• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Dziurawy Kocioł v
1 2 Dalej »
[06.09.72] Poprosimy dwa aperole | Levi i Septima

[06.09.72] Poprosimy dwa aperole | Levi i Septima
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#1
30.05.2026, 01:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2026, 01:37 przez Septima Ollivander.)  
Minęło dziesięć lat odkąd w ramach prezentu podróżniczego podarowała mu krzyczące pomarańcze zamknięte w drewnianym pudełku bez wieka. Nazwała je PandOrange Box i śmiała się potem do rozpuku przez dobre pięć minut, podczas gdy zrozpaczony Levi próbował uciszyć idiotyczne owoce zarówno zaklęciem jak i krwawą przemocą. Głupkowate pomarańcze, plumkające wokół nich jak rozciapciane żaby, o gębach tak patologicznie irytujących, że dziwnym nie było słyszeć od nich wschodnioeuropejskiego akcentu, zaczęły w końcu i rozbawioną Septimę frustrować.
— Miały się mnie słuchać!— biła się w drobną pierś, gdy tylko ślizgiem wybiegli zza ostrego zakrętu Pokątnej. Pomarańcze biegły za nimi, nie ważąc na londyńskie kałuże w kolorze szamba i na skonfundowane gołębie, które żwawo konsultowały między sobą, czy warto było naznaczać teren na czymś, co należało ewidentnie do ulubionych akcesoriów Szatana.
Zaczęło się od niewinnego żartu. Skończyło się na Pomarańczowej Rebelii — przygodowej sadze zapisanej w wielu grubych tomach.
Tę cholerną, szczerzącą się gębę widziała absolutnie wszędzie przez kolejne kilka tygodni i to o niej właśnie pomyślała, przekraczając próg Dziurawego Kotła. Bo to w Dziurawym Kotle oboje zdołali upchnąć nieszczęsne pomarańcze jednemu z naiwnych i bardzo podpitych stałych bywalców knajpy.
„— Są piękne…myślicie, że spodobają się mojej żonie?”
„— To były ulubione pomarańcze mojej zmarłej mamy—” załgała paskudnie, dłonie wsuwając w ręce Leviego, niby to na znak młodocianej rozpaczy wydzierającej oddech z piersi — potrafią śpiewać arie Pucciniego i Schuberta.
Zarobili na tym interesie kilka knutów i za te kilka knutów sprawili sobie drinki tak wybitne, że nawet niebieskowłosy barman przesłał im spojrzenie pełne politowania. A potem po nich rzygali, ale żadne nigdy nie chciało się do tego przyznać ani trochę.
Stare dobre czasy — jaka szkoda, że już czasów nie ma.

Przez cały dzień nadrabiała zaległości pozostawione przez ponad miesiąc nieobecności. Listy, zamówienia, klientów, dokumenty, i każde załatwione zadanie odsłaniało dwa kolejne, ukryte pod spodem z podstępnością, która sugerowała, że te sprawy ewidentnie knuły i to przeciwko niej. Nie pomagał również Sam.
Właściwie nie mogła mieć mu tego za złe. Kanapa w salonie od dawna przestała być kanapą, stając się czymś bardziej złożonym ekosystemowo, regularnie zasilanym przez książki, ubrania, kubki po napojach i samego właściciela, którego wciąż niezręcznie było spotykać w stanie półleżącym. A Levi, jak to Levi, podejrzewała, że zajęty był swoimi zdzirami pilnymi sprawami, bo przecież miał ich wiele.
Spotkanie w karczmie było po prostu prostsze, zwłaszcza że ich placem zabaw mógł się równie dobrze stać Londyn.

