• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[31/10/1972] serca zmartwione, wiara gorejąca || sebastian & geraldine, benjy

[31/10/1972] serca zmartwione, wiara gorejąca || sebastian & geraldine, benjy
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#1
05.10.2026, 22:05  ✶  

—31/10/1972—
Miejsce obchodów Samhain, Dolina Godryka (około godziny 13/14)
Sebastian Macmillan & Geraldine Greengrass-Yaxley, Benjy Fenwick



Błogosławiona jesteś, Pani, która rodzisz światło w oceanie ciemności, a ścieżki naszych dni splatasz jak nici w pradawnym krośnie. Do Ciebie wznosimy swe prośby, bo Twoja dłoń prowadzi nas przez mgliste doliny cieni, modlił się Sebastian, poruszając bezgłośnie wargami, szukając w znajomym rytmie modlitwy ukojenia przed nękającymi go troskami. W innych okolicznościach zapewne już dawno by się ze wszystkim uwinął i poszedł odwiedzić sąsiednich wystawców zanim obchody zaczną się na dobre wraz z nadejściem wieczoru.

Teraz nie w głowie mu było buszowanie po innych straganach. Nawet gdyby miał do tego teraz głowę, to doprowadzenie do porządku stoiska, którym miał się zająć wraz z towarzyszącymi mu kapłankami, okazało się dużym wyzwaniem. Budka… nie zachwycała. Gołe deski, brak obrusów, mała lada… Cały ten obrazek ratowało tylko względnie rozsądnie zamontowane zadaszenie oraz towar rozłożony na praktycznie każdej wolnej powierzchni. Nawet pod tym względem było tu nieco ubogo; większość asortymentu powędrowała na obchody w Little Hangleton.

Z drugiej strony, może to i lepiej? Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ta noc nie miała skończyć się dobrze. Z początku wydawało mu się, że po prostu trafiają do niego wyjątkowo niefortunne plotki, jednak… Informacje na temat pochodu na Polanę Ognisk dostał aż z trzech różnych źródeł. Atreus Bulstrode. Ambrosia McKinnon. I tajemniczy anonim. Jak kuriozalne było to, że najbardziej przekonała go właśnie nieoznakowana wiadomość? I to na tyle, aby posłać ostrzeżenie do Geraldine Yaxley? Greengrass-Yaxley, poprawił się bez większego pomyślunku, poprawiając poły czarnej szaty z wyszytymi miedziano-pomarańczowymi zdobieniami.

Musiał uznać to za fakt: grupa wiernych faktycznie zamierzała przedrzeć się dziś na Polanę Ognisk, nie bacząc na ochronę wysłaną tutaj przez Ministerstwo Magii, jak i na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa czające się w cieniu drzew Kniei Godryka. Zwłaszcza w cieniu jednego konkretnego drzewa. Odwrócony dąb. Tak, to też był spory problem… Może nawet większy niż mu się wydawało? Zespół badawczy wprawdzie wysłuchał jego sugestii, aby poświęcić drzewo i pozbyć się go raz na zawsze, jednak… Wątpił w to, aby go posłuchano. Ich ambicja, a może wręcz arogancja była po prostu zbyt duża.

I to chyba najbardziej go niepokoiło: jeśli zdecydowano się na nieścinanie drzewa, to zapewne wciąż bezcześciło Polanę Ognisk swoją obecnością. Oznaczało to też, że tłum mógłby zetrzeć się też z samym dębem i broniącego go oddziałem Ministerstwa Magii. Sebastian zacisnął pięści na samą myśl. Życzenie sobie tego, aby zbuntowanym wiernym udała się ta wycieczka było czymś irracjonalnym, a jednak… Nie mógł wyzbyć się przeświadczenia, że ich gniew mógłby spopielić to przeklęte drzewo. Wystarczyłoby jedno zaklęcie. Iskra. Zbłąkany płomień, który Matka skierowałaby w odpowiednie miejsce. Siła wiary jej wyznawców zwróciłaby w jej posiadanie miejsce kultu odebrane jej przez Śmierciożerców.

Macmillan przymknął oczy i wziął kilka głębokich oddechów. Wyjął z pudła zestaw książek autorstwa siostry Fantazji i zaczął rozkładać ja na głównej ladzie; wcześniej wystawili jedynie kilka sztuk, jednak te zostały bardzo szybko wykupione przez pierwszych gości sabatów. Głównie tych starszych, którzy buszowali wśród wciąż rozstawianych stoisk i nie mieli wystarczająco wigoru, aby bawić się w Święto Duchów do późnych godzin nocnych, a mimo to chcieli wziąć udział nawet w tak wczesnym etapie uroczystości. Rozsądni ludzie, pomyślał Sebastian, starając się wykrzesać z siebie chociaż minimalny uśmiech z którym mógłby witać gości sabatu.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Asortyment stoiska:
  • różności:
    • zakładki do książek z kolorowymi frędzlami z widoczkami:
      • głównej siedziby kowenu w Londynie;
      • festynu na Ulicy Pokątnej (Lammas '72);
    • zakładki do książek z kolorowymi frędzlami z ruchomym wizerunkiem Matki;
    • kalendarze z kapłanami kowenu na rok 1973;
    • herbata ziołowa sprzedawana w papierowych torebkach;

  • literatura:
    • śpiewniki kowenu
    • modlitewniki kowenu;
    • książka kucharska ”Jesienne przekąski kapłanki Fantazji”;
    • książka kucharska ”Wielka księga przysmaków kapłanki Fantazji”;
    • kolorowanka dla dzieci ”50 miejsc kultu kowenu Whitecroft”;
    • książeczka ”szukam i znajduje” (znajdź arcykapłana Percivala na każdej z 50 plansz książki);

  • koszulki oversize z nadrukami:
    • Matka mnie wspiera bardziej niż kawa
    • W imię Pani Księżyca
    • Samhain '72: Mój pierwszy sabat
    • Przeżyłem/Przeżyłam Beltane '72 (napis ewidentnie został wykonany odręcznie, osoby prowadzące stoisko nie widzą, skąd wziął się ten wariant koszulek)

  • rozgadane kapłanki wciskają niektórym klientom darmowe broszury:
    • ”Jak wejść w Yule z sercem pełnym światła?” (zestaw 10 modlitw oraz 10 cytatów przygotowujących do wejścia w nastrój zimowych obchodów)
    • ”Walpurgisnacht, czyli jak Niemcy obchodzą Beltane” (felieton napisany przez siostrę zakonną o podobieństwach i różnicach między oboma świętami, data wydania wskazuje na luty 1972 roku)
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
06.10.2026, 16:07  ✶  

Sprawa wydawała się jej całkiem prosta. Skoro sam kapłan z Kowenu postanowił napisać jej o swoich obawach dotyczących tego, jak będzie przebiegał sabat to postanowiła osobiście się tutaj stawić, żeby czuwać. Poprosiła o wsparcie kuzyna, z którym od jakiegoś czasu współpracowała, bo mu ufała i wierzyła, że tak jak ona nie będzie obojętny na to jak mogło się to potoczyć. W lesie czaiło się prawdziwe niebezpieczeństwo, z którym miała niewątpliwą przyjemność się spotkać i jakimś cudem wyjść z tego cało. No nie do końca cudem, bo zdawała sobie sprawę z tego, że Kromlech w którym się wtedy znalazła pozwolił jej przeżyć noc i wyjść cało z lasu. Podzieliła się informacjami o tym z kilkoma osobami, wolała nie zostawiać tego dla siebie, bo przecież samo to, że ten krąg znalazł się w lesie i dało się w nim przeczekać noc sporo zmieniał. Najwyraźniej istniały runy, które mogły jakoś działać na widma. Pokazała to wspomnienie Benjy'emu z racji na jego rozległą wiedzę o runach i rytuałach, wierzyła, że zdoła z tego coś wyciągnąć. Niekoniecznie jeszcze mieli możliwości sprawdzić, jak mu poszło, ale wiedziała, że pracował nad pewnym prototypem, oby nie musieli dzisiaj sprawdzać, czy faktycznie działał.

Ustaliła z Sebastianem, że spotkają się w Dolnie, aby porozmawiać. Listownie ciężko było uzyskać wszystkie informacje, być może coś im umykało, warto więc było po prostu przegadać całą sprawę, a że wspomniał o tym, że będzie znajdował się przy stoisku, to właśnie tam zamierzała się udać na samym początku swojej wizyty w Dolinie Godryka.

