Gdy jeszcze wychodzili razem do Kniei, gdy wyrywała się przodem przez nieudeptane leśne szlaki, lubiła obracać się na niego. Spoglądać w to, jak ona sama odbija się w jego oczach. Zdawało jej się, że wtedy podoba mu się najbardziej — wolna i zanurzona w dziką gęstwinę. Szukała czasem na jego twarzy znaku, że on kocha ten las tak samo, jak i ona. Szukała złudzeń, bo przecież wiedziała, że nawet jeśli jej miejsce podobało się mu, to nigdy nie miało dla niego znaczyć aż tyle.
Czy on mógł być tym, dla czego by zrezygnowała z Kniei? Nie było sensu szukać rozstrzygnięcia dla tego dylematu, lecz potrafiła dostrzec, że on był najbliżej. Dom rodzinny zawsze był jedynym, co mogło dla Helloise konkurować z dziedzictwem jej matki. Do Leviathana nie wyruszałaby w nieznane, a po prostu zawracała. Nawet jeśli to było niewłaściwe, to dusić się ciasno w czymś, co dobrze znała, wydawało się prostsze niż ruszyć dalej. Całe życie otaczała się rodziną, a wyjście poza jej kręgi kończyło się dla niej źle. Po opuszczeniu Snowdonii otoczyła się drzewiastymi duszami przodków swojej matki i z nich uczyniła towarzyszy codzienności, tak jak kiedyś codziennie towarzyszyły jej smoki.
Nie potrafiła pohamować tej toksycznej potrzeby, która dyktowała jej trzymanie Leviathana blisko, a on nigdy nie próbował tego w niej wygasić i jedynie ją podsycał.
Nie bała się widm przyszłych żon, kiedy on był tu z nią i tak chętnie poddawał się fantazji, w której to ona była jego żoną. Oboje wiedzieli, że bywają z innymi ludźmi — ci ludzie łatwo znikali z widoku. Nawet gdy już zdawało się, że Levi znalazł żonę, ta zniknęła szybciej jeszcze zapewne niż niejedna kochanka. Helloise trudno było się wobec tego obawiać — ona istniała przy nim od zawsze i nie była czymś, co nowa kobieta obok Leviathana mogłaby łatwo wyrwać.
Helloise szła przez dworek Rowle’a swobodnie — znała te zapachy, przedmioty, pokoje. Jego żona przyjedzie tu niemal jako gość; minie czas, zanim przywyknie i pomyśli o tym miejscu jako swoim domu. Zawsze będzie zaś kimś, kogo się ledwie zaprosiło do rodziny, w której Helloise dorastała i do której należała przez krew. Czarownica mogła łatwo upewnić się, że ta kobieta to poczuje. Że nowa pani Rowle będzie jeszcze miesiącami znajdowała jasne włosy zaplątane w oparcia krzeseł i poduszki, że w kuchni znajdzie zioła z ogrodu chaty na kurzej nóżce, że małżonkowi do kolacji zapali świece, które powstały pod Knieją. Będzie czuła na Leviathanie zapach Helloise i będzie widziała cienie wiedźmy w jego głowie.
Jeśli ta kobieta sama spróbuje wejść między nich, wtedy stanie się gościem nieproszonym. Wtedy być może Leviathan ujrzy zazdrość taką, jakiej wypatrywał. Dobitną.
— Nie będziesz jej przecież karmił ani sprzątał klatki. — Starannie odłożyła delikatne pisklę z powrotem za bezpieczne kraty. — Jeśli chcesz takiej, która cię nie potrzebuje, mogę ci ją wystrugać z pnia drzewa. Tylko wybierz którego. — Uśmiechała się i zachowywała swobodę, mimo że myślała o tym wszystkim gorzko. — W innym wypadku, nieważne, jak silną weźmiesz, przyjdzie moment, że ona upadnie i będzie cię potrzebowała. Dlatego mówię o wrażliwości. Czy zauważysz, kiedy będzie potrzebowała wsparcia. Kiedy obecności i milczenia. Kiedy zostawienia jej na chwilę samej. Kiedy powinieneś pytać o nią, kiedy obiecywać jej siebie, a kiedy zamarzy jej się, żebyś zabrał ją już do sypialni.
Czego od niej oczekiwał, gdy mówił o małżeństwie? Łez? Wylała przez niego niedawno łzy, a płakała rzadko. Protestów? Aby okazały się płonne i nic nie zmieniły. Błagań? Tych, na które Helloise była zbyt wyniosła.
Szukał zazdrości i wydawało mu się, że jej nie wyraziła, mimo że złożyła swoją zazdrość u samych jego stóp w tamtym żałosnym pytaniu: czy myślisz, że masz wrażliwość do zaopiekowania się kobietą?
Bo ona była kobietą i nie dostała od Leviathana tego, czego potrzebowała, gdy grunt osunął jej się spod nóg. Ubrana w maskę uśmiechu, szukała w nim teraz odpowiedzi, czy to on taki jest, czy to dla niej taki jest. Faktyczne pytanie skryte pod jej figlarnymi, zaczepnymi słowami było bowiem smutniejsze.
Czy będziesz tę inną kochał lepiej, niż mnie kochałeś?