Po miesiącu spędzonym na bliskim wschodzie, to miasto wydawało się przywołane z pamięci przez kogoś, kto widział je tylko raz i zapamiętał głównie miałką szarość nieba oraz to, że wszyscy zawsze gdzieś się spieszyli. Fakt faktem, przepraszali i to namiętnie, nawet gdy to twoja miotła wybiła komuś przez przypadek szybę z półobrotu, ale to ofierze było przykro, że miotle przypadł los pospolitego tłuczka. Lata były krótkie, a wiatr zawsze galopował arteriami ulic tak jakby uciekał przed szatańskimi pomarańczami. Ulice prawie zawsze błyszczały od wilgoci i Septima patrzyła na nie przez mleczną szybę jak na coś, co należało do innego snu niż ten, w którym właśnie siedziała.
Jej dłoń powędrowała mimowolnie do torby spoczywającej obok krzesła. Przywiozła z podróży niewiele. Kilka ksiąg, suszone zioła, notatki, drobiazgi dla znajomych i garść wspomnień, których nie była jeszcze gotowa rozpakować. Notatkami z chęcią podzieliłaby się dziś z Levim, jeśli tylko byłby zainteresowany. W bazgrołach i urywanych strumieniach świadomości nikt poza Timmy, nie znalazłby większej wartości, ale odszyfrowanie grafomańskich wyczynów mogło zwycięzce wynagrodzić. Bo coś tam nawet tym razem odkryła.
Oparła się o krzesło i poczuła, jak karczma obrasta wokół niej swoim gwarem, rozmowami, których nie słuchała, ciepłem, którego nie szukała, obecnością innych ludzi, którzy siedzieli w podobnych stolicach własnych nieobecności i też prawdopodobnie czekali na kogoś.
Potem drzwi skrzypnęły dramatycznie, wpuszczając do środka wieczorne powietrze oraz zapach mokrego bruku. Septima poczuła, jak coś w niej prostuje się nieznacznie, tak jakby cudze spojrzenia naprawdę miały moc wypalania skóry.
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#2
05.06.2026, 04:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2026, 04:20 przez Leviathan Rowle.)  

Te przeklęte gadające pomarańcze, wciąż czasem śniły mu się po nocach, szczególnie kiedy na horyzoncie jawił mu się problem, z który wydawał się wyjątkowo uciążliwy. Samą historię jednak, szczególnie kiedy już przykryła ją patyna czasu, wspominał z pewnym rozrzewnieniem, bo nikt nie mógł im zabronić ucieczek, niesamowitych biznesów na wiele knutów i rzygania po wątpliwych drinkach. Teraz już nie wypadało trochę bardziej. Historia pomarańczy nie kończyła się jednak całkowicie na nieszczęsnym pijaczku z Dziurawego Kotła, którego najpewniej w domu czekał ochrzan żony i rozwód, bo jedną z nich Leviathan próbował sobie zostawić i przysposobić do własnych celów. Przedsięwzięcie to było wręcz karkołomne, ale ostatecznie przez jakiś czas wykorzystywał ją do odstraszania szczurów z wolier smoczogników. W końcu jednak przestały się jej bać i zjadły żywcem.

Timmy nawet niewiele myliła się w swojej ocenie sytuacji, związanej z otaczającymi Leviathana zdzirami. W sumie to jedną zdzirą, jakby nie patrzeć, i to jego własną żoną, bo Rowle miał Faye ostatnimi czasy po dziurki w nosie. Wadziła mu, denerwowała swoimi decyzjami i absolutnym brakiem chęci do kooperacji. Ich spotkanie jeszcze pod koniec sierpnia w Ministerstwie Magii, wciąż wzbudzało w nim irytację i zwyczajną chęć zniszczenia jej życia dla samej zasady.

Im starszy się stawał, tym ciężej było mu odnajdywać pomiędzy Londyńskimi ulicami jakikolwiek urok. Kamienne zwyrodnienie, rozrastające się na ciele natury, wydawało mu się tym bardziej nienaturalne, im dalej znajdował się od Snowdonii. Jedyne przyjemności, które się tutaj kryły, to urywki wspomnień i garstka ludzi na których mu zależało. Brzmiał trochę jak Helloise i nawet jeśli kiedyś w pewien sposób go to irytowało, jakby uważał że zgadzanie się z kimś oznaczało bezwolę i ledwo powtarzanie za nim bez zastanowienia, tak teraz nie widział w tym wiele złego. Bardziej coś naturalnego.

Drzwi do Dziurawego Kotła skrzypnęły i owinął go znajomy zaduch; stare drewno, na którym wylano zbyt wiele rzeczy, zapach piwa, ludzkiego potu, wydychanego przez gości powietrza i wiecznie gotowego do podania gulaszu. Powoli też wkradały się w to nuty korzennych przypraw, bo właściciel przygotowywał się do ogłoszenia niesamowitego napoju jakim miał być jesienny grzaniec. A pośrodku tego wszystkiego była ona – przy stoliku, z torbą pełną szpargałów obok siebie – jedna z prawdziwie znajomych mu twarzy pośród londyńskich uliczek. — Błagam, powiedz mi że to nie są te gadające pomarańcze albo inne arbuzy — krzesło skrzypnęło obok niej, kiedy odsunął je i usiadł, z dramatyczną miną wspominając ile kłopotów im przysporzyły.



We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#3
05.06.2026, 17:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.06.2026, 17:43 przez Septima Ollivander.)  
— Cóż… — wykrzywiła usta w geście udawanego zakłopotania i uniosła klapę torby z ostrożnością kogoś kto nie jest do końca przekonany, czy powinien pokazywać taką zawartość publicznie. — Jakby ci to powiedzieć… — Zawiesiła głos wyścielany dramatyzmem — to tańczące banany nekromanty.
I faktycznie – z wnętrza torby wysunęła się kiść kilku bananów, które najlepsze lata miały już wyraźnie za sobą. Skórki pociemniały miejscami do koloru, którego natura zwykle nie przewiduje dla jadalnych owoców, a jeden z nich był podejrzanie miękki i poruszył się odrobinę bardziej, niż powinien.
Na szczęście oszczędziła Rowle’owi widoku owocowej padliny i zamknęła torbę definitywnie.
— Ojciec przyjmuje u nas ucznia. Stolarza z Kniei. To miał być jego lunch — wyjaśniła i zerknęła jeszcze do środka, jakby sprawdzała, czy sytuacja nie zdążyła się pogorszyć przez ostatnie trzy sekundy. — Bywasz tam czasem? W Kniei?
Przez chwilę po prostu przyglądała się Leviathanowi; nie nazbyt ostentacyjnie, ale w sposób, który zwiastował rychłą analizę i refleksję. Niekoniecznie wnikliwą.
— Dobrze wyglądasz — zawyrokowała w końcu. — Wciąż widzę parę rąk, parę nóg… żadnych nowych zadrapań. Nie miałeś przez ostatni miesiąc zbyt dużo smoczych czułości, co?
Ostatni raz widziała go na weselu Blacków.
Była wtedy smętna, skacowana i nieszczęśliwa; trzy stany, które osobno wydawały się do przeżycia, ale razem tworzyły mieszankę wyjątkowo mało elegancką.
Powtórzyłaby tamten wieczór jeszcze raz. Przeżyłaby go teraz zupełnie inaczej.
Od jakiegoś czasu, kiedy widywała go po krótszej lub dłuższej przerwie, łapała się na tym, że ciało zdradza ją w przedziwny sposób. Mięśnie sztywniały lekko, oddech zatrzymywał się gdzieś gdzie nie powinien, tak jakby przygotowywała się do zweryfikowania czegoś ważnego. Czy nie wyczuje dystansu. Nie tego zrodzonego z wydarzeń, ludzi czy nieprzespanych nocy. Tylko tego z premedytacji.
— Słuchaj, chcesz herbaty?
Powstała z miejsca odrobinę zbyt raptownie, nie czekając nawet na odpowiedź i odwracając wzrok ku tablicy z menu.
— Hm… czuję też grzańca.
Agatha Thompson, urocza kelnerka, która właśnie przechodziła obok i którą Timmy kojarzyła już od kilku podobnych wieczorów, uśmiechnęła się do niej serdecznie.
Septima odwzajemniła uśmiech odruchowo, ale nie spojrzała od razu z powrotem na Leviathana. Na cokolwiek się zdecydowali, Agatha im zaraz doniosła — Septimie podała z wdziękiem i gracją zawodowej kelnerki, na Leviego zaś łypnęła skwaśniałym spojrzeniem.
— Powiedz mi proszę, co nowego w rezerwacie?


Kocham drewno i duże bicepsy.
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#4
16.06.2026, 11:02  ✶  

— Banany nekromanty — odpowiedział z zastanowieniem, przyglądając się zawartości jej torby. Bardziej brązowej już niż żółtej kiści bananów, której on za żadne skarby nie schowałby do torby, którą miał zamiar nosić przez cały dzień. Wyglądał przy tym, jakby całą sytuację brał na niezwykle poważnie, zastanawiając się w tym momencie nad samą istotą prezentowanego owocu, ale gdzie w oczu przebiegł chyba jakiś przebłysk strachu, że cała ta kiść zaraz wstanie i tańczenie, to będzie jej najmniej uciążliwa cecha. — Nie powinnaś się tak chwalić na prawo i lewo, bo jeszcze ktoś usłyszy i skończysz na noc w areszcie. Ja nie mam zamiaru się za ciebie tłumaczyć, że bananowa nekromancja wcale nie jest zakazana — prychnął, z ulgą przyjmując że klapa torby dość szybko na nowo opadła, zakrywając prezentowane zwłoki. Byłby w stanie jednak przysiąc, że bananowy zapach i tak z nimi został. — Lunch? Jak matkę kocham, czy ty go trzymałaś w torbie cały miesiąc? Zapomniałaś wypakować przed wyjazdem czy może to jakieś twoje magnum opus? Wiesz, jak tak sobie teraz myślę, to niektórym mamy pakowały kanapeczki do pociągu do Hogwartu i oni tego nie wyjmowali przez cały rok szkolny. Brzmi jak podobny problem — uśmiechnął się grzecznie, bo o eksperymenty na owocach by jej nie posądzał, ale kto wie, może miało być to jej nowe hobby. Może powinien jej dać kontakt do Rose, żeby złapały się za rączki i zaczęły genetycznie projektować nowe gatunki magicznych odmian zwykłych owoców.

— Bywam w niej regularnie — przyznał bez większych krępacji. — Odwiedzam głównie Helloise, pamiętasz? Mówiłem ci czasem o niej — sporadycznie, ale Hela przewijała się w jego wypowiedziach. Septima mogła zdawać sobie jakąś mglistą sprawę z tego, że niekoniecznie był to temat, o którym Rowle chcieli rozmawiać i nie była tu mowa tylko Levim. Kobieta z Kniei była częścią ich rodziny, ale cokolwiek w życiu zrobiła, została od niej odsunięta, a on musiał jej strzec. Nie pilnować, nigdy nie użył tego słowa akurat w rozmowach z Timmy, ale częściowo zasłaniał się tą powinnością.

— Mógłbym powiedzieć to samo o tobie — przesunął się do tyłu, opierając o krzesło i splatając ręce przed sobą. — Dwie ręce, dwie nogi. Uszy nawet odstają ci tak samo. Nie wiem, chyba się trochę spodziewałem, że może będziesz zmuszona zmierzyć się z jakimś pradawny drzewcem. Nabędziesz parę blizn, wrócisz uzbrojona w wiekową wiedzę, hm? — w sumie fakt, brakowało mu ostatnimi czasy nieco smoczej czułości, chociaż to wcale nie było tak, że wcześniej miał jej w nadmiarze. Smoki latały wysoko, ponad jego głową, z rzadka wchodząc w interakcje z pracownikami. Co najczęściej zajmowało ich czas to jakieś trywialne przypadki. — Więcej podczas tego ostatniego miesiąca, ganiałem za pikującym lichem. Chcesz to cię przedstawię, bo przygarnąłem sobie jednego.

Ostatni raz widział ją na weselu Blacków.

Wtedy jeszcze ciągnęła go za fraki jakaś zazdrość, na moment obudzona jej osobą, kiedy pod drzwi podstawił ją Morpheus Longbottomm. Oboje chyba byli wtedy trochę nieszczęśliwi. Nie tacy, jak mogli być w swoim towarzystwie, czerpiąc ze wspólnej chwili tylko częściowo i jakby od niechcenia. Gdyby mógł, poszedłby w ślad za nią, przeżywając wieczór na moment, ale tym razem zupełnie inaczej, przekuwając go w coś o wiele lepszego i faktycznie wartego zapamiętania. Chyba chciał jej trochę wynagrodzić aferę z jej kuzynką. Sarah stanęła między nimi nagle i niewiele w jej kwestii zostało powiedziane. Zniknęła jeszcze szybciej, ale Rowle nie mógł strząsnąć z siebie wrażenia, że coś się zmieniło. Znalazła się między nimi jakaś nowa przepaść, którą nie do końca rozumiał, a tym bardziej nie wiedział jak ją załatać.

Przyglądał się jej uważnie, kiedy poderwała się ku górze, proponując herbatę. Herbatę, prawdę? Mówiła, jakby w ogóle go nie znała, a może zwyczajnie zapomniała o niektórych rzeczach, kiedy nie było jej tak długo. A może pamiętać nie chciała. Uśmiechnął się do niej lekko, w ten sposób próbując załagodzić nerwowość, która gnała ją gdzieś do przodu, poza jego zasięg.

— Proszę cię, rezerwat jak rezerwat. Stoi, nigdzie nie uciekł — zamówił ognistą, grzańca nawet nie zamierzając próbować. — To ty byłaś w wielkim świecie, więc wydaje mi się tylko właściwe, żebyś zaraz opowiedziała wszystko, co się działo kiedy cię nie było. Tęskniłaś chociaż?



We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#5
16.06.2026, 22:47  ✶  
Timmy przyjęła ze szczerym rozbawieniem ten bananowy ambaras i nie miała zamiaru udawać, że jest za dorosła i za poważna na tego typu owocowe epizody. 
— Ciiii — uciszyła go, muskając palcem jego usta, nim jeszcze bardziej zdążył rozwinąć myśl —  żadne magnum opus. Ale jest powód ich istnienia. Zaraz ci opowiem, jeśli będziesz chciał.
Nie zamierzała robić z tego tajemnicy, ale okoliczności i własne rozkojarzenie były zbyt poplątane, by streścić je w kilku słowach. A może wcale nie były, tylko Timmy nie potrafiła lakonicznie opowiadać historii. 
— Pamiętam — przytaknęła lekko, nie prosząc nigdy o rozwinięcie niewygodnego wątku tajemniczej ciotki — Samuel wspominał mi co nieco o Kniei, co dało mi do myślenia, że może powinnam w końcu przyjrzeć się tamtejszemu drewnu. Zobaczymy.
Wzruszyła ramionami, nie dzieląc się resztą myśli z Levim. Jej kniejne zamiary były pomysłem zupełnie spontanicznym i wynikającym bardziej z przypadkowego zbioru ciekawych informacji, niż z szeroko przeprowadzonych badań.
— Zaraz… pikującym lichem — powtórzyła po nim, zawieszając akcent na głoskach drugiego słowa — mogę mieć tylko nadzieję, że to nie jest nowa kandydatka na twoją przyszłą wybrankę, Levi. Chociaż kto was tam Rowle’ów wie.
Nie bała się wracać do tematu nieszczęsnej kuzynki, mimo iż, cała ta sytuacja przyprawiła ją o niestrawność żołądka, jeszcze niespełna kilka tygodni temu. Nie łudziła się, że jego rodzice nie powrócą z nową propozycją, ale nie podejrzewała ich o aranżowanie zaręczyn miesiąc po tych zerwanych. Chyba, że zależało im na skandalu, ale Ollivander nie zamierzała zagłębiać się w polityki wielkich rodów.
— Nie patrz tak na mnie… — wycedziła defensywnie, zamawiając grzańca z dodatkowym szotem ognistej — wujostwo miało pilne sprawy, co sprawiło, że ich prawie w ogóle nie było na miejscu. Zastałam tylko jedną z moich kuzynek i inne członkinie kowenu. Nikt z młodego pokolenia nie pije tam alkoholu, nawet lokalnego araku… — pokręciła głową z dezaprobatą kogoś, kto chciał udawać fajniejszego, niż nim w rzeczywistości był  — odurzają się innymi rzeczami. Shishę już znasz — z wodnych fajek razem korzystali niejednokrotnie —  z haszyszem już się nie ukrywają. No i coś dla mnie zupełnie nowego, opium umieszczone w mieszance ziół. Nie, nie próbowałam— uprzedziła od razu, unosząc obie dłonie w obronnym geście, niemal jak rzezimieszek zatrzymany przez BUMowca. — Odurzały się tym zazwyczaj tuż po skończonych intensywnych godach. Wyglądało to tak, jakby w końcu… pozwalały sobie na sen.
Jej spojrzenie ze skupionego rozwijaniem historii, przeistoczyło się w zmiękczoną kobiecymi sentymentami troskę. Pomyślała o jego wieloletniej walce z bezsennością; o szarawych fałdach zmęczenia uformowanymi pod oczami, nierzadko witającymi ją o poranku. O jego sylwetce zatopionej gdzieś w kolorycie krajobrazu, kiedy tylko zdarzało jej się przebudzić w środku nocy i wyjść poza własny pokój, tchnięta nieopisanym przeczuciem, niżeli uzasadnioną obawą. 
— Cóż, historię mam, ale nie wiem czy cię zadowoli. Tak jak wspominałam, wujostwa nie było— kontynuowała niepewnie, ciepły kubek z trunkiem obracając w dłoniach niczym wróżbiarską kulę — przez moją kuzynkę Lamis, tak tą od tamtej głośnej orgii pod naszym oknem kilka lat temu — uśmiechnęła się krzywo — zostałam siłą zapędzona do obrządków ich kowenu. Wiesz…— nachyliła się ku niemu, ściszając stopniowo głos — ostatnia Litha zostawiła u mnie niesmak. Wiem, że czujesz się podobnie.
Coś co ich z pewnością do tej pory łączyło, to ambiwalentny, stosunkowo stonowany stosunek do religii. 
— Gdybyś mnie zapytał, co tam właściwie robiłyśmy, nie miałabym ci nic ciekawego do powiedzenia. Kobiety kowenu siedziały razem. Modliły się. Śpiewały. Ktoś palił — nie wiem co, chyba zwykły tytoń. Było duszno. Nic, czego nie widziałoby się w innych miejscach na sabatach. Drugiego dnia obrządków, wszystkie kobiety przyszły w czarnych welonach, a potem Lamis bez wyjaśnienia zarzuciła na mnie biały. Nie jestem pewna, ale naprawdę nic się nie wydarzyło. Nie próbuję powiedzieć, że coś zobaczyłam. Nie zobaczyłam. Nie miałam żadnego olśnienia. Nie zrobiło mi się słabo. Cóż… może trochę. Ale nie usłyszałam głosów. Nawet teraz brzmi to tak, jakbym próbowała dorobić znaczenie do czegoś, co było zwykłym kawałkiem materiału…? Tylko…nie wiem. Czuję się inaczej. A to był dopiero drugi, z trzech obrządków. O trzecim już nie wspomnę.
Zanurzyła ponownie usta w gorzałce, jakby oczyszczała usta z słów pozbawionych sensu. Wypijała swojego grzańca w nieprzyzwoicie szybkim tempie.
— Zdaję sobie sprawę, że brzmi to idiotycznie. Ale od tamtego czasu gubię myśli szybciej niż zwykle. Jestem niespokojna. Nawet zapomniałam o tych głupich bananach. Coś jest nie tak. Ale tego nie rozumiem. — pozwoliła pauzie okrasić ostatnie zdanie, zanim przygotowała się do kolejnego wyznania. — Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam.
Przesłoniła twarz obiema dłońmi w geście wewnętrznego zakłopotania.
— Może tracę rozum.
Słowa wybrzmiały zbyt poważnie, niż planowała, więc opuściła dłonie i parsknęła krótko, bez cienia wesołości. Przekręciła głową w niezgodzie z samą sobą.
Ach. Nie powiedziała mu jeszcze jednego.
— Wiesz co? Tak. Tęskniłam — powiedziała na koniec, bez cienia kokieterii.
Przez jej oblicze przemknął ciepły uśmiech, ale kąciki ust szybko opadły w znajome zamyślenie.


Kocham drewno i duże bicepsy.
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#6
11.08.2026, 02:48  ✶  

— Nie pragnę niczego innego — prychnął, krytycznym spojrzeniem obrzucając torbę i schowane w niej banany. Nie ważne, jaka kryła się za nimi historia, nie był pewien czy akurat potłuczone owoce były warte marnowania na nie czasu. Może gdyby chociaż tańczyły albo same się rozbierały, ale nie wyglądało na to by miały popełnić coś podobnego. — Samuel? — podchwycił mimowolnie, na moment ściągając brwi w pewnym niezrozumieniu, ale dość szybko dochodząc, że może i tak miał na imię ten cały stolarz. — Nie jestem pewien czy będzie to takie proste. Widma i takie tam. Jak się teraz nie da tam wejść, to pewnie wszystkie dobre i ciekawe drzewa są gdzieś w głębi lasu — a przynajmniej tak zakładał. Wszystko co interesującego miała do zaoferowania Knieja Godryka, znajdowało się aktualnie poza zasięgiem normalnych ludzi. Nawet na spacer nie można było iść, a z końcem sierpnia, widma praktycznie chodziły im po ulicach. — Lichem. Tym co zjada ludzkie mózgi — sprecyzował.

— Przecież cię nie oceniam — mruknął wymijająco, zamawiając to samo, ale z większą ilością ognistej. — Co więcej, namawiałbym cię nawet do poszerzania doświadczeń życiowych. Duża już z ciebie dziewczynka, nie można tak całe życie pod kloszem. Aż bym nawet teraz zapalił, przez to co mówisz. Jestem też prawie pewien, że nie potrzeba było skończonych godów, żeby sobie pozwolić — prychnął rozbawiony. Przeszło mu przez głowę, że tylko ona mogła wszystko nazwać w taki sposób, a z drugiej strony nie spodziewał się przecież niczego innego. Także tego, że by sobie na podobne zabawy pozwoliła. — Ah tak, kuzynka Lamia. Organizowane przez nią orgie, wspominam z rozrzewnieniem — sięgnął po swój napitek, kryjąc za nim nieco złośliwy uśmiech, zanim pociągnął parę łyków.

Słuchał jej dalej w milczeniu, nie bardzo rozumiejąc, podobnie jak ona, co te obrządki miały na celu osiągnąć. Brzmiało rytualnie, pewnie gdyby dodać do tego odpowiednią atmosferę, ale Leviathan w żaden sposób nie znał się na przeprowadzaniu tego typu rzeczy. — Może zostałaś poślubiona jakiemuś bogu i nawet o tym nie wiesz? — zasugerował grzecznie, ale zaraz poczuł rozlewającą się na języku gorycz. Wyobraził ją sobie odzianą w biel, z welonem narzuconym na głowę i przysłaniającym dobrze znane mu oczy. Było w tym obrazie coś niepoprawnego. Nuta zazdrości, która ciągnęła za serce, obecna i dobitnie poświadczająca, że dla kogokolwiek przyjdzie się jej tak wystroić, na zawsze zabierze ją z jego życia. To natomiast było kwestią niewyobrażalną. Razem przemierzali szkolne korytarze, równolegle przemierzali dorosłe życie, nawet jeśli powoli zaczynała ich dzielić coraz większa przepaść, ale wciąż mieli się w zasięgu wzroku. Stracić się całkowicie nie było dla niego opcją. — Tak na poważnie, to może to zwykłe zmęczenie? Obcy kraj, nieznane zwyczaje, teraz powrót do domu po tak długim czasie? Może zwyczajnie powinnaś porządnie odpocząć? — uśmiechnął się do niej ciepło, na moment sięgając do jej dłoni. — To dobrze. Brakowało cię w Anglii.



We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#7
18.08.2026, 00:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.08.2026, 01:36 przez Septima Ollivander.)  
„Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne mają niebo na ziemi…" — zobaczyła niespełna kilka minut wcześniej, wydrapane pazurem nad damską umywalką. Któraś przed nią musiała robić to długo i z zacietrzewieniem, bo tynk odszedł aż do gołej cegły, a ostatnie „i" schodziło już ukośnie, jakby autorce skończyła się już cierpliwość. Albo ktoś zaczął dobijać się do drzwi.
Podirytowało ją to trochę. Z powodów wielu i przy każdym robiła jej się brzydka zmarszczka na czole. Wytarła więc dłonie o spódnicę, bo ręcznik przy umywalce wyglądał jak coś, co należało spalić jeszcze przed pierwszą wojną i wróciła do stolika okrężną drogą, mijając stół cygańskiej gromady i dwóch mężczyzn kłócących się o zaklęcie na kurzajki.
— Masz rację. Powinnam poszerzyć życiowe doświadczenia — przyznała niechętnie i jakoś zabrzmiało to nieszczerze. Zamiast ciaśniej zripostować, zaszorowała zębami i tylko uśmiechnęła się kwaśno. — Zacznę i zdam ci pilną relację.
Obróciła kubek o ćwierć obrotu, potem jeszcze o ćwierć, jakby ustawiała go pod ucho. Wypiła całość jednym tchem, tak jakby ugaszała nieopisany gardłowy pożar. Wiedziała, że tego jutrzejszego ranka pożałuje, ale zaraz potem poprosiła o czystą ognistą, jak na dużą, psia mać, dziewczynkę przystało.
Pokręciła głową, skupiając się na reszcie rozmowy (na kobiece zmiany nastrojów jeszcze miał przyjść czas).
— Poślubiona bogu — powtórzyła po nim wolno, próbując egzotycznego zdania na języku. Najpierw przeszło ją zimnem od nasady karku aż po nadgarstki, tak gwałtownie, że musiała zacisnąć palce na kubku, żeby nie zdradziły jej drżeniem. Jeszcze do niedawna miała w to wszystko nie wierzyć, ale coś, może los, chciało testować jej wiarę.

Potem zaś — i to było najpewniej gorsze niż sam strach — coś jej w oczach błysnęło.
Myśl przyszła szybciej niż wstyd, brzydka i rzemieślnicza do szpiku, bo czy drewno układałoby się jej pod dłutem posłuszniej, czy rdzeń przestałby się w końcu opierać przy oplocie, czy różdżka wychodziłaby z jej rąk o te kilka procent celniejsza niż z ojcowskich? Czy miałaby u kogoś, czegoś, co decydowało o magicznej mocy, fory? Daleko szukać nie musiała, bo znała przecież czarodziejów, którzy latami składali ofiary z pierwszego urobku, żeby wyprosić sobie choć tyle, a jej podobno zarzucono to na głowę za darmo, między jedną pieśnią a drugą.
Jej przodkowi ponoć udało się stworzyć czarną różdżkę. Może korzystał z podobnych przekleństw?
— Pewnie faktycznie zmęczenie — ustąpiła w końcu, bo łatwiej było przyjąć jego wersję niż bronić własnej, której sama nie miała. — Przespałam pierwszą dobę po powrocie prawie w całości i wstałam bardziej wykończona, niż się kładłam.
Jego dłoń była sucha i ciepła, z tą suchością po uprzężach, którą znała od lat i rozpoznałaby nawet po ciemku. Nie cofnęła zbyt szybko swojej, bo tak jeszcze nie umiała.
Dopiła ognistą jednym pociągnięciem, aż zapiekło ją pod mostkiem, a oczy zaszły mgłą, przez którą świece nad barem urosły do rozmiarów miniaturowych, karłowatych słońc.
— Zamów mi jeszcze jednego — ruszając do łazienki, między stolikami, na których stały już drugie i trzecie kolejki, obok mężczyzny tłumaczącego komuś ze łzami w oczach, że wcale nie jest pijany.
Drzwi do damskiej puchły od wilgoci i trzeba je było otwierać biodrem, a biodro takich ekscesów nie zapominało; nie zapominała też ściana nad umywalką, na której ten cholerny napis nie zmienił się ani o literę.
Chwilę potem wypadła z damskiej tak, że drzwi grzmotnęły o framugę; szła przez salę tym swoim nierównym krokiem, coraz szybciej, jakby szalony dyrygent dyktował jej tempo od tyłu. Ognista czekała. Wypiła ją stojąc, przełknęła z trudem, poczekała, aż zapiecze, i dopiero wtedy pozwoliła sobie na uśmiech, który wyszedł o pół cala za szeroki, aby być grzeczny.
— Dopijaj. Idziemy stąd.
Nie miała jeszcze planu gdzie, ani po co, ale skoro może została wydana jakiemuś bogu, to niech ten bóg przynajmniej wie, kogo sobie wziął za żonę.


Kocham drewno i duże bicepsy.
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#8
01.09.2026, 21:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2026, 01:07 przez Leviathan Rowle.)  

Tylko nie szczędź detali, cisnęło się jakby samo na zęby, tonem pełnym przekory czy może jakiejś zaczepności, jakby miał właśnie stawiać przed nią wyzwanie. Zrobiłaby to czy też nie, to już zupełnie inna kwestia, którą w tej chwili nie chciał zaprzątać sobie głowy. Ale zamiast skomentować jej odpowiedź na głos, sam również zagryzł zęby, na moment uciekając spojrzeniem w bok, niby to interesując się chwilowo podniesionymi głosami przy stoliku obok.

Poślubiona bogu - ta fraza brzmiała zawsze ładnie, ale w pewien sposób kłóciła mu się z frywolnością, jaką momentami prezentował kowen Macmillanów. Zamykał w sztywne ramy, odwoływał się do uświęconego stanu małżeństwa i tym samym kazał poświęcić się tylko i wyłącznie istocie, która miała w poważaniu wszystko co ziemskie. Pomyślał sobie, że Septima by się w tym stanie zwyczajnie marnowała. Odziana w biel, zamknięta w świecie któremu patronowało nieuchwytne bóstwo i licząca na to, że dostanie coś w zamian. Bo w Rowle było zbyt mocno zakorzenione przekonanie, że za takie poświęcenie się dostałaby cokolwiek. Drewno działałoby w jej dłoniach dokładnie tak samo, a rdzenie układały się w nim z podobną do tej pory topornością. Praca pozostawałaby tak samo żmudna, a badania toczyłyby się tak samo wolno do przodu.

Współczuł każdemu, kto uważał że mogłoby być inaczej i nawet znajdująca się gdzieś zawsze blisko słomiana laleczka, która uspokajała myśli kiedy się jej dotknęło, nie mogła tego w jakikolwiek sposób zmienić. Matka nie kochała swoich dzieci, więc czemu inne bóstwa by miały?

Nie dziwił się jej nawet, że powrót do kraju zabrał tak dużo sił. Zmiana stref czasowych bywała ciężka, a długie podróże były zwyczajnie wyczerpujące. Sam, kiedy zdarzyło mu się opuszczać Anglię, potrzebował chwili by dostosować się do zmieniających warunków. Pokiwał więc głową lekko, na znak że jak najbardziej rozumie prezentowany przed nim problem, w tym samym czasie sącząc w spokoju resztę swojej ognistej. Kiedy skończył, zamówił kolejną kolejkę, zgodnie z życzeniem Septimy, która uciekła do łazienki.

Szklanki na nowo zostały napełnione, akurat żeby Ollivanderówna mogła osuszyć duszkiem szklankę. Przyglądał się jej uważnie, od momentu kiedy wyszła przez drzwi, mając wrażenie że coś się w niej zmieniło, ale nie był w stanie jeszcze sprecyzować co. Albo inaczej, nie był pewien, co nagle strzeliło jej do głowy, bo zdecydowanie błąkał się tam właśnie jakiś pomysł, napędzając ją do działania.

— Gdzie chcesz iść? — zapytał, łypiąc na nią znad krawędzi szklanki, którą uniósł do ust, by wypić szybko jej zawartość. Nawet się nie skrzywił, kiedy ognista zapiekła w gardle w charakterystyczny sposób. Odstawił szkło i podniósł się, w kontraście do niej wciąż spokojnie i powoli, jakby nigdzie mu się nie śpieszyło. — No to prowadź.


Koniec sesji


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Leviathan Rowle (1992), Septima Ollivander (2438)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa