• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 10 Dalej »
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki

[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#101
20.06.2026, 17:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2026, 17:09 przez Brenna Longbottom.)  
- Tego to nawet wolę nie komentować… - mruknęła. Nie żeby ją dziwiło, że nie wpuszczono tam Laurenta, który był cywilem, ale kompletnie nie rozumiała, co i dlaczego wyprawiano wokół Polany Ogni i Kniei. Wypowiadanie tej krytyki na głos, w zatłoczonej restauracji, gdy byłaś pracownicą Ministerstwa, nie byłoby jednak mądre i wiedziała to nawet zwykle aż zbyt bezpośrednia Brenna. Nawet po tej zupie wolała nie rozwijać za mocno tematu. - Może jednak wybierzemy jakieś milsze miejsce? Nie wysysające ludzkiej energii i bez dusz zmarłych? Poza tym ty już tam byłeś, może lepiej szukać nowych doświadczeń - zasugerowała z uśmiechem, jakby naprawdę rozmawiali o potencjalnych celach turystycznych, i limbo stanowiło jeden z nich.
- To wtedy poczuję się pewnie jakbym okradała cię z deseru - uznała po chwili namysłu, i odsunęła nieco, pozwalając, by kelner zabrał zupę i podmienił talerz. Zastanawiała się, czy na ten dzień Bertie zatrudnił dodatkowych ludzi: pewnie tak. I musiało mu bardzo zależeć na sukcesie przedsięwzięcia, bo podejrzewała, że zorganizowanie tego otwarcia pochłonęło nie tylko sporo czasu, ale też środków. Może powinna tu kogoś zaprosić w najbliższych dniach, w ramach okazywania wsparcia… - Lepszy niż w Dziurawym Kotle? - spytała, sama unosząc do ust herbatę. Ta była po prostu smaczna: prawdopodobnie jednak z tych z wyższej półki, i może znów z jakimś magicznym efektem, ale na razie Brenna upiła za mało, aby móc go faktycznie odczuć. - Tłumaczka, hm…
Lyssa chyba mieszkała za granicą, ale Brenna wątpiła, by Vakel pozwalała, aby jego córka robiła dla ministerstwa jako tłumaczka. Może Lana? Ale nie znała tej rodziny na tyle dobrze, aby móc zgadywać.
- Jeśli mowa o Jessim, to nie jest głupi. To dobry chłopak. Pomógł kiedyś mojej przyjaciółce.
I szczerze wątpiła, by Theo był głupi… a raczej by był głupszy niż wielu chłopców w jego wieku. Miała wrażenie, że Atreus parę lat temu też pozwalał sobie na różne wyskoki.
- Chyba że uznamy, że wszyscy młodzi chłopcy robią głupie rzeczy? - spytała, wciąż z uśmiechem, na tę myśl. Może wypowiedzianą faktycznie przez zupę, ale nie żeby normalnie się krępowała. - Oby więc nie zepsuli ci planów. Chcesz zobaczyć coś konkretnego czy planujesz się powłóczyć?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#102
20.06.2026, 20:18  ✶  

Prudence nie lubiła się chwalić tym, że posiadała te specjalne umiejętności, raczej zostawała tę wiedzę dla siebie, aby móc wykorzystać je przeciwko swoim przeciwnikom w najmniej oczekiwanym momencie. Benjy jednak doskonale wiedział na co ją stać, zdawał sobie sprawę z tego, jak działał jej mózg, więc nie do końca dało się go zaskoczyć, bo mógł spodziewać się tego, że Prue jest w stanie wyciągnąć ze swojej głowy dosłownie wszystko. Pamiętała dokładnie co miał na sobie, kiedy pierwszy raz spotkali się w pociągu, który jechał do Hogwartu, pamiętała jego pierwszy mecz qudditcha, kiedy siedziała na trybunach i kibicowała mu tak, że ledwie mogła mówić następnego dnia, dokładnie wiedziała ile razy był bliski spadnięcia z miotły i nie działa się to tylko dlatego, że po tamtym meczu miała poranione dłonie przez wbijające się paznokcie za każdym razem, kiedy się o niego martwiła. Pamiętała wszystko, dosłownie wszystko i nie dało się z tym nic zrobić, nawet jeśli do niektórych rzeczy lepiej było nie wracać. Tak już po prostu miała. Musiał się z tym pogodzić, a że czasem potrafiła wygrzebać jakiś pierwszy maj z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego drugiego i godzinę jedenastą trzydzieści… no nie mogła ciągle się przed tym przecież powstrzymywać.

- Cieszę się, że się co do tego zgadzamy, grunt to mieć podobną perspektywę, czyż nie? - Starała się tego nie robić zbyt często, bo wiedziała, że może to zostać odebrane jako upierdliwe, jednakże czasem dochodziło do momentu, w którym nie miała innej opcji jak bardzo szczegółowy powrót do przeszłości, oczywiście, że robiła to dla wyższego dobra - tylko i wyłącznie. Nie nadużywała tych umiejętności, gdzieżby śmiała…

Zresztą Benjy był naprawdę wspaniałym przeciwnikiem, nie obawiał się przywoływać pewnych wspomnień, jego umysł był okropnie bystry, szybko reagował, co powodowało, że Prue uwielbiała się z nim ścierać. Nie przestali tego robić, chociaż aktualnie wyglądało to zdecydowanie lepiej niż kiedyś, bo nie chcieli się przy tym ranić, po prostu się droczyli i wiedzieli, gdzie jest granica. Kiedyś nie do końca było im po drodze z granicami i robili wszystko, aby druga strona jak najbardziej oberwała. Nie dało się jednak nie zauważyć, że potrafili ze sobą dyskutować godzinami bez względu na to, na jakim etapie znajomości się właśnie znajdowali, zawsze ich do siebie ciągnęło, co cóż - mogło się skończyć w tylko jeden właściwy sposób. W końcu poszli po rozum do głowy i siedzieli właśnie w świeżo otwartej restauracji Bertiego Botta jako małżeństwo, bo nie mogło być inaczej.

- Ach, czyli w ten sposób wyglądają wasze negocjacje, żadna ze stron nie próbuje nieco bardziej naciskać? - Wydawały się być nieco za bardzo pokojowe, ale może Benjy chciał ich do siebie przekonać. Jeśli miał to być długi proces, to mógł prowadzić te negocjacje przez kilka, kolejnych lat, oby kiedyś udało im się zyskać nad nimi choć drobną przewagę, bo póki co nie do końca wyglądało to kolorowo.

- Ja tego wcale nie powiedziałam. - Powiedziała z udawanym oburzeniem. Może nie powiedziała, ale pomyślała, czyż nie? Nie miałaby jednak nic przeciwko masowej eksterminacji pajęczaków, szczególnie tych, które chciały zwiedzać ich dom. - Wiadomo, mam bardzo szlachetne serce, dzięki temu nie będą musiały przejmować się negocjacjami z Tobą. - Jeśli nie będą istniały, to nie będą miały na głowie jej męża, prosta sprawa, brzmiało to dla pająków całkiem pozytywnie.

- Na szczęście prędzej, czy później nie pozostaje nic innego, jak po prostu się z tym pogodzić. - Im zajęło to lata, ale jednak wreszcie poszli po rozum do głowy. Próbowali z tym walczyć, ale ta walka nie miała najmniejszego sensu, kosztowało ich to sporo nerwów. Widać jednak, że pierwsze wrażenie często było bardzo trafne, więc warto było skupić się na tym, aby było ono jak najlepsze. Nie wątpiła w to, że Bott dopiął wszystko na ostatni guzik, aby jak najwięcej osób tutaj wróciło, na pewno mu na tym zależało, to mogło ich ocalić od niespodzianek związanych ze smakiem potraw.

Pierwsze danie pojawiło się przed nimi. Prue przyglądała się zupie wcale nie ukrywając swojego zainteresowania, jak wiadomo jedzenie powinno zachęcać do zjedzenia również swoim wyglądem, i to zdecydowanie spełniło tę część oczekiwań. Przymknęła na moment oczy, próbując poprzez zapach wyłapać wszystkie składniki, które mogły zostać wykorzystane do stworzenia potrawy. - W sumie wygląda i pachnie zachęcająco. - Najwyraźniej z jej talerza też nie unosił się zapach mokrego psa, czy popsutego jaja. Było więc całkiem nieźle. Sięgnęła po łyżkę. - No dobra, to na trzy… raz, dwa, trzy. - Włożyła łyżkę do talerza, aby nałożyć sobie na nią odrobinę dania. Przymknęła ponownie oczy, aż w końcu skosztowała potrawy, coś chrupnęło jej pod zębem - była to najprawdopodobniej grzanka. Przełknęła, otworzyła oczy, po czym spojrzała na Benjy'ego czekając na jego opinię na temat zupy, którą spróbował, po jej twarzy widać było, że ta jej była całkiem smaczna, bo się nie skrzywiła, gdy ją próbowała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#103
21.06.2026, 01:55  ✶  

– Myślałam o takiej sytuacji, w której wiesz… W  której widzi, że druga osoba już w garści nie jest, albo zaraz z niej ucieknie – o to właściwie Victorii chodziło, jak ten moment zerwania, albo wielka kłótnia tuż przed tym, zwiastująca koniec. Oczywiście były to przypuszczenia Victorii mocno zabarwione myślami o tym, jak działa amortencja, jak taka Cressida mogłaby jej użyć w całkowicie hipotetycznej sytuacji (i dzięki bogowie, że jednak do tego nie doszło, bo gdyby to jednak wyszło, to prawdopodobnie zniszczyłaby życia przynajmniej dwóch osób). – Taaak… to byłaby okrutna zemsta – dodała jeszcze i uśmiechnęła się do Christophera. Nie przeszkadzała jej ta rozmowa o jego byłej chyba właśnie dlatego, że kilka dni temu widziała ją w akcji i gdzieś tam pozostawiła w głowie pewien ślad. Gdyby nie to, to rzeczywiście można by pomyśleć, że Rosier ma pewną obsesję na punkcie swojej eks, a to nie wróżyłoby dobrze, natomiast w tej sytuacji Victoria myślała sobie jedynie, że Cressida musiała zostawić na sobą bardzo drażniący Christophera ślad, który się te kilka dni temu po prostu odnowił.

– A ja zamówić zbroję – dodała do tej wyliczanki i puściła do niego oko. – I nauczyć się jeździć konno – uznała po chwili, bo rycerz jednak kojarzył się z wiernym rumakiem. – Po co te długie włosy? – to miała być tyko zamiana ról, bo to zwykle damy miały być w opałach, a Victoria już miała długie włosy, więc chyba wystarczyło. Jakoś nie pomyślała o aspekcie księcia, którego zamknięto w wieży, no bo nadal mieli czary. Na nieszczęście jednak oboje nie przepadali za wysokością, chociaż dla Victroii największy problem był z samym lataniem, a nie znajdowaniem się gdzieś wysoko, bo z tym jeszcze jakoś sobie radziła i nie wpadała w panikę, tak długo jak miała na czym położyć stopy, albo nic się pod nią nie poruszało, to było… powiedzmy że znośnie, a przynajmniej była w stanie swojej głowie przetłumaczyć, że jakoś to będzie.

– Hmm, może. Na Mabon kupowałam jakieś chyba wędzone jabłka, jedne z tych, które się ostały. Ale z drugiej strony nie tylko w Dolinie je hodowano. Może kupił z jakiegoś obszaru Anglii, który akurat nie płonął? – zasugerowała, wbijając jednocześnie widelczyk w tartę Chrisa, którą jej podsunął, a ona w odpowiedzi nieco przysunęła w jego kierunku swój talerzyk z deserem. – Albo są sprowadzane zza granicy – stwierdziła jeszcze i choć uderzyła ją myśl o tym, że chyba szybko im idzie, skoro na tym etapie próbują potraw z nieswoich talerzy, to jakoś nie umiała się tym bardziej przejąć i po prostu się do blondyna uśmiechnęła, gdy już spróbowała tych lodów. – Tu faktycznie może być lepiej niż w Zorzy, jeśli utrzyma poziom.

wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#104
22.06.2026, 21:12  ✶  
Muzyka zmieniła się. Uszy Zenka pobłogosławiły pierwsze takty drugiego Nokturnu z opusu dziewiątego Chopina. Bertie najwyraźniej również miał dość i postanowił zaserwować gościom trochę kultury. No bo ileż można łatwego słuchania. Zenek mógł przez chwilę zatem tylko siedzieć. Siedzieć i rejestrować. Jednym uchem pobrzękiwanie pianina, drugim stałe bzyczenie rozmów wokół. Bzbzbzbzbz, mówili goście Zaczarowanej Łyżeczki. O porcelanę pierwszej próby stale obijały się metalowe sztućce. Sądząc po tych, które leżały rozłożone przed Zenkiem i innymi, to takie sztućce z pięknymi zdobieniami otrzymał każdy gość. Takie chłodne, co to jak się je bierze w ręce, to czuć metal na języku. Takie też, co to obijały się o zęby, gdy tylko brało się łyżeczkę albo widelec w usta. W Rejwachu mieli podobne. Woody nie wymieniał zestawów, które pojawiły się w przybytku gdzieś w latach 20. Po prostu magicznie je umył — raz, a porządnie. Od tamtej pory Zenek zdążył się przyzwyczaić do kunsztownych sztućców. A muzyka plumkała. Nokturn leciał jakby na zapętleniu, gdy czekali na posiłek. Ten sam Nokturn. Było to dla Zenka nieco niepokojące.
Kobiety również plumkały. Idąc za ciosem, Zenek zamówił tartę z jabłkami, zgodnie z polecajką Nory. Skoro Nora nie lubiła galaretki, no to należało wszystkie państwowe zapasy żelatyny wylać do Tamizy. Natychmiast. Zenek był w tamtym momencie na to gotowy. Skończyć z galaretkami już raz na zawsze. Co z tego, że tak fajnie się kołyszą, zwłaszcza jak coś w nich jest; że Lewis robi takie specjalne, w których jest mięsko i śmierdzą octem. Że można je tykać widelcem i nożem, a one się trzęsą. Jabłka też były okej!

— Piekarzem…? — kontynuował trend uświetniania swoją erudycją spotkania przy stoliku, odpowiadając jednym słowem. Na twarzy Zenka powoli zaczynał rysować się ten etap pustego zamyślenia, gdy szara komórka przeskakiwała między jedną półkulą a drugą. Wzrokiem przeskakiwał między Florką a Norą, szybko na jedną, po czym znowu na drugą, jakby gałkami ocznymi grał w ping-ponga. — Kierowca bombowca…?
Zenek był zgubiony. Krzesło nie posiadało naramienników. Zwiesił się zatem najpierw z rękami wzdłuż ciała. A kiedy taka pozycja okazała się nie do przyjęcia, to założył kostkę na kolano i podparł łokieć własną nogą. Zgiął się przy tym niemal w pół.
Zanim zdążył uformować myśli i wtrącić się w rozmowę, w której sam niby uczestniczył, z pytaniem o to, kto i dlaczego w ogóle kazał jej cokolwiek wybierać (może grała w jakąś grę?), język Florki związał się na supełek i odmówił współpracy. To ‘ale’ mogło zawierać ważne informacje na temat kariery Florki jako kosmonautki. Zenek patrzył i czekał. Czekał i patrzył. Łokieć na kolanie mu ciążył. W końcu tu kość i tam rzepka, a on zawiesił na sobie samym ciężar własnego ciała. To było cholernie dużo do ogarnięcia. I nie miało znaczenia, z jaką prędkością sekundy leciały w czasie rzeczywistym, bo Zenek to znał. Kiedy się wykolejał, to czas również przestawał lecieć w swoim zwyczajowym rytmie.

No i Florka w końcu dokończyła, a Zenek zmarszczył nos, jakby wszedł w kontakt z czymś śmierdzącym. No bo coś mu śmierdziało, kurczę, tylko nie przy tym stoliku, a w głowie. Odchylił się ponownie na oparcie, by popatrzeć na Norę. Ona sobie siedziała w perfekcyjnie przystosowanym restauracyjnym stanie. Złapał się za kostkę. Potem Florka zaczęła przy nim szurać, więc odwrócił się ponownie. No i kontynuował ten swój ping-pong. Wypychała kieszenie bluzy własnymi pięściami. Mina Zenka nie poprawiła swojego wyglądu, bo natychmiast zwizualizował sobie ten dym. Szyja Florki była czerwona. Gdy ją ubierał we własny t-shirt, to była raczej ciepła niż czerwona. Chociaż w pokoju także było gorąco. Teraz tylko jej włosy nie potrzebowały poprawienia.
— A ja? — niejasność tego zdania dotarła do niego natychmiast. Wyprostował się do Nory jak struna. — Cr…olka odwiedziła mnie w Rejwachu. Weszła do mnie przez okno.
Czuł, że robi mu się nieznośnie duszno, zupełnie jak wtedy. Kołnierzyk był do poprawienia też. W gardle drapało z suchości. Ach, jakież to życie było nieznośne. Na szczęście na horyzoncie dostrzegał kelnerkę idącą z ich sokami. Mało brakowało, a by do niej pomachał jak rozbitek na bezludnej wyspie.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#105
22.06.2026, 21:31  ✶  

Panan Figg otaksowała wzrokiem pomieszczenie. Zawiesiła spojrzenie na krótką chwilę na jednym z witraży, pięknie wyglądały promienie słońca, które się przez nie przebijały. Wszystko w tym miejscu krzyczało o zainwestowanych w nie wielkich pieniądzach. Było na czym oko zawiesić. Moment minął, a ona wróciła wzrokiem do swoich towarzyszy.

- Wasz wspólny przyjaciel. - Powtórzyła jeszcze za Florką, czyli znali się dłużej. Ona była całkiem nową osobą w jej życiu, znali się przecież ledwie kilka miesięcy, chociaż miała wrażenie, że dużo dłużej zważając na to, jak wiele ich spotkało od tego czasu. Był to bardzo intensywny okres. Miała wrażenie, że dni uciekają jej przez palce. Nie wiedziała z czego to do końca wynika, czy z nadmiaru pracy, czy sytuacji politycznej, czy po prostu w pewnym wieku czas płynął szybciej?

- To był jeden z argumentów, który przemówił za tym, że Cię wtedy wybrałam, w sumie może więc i dobrze się stało, nie wiem, czy byłabym na tyle odważna, by wybrać kierowcę bombowca, czy kosmonautę. Dzięki tej gotowej wersji się poznaliśmy. - To było całkiem zabawne, że ich drogi skrzyżowały się zupełnie przypadkowo, mimo to, że należeli do zupełnie różnych światów, to jakoś znaleźli wspólny język i przywykli do swojego towarzystwa. Lubiła go, był naprawdę interesującym człowiekiem, który sporo przeżył, wymyśliła sobie, że kiedy będą się spotykać to spróbuje mu dać choć namiastkę domu. Lubiła uszczęśliwiać innych, nie do końca wiedziała, czy tak wyglądało jego szczęście, ale widziała jak się uśmiechał, gdy podsuwała mu pod nos słodycze, to wystarczało.

- Cieszę się, że do czegoś mogłam się przydać. - Nie sądziła, że może być dla kogoś inspiracją, to było więc dla niej całkiem miłe. Dobrze było widzieć, że Edge ruszał do przodu, bo jeszcze ponad miesiąc temu brakowało w jego życiu kolorów.

Przeniosła wzrok na Zenka, postanowiła nieco opowiedzieć mu o tym skąd w ogóle wziął się ten temat rozmowy, bo najwyraźniej nie wiedział jak ona i Florka się poznały. - Kiedy pierwszy raz spotkałam Florkę myślałam, że jest piekarką, tak została mi przedstawiona, właściwie przez to postanowiłam poznać ją nieco bliżej. - Nie do końca chciała wspominać o tym, że był to wieczór, gdzie dane jej było w ciemno wybierać dla siebie kawalera, do dzisiaj uważała bowiem, iż był to fatalny pomysł, znaczy nie do końca fatalny bo ją tam poznała, po prostu nie nadawała się do randkowania.

- Pewnie zrobiła to bardzo zgrabnie, widziałam jak umie się ruszać. - W końcu została nawet zaproszona do cyrku, gdzie pokazał jej swoje niesamowite talenty. Był zachwycający, kiedy znajdował się na scenie.

Kelnerka pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Podstawiła im pod nos zamówione napoje. Figgówna sięgnęła po swój sok jabłkowy i upiła z niego niewielki łyk. Smakował świeżo, miała wrażenie, że już przy tym pierwszym hauście poczuła odrobinę melancholii. Dziwne, może to jesień również chciała o sobie przypomnieć. - Nie wydaje mi się, że można tu palić, zwłaszcza po tym wszystkim, co wydarzyło się we wrześniu. - Kiedy to ogień zaczął trawić całą stolicę, założyła, że właściciel mógłby być przez to nieco bardziej nadgorliwy, jeśli chodzi o akceptację tego drobnego nałogu w swojej restauracji.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#106
23.06.2026, 00:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2026, 00:44 przez Benjy Fenwick.)  
Przyglądałem jej się przez chwilę bez mrugnięcia okiem, z wyrazem twarzy człowieka, który stosunkowo szybko, jak na ogólnie ujętego anarchistę, pogodził się z własnym losem - nawet ja wiedziałem bowiem, iż były rzeczy, z którymi nie należało walczyć, a pamięć Prudence zdecydowanie należała do tej kategorii. Znałem ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż naprawdę pamiętała te wszystkie rzeczy - daty, miejsca, szczegóły, ubrania, pojedyncze zdania wypowiedziane mimochodem wiele lat temu - już za dzieciaka czasami miałem wrażenie, że gdyby ktoś poprosił ją o odtworzenie konkretnego dnia sprzed lat minuta po minucie, poradziłaby sobie z tym podejrzanie dobrze. Teraz wiedziałem już, z czego to wynikało, chociaż złożoność procesów myślowych mojej żony wciąż nie wydawała mi się zupełnie jasna. Nie drążyłem tego do przesady, nie musiałem, w pewnym momencie po prostu zaakceptowałem fakt, że jeśli kiedykolwiek powiedziałem coś głupiego, zrobiłem coś kompromitującego albo założyłem szczególnie absurdalny strój - ujmując czapkę z reniferzymi rogami, bo to był osobny typ historii - ona prawdopodobnie nadal była w stanie przywołać ten obraz z dokładnością budzącą niepokój specjalistów od magipsychiatrii.
- Tak, glunt mieś podobną pelspektywę. - Skinąłem głową z przesadną, pełną powagą. - Zwłaszcza kiedy jedna ze stlon posiada kompletną dokumentację wszystkich pszewinień dlugiej od pielwszego września tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego któlegoś loku. - Uśmiechnąłem się pod nosem - nie wątpiłem, że zaraz miałem się dowiedzieć, którego. - To balso uczciwy układ. Niezwykle wylównany. - Nawet nie mrugnąłem, gdy to powiedziałem - tak - ta reakcja była celowo poważna, lecz sam uśmieszek zdradzał mnie całkowicie.. Prawdę mówiąc, nie zamieniłbym tych naszych sporów na nic innego - nawet wtedy, kiedy doprowadzały mnie do szewskiej pasji, nawet wtedy, kiedy oboje byliśmy zbyt uparci, by odpuścić, zawsze istniało między nami coś, czego nie potrafiłem odnaleźć w rozmowach z innymi ludźmi. Pewna szybkość, łatwość, fakt, że nie musiałem tłumaczyć połowy swoich skojarzeń, bo ona już była kilka kroków dalej, to właśnie dlatego nawet podczas najgorszych okresów w naszym życiu tak trudno było mi naprawdę się od niej odciąć.
Byłem niemal pewien, że gdybym zapytał o konkretny wtorek sprzed piętnastu lat, gdy byłem dla niej szczególnie upierdliwy, dostałbym pełny raport wraz z warunkami pogodowymi i cytatami zdanie w zdanie - dobrze wiedziałem, że nie była to nawet przesadna wizja, musiałem jednak przyznać, że było w tym coś dziwnie przyjemnego. Mówiąc szczerze, kiedyś doprowadzałoby mnie to do szału, teraz jednak patrzyłem na to inaczej, było w tym coś niezwykle… Jej. Tak samo charakterystycznego jak sposób, w jaki marszczyła nos, kiedy się nad czymś intensywnie zastanawiała, albo jak analizowała rzeczy, które dla większości ludzi nie miały większego znaczenia. Przez lata nasze rozmowy przypominały pojedynki, później wojny podjazdowe, jeszcze później długie kampanie wyniszczenia, teraz pozostała z tego głównie zabawa, choć oboje nadal byliśmy wystarczająco inteligentni, żeby rozpoznać okazję do wbicia szpilki, kiedy tylko się pojawiała. Szczerze mówiąc, właśnie to powinno było nas naprowadzić na właściwy trop dużo wcześniej, gdyż normalni ludzie raczej nie prowadzili wielogodzinnych sporów dla przyjemności, my jednak uznaliśmy to za formę budowania relacji, bardzo dziwnej relacji, ale mimo wszystko relacji. Właściwie nigdy nie przestaliśmy ze sobą rozmawiać, zmieniała się tylko forma, czasami była to przyjaźń, czasami list czy notatka, czasami kłótnia, ale rozmowa trwała nieprzerwanie, mimo szczerych chęci rozdzielenia nas przez otoczenie, oboje byliśmy zbyt uparci, żeby po prostu dać sobie spokój.
Przy wspomnieniu negocjacji z pająkami parsknąłem cicho i odsunąłem od siebie pakunek z cukrowymi pajęczakami, jakby nagle nabrał dodatkowego znaczenia politycznego - nie zamierzałem przyznawać, że bilans tych interakcji czasem bywał dla mnie mniej korzystny, niż chciałbym publicznie deklarować.
- Nie doceniasz ich, Sunny. - Pokręciwszy głową, odparłem tonem eksperta od negocjacji pokojowych, chociaż oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, które z nas było w rzeczywistości dużo bardziej w gorącej wodzie kąpane i zdecydowanie nie nadawało się na mediatora. - Wojna s nimi to wojna pozycyjna, kochanie, balso długa wojna pozycyjna. Jeśli zacząłbym naciskaś, mogłyby pszejść do działań odwetowych. A nie mam pewności, ilu mają sojuszników. Ja dla nich tesz naleszę do niewiadomych. Muszę więs wkładaś całą moją delikatność i dysklesję w ten ploces. - Spojrzałem na nią z miną człowieka, który właśnie został niesprawiedliwie oceniony, więc - jasna sprawa - odbiłem piłeczkę.
- Oczywiście. Twoje szlachetne selse s pewnością nie ma nic wspólnego s chęcią całkowitego wyeliminowania stlony pszeciwnej s plocesu negocjacyjnego. - Na jej kolejne słowa uniosłem brew i spojrzałem na nią z wyraźnym powątpiewaniem, znałem ten ton aż za dobrze - znałem ją zbyt dobrze, żeby dać się nabrać na podobne deklaracje niewinności, szczególnie kiedy w grę wchodziły pająki. Była absolutnie niewinna tylko wtedy, kiedy sama decydowała o definicji niewinności, pomimo przerwy, od lat obserwowałem ten mechanizm w działaniu. Widziałem już wystarczająco dużo reakcji mojej żony na obecność ośmionogich lokatorów, żeby wiedzieć, że jej serce stawało się znacznie mniej szlachetne, gdy tylko któryś pojawiał się w zasięgu wzroku. - Niemniej pszysnam, sze czasem podziwiam twoją dyscyplinę. Na twoim miejscu wykoszystywałbym tę zdolność znacznie częściej i znacznie balsiej bezwzględnie. - Uniosłem brew i przez chwilę przyglądałem się twarzy Pruey, zastanawiając się, ile razy przez te wszystkie lata prowadziliśmy podobne rozmowy. Dziesiątki? Setki? Niezależnie od tego, czy byliśmy przyjaciółmi, rywalami, czy dwojgiem idiotów desperacko udających przed sobą brak uczuć, zawsze kończyło się tak samo - rozmową, dyskusją, przeciąganiem liny między dwoma upartymi charakterami - gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że pewnego dnia będziemy siedzieć jako małżeństwo w restauracji i prowadzić niemal identyczne słowne potyczki, prawdopodobnie uznałbym to za wyjątkowo nierealną, może nawet idiotyczną wizję przyszłości, a jednak…
Kiwnąłem głową, po czym na chwilę spojrzałem w bok, na inne stoliki, na ludzi śmiejących się i rozmawiających przy swoich daniach - w pewnym sensie miała rację - ostatecznie naprawdę nie pozostawało nic innego poza pogodzeniem się z pewnymi rzeczami. Prędzej czy później człowiek dochodził do momentu, w którym dalszy opór kosztował go więcej energii niż zaakceptowanie prawdy, szkoda tylko, że nie istniał sposób, żeby przekazać tę wiedzę młodszej wersji samego siebie - gdyby istniał, oszczędzilibyśmy sobie naprawdę wielu sensacji… Potrzebowaliśmy na to stanowczo zbyt wielu lat, z perspektywy czasu wydawało się to wręcz absurdalne, tyle energii poświęciliśmy na uciekanie od czegoś, co od początku było oczywiste.
A potem pojawiła się zupa i przez chwilę cała filozofia świata zeszła na dalszy plan, gdyż moją uwagę całkowicie przejęło danie stojące przede mną. Przesunąłem miskę nieco bliżej siebie i przyjrzałem się jej uważniej - zawartość była ciemna, gęsta i pachniała dokładnie tak, jak powinno było pachnieć coś przygotowanego przez człowieka, który znał się na gotowaniu znacznie lepiej ode mnie.
- Pszynajmniej na lasie nie wygląda glośnie. - Zauważyłem, pochylając się lekko nad miską. Wołowina, jagnięcina, bulion i jęczmień tworzyły aromat, który natychmiast budził skojarzenia z jesienią, chłodem i porządnym posiłkiem po długim dniu pracy. Niby właśnie w związku z moim zajęciem powinienem był nie tak łatwo ulegać pierwszym, często złudnym wrażeniom, ale było nieźle, naprawdę nieźle. - To jusz więcej, nisz mogę powiedzieś o niektólych szeszach, któle jadłem w szyciu. - W moim głosie pobrzmiewało wyraźne zadowolenie, które mogło być zarówno wynikiem otrzymania zadziwiająco dobrej strawy, jak i samozadowolenia z pozyskanych doświadczeń kulinarnych robiących ze mnie prawdziwego krytyka restauracyjnego. Obserwowałem Prue przez moment, gdy zamykała oczy i próbowała rozpoznać składniki po samym zapachu - sam nigdy nie miałem do tego cierpliwości - jeśli coś pachniało dobrze, zwykle przechodziłem od razu do etapu jedzenia, a że tutaj wszystko zapowiadało się naprawdę apetycznie…
- Zaczynam podejszewaś, sze zostaliśmy podstępnie zwabieni do posządnej lestaulasji. - Biorąc pod uwagę wcale nie taki znowu „mit” o zdolnościach kulinarnych Brytyjczyków, wyglądało to bardzo podejrzanie. Nabrawszy pierwszą porcję, przez chwilę obserwowałem treść dania na łyżce, po czym na trzy spróbowałem wywaru - sam wygląd i zapach był głęboki, gęsty i zaskakująco dobrze zbalansowany, ale przecież to smak miał zadecydować o tym, jak oceniałem całość - dokładnie w tym samym momencie, w którym zrobiła to moja żona.
- Mhmmmm… - Rzuciłem ni to do siebie, ni do niej. Było… Dobrze… Widząc wyraz twarzy Prudence, domyśliłem się też, że jej zupa również zdała egzamin. Bez słowa przesunąłem własny talerz odrobinę bliżej niej, tak żeby mogła bez problemu spróbować również mojej porcji - w końcu rzetelne badania wymagały porównania próbek, więc jeśli mieliśmy prowadzić ten eksperyment razem, nie zamierzałem pozwolić, żeby ominęła ją połowa doświadczenia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
okoliczny wycierus
straciłem siedem żyć tylko na waszym pierdoleniu
wiek
14
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Obszczymur
Kożuch to duży, pękaty, stary kocur o białej sierści, która dawno utraciła czystość świeżego śniegu i przypomina raczej pożółkły, dawno nieprany dywan barana z nadwagą. Śmierdzi tytoniem, kurzem oraz wilgocią miasta. Futro wiecznie rozczochrane, posklejane od deszczu i sadzy, jakby każda noc spędzona na dachach zostawiała na nim kolejny ślad zmęczenia światem. Jedno ucho kończy się postrzępioną blizną, lewe oko lekko przymrużone, a spojrzenie tak nieprzyjemnie osądzające, że nawet dzieci nie cieszą się na jego widok.

Kożuch
#107
23.06.2026, 22:24  ✶  

Choć rzadko go tego dopuszczał to wciąż bardzo ine lubił głodu. Nie dlatego, że był nieprzyjemny. Nie lubił tego, co głód robił z godnością. Sprawiał, że trzeba było kalkulować. Łasić się i ocierać o kostki. Patrzeć wielkimi oczami, jakby los kota zależał od łaski pierwszego lepszego idioty w lakierowanych butach. Upokarzające. Jeszcze gorsze było jednak to, czego ludzie od kotów oczekiwali w zamian. Myszy. Jakby całe jego życie miało sprowadzać się do ganiania po brudach za gryzoniami dla bandy dwunożnych darmozjadów. Prędzej wychyliłby szklankę whisky z jakimś Buldogiem przy barze, niż zaczął pracować na utrzymanie u tych ordynarnych stworzeń. Niech sami sobie łapią myszy, skoro tak bardzo im przeszkadzają. A no!

Cierpliwy to i kamień ugotuje. Dlatego czekał. Nie za blisko, nie za daleko. W sam raz, żeby pozostawać w zasięgu wzroku gości przewalających się przez wejście. W sam raz, żeby ktoś zauważył białe futro. W sam raz, żeby nie nadepnąć mu na ogon. Od czasu do czasu przeciągał się demonstracyjnie albo przysiadał pod ścianą, udając całkowity brak zainteresowania otoczeniem. Sztuka polegała na tym, by wyglądać na niezależnego. Ludzie lubili sobie wyobrażać, że sami wpadli na pomysł pomocy. Kilku mijających go garniturków aż prosiło się o to, żeby zaplątać im się między nogami. Jeden poślizg. Jeden spektakularny lot nosem prosto w bruk. Kożuch aż zmrużył oczy na samą myśl. Niestety, trzeba było zachować pozory. Był właśnie w trakcie przenoszenia się pod drugi mur, kiedy jakiś młody mężczyzna zatrzymał się obok. Ogon Kożucha natychmiast nastroszył się jak szczotka do kominów. Sierściuch. Sierściuch?!

- Zjedz moje sranie, piękny kawalerze. - prychnął spod jego butów. Dla ludzkich uszu zabrzmiało to zapewne jak zwyczajne, obrażone miauknięcie. Na całe szczęście. Bo gdyby potrafili rozumieć koty, połowa ulicy już dawno dostałaby zawału. Kożuch rzucił człowiekowi spojrzenie pełne najczystszej pogardy, na jakie było go stać, po czym błyskawicznie czmychnął w drugi kąt ulicy. Nie zamierzał ryzykować, że ktoś spróbuje go kopnąć. Albo, co gorsza, uzna za szkodnika. Honor był już wystarczająco nadwyrężony samym faktem, że dłuższej chwili urządzał przedstawienie pod restauracją w nadziei na darmowy obiad.

Dostrzegł ją jeszcze zanim przykucnęła. Od pierwszej chwili wydała mu się jakaś inna. Nie kolejną sylwetką pośród tłumu, następną elegancko ubraną paniusią, która miała za dużo pieniędzy i za mało zajęć. Takich widywał codziennie. Niektóre próbowały go dokarmiać, inne głaskać, jeszcze inne uważały, że sam fakt spojrzenia na kota jest dobrodziejstwem, za które powinien być wdzięczny. Kożuch nauczył się już dawno, że ludzka troska niemal zawsze miała jakiś haczyk. Na jej końcu czekała obroża, zamknięte drzwi albo czyjeś wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać szczęśliwe życie kota. Dlatego nie podszedł od razu. Obserwował ją spod przymrużonych powiek, gotów zniknąć przy pierwszym fałszywym ruchu. Był przeczulony na takie rzeczy. Wyłapywał je szybciej niż zapach rybnej konserwy pozostawionej bez opieki. Ludzie lubili udawać wyrozumiałość. Ale i tak chcieli tego samego. Oswoić. Udomowić. Zamienić wolne stworzenie w element własnego świata. Ta była inna. Kożuch wyczuł to niemal od razu. . Nie patrzyła na niego jak na maskotkę ani jak na biedne stworzenie, które należy uratować przed samym sobą. W jej spojrzeniu nie było współczucia podszytego wyższością. Była tam tylko jakaś cicha łagodność i wyrozumiałość, jakby doskonale rozumiała, że kot jest po prostu kotem i ma święte prawo robić dokładnie to, na co ma ochotę. Dziwna kobieta. Jeszcze dziwniejsze było to, że jej zaufał. Pozwolił się pogłaskać. Potem drugi raz. Potem sam otarł się o jej dłoń. Kiedy zaś podniosła się z ziemi, a jasna suknia opadła wokół niej miękkimi fałdami, podjął decyzję szybciej, niż zwykle podejmował jakiekolwiek decyzje dotyczące ludzi. Wślizgnął się pod materiał, odnajdując tam ciepło i schronienie. Nie czuł zapachu pułapki. Nie czuł podstępu. Tylko tę samą osobliwą łagodność, którą wyczuł wcześniej. - Dziękuję, śliczna pani - wymruczał zadowolony, moszcząc się wygodniej pod suknią, jakby należało mu się tam miejsce od zawsze.

Na dźwięk dziecięcego zawłania Kożuch nastroszył się od karku aż po sam koniuszek ogona. Dzieci. Nie znosił dzieci. Były jak zaraza, od której należało trzymać się możliwie najdalej. Głośne, lepkie, nieprzewidywalne. Jedyną ich zaletą było to, że prędzej czy później z tego wyrastały. Niestety tym razem jedno z nich właśnie zrujnowało doskonale zapowiadającą się operację pozyskania pyszności. Kożuch zamarł na moment, przyłapany niemal na gorącym uczynku. Wszystkie spojrzenia skierowały się ku niemu. Dziecko wskazywało go palcem. Obsługa zadawała niewygodne pytania. Jeszcze chwila i ktoś gotów był uznać, że jest zwykłym kotem. Trzeba było działać. Improwizować. Wyprostował się na tyle, na ile pozwalała mu kocia anatomia, po czym obrzucił zgromadzonych spojrzeniem pełnym godności śmiertelnie obrażonego urzędnika. - Ja sobie wypraszam - mruknął pod nosem. - Nie jestem niczyją własnością. Następnie usiadł jeszcze prościej i zaczął energicznie myć łapę, jakby całe zamieszanie było poniżej jego godności. - Ministerialna Inspekcja Sanitarna - poinformował obecnych z pełną powagą. Po tych słowach rozejrzał się po sali z nonszalancją jakby od dwudziestu lat żył z wystawiania mandatów. Przesunął spojrzeniem po stolikach, po talerzach i po przechodzących między nimi kelnerach, od czasu do czasu marszcząc wąsy z wyraźną dezaprobatą. Kontrola przebiegała bardzo dokładnie. Wręcz wzorowo. Nos drgnął znacząco. Raz. Potem drugi. Aromat pieczonego mięsa uderzył go niemal natychmiast. - W związku z prowadzonym postępowaniem wyjaśniającym zażądam podania próbki serwisu mięsnego do kontroli. Ogon zakołysał się majestatycznie. - Oraz napojów alkoholowych. Bardzo ważnych napojów alkoholowych. Niezbędnych wręcz.

Architekt Ścieżek
my life would be so much easier if i wasn’t a piece of shit
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#108
23.06.2026, 23:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.08.2026, 21:32 przez The Edge.)  
** @Nora Figg @Zenon Kozioł



– A ty wiesz w ogóle co to jest bombowiec? – Zapytała nagle, jeszcze nie umieszczając papierosa w ustach, ale już trzymając go pomiędzy palcami. Zarechotała lekko na wspomnienie, iż dobór tegoż właśnie zawodu miał tę słodką cukierniczkę onieśmielić, a dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, że obecność Kozła sprawiła, że podświadomie zaczęła porozumiewać się z Norą nieco innym językiem niż wcześniej.

Podświadomie przesunęła na niego spojrzenie, wyłapując zmianę pozycji i wyniosła z niej – bo rzadko wynosiła z takich sytuacji coś innego niż kaskadę emocji zalewającą ją momentalnie – całą galerię przykrych wniosków. Przygryzła paznokieć, obracając w głowie jego wstawki, rozważając czy obecność znaków zapytania była faktem, czy jedynie kolejnym tworem jej wybujałej wyobraźni. Spocone ze stresu dłonie jak na złość pozostawały puste, chociaż jeszcze przed chwilą takie nie były. Zaczęła więc, standardowo już dla siebie, zrywać skórki przy paznokciach. Drapała sobie w ten sposób to samo miejsce co obgryzając paznokcie, ale było to obiektywnie o wiele mniej obciachowe w miejscu publicznym, a przecież siedziała obok nich główna konkurentka Bertiego Botta w wyścigu o cukiernicze podium. Musiała przestać się kurwić. Wiecznie marzyć o tym, co nieosiągalne. Miała miejsce, do którego mogła wrócić. Ktoś tam na nią wbrew wszystkiemu czekał.

– Siostra mnie zapisała na takie show do Dziurawego Kotła, dla żartu – pewnie chciała słuchać jak siedzi na tej scenie jak przyjeb i się jąka, co już na wstępie bardzo, ale to bardzo go rozzłościło – ale spękałam i mówiłam o sobie jakieś bzdury przy współpracy z organizatorami.

Zenek wiedział o wiele lepiej niż Nora, dlaczego jego głowa zaczęła momentalnie unikać jak ognia mówienia o sobie prawdy. Kiedy w opowieściach pojawiała się prawda, Crow nie czuł nic innego niż głęboki, rozdzierający duszę wstyd. Tam nie było za bardzo co opowiadać, żeby nie zepsuć miłej atmosfery. Zawsze kiedy się zapomniał i wypluł z siebie coś poważniejszego, inni dłuższą chwilę milczeli, a on liczył każdą sekundę tej ciszy i nagle robiła się jakaś taka… przytłaczająca.

Uśmiechnęła się do Nory. Normalnie w takich gestach brakowało u niej esencji, ale tym razem był to uśmiech szczery – bo faktycznie Figgównie udawało się wyprowadzać tę ruinę człowieka na prostą. Osiągnęła w tym niebywały sukces, nawet jeśli nie wiedziała jak ciężko było doprowadzić do tego, żeby ten uparciuch liczył się z czyimś zdaniem.

– A ty…? – Momentalnie gula stanęła jej w gardle, a brawura sprzed kilkudziesięciu minut wydawała się tak odległa, że właściwie to zdążyła o niej zapomnieć. Czuła się coraz bardziej nieswojo i właściwie to nie wiedziała do końca czego dotyczyło to pytanie. Tak, mogłaby poczekać na jego odpowiedź lub dopytać głębiej, mogłaby tez spróbować zrobić coś, żeby Kozioł przestał wyglądać jak smutny, zwiędły kwiat – mogłaby tak wiele, a zdecydowała się na ucieczkę. – Cóż – rzuciła, prostując się na krześle – w każdym razie ja tyle nie wytrzymam bez dymka, więc na chwilę znikam. Nie obgadujcie Lewisa za bardzo. – I faktycznie to zrobiła. Wstanie od stolika i szybka ucieczka w kierunku łazienki były o wiele łatwiejsze, niż przyznanie się, że zawdzięczała Norze o wiele więcej niż odwagę, żeby wrócić do ludzi, których kochała, a… Ha, na przyznanie jak bardzo przejmowała się swoją relacją z Zenkiem nie miała nawet ułamka siły. Nie miała w życiu wielu przyjaciół, a już na pewno nie takich. Wyminęła się z kelnerką, wyciągając przy tym paczkę papierosów z kieszeni bluzy. Pewnie powinna poprawić spódniczkę, ale tego nie zrobiła. Przez uciążliwe drapanie w gardle, zupełnie straciła poczucie kontroli nad sytuacją.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#109
24.06.2026, 21:27  ✶  
Modelową odpowiedzią na to głupie pytanie, czego on na boisku szuka, byłoby coś pomiędzy dziurą w dupie a twoim starym wracającym z mlekiem. Oboje wiedzieli natomiast z dużym przybliżeniem, gdzie znajduje się Fenris, a ta dziura w dupie była mało nastrojowa…
— Senka, ty do szkoły nie chodziłaś? — obruszył się nie na żarty Woody. — Ja rozumiem nie odróżniać obrońcy od pałkarza, ale szukający? Każdy chciał być tym rodzyneczkiem szukającym złotego znicza. Nie rób sobie ze mnie jaj.
Nie ze starym te numery. Tym razem uniknął podpuchy z gracją dzikiego kota. I może nieco za późno się zorientował, że w rzeczywistości Asena czekała na historię…
Nie lada historię za to opowiedziała ona. Taką, że się szło za głowę złapać i ręce załamać. Woody popatrzył na Asenę z grobową miną, gdy mu relacjonowała swoją Spaloną Noc. Niby się człowiek spodziewał, a jednak…
— Ty jesteś, dziewczyno, chora. Wbiegłaś do płonącego budynku, bo miałaś takie przeczucie? — zapytał karcąco człowiek, który wbiegł do płonącego budynku, bo… tak było trzeba. — I co z tym wariatem, co tam polazł pierwszy? Uratowałaś go czy tak weszłaś i wyszłaś?
Podano im w międzyczasie napoje. Woody z przyjemnością złapał zimny kufel i pociągnął odświeżający łyczek piwa. W międzyczasie spojrzał jeszcze raz na stolik sportowców, aby znaleźć wśród nich Notta. Przyznać trzeba, że zdziwiło go nieco, gdy Asena powiedziała, że Lukas Nott lata z Harpiami.
— To co my tu mamy, te patowyścigi, to się nie umywa do profesjonalnego sportu na poziomie. Byłaś kiedyś na prawdziwym meczu, młoda? — Tarp wrócił swoją uwagę Greyback. — Ile się Nott zresztą dla Herczega nalatał, jak to świeżyna w kraju? Z miesiąc? Dwa? Nie wiedziałem, że on taki szemrany. Taka liga i dorabia na Nokturnie? — Wzruszył ramionami z wypisanym na mordzie zdumieniem. No ale jak tam sobie pan Nott życzył. Woody podniósł paczuszkę swoich słodkości i zapoznał się z etykietą. — Co my tu mamy? Matko kochana, od tego się chodzi po suficie.


piw0 to moje paliwo
Czarodziej
wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
projektant mody
Twarz o ostrych rysach, jasne włosy, jasne oczy, 190 cm wzrostu, sylwetka kogoś, kto wprawdzie nie jest wojownikiem, ale komu wyraźnie zależy na tym, aby dobrze się prezentować, więc czasem trochę ćwiczy. Zawsze dobrze ubrany - oczywiście wyłącznie w ubrania z Domu Mody

Christopher Rosier
#110
25.06.2026, 09:40  ✶  
– Zbroja prawdopodobnie byłaby trochę ciężka, ale mogę zaprojektować dla ciebie specjalny kaftan – obiecał Christopher. Trochę żartował, a trochę zanotował sobie w głowie od razu „kolekcja inspirowana dworem Artura”, pośród wielu innych pomysłów, jakie krążyły w jego umyśle. Oczywiście, realizował tylko część: niektóre rzeczy dobrze brzmiały tylko jako idee. – Żeby spuścić je z wieży – wyjaśnił, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. Nie żeby nie wiedział, że to absurdalne, i to nie tylko dlatego, że oboje raczej nie przepadali za wysokością. W końcu Victoria chyba nie planowała tak naprawdę jeździć konno i w zbroi.
– Pewnie tak, chociaż to znowu zwiększa koszty. Ciekawe, czy tak zależy mu na promocji, czy po prostu bardzo chciał mieć restaurację… – powiedział. Właściwie żadnej z tych opcji nie potępiał. Sam potrafił wydawać dużo pieniędzy na swoje zachcianki, a własna sztuka była dla niego ważniejsza niż zarobek. Bott, zdaje się, dzięki fasolkom był niesłychanie bogatym człowiekiem: dlaczego nie miał więc wydać majątku na otwarcie restauracji, nawet jeżeli to się nie zwróci, skoro taka była jego wola?
Wziął odrobinę jej deseru, który mu zaoferowała, chociaż nie nazbyt wiele: zważywszy na to, jak lubiła słodycze, uszczknął jedynie trochę na spróbowanie.
– Dobre – ocenił. – Choć jestem ciekawy, jakie desery znajdą się w stałym menu, bo dziś postawił na bezpieczne opcje…
Jeden wypiek z jabłkami, drugi nieco bardziej wykwintny i robiący wrażenie, ale Chris trochę spodziewał się po Bottcie, że mógł chcieć zaoferować coś, czego nie ma nigdzie więcej: w jakiś sposób się wyróżnić. W każdym razie na pewno Bertie osiągnął u niego skutek na tyle, że był zainteresowany, czy w przyszłości wymyśli coś innego.
– Trzeba będzie wybrać się i tu, i tam dzień po dniu, kiedy będą mieli już stałe menu i ocenić, które miejsce wypada lepiej – zaproponował, posyłając jej uśmiech znad swojego deseru. Oczywiście kończył go dość szybko, bo i porcja nie była ogromnie duża: ale to było spodziewane, wszak dziś serwowano menu degustacyjne.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (5596), Alastor Moody (1331), Anthony Shafiq (1567), Asena Greyback (2293), Astoria Avery (1536), Atreus Bulstrode (2261), Baba Jaga (2379), Basilius Prewett (1050), Benjy Fenwick (11801), Bertie Bott (1108), Brenna Longbottom (2437), Christopher Rosier (4646), Émile Mulciber (1567), Kożuch (1361), Lorien Mulciber (4450), Lorraine Malfoy (1742), Lukas Nott (2405), Lydia Black (1505), Millie Moody (1040), Nora Figg (2764), Pan Losu (1831), Prudence Fenwick (9289), The Edge (4442), Victoria Lestrange (5450), Woody Tarpaulin (2961), Zenon Kozioł (4196)


Strony (18): « Wstecz 1 … 9 10 11 12 13 … 18 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa