– Jeżeli tu napadną nas bahanki i boginy uznam, że to jakiś znak od losu, abym jednak został w mieście – przysiągł Christopher, próbując jednocześnie zbalansować pudełko z łakociami, które kupił na Pokątnej po wyjściu z Łyżeczki, i wyciągnąć z kieszeni różdżkę. Zarówno dlatego, że oboje byli teraz oblepieni popiołem, i ten osiadł też na podłodze, jak i po to, by zaświecić światło. Wprawdzie pora nie była bardzo późna, ale pod koniec października zmierzch zapadał wcześnie, i choć salon mignął mu w zarysie płomieni, które pojawiły się w kominku, to kiedy wygasły wraz z pojawieniem się Victorii, wszystko znikło w mroku.
Sytuacji nie ułatwiało i to, że chociaż w Londynie nie padało, tutaj deszcz bębnił o szyby, i gdzieś w oddali nawet zagrzmiało. W ciemności ciężko było nie usłyszeć tych dźwięków. Pomyślał, że może jednak oglądanie tego miejsca teraz nie było tak doskonałym momentem i powinien przyjść w świetle dnia… ale też w tych godzinach, gdy świeciło słońce, tkwił ostatnio w swojej pracowni. Uciekając przy okazji z apartamentu rodziców, choć tyle dobrego, że wreszcie znikły z niego dzieciaki.
Lumos rozświetliło najbliższą okolicę. Drewniana podłoga przy kominku była pokryta sadzą. Salon, do którego trafili był niemal pusty: w pobliżu dużego okna i przeszklonych drzwi prowadzących na taras stał jedynie drewniany stół i dwa głębokie, miękkie fotele, jakby zapraszające, by w nich usiąść. Prawdopodobnie poprzedni właściciele zabrali stąd część mebli.
Chris znów machnął różdżką, próbując zebrać z nich sadzę.
Czy trafiliśmy pod właściwy adres?
Tak