– Naprawdę? Nie zależy to od dawki? – spytał, pozwalając kelnerce zabrać talerz z zupą, na miejscu którego chwilę później znalazł się ten z zapiekanką pasterską. Chris oglądał go przez moment krytycznie. Oczywiście, jedzenie w teorii powinno być głównie smaczne i sycące, ale od restauracji na Pokątnej oczekiwałeś czegoś więcej: choćby także walorów zapachu oraz wyglądu. I ta inspekcja wypadła pozytywnie, musiał przyznać, że na widok zapiekanki Botta aż chciało się jeść. – Byłem bodaj na piątym roku, kiedy ktoś podprowadził trochę amortencji od Slughorna. Prawdopodobnie dziewczyna, bo serwowano te bombonierki głównie chłopcom. Nie żeby paru chłopców nie podało pewnie kilku dawek niektórym dziewczyną, ot jeśli panna ukradła zapas, zapewne podzieliła się z koleżankami, nie kolegami. – Część ostrzegała się nawzajem, żeby przypadkiem nie wziąć, niektórzy za to celowo udawali za to, że takie zajedli – przypomniał sobie. Sam nie padł wtedy ofiarą, bo z bólem serca dwa opakowania czekoladek, które dostał, na wszelki wypadek wyrzucił do śmieci, a udawać się mu zwyczajnie nie chciało. – Gdyby sabaty nie oznaczały teraz zła i zniszczenia to powiedziałbym, że warto wziąć takie antidotum do kieszeni na najbliższy sabat.
Zamilkł na chwilę i nie skomentował tego o podnoszeniu i o poltergeiście, bo akurat zaczął jeść swoją porcję zapiekanki pasterskiej. Spojrzał tylko na nią z odrobiną rozbawienia, bo już nawet szukanie duchów w klatkach wentylacyjnych nie zdawało się mu jakieś dziwne.
– Będę więc musiał pomyśleć o takich kreatywnych rozwiązaniach. Prawdopodobnie menu jest ograniczone właśnie by to było możliwe… muszą cały czas robić kolejne partie i rozdzielać na porcje. Ale muszę przyznać, że zapiekanka wyszła im niesamowita – stwierdził szczerze. Zupa jak zupa, za to jagnięce mięso było doskonale przyprawione. – Jeśli deser wyszedł im równie dobrze, musimy tu kiedyś wrócić. Jak pieczeń?