—07/08/1972—
Pola na obrzeżach Little Hangleton
Erik Longbottom & Geraldine Yaxley
— Pierwszy raz widzę coś takiego — przyznał z nietęgą miną, drapiąc się raz po raz po politycy. Zerknął na Geraldine, a potem na rozciągające się w dolinie poniżej pola, nie bardzo wiedząc, jak skomentować ten widok. — Zupełnie jakby ktoś zrzucił z powietrza jakiś tuzin zaklęć wybuchających. I to tych bardziej zaawansowanych, które stosuje się przy wyburzaniu budynków.
Według doniesień mieszkańców jeszcze parę dni temu wszystko było w porządku. Nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy. Wszystkie było posiane zgodnie z planem, nie zauważono żadnych odstępstw od normy. Gleba przyjęła nasiona, zaklęcia wspomagające wzrost również nie napotkały większych oporów ze strony natury. Magiczne i niemagiczne roślinki rosły sobie spokojnie i czekały na okres zbiorów.
A potem w jedną noc cała praca okolicznych gospodarzy poszła na marne. Ziemia była rozorana, na polach widniało sporo głębokich na kilka metrów dziur. Resztki roślin były albo ponadgryzane, albo zmieszane z glebą, nie pozostawiając najmniejszego śladu po ich naturalnym kolorze czy zapachu. W powietrzu unosił się ciężki smród, który drażnił nos i gardło. Zupełnie nie pasował do tej dolinki.
— Myślałem też o sklątkach tylnowybuchowych albo nie wiem jakimś... Wielkim krecie — kontynuował z sarkazmem, wkurzony własną niewiedzą. — Miałaś kiedyś z czymś takim do czynienia?
Dla Longbottoma pola wyglądały jak jedno wielkie pobojowisko, przez które przetoczyło się stado czegoś... ogromnego i głodnego. Mimowolnie dopuszczał też do siebie możliwość, że mogło dojść do jakiegoś incydentu związanego z magicznym artefaktem. Nie dziwił się, że ludzie postanowili zgłosić się do Ministerstwa Magii. Po Beltane, po tym, co się działo w Kniei, pewnie nie chcieli ryzykować. A w tych czasach nie wiadomo, co się dzieje pośród wzgórz, które nie są przez nikogo monitorowane.
— Ehh... Może to jednak sprawa dla Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof? Albo któregoś z biur w Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami? — zaczął gdybać na głos, chociaż na dobrą sprawę niewiele mógł na to poradzić. Sprawa została mu już przydzielona, a gdyby zawnioskował o jej przekwalifikowanie, to zapewne po transferze do innego departamentu wylądowałaby na samym dole listy priorytetów. — Próbowałem rozmawiać z mieszkańcami, zanim się z tobą skontaktowałem. Nic nie słyszeli, nic nie widzieli. Z tego co wiedzą, do tego „ataku” doszło w późnych godzinach nocnych.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
Co widzi Ger?