• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[grudzień 1963] Jak z piasku niemożliwy bicz

[grudzień 1963] Jak z piasku niemożliwy bicz
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
Wczoraj, 01:53  ✶  
Koldovstoretz

[Obrazek: b1406ebf6adea72cb1413decc172a0ef.jpg][Obrazek: 4daa3a904bec111adace612fcbe2c311.jpg][Obrazek: 16eafaa0aab6d86420acbcca70bdd94f.jpg]



Jednego dnia nie miał powodów, by sądzić, że cokolwiek w jego rutynie wymknie się spod kontroli. Udręczanie Tonksa stanowiło zaledwie drobną rozrywkę, jedną z wielu, na jakie pozwalał sobie każdego dnia na korytarzach Hogwartu. Chłopak popełnił niewybaczalny błąd, nie uciekając wzrokiem przed Louvainem podczas kolacji w Wielkiej Sali. W rezultacie mugolacka szata Tonksa została rozerwana, książki podarte, a różdżka połamana. Zwyczajny wieczór, zwyczajna lekcja hierarchii. Przynajmniej tak mu się wówczas wydawało. Drugiego dnia odbył ciężką pogadankę z opiekunem domu, a po niej z ojcem. Louvain spodziewał się wyjca, może szlabanu. Zamiast tego otrzymał kopertę, a w niej bilet bagażowy do Rosji. Bez długich wyjaśnień, bez rodzinnej narady, bez możliwości przedstawienia własnej wersji wydarzeń. Ojciec oznajmił jedynie, że skończyła mu się cierpliwość. Najwyraźniej była to jedna z tych rzeczy, która nie polegała żadnym dyskusjom. Trzeciego dnia znalazł się za wschodnią granicą swojego świata. W obcym kraju, wśród obcych ludzi, których twarze nie zdradzały najmniejszego zainteresowania jego pochodzeniem ani nazwiskiem. Oprowadzano go po nieznanych korytarzach, tłumaczono zasady, których nie zamierzał przestrzegać, i zwracano się do niego w języku, którego nie rozumiał na tyle, by móc skutecznie obrazić rozmówcę. Wszystko działo się z taką beznamiętną sprawnością, że nawet dla niego żałosnym było odstawianie scenki urażonego panicza. Nikt nie pytał, czy rozumie. Nikt nie czekał, aż zrozumie. Nie miał nawet kiedy zaprotestować, a kiedy już znajdował sposobność, napotykał wyłącznie twarze ludzi absolutnie niczym niewzruszonych. Dopiero widok przydzielonego mu łóżka i skromnego kawałka przestrzeni na własne rzeczy uświadomił mu, że to było coś więcej niż kara. Lekcja pokory, której tak okropnie nienawidził. Szybko dali mu do zrozumienia, że nie jest gościem, któremu należy się odrobina uprzejmości, lecz uczniem zesłanym na przymusowy pobyt, skazanym na adaptacje do surowych zasad i warunków. Pierwszej nocy młodzi chłopcy nie przepuścili okazji, by sprawdzić, jak wiele wart jest nowy przybysz z zapadu. Louvain odpowiedział najlepiej jak potrafił, ale nie wystarczyło. Wystarczyło za to jedno starcie, by przekonał się, że tutejsi uczniowie nie mają szczególnego respektu dla jego pochodzenia, a czarna magia nie stanowi dla nich granicy, której nie odważyliby się przekroczyć. Kiedy wreszcie zabrakło mu sił, pozostawili mu pod skórą tuszowy symbol, wyryty jakimś osobliwym przyrządem. Pamiątkę po pierwszym spotkaniu z nowym światem. W angielskich murach Hogwartu Louvain był królem życia. Nie dlatego, że zawsze miał rację, lecz dlatego, że przywykł do tego, iż inni musieli liczyć się z jego zdaniem. Umiał rozpoznawać cudze słabości, wykorzystywać je i obracać przeciwko właścicielom, a w tej toksycznej olimpiadzie próżności, nazwisk i wzajemnego upokarzania radził sobie znakomicie. Teraz jednak wszystko, co dotąd dawało mu przewagę, stało się przekleństwem. Rzeczywistość wygięła się niczym paragraf, zaciskając się wokół niego z bezduszną precyzją. Wystarczył jeden rozkaz ojca, by z uprzywilejowanego chłopaka uczynić więźnia własnego nazwiska, zesłanego na północną niedolę niczym polityczny skazaniec na Sybir. Teraz, ledwie tydzień po przyjeździe, z coraz większą niechęcią przyjmował myśl, że może spędzić tutaj całe święta, z dala od wszystkiego, co znał, i ludzi, którzy przynajmniej rozumieli, kim był. Przerażała go perspektywa kolejnej nocy, kolejnego poranka, kolejnych obcych twarzy. Przerażało go również to, że nie miał pojęcia, jak długo potrwa ta kara. Ojciec nie raczył mu tego wyjaśnić, a Louvain, choć niechętnie, zaczynał rozumieć, że tym razem nie wystarczy sprytnie ominąć zakaz ani przeczekać gniewu dorosłych.

O Koldovstoretz wiedział wcześniej tyle, co nic. Właściwie jedną rzecz, ich osobliwa odmiana quidditcha. O ile można było w ogóle nazwać to quidditchem. Dosiadanie wielkich kłód, wciąż obrośniętych gałęziami i korzeniami, wydawało mu się pomysłem absurdalnym, groteskowym wręcz. Trudno było o lepszy dowód na to, że rosyjska pomysłowość nie zawsze szła w parze z dobrym smakiem. A jednak właśnie w tej osobliwości Louvain dostrzegł szansę. Potrzebował sukcesu. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu wyrwać się z pasma upokorzeń, zanim te zdążą na dobre rozgościć się w jego głowie. Nie zamierzał przyznać się przed sobą, jak blisko było mu do emocjonalnego załamania, ale coraz trudniej przychodziło mu ignorowanie faktu, że w Koldovstoretz niemal wszystko układało się przeciwko niemu. Wystarczyłoby jedno zwycięstwo, by odzyskać choć część utraconej pewności siebie. Jeden moment, w którym mógłby spojrzeć na tych wszystkich barbarzyńców i przypomnieć im, że Lestrange nie przyjechał tu po to, by robić za worek treningowy. Louvain nie zamierzał jednak narzekać. Brutalność nie była mu obca, a brudne zagrywki od dawna stanowiły jeden z jego ulubionych sposobów osiągania celu. Nie interesowało go, czy zwycięstwo zostanie uznane za eleganckie. Elegancja była luksusem dla tych, którzy mogli sobie pozwolić na przegraną. Kiedy wreszcie nadarzyła się sposobność, nie zawahał się ani przez moment. Wykorzystał zamieszanie, zagrał nieczysto, jeśli trzeba było, i rzucił się za zniczem w ryzykowny pościg. Złapał go. Przyniósł drużynie zwycięstwo, zanim ktokolwiek zdążył odebrać mu tę szansę. Przez krótką chwilę nie czuł niczego poza ulgą. Po raz pierwszy od przyjazdu do Rosji coś poszło po jego myśli. Miał w ręku dowód, że wciąż potrafi wygrywać, nawet będąc w samym centrum tej paskudnej barbarii. Przynajmniej na razie nie musiał już obawiać się, że do końca turnusu zostanie dla tych barbarzyńców wyłącznie frajerem do bicia. 

Wygrany mecz okazał się nie być jedynym pozytywnym powiewem wiatru zmian. Koldovstoretz nadal pozostawało miejscem, któe było przykładem wyższości zachodniej cywilizacji nad wschodnim barbarzyństwem. Na narzekanie miał zresztą materiału pod dostatkiem. Jedzenie było paskudne, bo podstawę stanowiła skrobia ze skrobią, a jedynym urozmaiceniem smakowym pozostawał tłuszcz. O elegancji tutejszych ubrań lepiej było nie wspominać, podobnie jak o języku, który w jego uszach brzmiał tak, jakby wszyscy mieszkańcy kraju jednocześnie przechodzili rozległy udar. Najbardziej osobliwy pozostawał jednak tutejszy mariaż prostackości z szykiem i wyuzdaniem. Przez większość dnia otaczała go banda dzikusów, dla których rozwiązanie konfliktu za pomocą czarnej magii było zbyt naturalne, by wieczorem ci sami ludzie zasiadali nad szachownicami z minami uczonych. I, co gorsza, traktowali tę grę z wręcz skandaliczną powagą. Sam Louvain nie zdecydowałby się na uczestnictwo w podobnych zajęciach z własnej woli. Okoliczności potrafiły jednak zmusić człowieka do przewartościowania nawet najbardziej ugruntowanych przekonań. Profesor prowadzący zajęcia okazał się arcymistrzem szachowym, człowiekiem, któremu zdarzało się wyjeżdżać za granicę i który, co ważniejsze, potrafił wykrztusić z siebie kilka zdań po angielsku. Jeszcze większe znaczenie miał fakt, że pod opieką profesora znajdowała się również pewna uczennica, która także potrafiła porozumiewać się w języku, w którym nie każde zdanie brzmiało jak objaw udaru. Perspektywa rozmowy z kimś w podobnym wieku, bez konieczności odgadywania znaczenia co drugiego słowa z kontekstu lub mimiki rozmówcy była bardzo kusząca. Był już zwyczajnie zdesperowany. Potrzebował kontaktu z kimś, kto nie traktowałby go jak egzotycznego intruza. Jeśli ceną za kilka chwil względnie normalnej rozmowy miało być nauczenie się zasad gry, którą dotąd uważał za wyjątkowo nudną, gotów był ponieść tę ofiarę. Zresztą nie zamierzał pozostawać w czymś gorszy, niż było to konieczne. Skoro już miał poświęcić czas na szachy, równie dobrze mógł nauczyć się ich na tyle, by nie przynosić sobie wstydu. Gdyby go zapytać, to wciąż, robił to z przyczyn znacznie bardziej przyziemnych: chciał wreszcie z kimś porozmawiać. A jeśli przy okazji udałoby mu się odkryć, że i w tej części świata istnieją ludzie, których towarzystwo nie przyprawia o ból głowy, być może Rosja przestałaby przypominać mu wyłącznie wyrok z odroczonym terminem wykonania.

Wieczorową porą sala szachowa nabierała właściwego charakteru. Za dnia pełna była, szorstkich poleceń profesora i rosyjskiej mowy, której Louvain wciąż nie potrafił słuchać bez podejrzenia, że połowa obecnych właśnie życzy mu śmierci. Teraz, kiedy za oknami zalegał mrok, a na stole dopalały się świece, miejsce wydawało się niemal przytulne. Przed sobą miał szachownicę, po drugiej stronie siedziała jego nowa znajoma, a profesor, który dotąd stanowił ich jedyny łącznik wreszcie opuścił salę, zostawiając ich samych. Louvain przez chwilę nie robił niczego szczególnie interesującego. Przesuwał palcem po krawędzi stołu, obracał w dłoni zdobytą figurę, od czasu do czasu przenosząc wzrok na planszę, jakby rzeczywiście rozważał kolejny ruch. W istocie znacznie bardziej zajmowała go dziewczyna siedząca naprzeciwko. Znad płomieni świec przyglądał się rysom jej twarzy, próbując rozstrzygnąć istotną kwestię. Czy z rosyjskimi dziewczętami można było flirtować tak samo jak z angielskimi? Czy jego uśmiech miał tutaj choć zbliżone znaczenie, czy może na wschodzie należało dodać jakiś inny grymas, albo chociaż deklarację lojalności wobec cara? A spojrzenie? Czy spojrzenie czarodzieja mogło być równie głębokie, kiedy każdy tutaj nosił na twarzy mróz Wostoku. Nie miał zamiaru pytać o to profesora. Pozostawał jednak problem pierwszego kroku. Wiedział przynajmniej, że dziewczyna lubiła muzykę. Profesor wspomniał o tym, zanim jeszcze ich sobie przedstawił, zachwalając jej zamiłowanie do niej z takim zapałem, jakby chciał z góry uprzedzić, że w tej jednej dziedzinie uczennica przewyższała większość jego podopiecznych. Nie przywiązał wówczas do tej informacji większej wagi. Teraz jednak, gdy z kąta sali dobiegał dźwięk gramofonu, uznał ją za całkiem użyteczną. Ciepłe brzmienie szansonu rozlewało się między nimi miękko, tworząc osobliwy kontrast z chłodem bijącym od grubych szyb. Louvain mógłby nawet uznać ten utwór za przyjemny, gdyby tylko rozumiał, o czym tak zawzięcie cierpi podmiot liryczny. Głos śpiewaka niósł w sobie coś z żalu, jakby ktoś właśnie utracił miłość swojego życia, albo ostatni przydział na wódkę. Przez moment rozważał, czy zapytać o płytę. Mógł od razu skomentować muzykę, ale istniało niebezpieczeństwo, że jego szczerość zostanie uznana za obrazę dobrego gustu. Nie znał jeszcze rosyjskich granic dobrego smaku, a ostatnie dni nauczyły go, że nie warto sprawdzać wszystkich naraz.

- Czy na tym lodowym bezdrożu istnieje choć jedna rzecz, za którą warto umierać? Zapytał z miną zainteresowanego odpowiedzią, niemal uprzejmie, jakby zwracał się do znawczyni sztuki, prosząc o opinię na temat szczególnie udanego aktu. Jedynie lekko uniesiony kącik ust zdradzał, że pytanie nie było całkiem niewinne. Mógł przecież użyć ostrzejszych określeń. Przychodziły mu do głowy całkiem barwne epitety, którymi z przyjemnością opisałby ten bestialski kraj, jego toporną gościnność i mieszkańców sprawiających wrażenie, jakby urodzili się z lodowcem zamiast serca. Powstrzymał się jednak. Nie z grzeczności, rzecz jasna. Po prostu nie chciał marnować całego arsenału obelg na pierwszą rozmowę. Zresztą, być może wcale nie chodziło mu o Rosję. Może chciał jedynie usłyszeć, jak pod jej językiem, z jej rodzimym akcentem, układają się słów, których znaczenie nie potrzebowało tłumacza. Wolność. Miłość. Duma.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Louvain Lestrange (1650)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa