10.10.2026, 21:18 ✶
Okrutne senne mary.
What happenes when you're both scared and horny
Zasnęła z kartką Flinta utartą pod powiekami. Nie z jego zatroskaną miną, tylko z jednym zdaniem, które wgryzło się w jaźń głębiej niż cokolwiek, co usłyszała tamtego wieczoru przy lepkim blacie. Majaczył jej pod gałkami ktoś jeszcze, ale zanim dowiedziała się kto, było już za późno. Sen przyjął ją natychmiast, bez przedsionka, bez tych kilku litościwych minut, w których człowiek jeszcze świadomie wie, że leży we własnym łóżku.
***
Witchcroft przyszedł po nią w bieli.Stali w drzwiach jej sypialni, ci wszyscy, których znała od dziecka z obrządków, na które chodziła z poczucia obowiązku i z grzeczności wobec martwej matki; ciotki o względnie swojskich twarzach Macmillanów, dziewczęta przyozdobione tak samo jak jej własne kuzynki tego lata w Libanie, kobiety, które kiedyś podawały jej miód na łyżce i mówiły, żeby nie żuła, tylko trzymała pod językiem. Nikt się nie odzywał.
Chciała wyznać, gorliwie, głupio, bez pytania, że nie powinna tu być, że nie wierzy. Że mając ojca-rzemieślnika i matkę głęboko pod ziemią nie potrzebuje żadnej modlitwy, a gdy bogini raz już ją dotknęła, Timmy nie wiedziała, co z tym niby ma zrobić. Nie wyznała nic, bo nic od niej słyszeć nie zechcieli; poszła za to za nimi, bo prowadzić ją zaczęli.
Polana Ognisk leżała nigdzie.
Doszli do niej od razu, tak jak się dochodziło we śnie, po drogach zszytych z miejsc, które nie miały prawa się stykać — przez wyziębioną szczelinę w drzwiach Hogwartu, przez łąkę pachnącą dzieciństwem i rozgrzanym sianem, przez kamienie Doliny Kadiszy, gdzie podeszwy pamiętały jeszcze lipcowy żar.
Zobaczyła pomarańczowe łuny ognisk.
Z rytuału nie zrozumiała prawie nic. Została jej w głowie wyłącznie ta migawka, w której wszystkie dłonie otwarły się ku ziemi naraz, wnętrzem w dół, jakby każdy coś z nich wysypywał pod siebie ziarna grochu. Ponieważ czas tu nie istniał, stało się wnet to, co stać się absolutnie nie powinno. Ale musiało, musiało, bo to jej strach powił tutejszą makabrę.
Po tej samej grochowej ziemi poszła tłusta jak plastelina, gęsta krew, sącząca się nie jak ze świeżej rany, tylko jak z przewróconego naczynia, rozlewając się między stopami tańczących i wsiąkając w trawę z cichym mlaśnięciem; zaczęła łapać ją za gołe kostki. Potem słońce wysunęło się wysoko, na baczność, chociaż przed chwilą, nad niebem wisiała noc. Teraz wypaloną od słońca ziemię wyścieliły dziesiątki, ułożonych jak zbędne chwasty na polanie, truchła. Nie przeliczyła ich. Było ich zbyt wiele.
Czy senne ciało mogło ulec panice? Jej uległo. Dusiła się i nie mogła wydać z siebie dźwięku, bo gardło zrosło jej się w jedną suchą kłodę, a przecież chciała wyć, chciała wrzeszczeć na wszystkich żeby przestali, żeby ktokolwiek raczył zobaczyć, po czym depcze; krew zaczęła wdzierać się w jej buty, między palce, pod paznokcie u stóp, zupełnie jakby jej szukała. Timmy zrozumiała z tą absurdalną pewnością, taką jaką dać może tylko sen, że nikt tu nie przyszedł po nic innego.
Szlochała. Gdy tylko zaniosła się rozpaczą, po drugiej stronie ognia zauważyła Flinta.
Patrzył na nią przejrzystymi jak bursztyn oczami, z twarzą niestrwożoną, jak u kogoś, kto wiedział od dawna i od dawna się z tym wszystkim pogodził. Dalej, za nim, w głębi, między postaciami bez imion i tożsamości, które tylko przesuwały się i rozmazywały, mignęła jej na moment siwa głowa. Ojciec. Patrzył gdzieś w odległą dal, nieruchomy, obojętny, równie dobrze martwy. Niczego nie szukał. Niczego nie chciał. Na jej widok zareagował niczym.
W ostatniej migawce ujawnił się Savaš, z miną smutną i nieszczęśliwą spoglądał na rzędy martwych ciał. Wyglądał jakby czegoś szukał, ale gdy tylko do nich podbiegła, każda z tych postaci rozmyła się w niebycie tak jakby nigdy nie istniała.
Zaczęła uciekać. Ale oczywiście nie mogła. Nogi miała ulepione z białej waty, z mokrego sukna i z rozwianych wiórów; podnosiła ociężałe kolana, ale przywierały niewidzialną mocą do reszty tkanek. Trawa przytrzymywała ją za pięty, a polana rozpościerała się przed nią poza horyzont niczym ciągnione w hucie szkło. Cóż robić?
Sięgnęła po różdżkę, ale ta rozsypała jej się w garści na suche źdźbła trocin. Septima stała z pełnymi dłońmi własnego rzemiosła, nie mając czym ich otrzeć. Opłakałaby to, gdyby nie pojawił się przed nią kapłan.
Szata szła za nim po krwi, nie brudząc się wcale. Twarzy nie miał żadnej, nie było na nim maski, cienia, bądź imienia. Był nikim. Był niczym. Był wszystkim. Gdy położył kościstą dłoń na jej barku, odruchowo wyrwała się gwałtem i przez moment wyrywała się naprawdę, całą sobą, już niezrodzoną z waty i wiórów. Szarpnęła się raz, drugi, wbijając pięty w rozmiękłą trawę, aż nieustępliwa siła zwyciężyła i waleczny opór rozpuścił się w niej jak cukier rozpuszczał się w ciepłej wodzie.
Przegrała. Z wybijającym się z klatki piersiowej serce, zasłaniała się przed krzywdą i cierpieniem. Ale ani krzywda, ani cierpienie nie nadeszło. Oszczędź mnie błagała, ogołocona z honoru i sumienia.
Kapłan pokiwał głową, lecz nie odszedł dalej. Nie widziała już jego ruchów, bo wiedziała o nich tylko tyle, ile zdradzała skóra.
Pokaż mi swoją modlitwę. Nie posiadała takiej. Ręka zsunęła ramiączko sukni. Ach. Już zrozumiała.
Obcy dotyk najpierw brzydził i oburzał, wzniecając w niej odrazę, której oblicze nie było w stanie skryć. Jego palce schodziły z szyi ku obojczykowi, powolne, obrzydliwie uparte, wyciągając z niej dreszcz po dreszczu jak nitki z rozprutego szwu, a gardło odchyliło jej się ku nim samo, bezwstydnie, zanim zdążyła o tym pomyśleć.
Dlaczego?
Usta, których nie miał, znalazły miejsce pod uchem i nie spieszyły się już nigdzie i gdyby miał ciało, chwyciłaby go, ale nie wiedząc czy odsunąć, czy przystawić do siebie ciaśniej. Zsunął dłoń po jej boku, przez żebra, muskając niespiesznie i licząc je kciukiem jak paciorki, aż gdy zatrzymał się na biodrze, które od Spalonej Nocy uwierało i Septima zadrżała, bo we śnie nic tam nie bolało, nic nie brzdękało. Sukno uniosło się jej nad kolanami samo. Jego palce weszły pod materiał, najpierw na zewnętrzną stronę uda, którą bezczelnie dłonią otarł, jak badało się świnię przed ubojem.
Potem przeszedł na wewnętrzną stronę uda, sunąc w górę z tą samą nieznośną powolnością, która wcześniej wyginała jej usta w obrzydzeniu; teraz dotyk błądził tam, gdzie skóra była najcieńsza, i czekał — wyraźnie czekał, aż ona sama posłusznie rozchyli kolana.
— Nie — nie powiedziały nigdy usta.
Tak. Zapragnęła i uczyniła.
Plecy zanurzone były już w mokrej trawie, a śpiew nie dochodził do niej skądkolwiek — wychodził z niej samej, z gardła, które wciąż nie wydawało dźwięku.
A potem zatopił się w niej cały, bez oporu, tak jak nóż wchodził w rozgrzany wosk, i Septimę przeszyło od wewnątrz długim, falującym dreszczem, który nie posiadał końca ani początku; pełzał od pośladków ku karkowi i wracał, raz za razem, coraz gęstszy, rozlewając kobietę po trawie jak strumień po ulewie, tak aż przestała mieć brzegi. Nie broniła się. Jedyne, co miało sens i cel, było pragnieniem i jego zaspokojeniem. Niech trwa, niech płynie, niech w końcu uleci.
Przyciągnęła go bliżej, wczepiając palce w biodra, przerażające namacalne, przerażająco przychylne. Na jej zachłanność, odpowiadające siłą, która nie pozwalała sobie być strawiona.
Gdzieś pod spodem, pod każdą kolejną falą, coś w niej szarpało się strudzenie i wołało, żeby to już skończyć, żeby w końcu wybudzić się z przeciągającego się, nieuwalnianego ciężaru w środku podbrzusza. Rozkosz przychodziła i nie odchodziła wcale, nawarstwiała się tylko wielokrotnie, aż zrobiło się jej od tego słabiej — wątłe ciało, którego przecież tam nie miała, było mokre, wyczerpane i obrzydliwie szczęśliwe. Oddychała płytko, kolana jej się trzęsły, a ten ktoś bez twarzy wciąż nie zmierzał ku końcowi, wciąż się nie spieszył. Bo po co miałby się spieszyć ktoś, kto w tej krainie mógłby ją mieć na własność. Może i na wieczność.
Ile trwała zaklęta w tej słodkiej torturze? Przysięgłaby, że godziny. Kiedy wydawało jej się, że płuca nie znajdą już mocy na kolejny oddech, kiedy z kolejnym kurczowym, desperackim przyciskiem przyjęła kolejne pchnięcie, jej ciało wybuchło nareszcie żarem, który pochłonął ją ostateczną, pulsującą ekstazą. Trwała kilkanaście oddechów, zarówno rozkoszna i nieznośna, cudowna jak i koszmarna.
Obudziła się przez własny żałosny jęk.
Leżała na wznak w nieruchomym, ostygłym pokoju, z pościelą skręconą wokół ud, z włosami przyklejonymi do skroni, dysząc w sufit, czując jeszcze tamto ciepło między nogami i wstyd nadciągający tuż za nim. Za oknem było ciemno, a ptaki jeszcze nie nuciły swoich porannych melodii.
Do Samhain zostało kilkanaście godzin.
Kocham drewno i duże bicepsy.