• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[31/10/1972] serca zmartwione, wiara gorejąca || sebastian & geraldine, benjy

[31/10/1972] serca zmartwione, wiara gorejąca || sebastian & geraldine, benjy
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
11.10.2026, 20:27  ✶  

W powietrzu dało się wyczuć, że coś jest na rzeczy. Niby nikt otwarcie nie mówił o swoich zamiarach, jednak ludzie oglądali się za siebie, spoglądali na innych, obserwowali okolicę. Dało się zauważyć, że nastrój odbiegał od typowego sabatowego. Greengrass-Yaxley nie spodziewała się szczerze mówiąc niczego innego, nie po tym co przeczytała w liście od Sebastiana. Zastanawiało ją, czy umówili się na jakiś sygnał, czy wyznaczyli godzinę, jak właściwie mieli rozpocząć swój bunt. Zapewne niedługo się tego dowiedzą. Godzina jednak była jeszcze wczesna, mieli czas na obserwację, sprawdzenie jak wyglądała sytuacja, właśnie to robili.

Geraldine w przeciwieństwie do Benjy'ego zwracała uwagę na jakość ubrań, które nosiła. Większość z jej garderoby była zresztą wykonana z materiałów, które same dostarczała do rzemieślników. Miała świadomość, że porządna skóra może czasem uratować jej dupę. Nie, żeby zbyt często kupowała, czy zamawiała nowe rzeczy, raczej czekała na to, aż po prostu te poprzednie ulegną zniszczeniu, co przy tym jak wyglądało jej życie nie było wcale szczególnie czasochłonne. Zresztą nie ma się co oszukiwać, Geraldine była obrzydliwie bogata. Mogła sobie pozwolić na wiele, chociaż osobiście wolała jednak kupować broń od ubrań.

- Tak, są naprawdę fajne. - Potwierdziła jeszcze to, co powiedział Benjy. Jej również podobały się te koszulki, nawet jeśli ktoś zrobił je w ostatniej chwili bo miał taki kaprys. Były naprawdę urzekające, chwytliwe, wydawało jej się, że mogą trafić do sporej ilości konsumentów.

Później znaleźli się na zapleczu, gdzie rozmowa stała się już nieco bardziej konkretna, w sumie to i dobrze, przecież dlatego przyszli do Sebastiana, żeby dowiedzieć się jeszcze więcej na temat tego, co przekazał im w korespondencji, wydawał się bowiem posiadać odpowiednią wiedzą. Geraldine zmrużyła oczy, kiedy Fenwick powiedział, że ma rację, to nie zdarzało się zbyt często, na pewno zapamięta na długo te słowa, jakoś tak odruchowo się nawet nieco wyprostowała, kiedy to padło z jego ust. Naprawdę miło było to słyszeć.

- Jak mogłaby zmniejszyć liczbę potencjalnie niebezpiecznych czynników? Podejrzewam, że zostaną w tym lesie już na zawsze, niezbyt żywi, to raczej niekoniecznie maluje się jako zmniejszenie niebezpiecznych czynników. - Wręcz przeciwnie, zdaniem Geraldine coś nie do końca grało w ich rozumowaniu, albo nie do końca jeszcze rozumiała to, o czym mówił Sebastian.

Kapłan zaczął mówić, więc ona słuchała. Układała to sobie w swojej głowie. - Więc Ministerstwo stwierdziło, że to kowen podburza ludzi i zachęca ich do buntu, jak mniemam nic o tym nie wiesz? - Zapytała jeszcze wprost, bo w końcu to byli jego ludzie. Kto wie, co oni sobie myśleli, mieli przecież całkiem wyjątkowe poglądy na to, czego mogła sobie życzyć Bogini, kto wie do czego doszli podczas tych swoich modlitw.

- Ale co sobie wymyślili, samo to, że ludzie mają ruszyć do Kniei, czy że bunt jest spowodowany przez kowen? - To też warto było sprostować.

Sebastian mówił dalej, nie przerywała mu, bo najwyraźniej uzyskał informacje, które nie były dostępne w przestrzeni publicznej. Roise wspomniał jej o tym, że widma zjadły jedno z ich drzew, a teraz wyszła sprawa kolejnego, magicznego drzewa, właściwości o których mówił Sebastian mogły być bardzo niebezpieczne, bo faktycznie ludzie mogli pragnąć fragmentu takiego drzewa tylko dla siebie. Westchnęła ciężko. - To może być to, co trzyma je w lesie. - Dosyć szybko wyciągnęła taki wniosek, ale ojciec wspomniał w liście o tym, że w lesie musi być coś, czego pragną te istoty. - Nie można pozwolić na to, żeby Ministerstwo je tak sobie wycięło. - Mogło to być również jedno z drzew Greengrassów, jeśli było magiczne, a w tych drzewach przecież zostawały części wspomnień ludzi. Kto wie, co się stanie, kiedy ktoś po prostu postanowi się go pozbyć. Sytuacja zaczynała się jej klarować, no powiedzmy, bo nadal nie miała pojęcia, co chcą zrobić ludzie, który wejdą do Kniei.

- Na pewno będzie katastrofalna, nie wiemy, czego chcą ludzie, nie sądzę, aby wiedzieli o tym, co powoduje to drzewo, może to i lepiej, bo jego właściwości mogą zacząć przyciągać tu jeszcze więcej zainteresowanych, co do badaczy, też wypadałoby ich nieco przystopować, przecież jeśli zabiorą fragmenty, to one ruszą za nimi, oczywiście, jeśli faktycznie widmom chodzi o drzewo. - Nie miała pojęcia, co się stanie jeśli drzewo zniknie, czy widma wtedy też rozproszą się w poszukiwaniu innej energii? Strasznie dużo w tym wszystkim niewiadomych i bardzo, ale to bardzo jej się to nie podobało.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
12.10.2026, 18:26  ✶  
Przez większą część opowieści słuchałem w milczeniu, opierając przedramię o jeden z kartonów i od czasu do czasu przesuwając wzrokiem po twarzach rozmówców, ponieważ z każdą kolejną informacją coraz trudniej było mi zdecydować, czy bardziej niepokoiła mnie sama historia drzewa, czy może fakt, że najwyraźniej kilka różnych grup uznało je za doskonałą okazję do zrealizowania własnych ambicji. Miałem za sobą wystarczająco dużo pracy przy przeklętych artefaktach oraz wszelkiego rodzaju anomaliach, żeby wiedzieć, że rzeczy o potencjalnie szczególnie niefortunnych - powiedzmy - właściwościach rzadko stawały się mniej niebezpieczne tylko dlatego, że ktoś postanowił nadać im naukową nazwę, opatrzyć dokumentacją i zaprosić do współpracy grupę specjalistów z odpowiednio imponującymi tytułami, toteż przy wzmiance o porąbaniu drzewa na kawałki uniosłem brwi, po czym powoli wypuściłem powietrze przez nos, próbując powstrzymać komentarz, który niekoniecznie pomógłby nam w dalszej rozmowie, ale za to sprawiłby mi sporą przyjemność.
„Nie wiem, czy powinienem być pod wrażeniem ich pewności siebie, czy raczej zaproponować im wspólną wycieczkę do Lecznicy Dusz, gdzie mogliby spokojnie przedyskutować swoje ambicje pod opieką wykwalifikowanego personelu”.
Zawsze fascynowało mnie, jak niewielka odległość dzieliła nabywanie fachowej wiedzy i doświadczenia od kompletnego braku instynktu samozachowawczego i kompletnego narastającego szaleństwa, szczególnie że w tej historii nikt najwyraźniej nie dysponował pełną wiedzą, za to wszyscy mieli już pomysły na to, co należało zrobić z przedmiotem własnej niewiedzy. Mogłem zrozumieć pragnienie znalezienia odpowiedzi, bo sam spędzałem wystarczająco dużo czasu na analizowaniu pozostałości po zaklęciach, których autorzy powinni byli zostać pozbawieni różdżek jeszcze przed rozpoczęciem pracy, ale właśnie dlatego wiedziałem, że niektóre rzeczy wymagały przede wszystkim ostrożności - w mojej pracy najgorsze konsekwencje zwykle przynosiło przekonanie, że skoro udało się rozpoznać jeden element mechanizmu, można było już bezpiecznie ingerować w pozostałe - widziałem w życiu dostatecznie wiele magicznych osobliwości, żeby wiedzieć, że najgorsze pomysły często rodziły się w głowach osób przekonanych o własnej kompetencji, niekoniecznie jednak posiadających ją w praktyce, szczególnie kiedy w grę wchodziły pieniądze, sława lub możliwość dopisania nazwiska do jakiegoś przełomowego odkrycia.
Umilkłem, pozwalając Sebastianowi dokończyć wyjaśnienia, chociaż z każdym kolejnym zdaniem coraz mniej podobała mi się perspektywa tego, co mogło wydarzyć się na Polanie Ognisk, szczególnie że propozycja pobłogosławienia drzewa podczas Samhain, spalenia go do korzeni i rozrzucenia prochów na wybrzeżu brzmiała jednocześnie nad wyraz sensownie w ramach wierzeń kowenu oraz całkowicie niepokojąco z punktu widzenia kogoś, kto zawodowo zajmował się rozpoznawaniem zagrożeń magicznych, ponieważ w moim odbiorze, właśnie ta noc stanowiła wyjątkowo niefortunny moment na przeprowadzanie eksperymentów, egzekwowanie religijnych roszczeń czy próby przywracania równowagi w miejscu, które najwyraźniej już dawno przestało podlegać zwyczajnym regułom natury.
Odwrócone drzewo, przejście do Limbo, Widma ciągnące do jakiegoś źródła energii, a do tego grono ludzi przekonanych o wadze obranego celu stanowiły zestaw okoliczności, przy których nawet moje zamiłowanie do nieostrożności musiało ustąpić miejsca zwyczajnej, zawodowej nieufności. Z każdym kolejnym szczegółem coraz wyraźniej układałem sobie w głowie obraz sytuacji, w której kilka różnych grup postanowiło jednocześnie wziąć udział w wyścigu o to, kto pierwszy doprowadzi do nieszczęścia. Zerknąłem na Geraldine, pozostawiając jej przestrzeń do zabrania głosu, zanim sam zdecydowałem się wtrącić.
- Czyli mamy dszewo, dąb, gatunek o szczególnym znaczeniu dla samej Kniei, któle pojawiło się w miejscu kultu po otwalsiu pszejścia do Limbo, wywołało anomalię pogodową albo pszynajmniej znalazło się w samym ślodku wydaszeń, wpływa na otaczającą je pszyrodę, pszyciąga byty kalmiąse się enelgią, kopiuje metalowe konstluksje, a do tego jest na tyle niestabilne, sze nawet ludzie badający je zawodowo nie potlafią zagwalantowaś, co się stanie, jeśli ktoś naluszy jego stluktulę. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przez moment zastanawiając się, czy nie pominąłem czegoś istotnego, po czym pokręciłem głową. - Najgolsze jest to, sze wszyscy najwylaśniej mają jusz gotowe plany w miejscu, w któlym stoi, ale nikt nie potlafi powiedzieś, co się stanie, kiedy te plany zdeszą się ze sobą w jednym miejscu, jednej nocy, bo nie wszyscy wiedzą, co tam zastaną… - Prychnąłem niedowierzająco, wskazując nieokreślonym ruchem dłoni gdzieś w stronę Polany Ognisk. Nie uśmiechałem się już, kiedy wypowiadałem te słowa, bo chociaż łatwo byłoby obracać całą sytuację w żart, nie miałem ochoty przekonywać się na własnej skórze, ile prawdy kryło się w ostrzeżeniach Sebastiana.
- Moses mnie za to uznaś za heletyka, moses tesz powiedzieś, sze nie losmiem waszej ideologii - nie byłby to pierwszy raz, gdy się z jakąś nie zgadzałem - ale ja bym się s tym paleniem nie spieszył. - Dodałem, tym razem bez śladu żartu, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę i krzyżując ręce na piersi. - Nie sądzę, szeby Pszenajświętsza, lub po plawdzie ktokolwiek, potszebowała od nas asz tak widowiskowego aktu wialy, szczególnie jeśli w lesultacie mielibyśmy nalobiś jeszcze większego bałaganu. Losumiem, dlaczego chcesz pozbyś się tego dszewa, i nie zamieszam podwaszaś tego, co mówiłeś o jego znaczeniu dla kowenu, ale jeśli coś jusz zabuszyło natulalny posządek w miejscu kultu, pszyciąga byty związane ze śmielsią, a do tego wykazuje właściwości, któlych nie potlafimy wyjaśnić, niekoniecznie chciałbym splawdzaś, czy da się to spaliś podczas najwaszniejszego sabatu poświęconego zmalłym. - Spojrzałem na niego uważnie, próbując ocenić, czy nie odebrał moich słów jako próby podważenia jego kompetencji, ponieważ nie taki miałem zamiar, choć nie należałem też do osób, które potrafiły przemilczeć istotne zastrzeżenia wyłącznie po to, żeby nie urazić czyjejś dumy, nawet religijnej. Znałem konsekwencje sytuacji, w których ktoś otwierał drzwi prowadzące w miejsca, gdzie nie powinien zaglądać bez przygotowania, więc nie potrzebowałem dodatkowego przekonywania, że połączenie takiego zdarzenia z tajemniczym drzewem mogło skończyć się znacznie gorzej niż kilkoma zniszczonymi straganami i nieprzyjemnym raportem dla Ministerstwa. Nie miałem zamiaru kwestionować znaczenia samego rytuału ani sugerować, że kowen powinien odwrócić się od miejsca, które uważał za święte, ale istniała zasadnicza różnica między oddaniem czci własnym bóstwom a ingerowaniem w anomalię magiczną, której działania nie potrafiliśmy przewidzieć - jedno mogło być aktem wiary, drugie zaś eksperymentem, jednak połączenie obu tych rzeczy w warunkach, w których wielomiesięczne pracę Departament Tajemnic nie potrafiły przedstawić jasnych wniosków, wydawało mi się przepisem na katastrofę - nie zdążyłem rozwinąć tej myśli, ponieważ w głowie pojawił mi się kolejny problem, znacznie bardziej przyziemny w swojej formie, chociaż wcale nie mniej niepokojący.
- Nie wiemy, jaka decyzja została podjęta, ale… Co się stanie, jeśli szeszywiście spalą to dszewo, a wiatl losniesie pył i popiół po całej okolicy? Lub, co golsza, zawieje nim w kielunku ludzi, któszy planują się tam wedsześ? - Zapytałem, zanim zdążyłem się powstrzymać. - Mówisz, sze ono jusz las zostało wylwane, więc skąd pewność, sze te właściwości znikną w chwili, kiedy dlewno zamieni się w węgiel? Co, jeśli pozostaną w popiele? Co, jeśli ogień nie zniszczy tego, co w nim najistotniejsze, tylko losploszy to na znacznie większym obszasze? Nie wiemy nawet, czy spalenie go nie uwolni czegoś, co dotąd pozostawało uwięzione w jego stluktusze… - Odetchnąłem głęboko i przetarłem dłonią kark, czując zalążki migreny na samą myśl o skali możliwych konsekwencji - no, to już nie były „święte słowa”, to z pewnością - nie byłem przeciwnikiem niszczenia czegoś, co mogło stanowić zagrożenie, z pewnością nie należałem do tych, którzy uważali, że każda osobliwość powodująca abominację powinna zostać zachowana dla potomnych, ponieważ kiedyś mogła przydać się jakiemuś ambitnemu badaczowi, który nagle odkryłby coś, czego nie widzieli przed nim inni, byłem jednak przeciwnikiem niszczenia nieznanych obiektów bez uprzedniego ustalenia, co dokładnie miało zostać zniszczone, w jaki sposób należało to zrobić oraz czy sam proces nie mógł doprowadzić do uwolnienia czegoś znacznie gorszego. W przypadku tego drzewa nie potrafiliśmy odpowiedzieć na żadne z tych pytań.
- Nie mówię, sze naleszy pozwoliś badaczom dalej lobiś s tym dszewem, co im się szywnie podoba, bo ich dotychczasowe pomysły nie napawają mnie zaufaniem. Nie mówię tesz, sze powinno tam staś wiecznie, szczególnie jeśli nalusza miejsce kultu i stanowi zagloszenie dla otoczenia, ale. Po plawdzie mówiąs… Nie wiem, co naleszy s nim zlobiś. Wiem natomiast, sze Samhain to mosze nie byś…[/b] Najlepszy moment, by lobiś s nim cokolwiek. - Miałem za to nieodparte wrażenie, że prędzej czy później ktoś będzie musiał tłumaczyć się z tego, dlaczego problem, który wcześniej miał swoje konkretne miejsce, nagle znalazł się wszędzie. Zerknąłem przelotnie na pudła stojące obok nas, bo absurdalnie zwyczajna sceneria stoiska zaczynała mi się wydawać coraz bardziej nie na miejscu w obliczu tego, co właśnie usłyszałem - wokół nas ludzie zajmowali się sprzedażą towarów, targowali się, rozmawiali i prawdopodobnie planowali resztę dnia, podczas gdy gdzieś niedaleko kocioł wyłącznie czekał na to, by wybuchnąć…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#13
12.10.2026, 20:50  ✶  
— Cóż, wydawało mi się, że pozbycie się drzewa z równania nieco by wyrównało szansę. A przynajmniej usunęłoby z niego najgorszy element zaskoczenia. — Wbił w Geraldine zmieszane spojrzenie. — Nawet nie byłoby tak ważne, kto by się go pozbył: badacze, zwykli ludzie, nawet wy, to znaczy my.

Pytanie o domysły funkcjonariuszy sił bezpieczeństwo nieco zbiło go z tropu.

— Kiedy o to pytali, to obie te możliwości wydawały mi się równie irracjonalne — doprecyzował, mając nadzieję, że o to chodziło Greengrass-Yaxley.

Po jakimś czasie zwrócił się ku Benjy'emu.

— Czy ja wiem, że szczególnym? — mruknął Sebastian, przypominając sobie niedawną rozmowę z Urd. — Nie znam się na drzewach, ale gatunkowo, to raczej zwykły dąb, tyle że wywrócony do góry nogami. Przypominam, że w całej Kniei hulała wielka wichura, która wywiewała całe grupy ludzi na drugi koniec lasu. — Westchnął cicho. — Dokładnie. Tym lepiej byłoby mieć jakikolwiek plan, kiedy już przyjdzie co do czego. Jeśli cywile przebiją się wystarczająco daleko, chaos tylko przybierze na sile.

Skrzywił się na samą myśl. Nienawidził tłumów i unikał ich, jeśli była ku temu możliwość, jednak sama myśl o tym, że nagle miałby znaleźć się w samym środku starcia kilku różnych grup użytkowników magii… Ugh, powoli zaczynał żałować, że jednak zdecydował się zobaczyć, co się dziś działo w Dolinie na własne oczy. Przecież mógł teraz w spokoju prowadzić stoisko wraz z kuzynką Ambrosią…

— Niezbadane są ścieżki Pani Księżyca, ale jeśli już ktokolwiek z nas troje może chociaż teoretyzować o tym, gdzie prowadzą, to tą osobą jestem ja — odparł z wyjątkową werwą Macmillan, mierząc Benjy'ego uważnym spojrzeniem. — Nie bluźnijcie więc albowiem zapewniam was, że siły boskie wciąż są po naszej stronie. Matka sprzyja tym, którzy wznoszą ku niej swoje serca. Każda bogini byłaby wzburzona kryzysem, przez jaki przechodzi nasza społeczność. Przenajświętsza nie pozwoli, aby w jej miejscu kultu ponownie zagnieździł się grzech i nieczysta siła. — Kapłan ewidentnie coraz bardziej się rozkręcał. — Ostatnim razem Śmierciożercy wzięli ją z zaskoczenia, bezczeszcząc Polanę Ognisk i otwierając bramę do Limbo. Teraz… Teraz może być inaczej. Mogłaby odzyskać swoją domenę. Wierzę, że kiedy drzewo padnie… Stanie po naszej stronie.

Słuchał dalej, szukając tylko okazji, aby uzupełnić swój poprzedni monolog.

— Ludzie, to znaczy wierni, są ofiarami tego kryzysu — odezwał się Sebastian, stając w obronie swoich owieczek. — Mało prawdopodobne, aby mieli jakieś większe pojęcie o tym, co właściwie dzieje się w centrum Kniei Godryka. Nawet wy ledwo liznęliście czubka tej góry lodowej, a wygląda na to, że informacje te nie wpadły wam w ręce przypadkiem.

Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów raczej nie przyznałby mu racji, ale trudno było winić zwykłych chwili za to, co miało się dokonać tej nocy w lasach Doliny Godryka. Ostatnie miesiące były dla nich jednym wielkim pasmem porażek. Ludzie ledwo pozbierali się po ataku na Beltane, zaraz usłyszeli o tym, że Isobell próbowała złożyć w ofierze jedną ze swoich uczennic. Minęło kilka tygodni, a Spalona Noc ponownie sprowadziła ich na kolana i w tym wypadku akurat nie po to, aby oddali cześć Przenajświętszej. Chcieli wziąć sprawy w swoje ręce i odzyskać jakąkolwiek kontrolę nad tym, co się działo wokół nich. Jeśli już to należało im współczuć, że sytuacja w kraju popchnęła ich ku takim działaniom.

— Jesteście w błędzie, jeśli wydaje wam się, że będziecie mieć jakikolwiek wpływ na to, co się tutaj będzie od jutra działo — parsknął Macmillan. Przez chwilę nawet wyglądał na rozbawionego ich planami, jednak zaraz spoważniał. — Nie będzie innego momentu, aby zareagować. Możemy przerzucać się teoriami do północy, ale nie zmienia to faktu, że na terenie Kniei Godryka i tak dojdzie dziś do incydentu z udziałem cywili. Różdżki pójdą w ruch i zostaną wycelowane w siły Ministerstwa Magii. A kiedy nasza Ministra zorientuje się, jak blisko dębu znaleźli się zwykli ludzie, dołoży wszelkich starań, aby już nigdy nikt spoza wewnętrznego kręgu Ministerstwa nawet nie spojrzał na to drzewo.

Konsekwencje tegorocznego Samhain owiane były mgłą tajemnicy, ale jedno było pewne: brytyjskie Ministerstwo Magii nie pozwoli sobie na utratę atutu, jakie stanowiło to drzewo. Kto wie, może po tym, jak odcięli całą Knieję Godryka, to tym razem pójdą o krok dalej i obejmą terenem kwarantanny całą Dolinę, żeby tylko móc poudawać jeszcze kilka miesięcy, że są w stanie ujarzmić tę bezbożną siłę?

— Jeśli mam być szczery, to mam wrażenie, że w ogóle nie powinniśmy brać Widm pod uwagę w tych dywagacjach — kontynuował po dłuższej chwili Sebastian. — Nie dlatego, że nie stanowią zagrożenia, a właśnie przez to, że z której strony na to nie spojrzeć, one zawsze będą niebezpieczne.

Wbił wzrok w Geraldine i Benjy'ego.

— Drzewo zostanie? Ministerstwo Magii odetnie cały teren. Uszczelni granice Kniei, a może i całej Doliny do tego stopnia, że o podejściu do Polany Ognisk będzie można co najwyżej pomarzyć. Spędzą tam jeszcze parę miesięcy, aż w końcu Widma same ich wypchną z tych terenów i wydrenują drzewo do ostatniej kropli energii, a potem kto wie? Może uciekną poza hrabstwo, szukając kolejnego źródła energii? — Chrząknął cicho. — Drzewo zostanie pocięte? W zależności od tego, jak zadziała podział jego energii, Widma udadzą się w ślad za jego fragmentami albo tak czy siak, rozpierzchną się poza granice Kniei, kiedy zrozumieją, że nie ma tu już tego, co je najbardziej interesowało. W dodatku masa nieodpowiedzialnych ludzi dostanie kawałek magicznego drzewa i będą mogli z nim robić, co tylko dusza zapragnie. — Uniósł wysoko głowę. — Dlatego uważam, że spalenie drzewa jest najodpowiedzialniejsze. Rrozumiem obawy Benjy'ego, tak osobiście uważam, że prochy drzewa nie będą miały takiej siły jak czyste drewno. Społeczność odzyska Polanę. Ministerstwo nie dostanie drzewa, a przy odrobinie łaski Przenajświętszej być może cały ten ”wyciek” z Zaświatów zostanie w końcu zasklepiony. — Wypuścił powoli powietrze przez usta. — Oczywiście, tak jak i przy innych scenariuszach, kwestia Widm pozostałaby otwarta, ale w pełni kataklizmu też od siebie nie odsuniemy.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
13.10.2026, 09:25  ✶  

Dla Geraldine to nie było takie proste. Można było zniszczyć drzewo, jasne. Kochała chaos, ale nawet ona nie była tak lekkomyślna, bo co jeśli to tylko pogorszy sprawę, co jeśli te widma przez to oddalą się od Kniei, ruszą w świat? Co wtedy? Widziała skutki ich działania, widziała chłopca, który zmienił się w starca, widziała trupy, widziała ile znajdowało się ich w lesie. Nie byłaby na tyle lekkomyślna, żeby sprawdzić, co się stanie jeśli zniszczy się przedmiot, który trzymał je w jednym miejscu. To mogło spowodować, że one zaczną się przemieszczać, a zdecydowanie wolałaby, aby całe zagrożenie znajdowało się w jednym miejscu zajęte swoimi sprawami. Z Atreusem przecież widzieli, że one ewoluują, we wrześniu podążali za jednym typem, który karmił jedno z tych stworzeń kotami, a później sam skończył martwy, pozbawiony życia. To nie były żarty. Co jeśli one zyskają nową energię? Szlag by to wszystko trafił. Sytuacja była naprawdę patowa. Mieli tu pełno ludzi, którzy gotowi byli wleźć do lasu, a gadali o zniszczeniu magicznego drzewa. W lesie było niebezpiecznie.

- To na pewno nie jest zwykły dąb. - Nie wydawało jej się, aby to było zwyczajne drzewo, zwłaszcza, że wiedziała o tym, że w Kniei rosną drzewa Greengrassów, które przecież miały specjalne właściwości. Być może to właśnie jedno z tych drzew zostało odwrócone, dlaczego miałoby to być zwyczajne drzewo, skoro rosły tam magiczne drzewa?

- Nie ma szans, żeby skończyło się to dobrze. - Przeniosła spojrzenie na Benjy'ego. Miał rację, miał kurewską rację w tym co mówił. Nikt nie miał pewności co do tego, co się stanie jeśli naruszą strukturę drzewa, to było niebezpieczne, okropnie niebezpieczne. Tyle, że jednak najwyraźniej nawet pracownicy ministerstwa zamierzali to sprawdzić, nie zważając na możliwe skutki, dlaczego ludzie myśleli tylko o sobie?

- Będzie chaos, ministerstwo, zwykli ludzie, widma, do tego magiczne drzewo, przecież to się prosi o tragedię. - Niekoniecznie wiedziała jak to ogarnąć. Do tego mieli Samhain, a wiadomo, że wtedy granice między światami się zacierały. Pojebane, to było naprawdę pojebane.

- Nie mamy pewności, jak zachowa się popiół, nie wiemy co się stanie kiedy spalimy drzewo, jest tu zbyt wiele niewiadomych. - Powiedziała wprost, jak zawsze, nie zamierzała się szczypać w język tylko dlatego, że Sebastian uważał to za dobry pomysł.

- Zgadzam się z Fenwickiem. - Zdecydowanie uważała, że Benjy w tym przypadku miał rację, nie sądziła, że był to moment aby zobaczyć, co się stanie jeśli zniszczą drzewo. Zbyt wiele niewiadomych się z tym łączyło, a z tego, co się dowiedzieli będą mieć las pełny ludzi, którzy zamierzali się do niego wedrzeć, to niosło za sobą za wielkie ryzyko.

Spojrzała na Macmillana i pokręciła głową. Naprawdę starała się zrozumieć jego podejście, bardzo wierzył w zamiary Pani Księżyca, miała zamiar jednak odrobinę to podważyć. - Jeśli wierni, którzy wejdą do lasu umrą uznasz to za wolę Bogini? Uznasz to za poświęcenie w imię woli Pani Księżyca? Nie możemy sobie gdybać na temat tego, czego ona oczekuje, naprawdę chcesz pozostawić życia ludzi przypadkowi? - Poniekąd właśnie w ten sposób to widziała. Niekoniecznie wierzyła w to, że Bogini uratuje tych wszystkich ludzi, przez wiele lat bowiem uczyła się tego, że jej życie należy tylko i wyłącznie do niej, że to od niej i jej determinacji zależy to, czy uda jej się przeżyć.

- To nie są informacje, a własne doświadczenie Sebastianie, widziałam na własne oczy, co widma mogą zrobić z ludźmi i jak wiele ich jest w lesie. - Miała wątpliwą przyjemność spierdalać przed nimi w podskokach, a przecież Greengrass-Yaxley nie należała do osób, które szybko brały nogi za pas.

- Rozumiem, że zależy Ci na tym, żeby drzewo nie wpadło w ręce Ministerstwa, ale to jest kurewsko niebezpieczne, naprawdę nie mamy żadnej pewności co do tego, co właściwie się może wydarzyć. - Obawiała się, że jeśli ruszą drzewo, to ruszą się widma, a to było ostatnim czego by chciała, bo widziała je w akcji.

- Jak nie powinnyśmy brać widm pod uwagę? Jak? Jeśli ludzie wejdą do lasu to ich wyczują, one się nimi żywią. Aktualnie są zainteresowane czymś innym, o czym wspomniał mój ojciec, ale były już przypadki takich, które wyszły poza Knieję, one mordowały ludzi, nie chcę być niegrzeczna ale moim zdaniem to właśnie na nich powinniśmy się skupić i na tym, żeby to co trzyma je w Kniei tam zostało. - Zdecydowanie mieli inne zdanie na ten temat, ale to się przecież zdarzało podczas takich rozmów, czyż nie?

- Czy orientujesz się, czy istnieje jakiś sposób, aby wepchnąć je tam skąd przybyły? - W końcu Macmillan był też egzorcystą. W Beltane śmierciożercy naruszyli granicę światów, może dałoby się to zrobić ponownie i wciągnąć do środka te istoty, skoro stamtąd przyszły? Później będą mogli zająć się tym drzewem.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
13.10.2026, 23:46  ✶  
„No… To było miło, ale się skończyło?”
Dopiero kiedy Sebastian zaczął rozwijać swoją argumentację i rozmowa zeszła na kwestie, których nie mogłem domyślić się od samego początku, w pełni dotarło do mnie, że właściwa część tego spotkania dopiero się rozpoczynała, ponieważ o ile wcześniej mogłem jeszcze przypuszczać, iż uda nam się porozumieć w sprawach praktycznych, o tyle teraz stawało się coraz bardziej oczywiste, że zupełnie inaczej rozumieliśmy samą naturę obowiązku, który miał wynikać z naszej obecności w tym miejscu. Nie odezwałem się ani słowem, pilnując, żeby moja twarz nie zyskała niechcianych napisów i nie zdradziła niczego, co mogłoby zostać uznane za komentarz do wypowiedzi kapłana, chociaż musiałem przyznać, że jego pierwsze słowa wywołały we mnie pewien rodzaj wewnętrznej konsternacji, z którą nie do końca wiedziałem, co począć. Przez krótką chwilę naprawdę nie byłem pewien, czy właśnie dawał nam do zrozumienia, że powinniśmy dobrowolnie, w pełni świadomi możliwości zostania męczennikami niosącymi Święty Ogień wejść do Kniei jeszcze przed przemarszem i spróbować spalić obrazoburcze drzewo, zanim grupa protestantów zdecyduje się rozpocząć własną akcję, czy też moje myśli samoistnie pobiegły o kilka kroków dalej, dopisując do jego słów intencje, których wcale nie musiał mieć.
Nie przewidziałem takiej możliwości, nawet przez moment nie brałem jej pod uwagę, ponieważ dotychczas koncentrowałem się na tym, co mogliśmy zrobić w odpowiedzi na zapowiadane wydarzenia, nie zaś na tym, czy ktokolwiek mógłby oczekiwać, że znacząco wcześniej uprzedzimy cudzy ruch i sami spróbujemy rozprawić się z problemem, zanim zdążyłby on przybrać konkretną postać - analizowałem to, co wiedziałem o widmach, o kromlechu, o polanie, o samym Samhain, o liście odnośnie planów pospolitego ruszenia, o potencjalnych dodatkowych zagrożeniach i uwarunkowaniach oraz o konsekwencjach, jakie mogły wyniknąć z bezpośredniej ingerencji w miejsce obciążone tak wielką liczbą rozmaitych znaczeń, wierzeń, założeń i oczekiwań, więc propozycja, która zdawała się wyłaniać z wypowiedzi Sebastiana, zastała mnie zupełnie nieprzygotowanego i niejako automatycznie wmurowanego, co - niestety - musiałem przyznać przed sobą, lecz - na szczęście - nie potrzebowałem tego robić przed moimi towarzyszami.
Geraldine jednak sama z siebie postanowiła poprzeć moje wcześniejsze słowa, a także dodać do tego swoje, również bardzo trafne, na których dźwięk pokiwałem głową. Zdarzało mi się nie zgadzać z kuzynką w sprawach, które uważałem za istotne, nie miałem zwyczaju udawać, że wspólne geny oraz łączone interesy automatycznie oznaczały wspólnotę poglądów, lecz tym razem trudno byłoby mi znaleźć cokolwiek, co skłoniłoby mnie do zajęcia odmiennego stanowiska, szczególnie że im dłużej słuchałem, tym wyraźniej rozumiałem, dlaczego Gerda nie zamierzała przystać na przedstawioną nam wizję wydarzeń. Co ciekawe, akurat w tym przypadku nie potrzebowaliśmy nawet wymieniać porozumiewawczych spojrzeń, żeby dojść do podobnych wniosków - nie to, byśmy zwykli tak robić - ponieważ najwyraźniej oboje dostrzegaliśmy w tej propozycji dokładnie te same problemy i powody do wyrażenia wątpliwości, nawet jeśli każde z nas mogło wyciągnąć wspomniane spostrzeżenia na podstawie nieco innych przesłanek.
„No, nie można mnie nazwać największym fanem składania ofiar w imię idei, nawet tych teoretycznie wyższych…”
Wiedziałem zresztą od samego początku, że Macmillan z dużym prawdopodobieństwem uzna mnie za heretyka, jeśli tylko pozwolę sobie na odrobinę większą bezpośredniość w kwestii własnych przekonań, więc w jego reakcji nie było dla mnie żadnego szczególnego zaskoczenia, była to raczej po prostu nieunikniona konsekwencja spotkania dwóch osób, które posługiwały się podobnymi narzędziami, lecz przypisywały im zupełnie inne znaczenie.
„Ludzie, to znaczy wierni, są ofiarami tego kryzysu” było czymś, z czym zdecydowanie mogłem się zgodzić, lecz jednocześnie niewątpliwie na usta cisnął mi się komentarz o tym, iż powinniśmy zatem przede wszystkim dążyć do zmniejszenia liczby dosłownych, bardzo rzeczywistych żertw, jakie z pewnością miały pojawić się na Polanie Ognisk, jeśli przede wszystkim skupilibyśmy się na wzniecaniu pożaru.
- Wolałbym najpielw ustaliś, jak głęboko sięga ta góla lodowa, zanim zaczniemy zastanawiaś się, ile ognia potszeba, szeby ją stopiś. - Odchrząknąłem, nie zamierzawszy cofać swoich wcześniejszych wątpliwości - byłem rytualistą, nie należałem obecnie do żadnego kowenu i nie czułem potrzeby, żeby składać komukolwiek deklaracje dotyczące mojej głębokiej wiary albo usprawiedliwiać się z obranej drogi, ponieważ robiłem naprawdę wiele rzeczy sprzecznych z nurtem religii Pani Księżyca - moja praca wymagała ode mnie wiedzy o rytuałach, ich przebiegu, strukturze, właściwościach oraz efektach, nie zaś odprawiania modłów do opatrzności w nadziei, że ta zechce przychylnie spojrzeć na kontrowersyjne przedsięwzięcia, w których uczestniczyłem, nawet jeżeli byłaby skłonna to zrobić. Interesowały mnie mechanizmy, zależności, intencje oraz skutki, czyli to, co można było ustalić, sprawdzić i zrozumieć, a także to, co dało się przewidzieć, zanim ktoś popełnił błąd, którego efekty mogły okazać się znacznie trudniejsze do opanowania niż same okoliczności prowadzące do rozwoju wydarzeń, dlatego nie widziałem powodu, żeby udawać przed sobą, iż z religijnym obrządkiem łączyło mnie więcej niż w rzeczywistości. Dostrzegałem bowiem między nami różnicę, której nie zamierzałem udawać, że nie było, ponieważ ja sam praktycznie nigdy nie szukałem odpowiedzi w boskich wyrokach i w planach czegoś nade mną, nie poszukiwałem również zatem przynależności do określonej wspólnoty, która oczekiwałaby ode mnie podporządkowania się ich przekonaniom, gdyż dysponowali oni własnym zestawem rozwiązań i wyjaśnień dotyczących świata.
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że nawet przy tak wyraźnie odmiennych zdaniach mogliśmy znaleźć pewne bezsporne stanowisko, szczególnie w sytuacji, kiedy należało rozważyć rzeczywiste zagrożenie, zamiast spierać się o to, kto miał prawo wypowiadać się w imieniu sił wyższych, ale im dłużej słuchałem Macmillana, tym mniej byłem przekonany, że kapłan rzeczywiście zamierzał potraktować nasze stanowisko jako równorzędne wobec własnego.
„Nie powinno mnie to dziwić, prawda? Czyżbym stał się… Naiwny?”
Dotychczas przyszło mi zakładać, że w pewnych kwestiach nasze stanowiska okażą się zbieżne, zwłaszcza jeśli wszyscy dostrzegaliśmy zagrożenie w działaniach protestantów czy Ministerstwa Magii, Departamentu Tajemnic, badaczy czy członków Brygady albo rozumieliśmy wagę tego, co już się stało i co jeszcze mogło wydarzyć się w głębi Kniei, lecz podobieństwo celów nie oznaczało jeszcze zgodności w sposobie ich osiągania i - stety czy nie - nie zobowiązywało do przyjęcia całego pakietu przekonań, które kapłan najwyraźniej uważał za nierozerwalnie związane z proponowanymi przez niego działaniami. Nie znaczyło to także, oczywiście, że lekceważyłem konsekwencje możliwych decyzji ze strony Harper Moody ani że uważałem całą sprawę za niewartą rozważenia, ponieważ doskonale rozumiałem, jak wiele mogło zależeć od tego, co wydarzy się w następnych godzinach albo następnego dnia, lecz nie widziałem powodu, dla którego mielibyśmy podejmować działanie wyłącznie dlatego, że ktoś uznał je za właściwe w świetle własnej wiary. Bywałem porywczy, ale chyba nie aż tak… „No… Jasne” - nie mogłem również zaprzeczyć, że gdybym rzeczywiście uwierzył w teorię dotyczącą spalenia dębu, nie czekałbym na kolejny znak z niebios, żeby zabrać się do pracy, zwłaszcza gdy od tej decyzji zależało zapobiegnięcie czemuś, co mogło przynieść poważne konsekwencje dla całej społeczności magicznej, nie tylko w Dolinie Godryka. Znając moje podejście, wolałem już złożyć modlitwy pokutne za dokonanie czynu, którego słuszność budziła wątpliwości moralne i prawne, niż modlić się o to, aby ktoś inny wreszcie zdecydował się coś uczynić, podczas gdy czas upływał, sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, a większość otoczenia próbowała pocieszać się myślą, że odpowiedzialność za ostateczny wynik spoczywała na barkach kogoś innego, ale jeśli mieliśmy władować się w sam środek tajfunu, chciałem wiedzieć, po co, z jakim planem oraz z jaką świadomością ryzyka oraz konsekwencji, nie robiąc tego dlatego, że ktoś uznał nas za odpowiednich wykonawców swojej wizji i liczył, iż wystarczyło przedstawić ją w odpowiednio podniosłych słowach, żebyśmy przestali zadawać niewygodne pytania.
„Rozumiem, że skoro istnieje prawie całkowita pewność, że Ministerstwo ma jutro uniemożliwić nam dostęp do anomalii, której i tak obecnie pilnuje niczym dziury we własnej dupie, powinniśmy dzisiaj podpalić wszystko, co znajduje się w promieniu kilkudziesięciu metrów” pomyślałem, lecz na szczęście zachowałem tę uwagę dla siebie, ponieważ nie byłem pewien, czy Macmillan doceniłby podobny wkład w dyskusję strategiczną. Zamiast tego uniosłem lekko brwi i westchnąłem cicho, nie zamierzając udawać, że jego argumenty nie trafiały w żaden z istotnych punktów, dokładnie tak jak argumenty Gerdy. Oboje mieli dużo racji.
- Czyli, jeśli dobrze losumiem, mamy do wybolu pozwoliś cywilom lospętać piekło pod dębem albo sami splóbowaś lospętaś je odlobinę wcześniej, licząc na to, sze zdąszymy skończyś, zanim ktokolwiek zauwaszy, sze zablaliśmy się do loboty. - Odezwałem się w końcu, unosząc nieznacznie brwi. - Nie twielsę, sze powinniśmy siedzieś tutaj do północy i loswaszaś wszystkie mosliwe zakończenia, ale jeśli mamy podjąś decyzję, któla mosze mieś konsekwencje wyklaszające daleko poza dzisiejszy wieczól, wolałbym wiedzieś, czy jesteśmy w stanie zapobiec pszynajmniej jednej katastlofie, czy jedynie wyblaś najdogodniejszą welsję dlamatu, więc tak… Widma. - Przytaknąłem Gerdzie. - Czy mosemy splóbowaś odesłaś je w pizdu lasem s dębem? - W moim głosie nie było szczególnej krnąbrności, raczej niedowierzanie z powodu przebiegu tej rozmowy, ponieważ nie przepadałem za takim stawianiem sprawy, zwłaszcza gdy ktoś z góry zakładał, że nie mieliśmy żadnego wpływu na główny bieg wydarzeń, ale nie zamierzałem też udawać specjalisty od egzorcyzmów. Sebastian miał tu zdecydowanie więcej do powiedzenia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#16
14.10.2026, 17:25  ✶  
— Wierzę, że przynajmniej po części działają w interesie Przenajświętszej, a więc ich sprawy się pokrywają. Nie wyobrażam sobie więc, aby miałaby ich nie wesprzeć na jakiejś… płaszczyźnie. Wiara, owszem, nie gwarantuje ich automatycznego zwycięstwa, ale może dać im przewagę — mruknął Sebastian. Czy Matka chciała śmierci swoich wyznawców? Nie chciał dopuszczać do siebie tej ewentualności. Bądź co bądź, byłaby to śmierć bezsensowna, z której nikomu nie przyszłoby zbyt wiele. — I nie zostawiam niczego przypadkowi. Gdyby tak było nie informowałbym nikogo o tym, co ma się tu wydarzyć i obserwował wszystko z boku. Po prostu… Jestem świadomy tego, że pewnych konsekwencji dzisiejszej nocy nie uda nam się zatrzymać, nieważne jak bardzo byśmy próbowali.

Poinformowanie funkcjonariuszy o tym, że przemarsz faktycznie się odbędzie, już nic by nie zmieniło: Ministerstwo Magii ewidentnie posłało tutaj każdego, kogo tylko mogło, a kto wie, czy Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów w ogóle zgodziłby się na wysłanie tutaj dodatkowych sił. Buntownicy? Sebastian nie miał pojęcia, kto stał po ich stronie, kto nimi dowodził. Nie mieli więc wpływu na ich działania. Badacze również właściwie byli na ten moment poza sferą ich wpływów. Jedynym elementem, gdzie mogli coś zdziałać, była Polana Ognisk.

— Może i rozumiesz, ale nie chcesz widzieć ryzyka, które niesie za sobą zignorowanie tego drzewa — skomentował Sebastian.

W tej kwestii ewidentnie ta parka miała odrębne zdanie od niego. Gdyby nie zobaczył tego drzewa na własne oczy, nie słuchał tego, jakie podejście do badań nad nim mieli specjaliści Ministerstwa Magii… Może wówczas też widziałby Widma jako największy problem. Czy było to bliższe zagrożenie? Owszem. Ale niekoniecznie największe.

— Nie wiem, Geraldine. Może? — Sebastian przywarł mocniej plecami do drewnianej ściany stoiska kowenu. — Na Polanie Ognisk zapewne dalej jest ta cała szrama w rzeczywistości związana z Limbo. To zapewne jakaś pozostałość po rytuale Śmierciożerców, który otworzył przejście do Zaświatów podczas obchodów Beltane. — Westchnął cicho. — Biorąc pod uwagę, że dzisiejszej nocy granice między światami naturalnie się zatrą, to zapewne dałoby się w tam otworzyć przejście na większą skalę. Pytanie, czy to w ogóle nam pomoże.

W tym roku zdarzyło mu się dwukrotnie uchylić przejście do Zaświatów dla duchów uwięzionych w kryształowych czaszkach znalezionych przez Brennę Longbottomów. Wymagało to sporych nakładów sił, cierpliwości i przede wszystkim szczęścia. Czysto teoretycznie zadanie dziś zadanie to powinno być o wiele prostsze, ale mieli też do czynienia z wieloma czynnikami, które mogły zakłócić cały proces.

Sebastian nie widział nawet pojedynczego Widma na własne oczy, chociaż w Kniei zjawił się dwukrotnie. Nie miał pojęcia, jak zjawy zareagują na otwarcie przejścia. Czy energia emanujące zza drugiej strony przyciągnie je tak samo, jak magia odwróconego dębu? A może nawet nie zainteresują się uchylonym przejściem? Jak zachowa się drzewo? Czy przejście w ogóle będzie się dało ustabilizować w tym miejscu, po tych wszystkich tragediach, które miały tu miejsce? Dopiero komentarz Benjy'ego, zmusił go do tego, aby wpleść w swoje dywagacje kilka nowych scenariuszy.

— Niegłupie — przyznał ostrożnie. — Jest to wprawdzie jeszcze bardziej chaotyczny pomysł niż mój, ale niewykluczone, że by się sprawdził. O ile wszystko poszłoby zgodnie z planem. — A wiele mogło pójść nie tak. — Można by było otworzyć przejście, zniszczyć drzewo i spróbować przesłać energię, jaką ma w sobie do Limbo. To… praktycznie pewne… że ta magia ma w sobie coś na kształt ludzkiej energii życiowej. Skoro działa na Widma jak kocimiętka, to zapewne poleciałyby za nią. — Przełknął ślinę. — Na dodatek tak… szczególny… ładunek energetyczny mógłby zatrzymać w Zaświatach nieproszonych gości, którzy chcieliby wykorzystać okazję i przejść do naszego świata. No i… Niewykluczone, że gdyby udało się zamknąć przejście bez żadnych wypadków, to zniknęłaby też ta szrama. Energia na całej Polanie Ognisk mogłaby się samoistnie uregulować.

Spojrzał na Geraldine i Benjy'ego nieufnie, jakby obawiał się tego, że faktycznie mogliby uznać ten plan za bezpieczny. Nie chcieli spalić samego drzewa, ale już otworzenie przejścia do Limbo w pakiecie brzmiało lepiej? Jeszcze trochę i okaże się, że są niewiele lepsi od BUM i Biura Aurorów.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
14.10.2026, 21:33  ✶  

Negocjacje były burzliwe. Nie spodziewała się takiej zaciekłości po Sebastianie, jednak w sumie dobrze to o nim świadczyło, że tak wierzył w swoje ideały, to, że Geraldine niekoniecznie je rozumiała było zupełnie inną sprawą. Nie miała pojęcia jak to możliwe, że człowiek mógł mieć tyle wiary w to nad czym sam nie miał wpływu. Matka pomoże, Matka będzie wiedziała co dla niej robimy… a tak naprawdę czy mieli wiele dowodów na istnienie Bogini? Nie zadała tego pytania, nie chciała go urazić, nie po to się tutaj zjawiła. Właściwie przecież mieli całkiem podobny cel, a przynajmniej na początku tak się jej wydawało.

Słuchała tego, co mówił Fenwick, jego słowa potwierdzały to, że byli zgodni co do tego, jak powinni postępować. Mieli podobne podejście do sprawy, podobne poglądy, widać było że płynie w nich jedna krew nikt jednak nie wiedział, że są spokrewnieni. Byli do siebie bardziej podobni niż chcieliby powiedzieć, często dostrzegała to, że myśleli, bądź działali w podobny sposób.

- Nie chodzi o to, że nie widzę ryzyka, które niesie za sobą istnienia drzewa, po prostu dla mnie jest ono niżej na liście priorytetów. - Postanowiła sprostować nieco to, co mówił Sebastian. Geraldine skupiała się na życiach, które widma mogły odebrać, to było dla niej najważniejsze. W końcu przez lata czuwała nad bezpieczeństwem ludzi, pozbywała się najbardziej groźnych istot, aby mogli spokojnie żyć, w tym przypadku nie było inaczej, chociaż ewentualny przeciwnik był niewiadomą. Nie wiedzieli wiele o widmach, sporo rzeczy próbowali wywnioskować drogą dedukcji, tak naprawdę i oni byli w ogromnym niebezpieczeństwie, ale była gotowa stawić mu czoła, aby pomóc innym.

Może. wypowiedziane przez Sebastiana spowodowało, że się wyprostowała. Czyli jednak, było jakieś światełko w tunelu? Nie powiedział nie, nie powiedział, że nie da się tego zrobić. Powiedział może, a to w jej mniemaniu oznaczało, że mają jakieś pięćdziesiąt procent szans, to zawsze wyglądało lepiej niż zero. Zaciekawił ją teraz ogromnie.

- Czyli w sumie to Samhain to nie jest jednak taki najgorszy moment z możliwych. - Skoro granice między światami miały się zatrzeć, to może faktycznie będzie łatwiej im wykurzyć te potwory do siebie. Negocjacje szły im coraz lepiej. No i wtedy odezwał się Benjy, Geraldine otworzyła usta w zdziwieniu. To, co powiedział brzmiało jak plan idealny. Mogli spróbować wyjebać w pizdu magiczne drzewo z energią i widma. Jeśli drzewo faktycznie przyciągało do siebie widma to ruszą za nim. Jego plan był genialny. - Kurwa, to majstersztyk. - Wymsknęło jej się. - Przepraszam. - Powiedziała odruchowo, bo w końcu stali tuż przy kapłanie, a ten pewnie nie do końca akceptował używanie przekleństw jako przecinków.

Fenwick wymyślił plan idealny, dzięki któremu i oni i Sebastian mogli dostać to na czym najbardziej im zależało. Gdyby udało im się pozbyć drzewa, wrzucić je w limbo, to widma mogłyby ruszyć za nim. Z tego, co powiedział Sebastian na polanie ognisk nadal była szrama przez którą wcześniej przeszły widma. Musieliby się znaleźć blisko niej i wpierdolić do środka wszystko. Na pewno to nie będzie proste, nie wiadomo, czy zadziała, ale przynajmniej brzmiało jak jakiś plan, którego jeszcze chwilę wcześniej nie mieli.

- Musimy niszczyć drzewo? Być może uda nam się je przenieść jak stoi do środka, da się otworzyć takie przejście przy nim? Czy raczej w tej chwili jest na to zbyt późno? Chciałabym mieć pewność, że te istoty podążą za nim. - Być może było to bardzo skomplikowane życzenie, ale jej przede wszystkim zależało na tym, aby widma wróciły do miejsca z którego pochodziły. Jeśli Macmillan chciał się pozbyć tego magicznego drzewa to mogli na to przystać tylko jeśli ten plan w całości zostanie zaakceptowany. Nie porównywałby ich do pracowników ministerstwa, bo przecież nawet jak usłyszeli o tych niesamowitych możliwościach nie stwierdzili, że chcieliby zabrać jakąś część tego drzewa dla siebie.

- Ogólnie uważam, że plan jest niezły, oczywiście istnieje dużo momentów, w których może się wysypać, ale wydaje mi się, że niczego lepszego nie wymyślimy. - Dodała jeszcze. Uważała w tej chwili Benjy'ego za geniusza, naprawdę świetnie to wymyślił.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
15.10.2026, 03:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2026, 03:01 przez Benjy Fenwick.)  
Niemal zakrztusiwszy się własną śliną w idiotycznie ukontentowanej reakcji, zerknąłem na Geraldine, której spontaniczny komentarz nie wydał mi się szczególnie niestosowny, biorąc pod uwagę okoliczności, po czym wróciłem wzrokiem do Sebastiana i przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, zastanawiając się, czy powinienem jeszcze zwrócić uwagę na to, że określenie „o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem” zwykle pojawiało się tuż przed wyliczeniem całej zawiłej listy przyczyn, dla których wspomniane rozwiązanie należało uznać za wyjątkowo niebezpieczne, po czym zresztą zazwyczaj wszystko rzeczywiście się jebało, czy też oszczędzić nam wszystkim podobnie odkrywczego spostrzeżenia. Przez dłuższą chwilę z uniesionymi brwiami przyglądałem się przestrzeni przed sobą, słuchając i próbując zdecydować, czy właśnie byliśmy świadkami narodzin wspólnie zaimprowizowanego planu, który rzeczywiście miał szansę zadziałać, czy też doszliśmy do tego etapu rozmowy, gdy kolejne pomysły zaczynały brzmieć coraz lepiej wyłącznie dlatego, że wszystkie poprzednie zdążyły już zostać uznane za całkowicie fatalne. Gdy kapłan zakończył zawodową ocenę sytuacji z perspektywy egzorcystycznej, po prawdzie nie byłem nawet pewien, czy właśnie usłyszałem najlepszą wiadomość tego popołudnia, czy też Macmillan po prostu ubrał w bardzo rozsądnie brzmiące słowa bardzo durny pomysł, który za kilka godzin mógł nas wszystkich posłać do grobu, ewentualnie w miejsce znacznie mniej przyjemne i nie mające zbyt wiele wspólnego ze świętym spokojem, z którego niekoniecznie istniała łatwa droga powrotna.
Z drugiej strony, gdyby ktoś zapytał mnie rano, czy zamierzałem tego dnia rozważać podobne przedsięwzięcie, zapewne uznałbym, że miał wyjątkowo kiepskie poczucie humoru, a jednak proszę, oto byliśmy tutaj, omawiając szczegóły operacji, przy której zwykłe podpalenie odwróconego drzewa zaczynało brzmieć jak prawdopodobnie najmniej skomplikowany element całego przedsięwzięcia, co mówiło mi o naszych dotychczasowych sukcesach w poszukiwaniu rozsądnego wyjścia więcej, niż prawdopodobnie chciałbym wiedzieć. Musiałem przyznać, że pod pewnymi względami był to postęp, chociaż trudno powiedzieć, czy akurat taki, na jaki liczyłem, kiedy zdecydowałem się przyjść na to spotkanie - nie dało się ukryć, brzmiało to dla mnie znacznie lepiej niż rytualne skąpanie dębu w płomieniach Świętego Ognia i oczekiwanie, że reszta problemów zniknie razem z dymem, nie zaś rozwieje się po świecie, ale nie zamierzałem udawać, że rozumiałem wszystkie mechanizmy, które mogłyby zadziałać w takim przypadku. Nie oznaczało to również, że byłem gotów natychmiast ruszyć do Kniei z różdżką w jednej ręce, pochodnią w drugiej, lecz przynajmniej przestaliśmy rozmawiać o biernym przyglądaniu się nadchodzącemu nieszczęściu lub robieniu czegoś wyłącznie w imię religijnych ideologii.
Sam pomysł przesłania energii dębu w zaświaty, czyli teoretycznie w miejsce poza strefą zagrożenia dla żywych z Doliny, faktycznie brzmiał „kurwa, dobrze”, o ile oczywiście można było użyć tego określenia w odniesieniu do czegoś, co zakładało otwarcie przejścia, skierowanie tam źródła całego zamieszania i zamknięcie wszystkiego, zanim ktokolwiek niepowołany zdążyłby wpaść na pomysł, żeby sprawdzić, co jeszcze można było stamtąd wyciągnąć. Im dłużej o tym myślałem, tym trudniej było mi zaprzeczyć, że zaczynało to mieć ręce i nogi, oczywiście, pod warunkiem, że sami nie przywiązywaliśmy się przesadnie do posiadania wszystkich własnych kończyn w dotychczasowym stanie, bo lista rzeczy, które mogły pójść nie tak, zapewne wystarczyłaby do zapełnienia całkiem pokaźnego raportu dla Harper Moody. Personalnie najbardziej podobała mi się jednak ta część, w której energia miała przy okazji zwabić Widma i zatrzymać nieproszonych gości po drugiej stronie, ponieważ rzadko zdarzało się, żeby jeden problem można było wykorzystać do rozwiązania kilku następnych, zamiast po prostu dokładać sobie je do nazbyt szybko rosnącej listy kryzysowej.
- Nie powiem, szeby wizja zaglądania do Limbo była czymś, o czym maszyłem w wolnych chwilach, ale pszynajmniej mamy jakiś konkletny kielunek. - Przyznałem, przenosząc spojrzenie z Sebastiana na Geraldine, zgadzając się z nią krótkim skinieniem głowy. Nie mieliśmy gwarancji, że plan zadziała, istniało przynajmniej kilka powodów, dla których należało zachować ostrożność, poczynając od samego faktu, że rozmawialiśmy o energii, której natury nie rozumieliśmy w pełni, kończąc na tym, że próba przekierowania jej do innego wymiaru mogła przynieść rezultaty dalekie od tych, których oczekiwaliśmy, ale przecież nie spotkaliśmy się tutaj po to, żeby wyliczyć wszystkie możliwe sposoby, na jakie sytuacja mogła się pogorszyć, po czym wrócić do domów z satysfakcją, że przynajmniej nie podjęliśmy żadnego ryzyka.
- Jeśli zdecydujemy się na taki waliant, potszebujemy jeszcze czegoś? Tak naplawdę… Czy w jakimkolwiek pszyjętym loswiąsaniu w związku s tym dszewem potszebujemy czegoś, co w ogóle damy ladę jeszcze pszygotowaś? Osób, któle powinny byś pszy tym obecne? Infolmasji, któle jeszcze da się wyciągnąś? - Skierowałem wzrok na Sebę, wyginając palce i kiwając do siebie głową na myśl, która się w niej pojawiła, a potem na kolejną. Tylko jedną z nich mogłem otwarcie podzielić się z Sebastianem, z wiadomych względów, wystarczyło jednak przelotne spojrzenie, aby przekazać Gerdzie drugą. - Mamy pewne… Plototypowe ślodki ochlonne któle powinny umoszliwiś nam pszedostanie się na Polanę bez nalaszania się na bezpośledni kontakt s Widmami, ale nie zostały one splawdzone w plaktyce, więc nie lęszyłbym za ich skuteczność. Poza tym działają wyłącznie w jedną stlonę, nie zabespieczą nas pszed ludźmi, któszy zechcą się tam pszedrześ za wszelką cenę, by coś sobie udowodniś. - Przesunąłem kciukiem po krawędzi obrączki, zastanawiając się nad tym, co jeszcze należało ustalić, zanim niechybnie coraz szybciej nadciągający wieczór zmusi nas do przejścia od rozmów do działania, ponieważ właśnie na tym etapie szczegóły miały większe znaczenie niż wszelkie zapewnienia o słuszności obranej drogi - nie widziałem powodu, by odrzucać znalezione rozwiązanie na rzecz bezczynnego czekania na coś lepszego, co mogło wcale nie nadejść, wypadało tylko ustalić, gdzie kończyła się ambitna improwizacja, a zaczynało otwieranie drzwi, których później nikt nie potrafiłby zamknąć.
- A więc…? Czy na tym etapie pozostaje nam jusz tylko ustaliś dlogę - metaforycznie, rzecz jasna, chyba nie musiałem tego mówić - zeblaś się na miejscu, zlobiś to, co tszeba, i liczyś, sze ktoś tam w gósze uzna nasz plan za wystalszająco godny, szeby nie pozwoliś nam wszystkim skończyś po niewłaściwej stlonie? - Nie miałem nic przeciwko odrobinie szczęścia, rzecz jasna, ale wolałem nie opierać całego przedsięwzięcia na założeniu, że tym razem opatrzność postanowi wynagrodzić nam wszystkie wcześniejsze trudy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#19
16.10.2026, 23:51  ✶  
Oczywiście. Jakże wygodne podejście, żachnął się w myślach Sebastian, wbijając w Geraldine zmęczone spojrzenie. Widma przynajmniej zachowywały się jak przeciwnik z krwi i kości, którego mogła przestudiować. Widziała je. Czytała o nich. Dyskutowała na ich temat. Od tygodni, o ile nie miesięcy, oswajała się z wrogiem z którym miała do czynienia. Mogły być dzikimi zjawami, ale wciąż można było do nich podejść jak do przeciwnika z krwi i kości. Drzewo nie zeszło do tego poziomu uprzejmości, więc zdecydowała się odsunąć je na dalszy plan, skoro jeszcze nie wysadziło niczego w powietrze. Jakby to było jakieś pocieszenie.

— Z czystej ciekawości, co wpływa na twoją listę priorytetów? — Zmarszczył czoło. — Bo jeśli wyznacznikiem poziomu niebezpieczeństwa poszczególnych zjawisk w twoim zawodzie są ofiary śmiertelne, to mogę zapewnić, że ten dąb ma takowe na liście.

Wciąż bił się z myślami, ile mógł im tak na dobrą sprawę powiedzieć na temat doniesień Caroline Aberoth. Starał się ograniczyć wspominanie o niej do minimum: wystarczyło jedno nieodpowiednie słowo w towarzystwie kogoś z Departamentu Tajemnic, a mógł stracić prawdopodobnie swoją jedyną sojuszniczkę w grupie badawczej. Musiał jednak uzmysłowić jakoś tej dwójce, że drzewo nie było magiczną emanacją, którą można było się zająć ”później”.

— … Przenieść? — Wbił w czarownicę pełne niezrozumienia spojrzenie. — Drzewo? — Zerknął na Benjy'ego, co by upewnić się, że na pewno się nie przesłyszał. — Oczywiście, że trzeba je zniszczyć! Geraldine… To nie jest sadzonka a pełnoprawne, wielkie drzewo. Kawał dębu. Nie wyrwiesz go sobie ot tak. Nawet przy użyciu magii mogłoby być z tym ciężko. Poza tym otworzenie przejścia, które by pomieściło to drzewo…

Westchnął ciężko. Nie, nawet nie zamierzał kończyć. I tak Matka jedyna wiedziała, czy któremukolwiek z nich udałoby się rzucić odpowiednio potężny czar, żeby przenieść dąb. Dwa, nie mogli przewidzieć, w jakich okolicznościach spróbują podjąć próbę wprowadzenia planu w życie. Mogli trafić na opustoszałą Polanę, gdzie będą mieli święty spokój, bo Ministerstwo Magii będzie walczyć z wiernymi. Jednakowoż… Mogli też wylądować tam w samym środku wielkiej bitwy. A po trzecie… Nawet on nie potrafił przewidzieć, jak drzewo zareaguje na próbę wyrwania przy pomocy magii. Co jeśli gałęzie zatopią się głębiej w ziemi? Za to ogień: ogień pochłaniał wszystko, czego się dotknął, co zresztą udowodniła Spalona Noc. A dzisiaj być może zrobi to z łaską Przenajświętszej podsycającą jego płomienie.

— Mogę wam dać flakoniki z wodą święconą. — Wzruszył sztywno ramionami. — Nie licząc tego? Chyba nie ma zbyt wiele, co możemy zrobić. Po prostu… Trzeba modlić się, że chociaż część tego planu uda nam się wdrożyć w życie.

Zamyślił się na moment, rozmyślając o słowach Fenwicka. Miał wrażenie, że nie miał im już zbyt wiele do przekazania. Gdzieś z tyłu głowy krążyła mu myśl o tym, aby opowiedzieć im o swoich teoriach względem Zimnych i ich powiązania z Limbo, jednak w tym momencie nawet nie wiedział, jak mogliby to połączyć ze swoim obecnym planem. Ech, jeszcze kilka tygodni temu wydawało mu się, że znajdzie czas na wszystko, a teraz? Wyglądało na to, że w ogóle nie wykorzystał tych możliwości. A może po prostu Matka szykowała mu inne przeznaczenie?

— Zakładając, że w ogóle uda nam się tam dostać, to powinniście wiedzieć, że teleportacja na terenie Kniei Godryka jest obecnie mocno ograniczona. O ile nie kompletnie niemożliwa — odparł na pytanie Benjy'ego. — Ostatnio musieli mnie odeskortować na sam skraj lasu. Wątpię, aby cokolwiek zmieniło się w tej kwestii. — Chrząknął znacząco. — Poza tym, samo błądzenie po lesie może być… trudne. Aurorzy rzucili dodatkowo na okolicę jakiś dziwny czar, który nie pozwala ci się zatrzymać na zbyt długi czas w jednym miejscu. Swego rodzaju… zaburzenie percepcyjne, które ma zmusić człowieka do pozostania w ruchu. — Zerknął na Geraldine, a potem Benjy'ego. — Wspominam o tym, bo… Jeśli pójdzie coś nie tak, czy to ze względu na nasz plan czy inne czynniki, to ucieczka z Kniei będzie zależała od siły naszych własnych nóg.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7537), Geraldine Greengrass-Yaxley (3918), Sebastian Macmillan (5297)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa