochodem. Gładko ogolone szczęki rozwarły się, odsłaniając zęby w sztucznym uśmiechu. A czasem wprost nie mogę się doczekać, aż zdechniesz w jakiejś brudnej dziurze gdzieś daleko, gdzie nie będzie to wreszcie moim problemem.
Ślad z błota skapującego z butów Alexa zniknął z dywanu jednym machnięcie braterskiej różdżki. Ręka brata nie pozostawiła śladu na jego ramieniu, a jednak to dopiero przez jej dotyk Alexander uczuł się brudnym.

— Powiem więc ja, poczynając od dzisiaj.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (4869), Philomena Mulciber (2415)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa