Czuł, że jego życie to jedno wielkie pasmo porażek. Od czasu Spalonej Nocy, nie przydarzyło mu się dosłownie nic dobrego. Po pierwsze, spłonęła jego rodzinna posiadłość, więc mieszkał obecnie na Nokturnie. Lubił swój rodzinny sklep naprawdę, ale nie na tyle by cieszyć się z przymusu życia w tym miejscu. Spanie w niewygodnym, ciasnym łóżku, pomiędzy przeklętymi gratami, niedokończoną bronią czy biżuterią i w wszechobecnym kurzu, wpływało na jego samopoczucie, zdrowie i energię. Naprawdę, Caius nie pamiętał już właściwie, kiedy jego sen nie został przerwany przez krzyczącym za oknem, pijanych mieszkańców czy inne awantury. Dlaczego Czarny Pan nie zrobił nic właśnie z tymi, którzy tak skutecznie utrudniali mu życie? Był przecież dobrym czarodziejem z idealnym, czystokrwistym rodowodem? Na początku w tym całym szoku po Spalonej Nocy, może i widział w działaniach Śmierciożerców plusy, po dłuższym czasie i kilku nieprzespanych spokojnie nocach, zdanie swoje zmienił. Nie wychylał się jednak do przodu z swoimi przekonaniami, bo nikomu to co sobie myśli nie było do szczęścia potrzebne.
Po drugie, jego biedna, ukochana matka podupadła na zdrowiu — właśnie z powodu stresu związanego z utrata ich domu oraz nieprzyjemnościami związanymi w wszechobecnie, panującym, duszącym pyłem. Dlatego też musiał wyjechać i to daleko, bo aż do Francji. W normalnych warunkach może i by się cieszyć, francuskie czarownice były dla niego przecież czymś egzotycznym, ale jakże przyjemny, (szczególnie dla oczu), a że w innym kraju nikt właściwie go nie znał, to mógł pozwolić sobie na trochę więcej luz. Ten luz jednak skutecznie zabierała mu ukochana matka, bo za każdym razem, gdy patrzył na jakąś czarownicę, która w jej oczach była niegodna jej najstarszego syna, to posyłała w jego stronę jakieś nieprzyjemną, chociaż nieszkodliwą w swym działaniu klątewkę. Dlatego nie bawił się tam zbyt dobrze, tylko latał z matką od jednego uzdrowiciela do drugiego, w nadziei, że któryś z nich znajdzie powód złego zdrowia kobiety i będzie mógł wrócić do kraju, gdzie będzie skazany na niewygodnie łóżko i obszczymurów, drący się po nocach. Więc ogólnie niefajnie.
Powrót do kraju miał jednak swoje plusy, jednym z tych plusów okazała się Lyssa. Nie spodziewał się, że ta ich krótka rozmowa w św. Mungu wywrze na dziewczynie aż takie wrażenie. Wydawało mu się, że było to coś zupełnie zwyczajnego, może nawet zaprezentował się wtedy w trochę złym świetle, bo był bucem, ale chyba dobrze też się potrafił przed nią ukorzyć, bo sama zaproponowała kolejne spotkanie, zostawiając w rękach Caiusa miejsce spotkania. Podobało mu się to, naprawdę podobało. Nie wiedział co prawda, jak zareagują na ich działanie ich rodzice, ale Vakel i jej matka mogli być trochę mniej rygorystyczni niż jego rodzina. Wiedział, jednak że musi się pokazać z jak najlepszej strony, bo na to zasługiwała. Była przecież warta każdego galeona, każdego dobrego słowa czy szczerego uśmiechu.
Umówił się z nią w dość neutralnym miejscu, bo przy wejściu na ulicę Horyzontalną. Chciał ją zaskoczyć, więc nie mówił od razu, że pójdą właśnie do tej restauracji. Ubrał się tak jak zawsze, w czarne, eleganckie szaty, ale nic szczególnie specjalnego, nie był przecież kimś, kto przykłada niesamowitą uwagę do swojej prezencji — no i w większości ubrań wyglądał dobrze, więc specjalnie stroić się nigdy nie musiał. Był tam pierwszy, bo pojawił się kilka minut wcześniej, tak jak na gentelmena przystało. Oparł się o jeden z budynków, by chociaż trochę odciążyć jedyną nogę, jaką posiadał i czekał. Bo tylko czekać mu zostało. Nie palił przed spotkaniem papierosów, bo nie chciał śmierdzieć, chociaż trochę go kusiło, strasznie się tym całym spotkaniem stresował. A chyba nie miał czym, bo skoro to ona zrobiła ten pierwszy krok, to jej może zależało odrobinę bardziej, prawda?
That motherfucker.
What a tool.