Umówili się z Benjym na miejscu. Pojawiła się w punkcie, który ustalili chwilę przed czasem. Rozglądała się uważnie po okolicy kalkulując ile właściwie ludzi jest tutaj obecnych. Zdawała sobie sprawę, że większa część społeczeństwa będzie znajdowała się w Little Hangleton, bo to tam miała odbywać się ta oficjalna, sabatowa część. Poinformowała też ojca o tym, co mogło się wydarzyć, dzięki czemu później miało do niej dołączyć kilku z członków stowarzyszenia Artemis, razem będą czuwać nad wszystkim. Niekoniecznie interesowało ją to całe starcie między Ministerstwem, a zwykłymi zjadaczami chleba, Geraldine obawiała się tego, co siedziało w lesie i że to, co się wydarzy mogło zakłócić ten stan rzeczy. Zdecydowanie lepiej dla wszystkich, gdyby te stworzenia nie przekroczyły linii lasu. Ojciec wspomniał w liście coś o tym, że one ciągle trzymały się lasu dlatego, że znajdowało się tam coś, czego pragnęły. To było całkiem pokrzepiające, bo najbardziej bała się tego, że te stwory mogłyby rozleźć się po świecie. Nie zmieniało to jednak faktu, że ludzie którzy wejdą do lasu znajdą się w niebezpieczeństwie, nie wydawało jej się, żeby mieli świadomość jak bardzo ryzykowali wchodząc tam, a poniekąd uważała, że rolą jej i osób z którymi współpracowała była ochrona przed niebezpiecznymi stworzeniami, a więc nie widziała innej opcji, jak to, żeby się tutaj znaleźć i czuwać.

Kiedy zjawił się jej kuzyn mogli w końcu ruszyć na poszukiwanie kowenowego straganu, gdzie powinien obecny być i ksiądz, z którym mieli do pogadania. Naprawdę ceniła sobie zaufanie Sebastiana i to, że właśnie do niej zwrócił się o wsparcie. - Myślisz, że to stoisko będzie widoczne? - Zapytała jeszcze Benjy'ego rozglądając się wokół. Nie miała pojęcia jak wielki stragan mógł przygotować Kowen.

- Sebastian wspominał w liście, że ma pewne przeczucia, w sumie wiadomo jak jest, lepiej z nim porozmawiać o tym, jak to wszystko widzi. - Nie wspominała chyba Benjy'emu, że kiedyś właśnie między innymi z kapłanem znalazła się w lesie próbując przeprowadzić drobne dochodzenie, z którego niekoniecznie coś wyszło, stąd się właściwie znali.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
06.10.2026, 21:40  ✶  
Teleportacja nigdy nie należała do moich ulubionych sposobów przemieszczania się, choć po latach pracy z klątwami, zabezpieczeniami oraz rzeczami znacznie gorszymi od zwykłego zawrotu głowy nauczyłem się znosić ją bez większego marudzenia, zawsze zostawiała po sobie jednak ten sam krótki, nieprzyjemny ślad w moim ciele, ucisk za oczami, szarpnięcie w żołądku i wrażenie, że przez ułamek sekundy wszystkie moje wnętrzności postanowiły znaleźć się gdzieś indziej, dlatego kiedy pojawiłem się w Dolinie Godryka chwilę przed umówionym spotkaniem z Gerdą, odczekałem kilka oddechów, zanim ruszyłem przed siebie, poprawiając płaszcz ze skóry i uważnie rozglądając się po okolicy. Tegoroczne Samhain z pewnością nie było i nie miało być tak tłumne jak niegdyś, nie musiałem tutaj bywać przez ostatnią dekadę, aby to wiedzieć, lecz sam środek dnia przyciągnął tutaj wystarczająco wielu ludzi, żeby zlokalizowanie jednej konkretnej osoby wymagało więcej uwagi niż zwykle, na moje szczęście, Geraldine nie należała jednak do tych kobiet, które potrafiły zniknąć w podobnym otoczeniu, więc po krótkiej obserwacji wypatrzyłem ją stojącą nieco na uboczu i lustrującą okolicę z miną kogoś, kto zamiast świętować zdążył już policzyć wszystkie możliwe drogi wyjścia. Nie to, abym sam się temu dziwił, wręcz przeciwnie, chociaż nie dało się ukryć, iż dostrzegłszy ją taką poczułem się jednocześnie tak samo rozbawiony, co odrobinę zbity z tropu, bo przez lata zdążyłem przywyknąć do tego, że to ja sam zazwyczaj byłem tym typem osoby.
Podszedłem do niej miarowym krokiem, skinąłem głową na powitanie i zatrzymałem się obok, jeszcze przez moment patrząc w stronę ulicy, zanim przeniosłem uwagę na nią, przez chwilę zastanawiając się, czy bardziej wypatrywała mnie, Sebastiana, czy czegoś, co mogło wyłonić się spomiędzy drzew. Nie musiała mi właściwie tłumaczyć powagi sytuacji i znaczenia tego, że kapłan Macmillan napisał do niej z obawami dotyczącymi przebiegu wieczornej części celebracji sabatu, sam fakt wystarczał, żebym potraktował sprawę poważnie, szczególnie że chodziło o noc, podczas której zwykła ostrożność potrafiła okazać się niedostatecznie dużym zabezpieczeniem.
Zresztą od chwili, kiedy moja kuzynka pokazała mi wspomnienie ze swojego spotkania z widmami, mniej lub bardziej regularnie wracałem myślami do Kniei, kromlechu, układu run na tamtejszych kamieniach i tego wszystkiego, co jeszcze mogło się kryć wewnątrz zamkniętego terenu, próbując zrozumieć, czy działanie konstrukcji utrzymującej tamte stwory na dystans wynikało z konkretnej kombinacji znaków, właściwości budulca, miejsca, czy może z czegoś, czego jeszcze nie potrafiłem nazwać ani wymyślić. Prototyp znaku ściśle odwzorowany w pomniejszonej wersji na talizmanach, nad którymi pracowaliśmy, mógł zweryfikować część teorii, naprowadzając nas na właściwy tok pojmowania całego problemu - to fakt - chociaż zdecydowanie wolałem, żeby jego pierwszym prawdziwym testem nie było dzisiejsze pospolite ruszenie, ponieważ czas, w którym Zasłona stawała się szczególnie cienka nie był dobrym momentem na lekceważenie tych kilku żelaznych zasad zdrowego rozsądku, jakich nawet ja nie potrafiłem zbyć lekką ręką, szczególnie kiedy kilka niezależnych informacji wskazywało w tę samą stronę. Preferowałem nie przekonywać się dzisiaj, czy zabezpieczenie działało pod rzeczywistym obciążeniem, jeżeli musiałbym sprawdzać je przy okazji ataku widm albo czegoś jeszcze gorszego, oznaczałoby to, że dzień poszedł zdecydowanie nie w tę stronę, którą planowałem, chociaż większość moich planów przecież i tak poszła się gonić. Cóż, tym razem niewątpliwie mogło być gorzej.
Spojrzałem w stronę linii lasu majaczącego ponad zabudowaniami - drzewa wyglądały spokojnie, lecz spokój nie oznaczał bezpieczeństwa, szczególnie w dzień taki jak ten, kiedy granice były słabsze i bardziej rozmyte, rytuały silniejsze, zaś okolica była pełna ludzi, którzy mogli spróbować wleźć tam z czystej ciekawości. Niepokoiła mnie przede wszystkim ta część historii, której nadal nie potrafiliśmy zamknąć w żadnym rozsądnym wyjaśnieniu - stworzenia pozostające w gęstwinie, ponieważ znajdowało się tam coś, czego pragnęły, brzmiały lepiej niż stworzenia mogące w każdej chwili zostać stamtąd wywabione lub uwolnione, by swobodnie przemieszczać się po okolicy - jeżeli rzeczywiście istniał bodziec utrzymujący je w jednym miejscu, należało jednak ustalić jego naturę, zanim ktoś spróbował wejść między drzewa z przekonaniem, że skoro miał przewagę liczebną pod postacią innych oszołomów, to nic szczególnie złego nie mogło się wydarzyć.
- Liczę, sze kowen postanowił pszygotowaś coś odpowiednio… Celemonialnego. - Odparłem, bo właściwie niewiele wiedziałem na temat tego, jak dotychczas wyglądały stragany rozstawiane przez nich w tym miejscu, ale doświadczenia z podobnymi instytucjami podpowiadały mi, iż mało która lubowała się w skromności i braku teatralnego przesytu. Nie czekałem jednak na odpowiedź, tylko ruszyłem obok niej, czujnie obserwując drogę prowadzącą w stronę straganów i wypatrując czegoś, co zdecydowanie nie przypominało oszczędnego w asortymencie, lecz jednocześnie poukładanego stoiska, które nagle wyrosło na horyzoncie.
- No. - Odchrząknąłem, darując sobie chwilowo dalszy komentarz, tylko przyspieszając kroku. Im szybciej mieliśmy porozmawiać z Sebastianem, tym szybciej mogliśmy dowiedzieć się, czego właściwie powinniśmy się obawiać - jeżeli kapłan miał przeczucia, wolałem ich wysłuchać już teraz, przed zachodem słońca, zanim przeczucia postanowiły zamienić się w raport z miejsca zdarzenia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#4
07.10.2026, 18:33  ✶  
Obsługiwanie kolejnych klientów przychodziło Sebastianowi z lekkim trudem. Robił wszystko w swojej mocy, aby wypaść przed nimi jak najbardziej naturalnie, ale czy to wystarczało? Nie mógł powstrzymać się przed tym, żeby nie przypatrywać się tegorocznym gościom sabatu z większą uwagą niż zazwyczaj.

Każde z nich mogło za kilka godzin udać się na podbój Kniei Godryka. Każde z nich mogło ryzykować swoim zdrowiem i życiem, aby ponownie znaleźć się w świętym miejscu Matki. I każde z nich może pogorszyć całą sprawę z Widmami, szeptał Macmillanowi cichy głosik w jego głowie, podsycając najgorsze obawy względem nadchodzącej nocy.

W okolicy Doliny Godryka znalazło się zdecydowanie zbyt wiele problematycznych czynników, które nałożone na siebie mogły doprowadzić do absolutnej katastrofy. Odwrócony dąb. Widma. Badacze z Polany Ognisk (o ile wciąż tam urzędowali). Siły porządkowe Ministerstwa Magii. Zbuntowani Wierni. A przecież mogli do tego też dołączyć ludzie, którzy ruszą za tłumem szturmującym Knieję z czystej ciekawości. Przy takim układzie sił coś po prostu musiało pójść nie tak.

Po odprawieniu od lady klientki, która kupiła kilka sztuk zakładek do książek, Sebastian zaczął rozglądać się na wszystkie strony w poszukiwaniu kolejnych zainteresowanych. Tym razem jednak zamiast wianuszka starszych dewotek wypatrzył w alejce między straganami Geraldine Yaxley i Benjy'ego Fenwicka. Jego ręka momentalnie powędrowała w górę, co by mógł zwrócić na siebie ich uwagę.

— O Pani! — rzucił ku nim, jednak chyba zbyt cicho, aby go usłyszeli. — Geraldine Yaxley. — Chyba musiał wołać głośniej. — Greengrass-Yaxley!

Wyprostował się mimowolnie, gdy poczuł na sobie spojrzenie towarzyszących mu kapłanek. Nie wtajemniczył ich w to, czego dowiedział się na temat bezbożnego dębu i planów wiernych. Przed wyruszeniem z Londynu przypomniał im jednak o wszelkich procedurach bezpieczeństwa na wypadek jakiegoś incydentu; miały nie dbać o dobytek stoiska i skupić się na tym, aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Tak chyba było najrozsądniej.

— Moje serce raduje się na… wasz widok — kontynuował już nieco spokojniejszym tonem Sebastian, gdy para znalazła się już bliżej głównej lady. — Jeszcze z rana modliłem się do Przenajświętszej, abyście pozostali w dobrym zdrowiu, a wasza siła woli pozwalała wam przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. To może być tylko sabat, ale to wciąż Samhain. — Wypuścił głośno powietrze przez usta. — A jak sami możecie zauważyć Ministerstwo ewidentnie na coś się szykuje. Ich funkcjonariusze krążą już tutaj od rana.

W tej chwili zerknął w bok, w stronę przejścia między dwoma stoiskami, które prowadziło na tyły straganów, gdzie większość wystawców wystawiała kosze na śmieci, zużyte kartony i puste opakowania po produktach. Co jak co, ale rozmowy na temat Polany nie powinni prowadzić przy głównej ladzie, do której mógł podejść… Cóż, praktycznie każdy, gdyby nie to, że mieściły się przy niej może trzy osoby na raz.

— My… — zaczął niepewnie, wodząc wzrokiem po Geraldine i Benjym, aż jego spojrzenie zatrzymało się na wiszących tuż obok koszulkach. — Nie mamy zbyt wielu wariantów, ale można sprawdzić na tyłach, czy nie mamy czegoś dodatkowego. Niestety, większość poszła do Little Hangleton.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
07.10.2026, 20:18  ✶  

Geraldine przyglądała się otoczeniu. Wypadało zorientować się, gdzie znajdowały się wszystkie oficjalne wyjścia, w sumie to tak naprawdę w ogóle sprawdzić, czy istniały, czy później może zacząć się tutaj chaos i tłum ludzi będzie mógł się wylewać z każdej strony. Obserwowała uważnie okolicę, chciała też wiedzieć ile mniej więcej osób się tutaj póki co pojawiło. To było dość istotne, zważając na to, że w korespondencji padły informacje o niekoniecznie przyjemnie nastawionych nastrojach zwykłych zjadaczy chleba. Kręcili się tutaj również pracownicy Ministerstwa, co wcale jej nie zdziwiło, Knieja aktualnie była bardzo popularnym miejscem, kto wie, czy nie mówiono więcej, niż o samej stolicy.

- Kto jak kto, ale oni zawsze lubią się pokazać. - Przynajmniej tak się Geraldine wydawało. Kowen lubił odpowiednio podchodzić do sabatów, kapłani i kapłanki zawsze bardzo mocno przygotowywali się do tych wydarzeń, niby dzień święty trzeba było święcić, ale ona miała swoje zdanie na ten temat, którym aktualnie chyba niekoniecznie chciała się dzielić.

Mijali stragany, których wydawało jej się być mniej niż podczas Ostary i Lithy. Szukała wzrokiem jednak tego jednego, przy którym miał się znajdować kapłan, z którym musieli porozmawiać.

Greengrass-Yaxley szła przed siebie całkiem żwawym krokiem, zresztą jak zawsze. Nie do końca potrafiła poruszać się inaczej, była jednak bardzo uważna, do tego wyostrzyła swoje wszystkie zmysły, żeby przypadkiem żadne potwory się przed nią nie ukryły. Obserwowała wszystkie stoiska, które mijali. Nie, żeby szukała czegoś co wpadnie jej w oko, bo nie po to się tutaj znaleźli. Mieli swoją własną misję, chciała jednak zapamiętać co się gdzie znajdowało.

Nie usłyszała tego pierwszego zwrotu. Faktycznie Sebastian odezwał się zbyt cicho, ludzie, którzy ich mijali dosyć głośno między sobą dyskutowali. Nie zignorowała jednak tego Greengrass-Yaxley. Odwróciła się i wtedy dostrzegła Sebastiana i jego stoisko, to znaczy drwnianą budkę. Zmrużyła oczy i nieco się skrzywiła, nie tego się spodziewała, być może Kowen nieco ucierpiał finansowo po Spalonej Nocy, czy coś. - Faktycznie bardzo ceremonialne… - Mruknęła jeszcze cicho do Fenwicka. Ruszyli w kierunku kapłana, znalazł ich szybciej, niż oni jego. W sumie na pewno odrobinę wyróżniali się w tym tłumie swoim wzrostem, nie łatwo było ich przegapić, w przeciwieństwie do kowenowego straganu.

Nie wątpiła w szczerość Macmillana, wydawał się być naprawdę poczciwym człowiekiem i Ger gdzieś pod skórą czuła, że nie chce zawieść jego zaufania. - Na pewno Twoja modlitwa doda nam sił. - Nie do końca wiedziała, jak powinna zareagować na te słowa, starała się więc być miła jak na siebie, co wcale nie było dla niej takie proste. - Tak, kręci się ich tutaj dosyć sporo, coś zwróciło jeszcze Twoją uwagę? - Zapewne spędził już tu trochę czasu, mógł zobaczyć to i owo podczas przygotowań, być może było coś nietypowego.

Przeniosła wzrok na stoisko, aby obejrzeć asortyment przygotowany przez Kowen. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, bo tak się składało, że zazwyczaj omijała akurat to stoisko szerokim łukiem. Dotknęła dłonią koszulek, z zainteresowaniem czytała slogany, które się na nich znajdowały. - Nie najgorzej to wygląda, macie nasze rozmiary? - To wcale nie było takie oczywiste, bo odbiegali wzrostem od większości społeczeństwa.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
08.10.2026, 01:49  ✶  
Przybyłem do Doliny Godryka z nastawieniem czysto praktycznym, nawet nieco ponurym, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż tegoroczne Samhain nie było najlepszym dniem na beztroskie spacerowanie między straganami, lecz kiedy szliśmy alejkami w poszukiwaniu tej konkretnej budki, moja głowa mimowolnie obracała się w kierunku towarów najbardziej przyciągających wzrok. Nic dziwnego, że prawie przegapiłbym miejsce, do którego zmierzaliśmy…
Trudno było mi powiedzieć, czy Przenajświętsza rzeczywiście miała tego dnia dla nas szczególne plany, natomiast biorąc pod uwagę wszystko, co mogło się wydarzyć po zmroku, dodatkowa para boskich rąk z pewnością nikomu by nie zaszkodziła, na szczęście Matka zesłała nam dłoń Sebastiana - swojego najdzielniejszego kapłana - uniósł rękę, otwarłszy usta, coś powiedział, lecz w panującym wokół gwarze równie dobrze mógł właśnie błogosławić przechodzącą obok grupę albo próbować ogłosić następną rozgrywkę bingo ze świętymi liczbami. Nawet nie miałem pewności, czy również nas zauważył, dopiero kiedy do moich uszu głośno i wyraźnie dotarło nazwisko Geraldine, już w tej pełniejszej wersji, spojrzałem na nią kątem oka, tłumiąc uśmieszek, bo najwyraźniej kapłan postanowił wykorzystać wszystkie jej nazwiska, żeby mieć absolutną pewność, że zostanie dostrzeżony.
- Gelaldine Altemis Gleenglass-Yaxley, cólo Gelalda i Jennifel s domu Bolgin, nie udawaj, sze nie słyszałaś… - Wymamrotałem półgębkiem, nim ruszyłem tuż za nią, przy okazji zerkając po drodze na mijanych wystawców, przechodniów oraz funkcjonariuszy, których liczną obecność rzeczywiście trudno było przeoczyć, zwłaszcza kiedy wiedziało się, czego szukać. No, na pewno wyróżniali się oni bardziej od budki z towarami poświęconymi Pani, tego nie dało się ukryć, w przeciwieństwie do straganu.
- Ano… - Uniosłem lekko brew i rzuciłem plecom Gerdy krótkie spojrzenie, którego nie musiałem nawet uzupełniać komentarzem odnośnie tego, iż być może mógł to być jakiś najnowszy nurt religijnej architektury - „zmaterializowana oszczędność duchowa”, „neoascetyzm towarowy” albo coś takiego - wyglądało na to, że znaleźliśmy właściwe miejsce, to było najbardziej istotne, chociaż zlokalizowanie go było zdecydowanie łatwiejsze dzięki Sebastianowi i Opatrzności niż dzięki samemu Whitecroft. Nigdy nie byłem szczególnie religijny, może dlatego bawiło mnie zestawienie świątecznej powagi z konstrukcją wyglądającą tak, jakby mogła równie dobrze sprzedawać religijne figurki z żołędzi albo kartki okolicznościowe zbliżone do tych powstałych pracą rąk moich i mojej żony, nie zamierzałem jednak wydawać zbyt wielu werdyktów na podstawie pierwszego wrażenia, szczególnie że członkowie zgromadzenia prowadzący tu interes mieli tego dnia znacznie większe problemy na głowie niż dekoracyjność swojej lady, niedawna Spalona Noc mogła mocno uszczuplić ich zapasy, możliwości finansowe oraz cierpliwość do organizowania wystawnych celebracji w miejscu, w którym w każdej chwili coś się mogło wydarzyć, i…
„O cholera, o kurwa, czy to…?”
Nie spodziewałem się po Kowenie szczególnie wyszukanego asortymentu, przynajmniej dla osób mojego pokroju, a jednak niektóre hasła na ich koszulkach miały w sobie tyle bezczelności, że aż chciało się je przeczytać ponownie. Pewnie nawet bym to zrobił, od razu do nich podchodząc, gdyby nie konieczność przeprowadzenia znacznie ważniejszej dyskusji.
Nie dało się zaprzeczyć, oczekujący nas Sebastian miał wyjątkowy talent do rozpoczynania rozmów w sposób, który od razu przypominał, że miało się do czynienia z kimś związanym z kultem, religią oraz wszystkim tym, czego zwykle nie dało się załatwić jednym prostym „i tobie też siema” - słowa o modlitwie do Przenajświętszej zabrzmiały nawet całkiem pokrzepiająco, szczególnie że po tych wszystkich ostrzeżeniach zaczynałem się obawiać, że przywita nas od razu modlitwą o odkupienie - przez krótką chwilę po prostu mu się przyglądałem, próbując zdecydować, czy powinienem odpowiedzieć w sposób równie ceremonialny, czy może wystarczyło zwykłe podziękowanie mu skinieniem głowy, adekwatnie szybkim, zanim uznałby mnie za bluźniercę jeszcze przed rozpoczęciem właściwej części święta. Wybrałem drugą możliwość, ponieważ moje kompetencje obejmowały klątwy, zabezpieczenia oraz ewidentnie również paskudne stworzenia, nie zaś poprawne reagowanie na błogosławieństwa.
- Nom. Niech się dopełni. - Dorzuciłem jeszcze, zaraz po Grenadynie, bo zwykłe „dzięki” raczej nie wchodziło w grę. Nie byłem pewien, czy powiedziałem to zgodnie z porządkiem, lecz Macmillan wyglądał na wystarczająco pobożnego, żeby wybaczyć mi ewentualną herezję, poza tym w moim odczuciu brzmiało to dostatecznie prawilnie, żebym nie musiał udawać nagle świętszego, niż byłem, i przede wszystkim pasowało do sytuacji, w której właśnie rozważałem zakup odzieży religijnej przed rozmową o czymś, co ssało.
Zerknąłem przy tym w stronę funkcjonariuszy.
„Ministerstwo zawsze najliczniej pojawia się dokładnie tam, gdzie wystarczyłoby, żeby pojawiło się trochę mniej Ministerstwa, by uniknąć dodatkowego pogorszenia sytuacji, huh?”, „Ministerstwo zawsze ma coś do roboty, kiedy najlepiej byłoby, żeby przez chwilę nie robiło niczego…” ewentualnie „No, to jest, kurła, całkiem podejrzane” - chyba tylko dzięki modlitwie w intencji siły mojej woli powstrzymałem się przed podobnym komentarzem, dając Gerdzie możliwość grania pierwszych skrzypiec w dyskusji. Zaklęcia, bariery oraz doświadczenie były przydatne, mundur może przyciągał panny, przynajmniej jeśli wierzyć podaniom, ale sam w sobie nie zatrzymywał ani widm, ani wściekłej gawiedzi. Nie byłem pewien, czy ktoś powiedział to przedstawicielom właściwego Departamentu, patrząc po zagęszczeniu patrolujących par i ich śmiertelnie poważnych minach, na pewno wielu z nich uważało się za niezbędny element celebracji mający samą siłą woli utrzymać ten sabat w ryzach, inni dysponowali jakimiś głębszymi informacjami, to zaś oznaczało naprawdę wysokie, często niespełnialne ambicje naprawdę wielu ludzi… Niespecjalnie chciałem tłumaczyć się przed nimi ze swoich akcji i intencji, bo instynktownie czułem, że mógłbym poczuć się niezrozumiany, a trzydziesty pierwszy października nie był dobrym dniem na ignorowanie takich szczegółów, szczególnie gdy w pobliżu znajdowała się Knieja, o której od kilku miesięcy krążyło wystarczająco dużo historii, żeby rozsądna osoba zaczęła omijać ją szerokim łukiem. Samhain było niestety właśnie tym świętem, przy którym ludzie wyjątkowo chętnie przypominali sobie o granicy między światem żywych oraz umarłych, między profanum a sacrum, między logiką a delulu, po czym równie chętnie przekraczali ją z wielu różnych powodów - ciekawości, ilości alkoholu płynącej we krwi lub z przekonania, że „skoro inni idą, to przecież nic złego nie może się wydarzyć” - historia miała na ten temat własne zdanie, ale mało kto pamiętał o takich detalach, nawet jeśli chyba każda matka, niezależnie od czystości krwi i środowiska, dysponowała szeregiem tekstów o skakaniu za ziomkami. Personalnie zatem również nie podobało mi się nagromadzenie „ochrony”, bo nigdy nie lubiłem przedstawicieli prawa, jeszcze mniej podobała mi się świadomość, że mogliśmy mieć dziś do czynienia jednocześnie z nimi, z szalonymi wiernymi, z fanatykami Voldemorta, z ciekawskimi gapiami oraz ze wszystkim tym, co czaiło się za linią drzew.
- Oke… - Przeniosłem spojrzenie na budkę, kiedy nasz towarzysz zaczął sugerować przejście na tyły, lecz moje zainteresowanie nieoczekiwanie znowu wróciło do faktycznej zawartości asortymentu, nie tylko tej będącej doskonałą przykrywką dla udania się poza zasięg niepowołanych uszu. Geraldine zapytała o rozmiary ubrań z tymi samymi sloganami, które wcześniej czytałem, więc spojrzałem na Sebastiana, potem na siebie, następnie znowu na wiszące koszulki i wreszcie przesunąłem palcami po jednej z nich, oglądając materiał oraz nadruk z ciekawością, której chyba sam się po sobie nie spodziewałem. To było… Zasadne pytanie, naprawdę zasadne. Macmillan wspomniał, że większość asortymentu pojechała do Little Hangleton, przyjąłem tę informację bez większego zdziwienia, bo wszystko wskazywało na to, że większa część Kowenu potraktowała główny sabat jako centrum wydarzeń, traktując Dolinę nieco po matcoszemu, ale nie obraziłbym się, gdyby na zapleczu rzeczywiście znajdowało coś w większej rozmiarówce niż dla przeciętnego czarodzieja. „Pobożne życzenie a może święta prawda?”


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#7
08.10.2026, 18:54  ✶  
Macmillan miał słabość do Geraldine i jej znajomych.Chociaż pierwsza nić porozumienia zawiązała się między nimi podczas wspólnej wyprawy z Laurentem do Kniei Godryka, tak ich relacje jeszcze bardziej się ociepliły, gdy kobieta zaczęła przygotowywać się do ślubu. Wprawdzie przygotowania te były wyjątkowo krótkie, nad czym Sebastian bardzo ubolewał, jednak starał się podchodzić do tego z pobłażliwością. W zamian został w końcu pierwszorzędnie przyjęty na samym weselu, czyż nie?

— Oczywiście, że mamy — obruszył się Sebastian, na moment zapominając o bardzo-ważnej-sprawie o której mieli porozmawiać. — Nikogo nie dyskryminujemy. Pod względem jakości, owszem, nie możemy się równać z pracowniami Rosierów, ale robimy, co w naszej mocy, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Matka na szczęście sprzyja talentowi naszych uzdolnionych krawcowych. — Uniósł głowę, aby otaksować wzrokiem Benjy'ego. — Resztę twoich rozmiarówek mamy na tyłach.

Gdyby je rozwiesili nad ladą, to już w ogóle nie widzieliby, co się działo wokół stoiska. A akurat dzisiaj mogło to być szczególnie niebezpieczne.

— Ale za to nie bierzemy odpowiedzialności jako kowen — skomentował półgębkiem, wskazując na koszulki nawiązujące do ataku na Polanę Ognisk. — Najwidoczniej ktoś z młodszych członków naszego zgromadzenia dał się skusić podszeptom jakiegoś… psotnego ducha.

Chociaż napis Beltane '72 wyglądał na oryginalny, tak bardzo łatwo było zauważyć, że pierwsza część sloganu z wariantem męskim i żeńskim został dopisany ręcznie. Nie miał pojęcia, kto w kowenie był tak skory do żartów, ale ze względu na dobro tej osoby miał nadzieję, że arcykapłan nigdy nie pozna ich tożsamości.

Na szczęście tych koszulek nie było specjalnie dużo. Przynajmniej w tej części asortymentu, która została przetransportowana do Doliny Godryka. Na Merlina, oby Ambrosia też nie dostała ich zbyt wielu, pomyślał Sebastian, kręcąc z niedowierzaniem głową. Plus był taki, że koszulki faktycznie schodziły, co zasilało portfel kowenu. Macmillan bardzo szybko odsunął od siebie krytyczną myśl, jakoby zarabiali na niedawnej tragedii magicznej społeczności. Jednocześnie dał też Geraldine i Benjy'emu dłuższą chwilę na zaznajomienie się z asortymentem.

— Także ekhm zapraszam do tyłu — rzucił, wskazując im drogę między straganami. W tym samym czasie podszedł do pomagających mu w prowadzeniu stoiska kapłanek i przekazał im krótkie instrukcje co do obsługi klientów.

Po wyściubieniu nosa na ”zaplecze” zlokalizowane na świeżym powietrzu rozejrzał się czujnie na prawo i lewo, lustrując wzrokiem najbliższe otoczenie. Miał stąd całkiem niezły widok na to, co się działo na tyłach wzniesionych tu w ciągu kilku ostatnich dni stoisk. Za jednym z bardziej odległych straganów stała kobieta w średnim wieku popalająca pospiesznie papierosa i zaglądająca co rusz na zaplecze swojego stoiska…

Chyba florystycznego?, pomyślał Sebastian. Jednocześnie zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć, czy aby na pewno się nie pomylił. Bądź co bądź, mogła to być też kobieta od glinianych naczyń, a… Gdy tylko Geraldine i Benjy ponownie znaleźli się w zasięgu jego wzroku, wszelkie dywagacje na temat tożsamości kobiety odeszły w niepamięć. Wziął głęboki oddech i przywarł mocniej plecami do drewnianej ściany stoiska.

— Koszulki są w tym pudle — wskazał na zabezpieczone taśmą pudło stojące na dwóch innych kartonach; konstrukcja przypominała miniaturową piramidę. — Przenajświętsza mi świadkiem, że wolałbym się z wami spotkać w innych okolicznościach, ale… Obawiam się, że przemarsz na Polanę Ognisk jest już właściwie pewny. Ja… Ekhm… Przyznaję to z niechęcią, ale zignorowałem pewne sygnały ostrzegawcze. — Mimowolnie opuścił spojrzenie na buty Benjy'ego. — Z własnej niewiedzy odprawiłem nawet Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, gdy próbowano mnie wypytać, czy przypadkiem nie jestem w to zamieszany.

Z drugiej strony, gdy Atreus Bulstrode odezwał się do niego w tej sprawie, to i tak nie miał dla niego zbyt wielu przydatnych informacji. Ostrzegł po przed drzewem i zespołem badawczym, bo cóż więcej mógł zrobić? Nie wiedział wówczas, że po mieście krążyły już plotki o planach zbuntowanych wiernych. Uświadomiła mu to dopiero rozmowa z Ambrosią. Poza tym pomysł, że zwykli czarodzieje mieli próbować przebić się do serca Kniei Godryka, wydawał się po prostu głupi. A teraz? Teraz brzmiało to jak koszmar.

— Ogólnie rzecz biorąc, to… jest źle — wyrzucił z siebie, wypuszczając głośno powietrze z płuc przez usta. — Ale może z tego wyjść coś, co… rozwiąże?… część dręczących naszą drogą społeczność problemów…
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
08.10.2026, 19:44  ✶  

Pokręciła głową i przewróciła oczami, kiedy usłyszała słowa swojego kuzyna. Oczywiście, że podłapał to, w jaki sposób zawołał ją kaznodzieja. Kto jak kto, ale akurat Benjy byłby w stanie wymienić pewnie nawet dalszych członków jej drzewa genealogicznego, w końcu byli rodziną, tylko aktualnie mało kto o tym wiedział. Ciekawe, jakby zareagowali gdyby zdawali sobie sprawę, że już jako chłystki razem sprawiali sporo kłopotów.

Geraldine nie podejrzewałaby, że ktoś taki jak Sebastian mógłby mieć słabość do ludzi pokroju jej i jej znajomych. Jak widać niezbadane były wyroki boskie. Ona sama bardzo szanowała akurat tego kaznodzieję, chociaż z większością nie było jej raczej po drodze. Sebastian okazał się być całkiem niezłym kapłanem, do tego udzielił jej ślubu mimo lekkiego podejścia do nauk małżeńskich. Co najważniejsze nie spowodował, że ceremonii nie dało się wytrzymać, wręcz przeciwnie wszystko poszło nadzwyczaj gładko, nawet napił się bimbru jej ojca i został na dalszej części imprezy. Nie tacy księża straszni, jak ich malowano, to znaczy nie taki Sebastian straszny… jakby się mogło wydawać. Uważała, że był naprawdę w porządku, dlatego też nie wahała się nawet chwilę, czy powinna zareagować na jego list. Ufał jej - nie chciała go zawieść, być może liczyła też na to, że Matka, czy inna siła wyższa jej się za to odwdzięczy czy coś, kiedy już dokona swoje żywota.

- Och, przepraszam, nie wiem jak mogłam zarzucić Wam nietolerancję. - Najwyraźniej nieco się zapomniała. W Kownie było miejsce dla wszystkich, dbali o swoich odbiorców, a więc tworzyli i ubrania w każdym rozmiarze, to było całkiem, ale całkiem logiczne, czyż nie? - Rosierowie szyją dla nielicznych, wy robicie to dla wszystkich, to się ceni. - Rozumiała to, że nie mogli sobie pozwolić na podobną jakość, jeśli każdy miał mieć możliwość kupić sobie ich ubrania. - Jakbyście potrzebowali kiedyś jakichś materiałów, czy coś, to chętnie nawiążemy współpracę na bardzo przyzwoitych warunkach. - Dodała jeszcze, jak zawsze myślała o rozwoju rodzinnego biznesu, a mogłaby nieco zejść z ceny w przypadku kapłanów. Nie zbiednieją od tego zbytnio, a Kowenowi mogłaby się przydać taka współpraca.

- Młodość rządzi się swoimi prawami, nie da się ukryć, że to całkiem chwytliwe. - Młode pokolenia miały swoje do przekazania, Geraldine uważała, że to było całkiem urocze, zwłaszcza, że przerabiali koszulki gdzieś potajemnie. Na pewno był w tym jakiś większy cel.

Właściwie przejście na ubocze nie było złym pomysłem. Nie daj Merlinie ktoś by tu ich podsłuchał, prawie uderzyła się ręką w czoło, bo jak zawsze bardzo szybko przeszła do konkretów, jednak Sebastian okazał się być rozsądniejszy od niej. Yaxleyówna była cholernie narwana, to przez to.

Znaleźli się na zapleczu, chociaż w sumie czy w ogóle było to zaplecze. Geraldine lustrowała wzrokiem otoczenie, przed nimi znajdowało się stoisko, za nimi kilka kartonów, nieźle to wyglądało jak na te warunki. Sebastian naprawdę się przygotował jak tylko mógł na ten sabat.

Słuchała tego, co mówił kapłan. Odprawił Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów? Nieźle. Naprawdę nieźle, chyba się tego po nim nie spodziewała, nawet jeśli zrobił to z powodu własnej niewiedzy. - Czego od Ciebie chcieli? W sumie może to i lepiej, że ich odprawiłeś, wiadomo, jakie oni mają podejście. - Nie było żadnej tajemnicy w tym, że Greengrass-Yaxley niekoniecznie było po drodze z Ministerstwem Magii. - Ludzie mają dość, aczkolwiek uważam, że ten przemarsz może być bardzo lekkomyślny. - Dodała jeszcze, nie wydawało jej się rozsądne włażenie do lasu, w którym mieszkały istoty, które mogły tak o, bez najmniejszego kłopotu odebrać komuś życie. Do pudła z koszulkami zamierzała przejść później, na końcu będzie czas na przyjemności.

- Co masz na myśli? Co może rozwiązać dręczące społeczność problemy? - Skoro zaczął ten temat, to posiadał na pewno jakieś informacje. - Mnie martwi to, że jak tam wejdą to istnieją marne szanse na to, że wyjdą, to jest trochę jak podróż w jedną stronę. - Dodała to, co ją trapiło. Przeniosła wzrok na Benjy'ego, był tutaj z nią, chociaż przecież też wiedział, czego się mogą spodziewać. - Ich tam jest naprawdę wiele, ojciec wspomniał mi o tym, że nie wychodzą poza las dlatego, że jest tam coś, czego pragną, nie wiem jednak co to może być. - Postanowiła wspomnieć o tym, co Gerard napisał jej w liście.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
09.10.2026, 00:57  ✶  
Wystarczyło kilka sekund, żeby zauważyć, że wszyscy tutaj zachowywali się odrobinę inaczej niż podczas zwykłego targu w dniu świątecznym - ludzie zerkali na siebie znacznie częściej i bardziej podejrzliwie, rozmowy urywały się w połowie, ktoś co chwilę odwracał głowę w stronę głównego placu - w powietrzu wisiało napięcie, którego nie dało się pomylić ze zwyczajnym sabatowym zamieszaniem, więc prowadzenie rozmowy na tematy wymagające dyskrecji zdecydowanie nie powinno było odbywać się w miejscu, w którym przystanęliśmy. Moje zainteresowanie asortymentem oferowanym w budce wzrosło jednak natychmiast, gdy tylko zobaczyłem koszulki wystawione na stoisku, chociaż nie powiedziałbym, że z powodów szczególnie szlachetnych, przez co ja również pozwoliłem sobie na chwilę zapomnieć, po co właściwie tu przyszliśmy. Przy wydarzeniach takich jak Samhain i w naszej obecnej sytuacji należało uznać to za niewątpliwy sukces marketingowy kowenu, niewypowiedziany, ale bardzo widoczny, dokładnie tak jak spojrzenie, jakim Sebastian otaksował moje barki…
Nie miałem szczególnych wymagań względem ubrań, zwłaszcza jeśli chodziło o stragan prowadzony przez organizację religijną podczas wydarzenia masowego, na którym większość rzeczy miała symboliczne znaczenie, ale przy tym, co zastały moje oczy, nie miałem już zamiaru wracać do domu z pustymi rękami. Skoro ktoś zawiesił tuż przed moim nosem coś, co rzeczywiście nieironicznie mi się podobało, a rozmiarówki były tak inkluzywne jak to gorliwie podkreślał Sebastian, moje zainteresowanie wyznawaniem Matki poprzez akty konsumpcjonizmu wzniosło się praktycznie do samego nieba, nawet jeśli zbyt ochocze przyznanie tego na głos mogłoby zaszkodzić mojej reputacji bardziej niż połowa przekleństw, które zdarzało mi się wypowiadać podczas pracy. Dzisiaj wyjątkowo - jeszcze - nie przekląłem, chociaż miałem ochotę, więc powodzenie modlitwy o siłę woli z minuty na minutę wydawało mi się coraz bardziej jasne.
- Fakt. Bardzo budujące, sze nawet w kwestii galdeloby nie dysklyminujecie nikogo… - Spojrzałem na Geraldine, potem znów na Macmillana, przyjmując porównanie towarów z tymi z pracowni Rosierów z pewnym rozbawieniem, ponieważ nie przepadałem za ekskluzywnością tamtego domu mody a akurat jakość ubrań była ostatnią rzeczą, o którą zamierzałem się niepokoić - chodziło mi przede wszystkim o wymiary i ewentualną różnicę w cenie pokrywającą znacząco większe zużycie materiału - moje ulubione, teraz już niestety nieistniejące, buty pochodziły zresztą z tureckiego bazaru i z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie leżały obok smoczej skóry, którą miały udawać, poza tym notorycznie niszczyłem wszystkie koszule, spodnie i koszulki, więc gdybym zamierzał stawiać na ubrania wprost od lokalnych projektantów, nawet wysokie zarobki wkrótce nie nadążyłyby za listą jeszcze wyższych wydatków. Problem polegał na tym, że moje gabaryty od lat pozostawały pewnego rodzaju przeszkodą dla przemysłu odzieżowego, z czym stojąca obok Greengrass-Yaxley z pewnością mogła się identyfikować, więc tamto pytanie było całkiem zasadne, przynajmniej według mnie. Co prawda, nie twierdziłem, że byłem największym facetem w całej Wielkiej Brytanii, ale zdecydowanie należałem do tej kategorii, przy której krawcowie zaczynali dyskretnie zerkać w stronę drzwi prowadzących na zaplecze. Rzadko który z taką pewnością w głosie mnie tam zapraszał, trzeba to było przyznać.
Mogłem co najwyżej napawać się myślą, że dzięki temu rozsądnie zarządzałem finansami i nie kupowałem sezonowych fatałaszków, chociaż nawet mój umysł kalała czasem podstępna myśl, że być może część czynionych przeze mnie wydatków dałoby się wrzucić w koszty prowadzenia działalności… gdybym tylko prowadził legalnie firmę, wystawiał rachunki, dokumentował dochody i przyznawał się Ministerstwu do każdego zarobionego galeona, lecz niestety moje życie zawodowe nie zostało zbudowane na szczególnie przyjaznych dla księgowości fundamentach. Samo słowo „dokumentacja” brzmiało już dla mnie odpowiednio odstręczająco, więc szybko uznałem, że nie będę psuł sobie humoru rozważaniami o tym, co by było, gdybym prowadził życie bardziej zgodne z oczekiwaniami urzędników - pozostawało mi więc kupować ubrania za własne pieniądze, niszczyć je za własne pieniądze i za własne pieniądze kupować następne, co było może mało rozsądne, lecz przynajmniej nie wymagało ode mnie tłumaczenia przed żadnym urzędem, dlaczego specjalista od klątw koniecznie potrzebował co najmniej jednego T-shirtu „Samhain ‘72: Mój pierwszy sabat”, który - nie kryłem - szczególnie rzucił mi się w oczy, tuż obok Beltane ‘72, na którym może nie byłem, ale o którego przebiegu zdecydowanie słyszałem na tyle dużo, aby cicho prychnąć.
- Mnie się podobają. - Powiedziałem, wskazując brodą na jedną z koszulek z dopisanym sloganem, po czym wzruszyłem ramionami. Nie byłem szczególnie zgorszony, sam miałem w życiu kilka pomysłów, których prawdopodobnie nie powinienem był realizować, chociaż nawet mnie potrafiło zadziwić tempo, w jakim czarodziejska społeczność przechodziła od katastrofy do produkcji pamiątek, co z jednej strony było paskudne, z drugiej zaś stanowiło chyba jedną z niewielu rzeczy, które pozwalały im później normalnie funkcjonować. Poza tym w każdym większym zgromadzeniu prędzej czy później znajdował się ktoś, kto uznawał, że regulamin był tylko propozycją, podobnie jak drzwi były jedynie sugestią, żeby nie wchodzić bez pukania, więc przynajmniej produktywnie wykorzystał tu swój potencjał.
Bez ociągania ruszyłem za Sebastianem na zaplecze, mijając kolejne elementy infrastruktury i starając się nie wyglądać na kogoś, kto właśnie został zaprowadzony w miejsce, gdzie mógł zachowywać się podejrzanie, co przy moim wzroście i posturze mogłoby być zadaniem dość ambitnym, gdyby nie umiejętności, jakie nabyłem jeszcze w domu rodzinnym i które szlifowałem przez lata w terenie. Zerknąłem przy tym przelotnie w stronę kobiety palącej papierosa za sąsiednim stoiskiem, lecz nie zatrzymałem na niej wzroku dłużej, niż wymagała tego zwykła ostrożność, po czym kątem oka jeszcze raz wychwyciłem brzeg koszulki dotyczącej Polany Ognisk. Kącik ust drgnął mi bezwiednie, bo musiałem przyznać, że ktoś miał całkiem przyzwoicie nieprzyzwoite poczucie humoru, nawet jeśli wybrał do jego prezentacji moment, w którym rozsądniej byłoby zachować odrobinę większą subtelność. Wciąż byłem bardziej skłonny, by wygrzebać pasujące na nas „Samhain ‘72” z kartonu, byłoby to bardziej autentyczne, bo każda rzecz, którą kupowałem, miała przed sobą stosunkowo krótkie życie, więc jeśli już mogliśmy wmieszać się w coś, co było równoznaczne ze śmiertelnym ryzykiem…
- Świetnie. - Odezwałem się, sięgając w kierunku kartonowej konstrukcji i z roztargnieniem podważając paznokciem brzeg taśmy, choć myślami szybko znalazłem się już zupełnie gdzie indziej. Wystarczyło pierwsze zdanie o przemarszu, żebym przestał zastanawiać się nad tym, czy rzeczywiście znajdę dla siebie odpowiedni rozmiar koszulki, chociaż mogłem swobodnie przyznać, że przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że byłoby dość zabawnie założyć coś z takim nadrukiem i potem próbować wmówić komuś, że wybrałem to wyłącznie ze względów religijnych.
Powierzchownie zbadawszy stabilność konstrukcji, oparłem się plecami o wolny fragment ścianki zaplecza, skrzyżowałem ręce na piersi i pozwoliłem kuzynce przejąć rozmowę, samemu czekając na właściwy moment, by wtrącić coś, co nie byłoby tylko towarzyskim zapychaczem. Nie widziałem w tym najmniejszego problemu z mojej strony, wręcz przeciwnie, mogłem stać obok, słuchać i przyglądać się otoczeniu, co zresztą zwykle okazywało się znacznie bardziej użyteczne niż popisywanie się własnymi wydumanymi teoriami. Nie zamierzałem udawać, że miałem dostatecznie dużo niepowtarzalnych informacji do dodania, aby być kimś więcej, aniżeli wyłącznie tłem całego zebrania, nie była to żadna szczególnie szlachetna strategia polegająca na uszanowaniu czasu rozmówców, po prostu nauczyłem się rozpoznawać sytuacje, w których moje zdanie mogło spokojnie poczekać, a to zdecydowanie nie była chwila na błyszczenie wiedzą. Gerda nie potrzebowała mojej pomocy w prowadzeniu dialogu, wprost przeciwnie, podejrzewałem, że gdybym zaczął dorzucać własne uwagi, mogłaby spojrzeć na mnie w sposób, który oznaczałby, że właśnie przestałem być użyteczny, a nie chciałem powodować jeszcze większego napięcia od tego, które już zawisło w powietrzu niczym zapowiedź nadciągającej burzy.
„Przemarsz” był słowem, które samo w sobie mogło oznaczać wszystko albo nic, lecz kiedy chodziło o grupę nieprzewidywalnych ludzi próbujących dostać się do serca Kniei Godryka, przestawało brzmieć niewinnie. Zwykły tłum mógł zrobić sporo szkód przez przypadek, ale tłum przekonany, że miał misję do wykonania, potrafił zrobić rzeczy znacznie, znacznie gorsze od kilku przypadkowych dewastacji. Informacja, iż był to właściwie pewny rozwój sytuacji sama w sobie nie była dla mnie całkowitym zaskoczeniem, od pewnego czasu wiele rzeczy układało się w jeden, wyjątkowo paskudny obraz, lecz usłyszenie jej od kogoś stojącego w samym środku tego całego zamieszania miało zupełnie inną wagę. Łatwo było patrzeć wstecz oraz twierdzić, że „przecież wszystko było oczywiste”, lecz prawda zwykle wyglądała znacznie mniej efektownie - w niewłaściwym momencie większość znaków ostrzegawczych wyglądała jak zwykły zbieg okoliczności, cudza paranoja albo kolejna plotka, których magiczna społeczność produkowała coraz więcej i więcej, z każdym mijającym dniem - najwyraźniej kapłani też nie byli na to całkowicie odporni, nawet jeśli zwykli dopatrywać się działania opatrzności w wielu pozornie trywialnych sprawach.
Gdyby ktoś z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów próbował wypytywać mnie o coś podobnego, również nie byłbym szczególnie skory do udzielania odpowiedzi, tu także zupełnie nie dziwiłem się reakcji kaznodziei, a jeśli przez „część problemów” Seba rozumiał wydarzenia, które mogły doprowadzić do kolejnego starcia, kilku trupów i jeszcze większego chaosu politycznego, to rzeczywiście istniała pewna szansa, że ktoś wyjdzie z tego z jakąś korzyścią. Pytanie tylko, kto… Kto dokładnie stał za pospolitym ruszeniem i czy w ogóle zamierzał brać w tym czynny udział, czy tylko podjudzał otoczenie?
- Co do tego, sze jest źle, nie będę się spielał. - Stwierdziłem po słowach Geraldine, przenosząc wzrok na Sebastiana. - Ale nie jestem tesz pszekonany, czy loswiąsanie, o któlym wspominasz, jakiekolwiek by nie było, bęsie walte ceny, jaką moszemy za nie zapłaciś. - Zbyt często słyszałem już, że trzeba pozwolić wydarzeniom potoczyć się własnym biegiem, bo na końcu czekało nas coś lepszego, żeby traktować takie zapewnienia jako szczególnie pocieszające. Czasami z kryzysu rzeczywiście rodziła się zmiana, tylko że zwykle najpierw trzeba było przeżyć sam kryzys, a z tym bywało różnie, zwłaszcza gdy ktoś uznał, że najlepszym momentem na rzucenie wyzwania światu była noc, podczas której rozsądni czarodzieje powinni raczej pilnować własnych progów i nie prowokować tego, co mogło czaić się po drugiej stronie.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, szukając właściwych słów, bo nie chciałem zabrzmieć jak ktoś, kto wieszczy nieszczęście na podstawie samej daty, choć jednocześnie…
- Gelaldine ma lasję. - To ci niespodzianka, jak na ostry start, ostatnio mówiłem to zaskakująco często. - Losumiem gniew i poczucie flustlasji w zwiąsku s decyzjami Ministelstwa, ale czy do tego wszystkiego naplawdę musieli wyblaś Samhain? Nie ma w całym kalendaszu dlugiej nocy, pszy któlej miałbym ochotę balsiej stanowczo odladzaś olganizowanie podobnych pszedsięwzięś… S pewnością mają swoje załoszenia, dopatlują się znaczeń i pszewag, ale w moim odczuciu te „malne szanse” dlastysznie dziś maleją. Tludno mi zatem sądziś, sze s jakiejkolwiek pelspektywy wyjdzie s tego coś koszystnego. - Nie dodawałem „bez urazy”, bo chyba nie było takiej potrzeby, Gerda słusznie spytała Sebę o to, co jeszcze wiedział. Po prostu zbyt wiele razy widziałem skutki działań podejmowanych przez osoby przekonane o tym, że wystarczyło znać okoliczności, nazwę rytuału, rozpoznać kilka znaków albo powtórzyć zasłyszane ostrzeżenie, żeby móc bezpiecznie wejść w obszar, którego zasad nie rozumiały, by myśleć, iż rozwiązywało to jakiekolwiek problemy - no, może prócz utraty zasobów podczas Spalonej Nocy i przeludnienia względem ich pozostałej ilości - każdy sabat niósł ze sobą własne znaczenia, własne zwyczaje i związane z nimi ryzyko, rzecz jasna, ale nie dało się ukryć, że wykorzystanie właśnie Samhain, nawet jeśli Gerard miał rację i widma z założenia trzymały się Kniei, bo czegoś stamtąd chciały, było szczególnie wymownym posunięciem. Wymownie idiotycznym.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#10
09.10.2026, 14:52  ✶  
Zagryzł dolną wargę, gdy Yaxley zalała go pytaniami. Nawet nie wiedział, jak wytłumaczyć jej to, że szturm na Polanę Ognisk faktycznie mógł doprowadzić do czegoś dobrego, nie wdając się jednocześnie w dyskusję długości wykładu uniwersyteckiego. Zwłaszcza, gdyby miał jeszcze w tym uwzględnić wszystkie swoje potencjalne teorie na temat tego, jak… pozbycie się… dębu z Polany Ognisk mogłoby wpłynąć na Widma i lokalny teren.

