04.05.2026, 10:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2026, 10:05 przez Charlotte Kelly.)
Charlotte miała to szczęście, że ona i jej książki nie płonęły. Księgi i dokumenty więc ocalały, gdy spłonęła większość mebli oraz ubrań, a samo mieszkanie stało, bo Jessie zdołał je wyratować, narażając siebie. Niektóre z tomów spowiła sadza, parę przesiąkło zapachem dymów, biblioteczka jednak w większości przetrwała.
– Doskonale, wymienimy się, gdy tu skończymy – stwierdziła z pewnym zadowoleniem.
A potem…
Potem nastąpił dalszy ciąg sekcji i dalsze, nietypowe zdarzenia, które jednak dla Niewymownych były zwykle chlebem powszednim. Dlatego gdy Odile skończyła Fawley pochyliła się tylko, by z bliska przyjrzeć się temu, co znajdowało się w próbówce. Z zaciekawieniem i jakimś takim uśmiechem, krążącym po wargach, który mógł wydać się niepokojący, w końcu ledwo co ktoś tutaj umarł.
Ale Charlotte Kelly pracowała przecież w Komnacie Śmierci.
Żaden Niewymowny nie był do końca normalny.
Przejrzała podsunięty jej protokół. Nie podpisała od razu, bo jednak urodziła się w rodzinie Crouchów, a to oznaczało, że podejście do dokumentów miała specyficzne: wiedziała, jak łatwo nimi manipulować, i pamiętała, by zwracać uwagę na mały druczek. Poza tym była trochę ciekawa, co dokładnie napisała tam Fawleyówna. W końcu kiwnęła z zadowoleniem głową, złożyła zamaszysty podpis swoim pięknym piórem – szczęśliwie miała je w biurze, i ono też ocalało – i potem ruszyła do innego pomieszczenia, gdzie rzeczy zmarłego miały posłużyć do rytuału wywołania. Za pomocą różdżki rozstawiła odpowiednio świece, a potem trzymając wręczone jej przedmioty. Weszła do kręgu i gdy otoczył je zapach dymu, spróbowała sięgnąć przez granice światów: tam, gdzie znajdował się duch ich tajemniczego denata…
charyzma
Nie czekała długo.
Poczuła jego obecność niemal natychmiast, a iście diabelski uśmiech, który zagościł na moment na jej twarzy, jasno pokazywał Odile: udało się. Duch został zamknięty w trzymanym przez nią medalionie, znalezionym przy zmarłym.
- Dzień dobry, panu! - zaćwierkała Charlotte, grzeczna dla ducha tak, jak nigdy nie byłaby pewnie za jego życia. - Mam na imię Charlotte i wezwałam pana z powodu tragicznych okoliczności pańskiej śmierci... Bardzo chcemy pomóc. Może na początek zechce pan zdradzić swoje nazwisko? Och, bardzo mi przykro, panie Jefferson. Andrew Jefferson - rzuciła, ostatnie dwa słowa pewnie dodając na użytek Odile, by mogła ewentualnie zapisać, jak nazywał się ich denat, bo dotąd nie ustalili wielu szczegółów. - Panie Jefferson, czy mógłby pan opisać mi, jak pan zginął? Ojej, nie pamięta pan? To niefortunne, strasznie niefortunne. Jakie jest pana ostatnie wspomnienie? Nokturn? No tak... to zawsze jest Nokturn - westchnęła, a choć głos wciąż miała słodki, spojrzenie stało się chłodniejsze, a uśmiech znikł. Do licha, nie pamiętał tych momentów, gdy chodził po ulicach, choć już nie powinien!
– Doskonale, wymienimy się, gdy tu skończymy – stwierdziła z pewnym zadowoleniem.
A potem…
Potem nastąpił dalszy ciąg sekcji i dalsze, nietypowe zdarzenia, które jednak dla Niewymownych były zwykle chlebem powszednim. Dlatego gdy Odile skończyła Fawley pochyliła się tylko, by z bliska przyjrzeć się temu, co znajdowało się w próbówce. Z zaciekawieniem i jakimś takim uśmiechem, krążącym po wargach, który mógł wydać się niepokojący, w końcu ledwo co ktoś tutaj umarł.
Ale Charlotte Kelly pracowała przecież w Komnacie Śmierci.
Żaden Niewymowny nie był do końca normalny.
Przejrzała podsunięty jej protokół. Nie podpisała od razu, bo jednak urodziła się w rodzinie Crouchów, a to oznaczało, że podejście do dokumentów miała specyficzne: wiedziała, jak łatwo nimi manipulować, i pamiętała, by zwracać uwagę na mały druczek. Poza tym była trochę ciekawa, co dokładnie napisała tam Fawleyówna. W końcu kiwnęła z zadowoleniem głową, złożyła zamaszysty podpis swoim pięknym piórem – szczęśliwie miała je w biurze, i ono też ocalało – i potem ruszyła do innego pomieszczenia, gdzie rzeczy zmarłego miały posłużyć do rytuału wywołania. Za pomocą różdżki rozstawiła odpowiednio świece, a potem trzymając wręczone jej przedmioty. Weszła do kręgu i gdy otoczył je zapach dymu, spróbowała sięgnąć przez granice światów: tam, gdzie znajdował się duch ich tajemniczego denata…
charyzma
Rzut Z 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 99
Sukces!
Sukces!
Nie czekała długo.
Poczuła jego obecność niemal natychmiast, a iście diabelski uśmiech, który zagościł na moment na jej twarzy, jasno pokazywał Odile: udało się. Duch został zamknięty w trzymanym przez nią medalionie, znalezionym przy zmarłym.
- Dzień dobry, panu! - zaćwierkała Charlotte, grzeczna dla ducha tak, jak nigdy nie byłaby pewnie za jego życia. - Mam na imię Charlotte i wezwałam pana z powodu tragicznych okoliczności pańskiej śmierci... Bardzo chcemy pomóc. Może na początek zechce pan zdradzić swoje nazwisko? Och, bardzo mi przykro, panie Jefferson. Andrew Jefferson - rzuciła, ostatnie dwa słowa pewnie dodając na użytek Odile, by mogła ewentualnie zapisać, jak nazywał się ich denat, bo dotąd nie ustalili wielu szczegółów. - Panie Jefferson, czy mógłby pan opisać mi, jak pan zginął? Ojej, nie pamięta pan? To niefortunne, strasznie niefortunne. Jakie jest pana ostatnie wspomnienie? Nokturn? No tak... to zawsze jest Nokturn - westchnęła, a choć głos wciąż miała słodki, spojrzenie stało się chłodniejsze, a uśmiech znikł. Do licha, nie pamiętał tych momentów, gdy chodził po ulicach, choć już nie powinien!