— Święte słowa, panie Benjy — rzucił do mężczyzny, który akurat zaglądał do wskazanego mu wcześniej pudła. — Jeszcze tego nie rozumiecie, ale powiedzmy, że… Mam ogromną nadzieję, że wierni, którzy chcą przedrzeć się przez Knieję Godryka działają pod natchnieniem Przenajświętszej. W pewnych okolicznościach ich… werwa… mogłaby znacząco zmniejszyć liczbę potencjalnie niebezpiecznych czynników, które… występują… w tej okolicy…

Macmillan przymknął oczy i zaczął intensywnie pocierać nasadę nosa. Nie. To nie miało sensu. Tłumaczenie im wszystkiego pokrótce wprowadzi tylko jeszcze większy chaos, a Matka jedyna wiedziała, co się z nimi stanie, kiedy przemarsz faktycznie się zacznie. Sądząc po tym, co działo się na Polanie podczas Beltane i w Londynie podczas Polany Ognisk, to połowa planów organizacyjnych pójdzie się walić przez chaos dookoła. Sebastian wziął głęboki oddech i otworzył oczy.

— Czytałaś tą anonimową wiadomość, którą Ci wczoraj przesłałem razem z listem? — Spojrzał prosto na Geraldine. — Najwyraźniej plotki na temat przemarszu nie zrodziły się ot tak w jedną noc, a krążyły po Londynie od dłuższego czasu. Na tyle długo, że dotarły do ministerialnych służb bezpieczeństwa, więc postanowili zrobić to, co robią najlepiej i zaczęli drążyć. — Sebastian zaczerpnął powietrza. — Wydawało im się, że to kowen ma coś z tym wspólnego. Że idea odbicia Polany Ognisk wyszła bezpośrednio z naszego środowiska. Nie będę oceniać, bo po tym, co zrobiła Isobell takie podejrzenia są… zrozumiałe, ale nie byłem w stanie im z tym pomóc. Jeszcze wtedy myślałem, że sobie to wymyślili.

Czuł lekkie wyrzuty sumienia, ale trudno było mu wówczas nie podchodzić z ostrożnością do podobnych zarzutów względem wyznawców Pani Księżyca. Bądź co bądź, w ostatnim czasie Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów mógł być nieco przewrażliwiony na punkcie działalności wywrotowej. Pierwsze ataki Śmierciożerców. Porwania. Manifest Czarnego Pana. Atak na Beltane. Stonhenge. Spalona Noc. A teraz jeszcze do tej listy miało dołączyć Święto Duchów.

— Dopiero kilka dni później dowiedziałem się, że faktycznie jest to informacja obecna w przestrzeni publicznej, ale dopiero wczorajszy anonim przekonał mnie o tym, że coś się szykuje. — Westchnął ciężko. — Po prawdzie, nie ma chyba gorszego miejsca i czasu na taką demonstrację.

Wzrok Sebastiana momentalnie podniósł się z ziemi, aby powędrować prosto w kierunku Geraldine, gdy ta wspomniała o informacjach przekazanych jej przez ojca. A więc jakieś wieści z obozu badaczy zdołały już wydostać się poza Polanę Ognisk. Ciekawiło go, kto też zdecydował się na przekazanie informacji na temat zachowania Widm dalej. I czy źródłem przecieku byli pracownicy Ministerstwa Magii czy chociażby ktoś związany z rektorem.

— Macie szczęście, bo ja wiem — poinformował Sebastian, przykładając zaciśniętą dłoń do swojego podbródka. — Od czego by tu zacząć… Jeśli śledziliście wiadomości, to zapewne wiecie, że w trakcie ataku na Beltane zerwała się wielka wichura. Potem wolontariusze szukali w lesie ludzi, których rozrzuciło na cztery wiatry. — Zaczął wodzić po twarzach swoich rozmówców, próbując wyłapać jakiś znak, że kojarzą sprawę. On sam znał ją przede wszystkim z doniesień kowenowych i różnego rodzaju komunikatów prasowych. — W każdym razie… Tamtej nocy na Polanie Ognisk wylądowało drzewo, które wbiło się w nią do góry nogami. A potem teren zamknięto i nikogo tam praktycznie nie wpuszczano.

Jedno trzeba było przyznać Ministerstwu Magii i Departamentowi Tajemnic: kiedy faktycznie chcieli coś ukryć przed społecznością czarodziejów, to wychodziło im to wręcz perfekcyjnie. Kto by pomyślał, że ze wszystkich anomalii, jakie mogli badać Niewymowni, to właśnie odwrócone drzewo okaże się tą ciekawostką, która zafascynuje całe grono badaczy?

— Otóż… Do tej pory wydawało mi się, że Departament Tajemnic odciął Polanę ze względu na śledztwo prowadzone w sprawie ataku na Polanę Ognisk i to, że w wigilię Beltane Czarnemu Panu udało się otworzyć przejście do Limbo. — Zamilkł na dłuższą chwilę. — Zapewne jest w tym jakieś ziarno prawdy, jednak… Stacjonujący tam zespół badawczy skupia się przede wszystkim na tym drzewie. Okazało się, że ma jakieś cudowne magiczne właściwości. Ponoć potrafi tworzyć kopie metalowych konstrukcji. Ingeruje w faunę i florę w pobliżu. Duchy i Widma ciągną do niego z każdej strony, próbując się pożywić jego energią. — Sebastian przymknął na moment oczy. — Nie mogę powiedzieć wiele ponad to, ale z bardzo dobrego źródła wiem, że potrafi być też śmiertelnie niebezpieczne. A ta banda arogantów… Chce je wykorzystać do własnych celów. Chcą zdobyć chwałę, sławę, pieniądze, już sam nie wiem.

Był tam zbyt krótko, aby dokładniej rozeznać się w nastrojach poszczególnych badaczy. Wiedział, że mieli już dość pracy na Polanie Ognisk, ale co właściwie się za tym kryło? Zniecierpliwienie wywołane tym, że zaraz minie pół roku od początku kryzysu w Kniei a oni dalej nie mieli żadnych przydatnych odpowiedzi? A może nie mogli się doczekać aż będą mogli badać drzewo na własną rękę? I gdzie kończyły się osobiste ambicje tych wszystkich specjalistów, a gdzie zaczynały interesy Ministerstwa Magii?

— Ich oryginalnym planem było porąbanie tego drzewa na kawałki. To znaczy, rozważali też zostawienie go w takim stanie jakim było, ale dało się wyczuć, że co poniektórzy bardzo chętnie podzieliby je między siebie nawzajem — kontynuował, zerkając co chwilę to w jedną, to w prawą stronę, jakby obawiał się, że ktoś może ich podsłuchać. — Nie dość, że każdy z tych ”specjalistów” eksperymentowałby na tym bezbożnym drzewie we własnym zakresie, to jeszcze dochodzi do tego niebezpieczeństwo, że nawet po ścięciu dąb zachowałby pierwiastek tej grzesznej energii, która przyciąga Widma.

Przełknął głośno ślinę.

— Wy… nie widzieliście tego drzewa z bliska. Nigdy nie widziałem czegoś tak niepokojącego. Ja odczuwam niepokój na samą myśl o nim. Ono… Uzurpuje miejsce kultu Matki, jest jak odwrócenie naturalnego porządku rzeczy. To nie doprowadzi do niczego dobrego. — Sebastian złożył ręce na piersi, jakby nagle znalazł się w pozycji defensywnej. — Udało mi się dostać na spotkanie tych badaczy i zaproponowałem im alternatywę… Pobłogosławienie drzewa świętą wodą kowenu w Samhain, spalenie go do samych korzeni w imię Przenajświętszej i rozrzucenie prochów na wybrzeżu.

To było idealne rozwiązanie. W ten sposób mógł upiec dwie, a może nawet i trzy pieczenie na jednym ogniu. Pozbyłby się niebezpiecznego drzewa z okolicy, uniemożliwiłby tym pożal-się-boże ekspertom dalszą pracę nad jego resztkami, a przy tym zwrócił na powrót Pani Księżyca jedno z jej najważniejszych miejsc kultu w kraju. A kto wie, czy oddanie czci Matce w tym świętym miejscu nie naprawiłoby też kwestii Limbo? Problemem było to, że pomimo iż dzisiaj było Święto Duchów to niestety…

— Nigdy nie poinformowano mnie o tym, jaka decyzja zapadła, więc… Ekhm… Zapewne domyślacie się, że moment w którym w jednym miejscu znajdzie się ten dąb, siły BUM niewtajemniczone w działania badaczy, zespół badawczy, zbuntowani wierni oraz Widma, to sytuacja może być dość… katastrofalna.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7537), Geraldine Greengrass-Yaxley (3918), Sebastian Macmillan (5297)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa