• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[17.09.1972] Błądząc pod wiatr (Lukas Nott, Victoria Lestrange)

[17.09.1972] Błądząc pod wiatr (Lukas Nott, Victoria Lestrange)
#BigDickEnergy

When does a man die?

wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szukający Puddlemere United
Wysoki (ok. 190 cm), umięśniony mężczyzna. Kolor włosów ciemny blond, lekko roztrzepane. Jasnoniebieskie oczy. Lekko uchylone usta odsłaniają równe, białe zęby. Ubrany w koszulę, dobrze skrojoną marynarkę i dopasowane spodnie - paleta: czerń, granat, biel oraz odcienie szarości.

Lukas Nott
#1
10.05.2026, 17:05  ✶  
Niebo nad stadionem Puddlemere United było blade, przeciągnięte smugami chmur, które wisiały nisko nad murawą i zapowiadały deszcz. Wiatr szedł od wschodnich trybun nierównymi uderzeniami, co jakiś czas podrywając poły treningowych szat, szarpiąc flagi klubu i wprawiając w drżenie tablice taktyczne ustawione przy bocznej linii. Dla większości zawodników była to po prostu przeszkoda. Lukas jednak łapał najmniejsze szczegóły na swoją korzyść, tak jak podpowiadała mu intuicja. Wiedział, jak wiatr łamie lot kafla przy długim podaniu. Wiedział, w którym miejscu tłuczek zboczy z toru o pół metra. Wiedział też, że znicz nigdy nie walczył z pogodą, tylko sprytnie ją wykorzystuje. Błysnął po raz pierwszy wysoko nad prawą obręczą gospodarzy. Lukas pochylił się niżej nad miotłą, czując, jak trzonek odpowiada na najdrobniejszy ruch dłoni. Palce zacisnęły się pewniej na drewnie, kolana doszły bliżej boków miotły. Świat zwęził się natychmiast. Zniknęły głosy z dołu, pokrzykiwania trenerów. Zniknęli ścigający ćwiczący szybką wymianę podań przy środkowej strefie. Została tylko złota plamka, szybka, złośliwa i żywa. Przyspieszył, nie ostrożnie, nie treningowo, tylko agresywnie, tak jak podpowiadała mu jego natura. Pikował w dół, a murawa rozmazała się pod nim w ciemnozieloną smugę. Obręcze przemknęły z boku, trybuny zlały się w pasma drewna, kamienia i pustych miejsc, które w dniu meczu miały wypełnić się twarzami, krzykiem, chorągwiami i tym szczególnym rodzajem oczekiwania. Znicz rozpoczął ucieczkę, ścinając w lewo tuż przed linią boczną. Lukas poszedł za nim natychmiast, niemal bez myślenia. Ciało zrobiło to wcześniej niż głowa. Bark opadł, biodro przechyliło miotłę, nadgarstek skorygował tor lotu. Znicz odbił nagle w górę, ledwie kilka stóp nad ziemią, potem zanurkował między dwoma zawodnikami wracającymi z ćwiczenia formacji.
— Nott, wysokość! — ryknął ktoś z dołu.
Lukas nawet nie mrugnął, zresztą i tak by nie posłuchał. Szarpnął miotłę za zniczem, czując, jak podbrzusze podchodzi mu do gardła przy gwałtownej zmianie kierunku. Przez sekundę był pewien, że ma go już w zasięgu. Wyciągnął rękę. Puste powietrze przecięło mu przerwę między palcami. Znicz umknął o włos, bezczelnie lekko, jakby robił to wyłącznie po to, by go zirytować.
Lukas parsknął pod nosem z widocznym wyrzutem po nieudanym manewrze, po czym zawrócił ciasnym łukiem. Miotła jęknęła pod naciskiem. Na dole jeden z asystentów uniósł tabliczkę z czwórką symbolizującą manewr, drugi coś notował, a trener ścigających klął pod nosem, bo Lukas przerwał im ustawienie pod kontratak. Zanim chłopak ponownie zebrał się do sprintu, gwizdek przeciął powietrze. Raz. Drugi. Trzeci. Koniec ćwiczenia. 
Zwolnił dopiero po kilku metrach, pozwalając miotle wytracić prędkość szerokim łukiem. Wylądował lekko, niemal niedbale, choć mięśnie ud i barków paliły po serii krótkich pościgów. Zsunął się z miotły, obrócił ją w dłoni i dopiero wtedy poczuł, jak mocno bije mu serce.
— Do środka, wszyscy! — krzyknął jeden z trenerów, wymachując ręką w stronę ławki. — Pięć minut przerwy, potem ćwiczymy Hawkshead! Pałkarze zostają przy lewej flance, obrońcy pracują nad długim wybiciem!
Zawodnicy zaczęli schodzić z powietrza jeden po drugim. Miotły uderzały miękko o trawę. Ktoś zaklął pod nosem, ktoś inny śmiał się zbyt głośno, próbując zagłuszyć zmęczenie. Jeden ze ścigających narzekał, że wiatr znosi kafla, a pałkarz o szerokich ramionach kłócił się z trenerem, że tłuczek „jest flakiem”, co oczywiście było najstarszą wymówką w tej dyscyplinie. Sztab krzątał się przy bocznej linii w dobrze znanym chaosie. Jeden z asystentów rozdawał ręczniki, drugi poprawiał notatki na podkładce, trzeci podstawiał zaczarowane butelki z wodą, które same wracały na stojak, gdy ktoś odłożył je byle jak. Klubowy uzdrowiciel przyglądał się zawodnikom tym irytująco spokojnym spojrzeniem.
Lukas sięgnął po wodę i wypił kilka łyków, czując, jak przyjemne zimno spływa mu po gardle.
— Coś wolno dziś, młody — rzucił obrońca, mijając go z krzywym uśmiechem.
Lukas opuścił butelkę i spojrzał na niego spod mokrych od potu kosmyków włosów.
— Spierdalaj — odrzucił.
Obrońca roześmiał się krótko, ale Lukas już na niego nie patrzył. Jego wzrok zatrzymał się na wyjściu z tunelu. Edgar Marlow, jeden z menadżerów klubu, wszedł na boisko szybkim, nerwowym krokiem. Zwykle potrafił wyglądać tak, jakby miał pod kontrolą wszystko: kontrakty, sponsorów, wywiady, humory trenerów i to, który zawodnik akurat udawał, że nie słyszy poleceń sztabu. Teraz jednak był sztywniejszy niż zwykle. Nie poprawiał mankietów. Nie rzucał uwag pod nosem. Nie próbował uśmiechać się do zawodników.
I nie był sam.
Obok niego szła kobieta, której obecność natychmiast wprowadziła chłopaka w niepokój. Nie miała na sobie barw Puddlemere. Nie niosła notesu prasowego. Nie wyglądała jak ktoś z administracji, kto przyszedł przypomnieć o podpisach pod kontraktem albo obowiązkowym spotkaniu z darczyńcami. Poruszała się spokojnie, ale w tym spokoju było coś twardego. Coś, co sprawiało, że nawet sztab przestawał na moment mówić.
Marlow rozejrzał się po drużynie, aż jego wzrok znalazł Lukasa.
— Nott — zawołał. Głos miał niższy niż zwykle. Bardziej oficjalny. — Podejdź na chwilę.
Lukas zakręcił korek butelki i odstawił ją na stojak, po czym ruszył powoli, czując na sobie kilka spojrzeń kolegów z drużyny. Nie lubił tego. Nie wtedy, kiedy nie wiedział, o co chodzi. Nie wtedy, kiedy ktoś inny ustawiał scenę, a on dopiero miał poznać swoją kwestię.
Zatrzymał się przed menadżerem.
— Co jest?
Marlow nie odpowiedział od razu. Najpierw wyprostował się odruchowo, jakby obecność kobiety obok wymagała od niego większej staranności. Spojrzał na nią z wyraźnym szacunkiem, niemal ostrożnością, której Lukas nie widział u niego nawet podczas rozmów z właścicielami klubu.
— Lukas — powiedział Marlow, tym razem ciszej, ale wyraźnie. — To pani Victoria Lestrange z Biura Aurorów.
Na dźwięk nazwiska kilku zawodników przy ławce, najwidoczniej podsłuchujących rozmowę, zamilkło. Lukas spojrzał na kobietę uważniej. Jej twarz wydała mu się znajoma, mógłby postawić galeona, że już ją gdzieś widział. Za to Marlow ciągnął dalej, z wyraźnym namysłem dobierając słowa:
— Klub zgłosił sprawę oficjalnie. I uznaliśmy, że skoro istnieje choćby cień związku z… tamtym incydentem, nie możemy traktować ostatnich wydarzeń powierzchownie.
Lukas przeniósł wzrok z Victorii na Marlowa.
— Chodzi o pogróżki — powiedział w końcu.
Nie było to pytanie, bardziej czyste stwierdzenie, na które Marlow tylko skinął głową.
— Tak. O pogróżki. I o Spaloną Noc.
Na karku Lukasa pot nagle ostygł. Wiatr przeszedł przez murawę mocniejszym podmuchem. Gdzieś za nim ktoś przesunął miotłę po trawie. Dźwięk był cichy, ale w tej krótkiej ciszy zabrzmiał nienaturalnie wyraźnie.
— Tamto zajście na ulicy — dodał Marlow. — Aurorka Lestrange będzie prowadzić sprawę z ramienia Biura. Klub zapewni jej pełną współpracę.
Nie powiedział tego tonem człowieka, który załatwił formalność. Powiedział to tonem człowieka, który wie, że właśnie oddaje sprawę komuś znacznie poważniejszemu niż klubowa ochrona czy dział prawny.
Lukas znów spojrzał na Victorię.
— Rozumiem — powiedział.
Brzmiało to jednak bardziej jak: słyszałem, co powiedziałeś, niż jak rzeczywiste uznanie powagi sytuacji. Był zawodnikiem jednej z topowych drużyn ligi. Młodym, szybkim, bezczelnym i wystarczająco dobrym, by prasa zdążyła już nazwać go przyszłością Puddlemere, zanim on sam zdążył nauczyć się ignorować własne nazwisko na pierwszych stronach sportowych dodatków. Pogróżki były częścią gry. Kibice kochali, nienawidzili, pisali listy, rzucali klątwy na plakaty, obiecywali rzeczy, których zwykle nigdy nie mieli odwagi zrobić. Środowiska kibicowskie miały swoich fanatyków. Każdy klub miał. Ale Marlow nie wyglądał, jakby chodziło o kolejnego wariata, który przegrał ligowy zakład.
— Porozmawiacie w gabinecie albo przy szatniach — powiedział menadżer. — Jak wolisz. Trening może poczekać.
Lukas prychnął cicho, bardziej odruchowo niż z rozbawienia.
— Puchar nie zaczeka.
Dopiero po chwili zorientował się, jak głupio to zabrzmiało. Tak, jakby wolał ścigać złoty punkt w powietrzu, niż przyznać, że ktoś właśnie wszedł w jego życie z zaostrzonym nożem. Otarł dłonią kark. Czuł na sobie spojrzenia drużyny, Marlowa, sztabu. Czuł też spojrzenie Victorii Lestrange. Uniósł brodę odrobinę wyżej, bardziej z nawyku niż z potrzeby.
— Ale chyba tym razem zrobimy wyjątek — powiedział. I choć ton miał nadal lekko arogancki, nie było w nim już drwiny.
fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#2
11.05.2026, 21:28  ✶  

Było ich za mało.

Ciągle ciągnęły się za nimi skutki Spalonej Nocy, a choć minął już tydzień, to ciągle było ich za mało. Nie wszyscy wrócili do sprawności, do pracy, niektórzy nadal nie byli do tego zdolni, a jeszcze inni, być może, nigdy nie będą. Ministerstwo było sparaliżowane, chociaż robili co mogli, żeby jakoś funkcjonować, ale to oznaczało pływanie, wręcz tonięcie w nadgodzinach. Victoria może i nie pracowała 24/7, potrzebowała też odpocząć, ale więcej była w pracy, niż w domu i takie to były właśnie smutne fakty.

Więc gdy dowiedziała się, że mają tyle roboty dookoła i że to akurat ona została przydzielona do jakiejś sprawy związanej z graczem quidditcha, to miała ochotę tymi wszystkimi papierami rzucić do kominka. Naprawdę. Po pierwsze miała kupę innej roboty, po drugie: quidditch. Kurwa mać. Nienawidziła latania na miotle, w ogóle latania, na quidditchu znała się tyle, co kibicowała szkolnej drużynie i o tyle, o ile ze względu na kuzyna, który zresztą już nie grał. Nigdy z własnej i nieprzymuszonej woli jej noga nie postałaby na stadionie, ale najwyraźniej Spalona Noc wywróciła życia w sposób nie zawsze oczywisty.

Mogła złorzeczyć pod nosem (nie robiła tego, przeklinała tylko w zaciszu własnej głowy), ale brała swoją pracę za mocno na serio, by jednak nie zapoznać się ze sprawą. Pogróżki. Zaniepokojony klub. Spalona Noc. Tyle wystarczyło, żeby jednak Biuro Aurorów w sprawę zaangażować i normalnie… normalnie może z kimś by przyszła. Ale jej partner zmarł miesiąc temu i nadal nie przydzielili jej nowego; dużo pracowała z Atreusem, ale on… On był obecnie nieosiągalny. Naprawdę było ich za mało – zwłaszcza teraz, gdy to pracy było za dużo.

Nie była więc zadowolona z tego, że musiała się wybrać na stadion klubu, ale swoje niezadowolenie schowała do kieszeni, przywdziewając swoją zwyczajową, profesjonalną maskę osoby chłodnej w obyciu, zdystansowanej. Menadżer, z którym się spotkała, musiał rozpoznać ją od razu – nic dziwnego, od maja rozpisywano się o niej w gazetach, w końcu weszła do Limbo i wróciła żywa i może mieli teraz ważniejsze tematy w gazetach, to ludzie zdążyli się z jej twarzą i nazwiskiem opatrzyć. Nic dziwnego, że Marlow wydawał się zestresowany, zwłaszcza gdy przy samym przebywaniu obok niej czuło się nienaturalne wręcz zimno mówiące dokładnie, dlaczego czwórkę pracowników Ministerstwo nazwano właśnie Zimnymi. Szła po murawie obok mężczyzny, rozglądając się z pewnym zaciekawieniem (ale tylko przez chwilę), ubrana w przepisowy, czarny mundur aurora ze srebrnymi wstawkami. Nie przypominała w nim damy, którą bywała, kiedy brylowała na salonach, ale to ni był bal, a cholerne boisko i miała przed sobą sprawę. Sprawę przez małe s, bo na tym etapie nie wiedziała jeszcze, czy to rzeczywiście robota dla aurora, czy nadałby się brygadzista.

Słuchała ze spokojem, jak Marlow wywołuje jakiegoś Notta, potem ich niezbyt długą, ale jakże wymowną wymianę zdań. Nie przerywała. Przez krótką chwilę przyglądała się kolegom z drużyny, którzy chyba wiele by dali za magiczne gumowe ucho na resztę tej rozmowy, a potem przeniosła swoją uwagę na Lukasa, który i jej wydawał się dziwnie znajomy.

– Ja też nie będę czekała w nieskończoność, panie Nott – odpowiedziała mu spokojnie, kiedy powiedział, że puchar nie zaczeka. Puchar… Mieli Anglię w rozsypce, ludzie potracili domy, dobytki życia, nieraz swoich bliskich, a oni myśleli o pucharze.

Lukas rzeczywiście nie miał potrzeby unosić brody wyżej, bo Victoria sięgała mu gdzieś ledwo do ramion i to w tych butach na dość grubej podeszwie. Wsadziła rękę do kieszeni, by wyciągnąć z niej odznakę i okazać ją szukającemu, dopełniając tym formalności, skoro i tak już została przedstawiona przez Edgara Marlowa.

– Świetnie, w takim razie muszę zadać panu kilka pytań. Gabinet albo szatnie, tak? – zapytała i kiwnęła do menadżera na znak, że od tego miejsca już sobie poradzi. Nie znała rzecz jasna rozmieszczenia stadionu, więc była tutaj zdana na Notta gdzie zdecyduje się na przeprowadzenie tej rozmowy.

– Więc… panie Nott… pana dokładna godność? – zapytała, gdy już byli z dala od podsłuchujących kolegów z drużyny. Lestrange faktycznie wyciągnęła swój notes, by zrobić swoje szybkie notatki, ale daleko było jej do dziennikarki przeprowadzającej wywiad. – Czy może mi pan opowiedzieć, co dokładnie miało miejsce w trakcie Spalonej Nocy? – w tej krótkiej wymianie zdań z menadżerem padły słowa, które Victoria wyłowiła, zamierzała więc zacząć właśnie od tego.

#BigDickEnergy

When does a man die?

wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szukający Puddlemere United
Wysoki (ok. 190 cm), umięśniony mężczyzna. Kolor włosów ciemny blond, lekko roztrzepane. Jasnoniebieskie oczy. Lekko uchylone usta odsłaniają równe, białe zęby. Ubrany w koszulę, dobrze skrojoną marynarkę i dopasowane spodnie - paleta: czerń, granat, biel oraz odcienie szarości.

Lukas Nott
#3
18.05.2026, 01:38  ✶  
— Lukas Nott — powiedział w końcu.
Nie wybrał gabinetu Marlowa. Nie wybrał żadnego z tych jasnych, schludnych pomieszczeń, w których prawda miała wyglądać lepiej tylko dlatego, że stały przy niej biurko, karafka wody i dwa równo ustawione krzesła. Wybrał szatnię. Tutaj przynajmniej nic nie udawało, że jest czyste. W powietrzu wisiał zapach pasty do mioteł, mokrej trawy, starego drewna i potu wsiąkniętego w ławki, gromadzonego przez całe sezony zwycięstw i porażek. Dla kogoś innego mogło to być duszne. Dla Lukasa było znajome, wygodne w swojej prostocie. Odłożył miotłę na ławkę, ale sam został na nogach, z plecami blisko ściany i twarzą zwróconą ku wyjściu. Nie dlatego, że bał się Victorii. Aurorzy nie byli najgorszym, co mogło zapukać do drzwi człowieka. Po prostu od tygodnia spał tak, żeby widzieć klamkę. Sięgnął do swojej szafki. Metalowe drzwiczki otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Lukas przez chwilę patrzył na zawiasy, jakby spodziewał się znaleźć tam ślad obcego zaklęcia, popiołu albo czerwonej nitki. Dopiero potem wyciągnął paczkę papierosów Player’s No. 6, wysunął jednego i wsunął między wargi. Po krótkim zawahaniu podsunął paczkę Victorii. Bez słowa. Jeśli odmówiła, nie skomentował. Jeśli wzięła, też nie. Odpalił swojego krótkim ruchem różdżki. Końcówka rozżarzyła się pomarańczowo, a dym wypłynął z jego ust leniwą, szarą smugą.
— Zaczęło się od Spalonej Nocy — powiedział.
Zaciągnął się powoli, jakby potrzebował kilku sekund, żeby wrócić myślami do miejsca, którego wolałby już nie pamiętać.
— Było ich trzech. Jeden miał na imię Billy. Rosły brodacz, łapy jak pałkarz, nos krzywy, jakby ktoś mu go kiedyś przestawił i uznał, że tak już może zostać. Mówił dużo. Za dużo. Takich najłatwiej zapamiętać.
Strzepnął popiół na beton.
— Katowali kobietę. Nie wyglądało to na rabunek. Nie wyglądało też na przypadkową bójkę, chociaż tamtej nocy wszystko mogło wyglądać jak rabunek albo przypadkowa bójka. Ogień robi z ludzi zwierzęta, panika robi z ulic labirynt, a krzyk jest dobrym tłem do każdej podłości.
Spojrzał gdzieś obok Victorii. Przez chwilę nie było przed nim szatni, tylko mokry bruk, boczna ulica i dym gryzący w oczy.
— Leżała pod murem. Miała rozciętą brew, płaszcz cały w błocie i krew na rękach. Jeden trzymał ją za włosy. Drugi stał z różdżką przy jej twarzy. Billy gadał coś o zdrajcach. O tym, że płomień nie skończył roboty. O ludziach, którzy powinni byli spłonąć razem z resztą.
Uśmiechnął się krzywo, ale nie było w tym rozbawienia.
— Pech chciał, że źle trafili.
Dym popłynął między nimi cienką linią.
— Wtrąciłem się. Nie było w tym nic pięknego. Żadnego bohaterstwa, żadnej muzyki, żadnej wdzięcznej damy mdlejącej akurat w odpowiednie ramiona. Był brud, krew, ogień i trzech typów, którzy uznali, że nazwisko Nott brzmi jak łatwy cel, dopóki nie zobaczyli, jak sprawnie mogę komuś przyjebać.
Na moment zamilkł.
— Nie wiem, co się z nimi stało później. Wszystko działo się za szybko. Odprowadziłem kobietę do punktu uzdrowicielskiego i zniknąłem, zanim ktokolwiek zaczął zadawać pytania.
Victoria mogła zapytać o nazwisko kobiety. O zaklęcia. O to, dlaczego nie zgłosił sprawy. Lukas chyba przewidział przynajmniej jedno z tych pytań, bo zanim zdążyła je zadać, skrzywił się i zgasił papierosa o krawędź metalowej popielnicy.
— Nie poszedłem wtedy do Ministerstwa, bo Ministerstwo miało na głowie pół miasta. A ja miałem na rękach krew obcej kobiety. Pomyślałem, że jeśli ją oddam uzdrowicielom i zniknę, sprawa umrze razem z tamtą nocą.
Podniósł wzrok.
— Myliłem się.
Sięgnął z powrotem do szafki i wyjął kopertę z niewielkiej torby. Papier był zmięty na rogach, jakby ktoś długo nosił go w kieszeni. Na froncie widniało tylko jedno słowo.
LIER.
Litery nie były napisane atramentem. Były wypalone. Czarne na brzegach, brunatne w środku, nierówne, jakby ogień zjadał papier wolniej, niż powinien.   
— Pierwszy list przyszedł trzy dni później. Do klubu. Nie do mnie. Do biura Marlowa. Bez podpisu, bez adresu zwrotnego.
Otworzył kopertę i położył kartkę na ławce.
PUDDLEMERE CHRONI POTWORA. NOTT ZAPŁACISZ ŻYCIEM.
— Marlow uznał, że to kibolskie gówno. Przepraszam. Że to zwykła pogróżka. Zdarza się. Po przegranych meczach ludzie piszą, że spalą nam stadion, połamią miotły, porwą trenera i zakopią obrońcę pod trybuną. Większość nie umiałaby podpalić świeczki bez instrukcji.
Wyciągnął drugi przedmiot.
Tym razem nie była to koperta, tylko cienki kawałek czerwonego sznurka, zawiązany w niewielką pętlę. Czerwień była stara, przygaszona, bardziej podobna do zaschniętej krwi niż do farby.
— To znalazłem pod drzwiami mieszkania następnego ranka. Leżało dokładnie na środku progu. Tak, żebym na to nadepnął.
Położył sznurek obok listu.
— Pokazałem go władzom klubu, a odpowiedziała tylko Vale. Klubowa uzdrowicielka. Powiedziała, że czymś takim wiąże się niektóre amulety z Nokturnu. Ostrzegawcze, ochronne albo klątwy. Z kontekstu pewnie chodzi o trzecią opcję.
Ostatnie zdanie zabrzmiało twardo, ale coś w nim nie domknęło się do końca. Jakby Lukas sam nie wierzył, że dalej mówi o sznurku. Odpalił kolejnego szluga i wypuścił dym przez nos.
— Potem zacząłem widzieć ludzi za plecami. Raz po treningu. Raz na Pokątnej. Raz po wizycie u Vale. Kroki cichły, kiedy ja się zatrzymywałem. W szybie sklepu widziałem sylwetkę, ale kiedy się odwracałem, nie było nikogo. Może to paranoja. Może po Spalonej Nocy wszystkim trochę odbija.
Spojrzał na list i sznurek.
— Tylko że paranoja raczej rzadko się materializuje nie?
Sięgnął do kieszeni bluzy i wyjął jeszcze jedną kopertę. Ta była mniejsza, ciemniejsza, prawie czarna na zagięciach.
— A to znalazłem dzisiaj rano w swojej szafce. Tutaj.
Nie musiał dodawać nic więcej. Szafka nie była ulicą. Nie była progiem mieszkania. Nie była klubowym biurem, przez które przewijali się sekretarze, trenerzy, sowy i ludzie od sponsorów. Ktoś musiał wejść do środka. Ktoś miał klucz, znał zabezpieczenie albo został wpuszczony przez osobę, której nikt nie podejrzewał. Lukas otworzył kopertę. Wysunął z niej drobny kawałek złotej blaszki, cienki i lekko wygięty, jak fragment skrzydła znicza. Położył go na ławce obok listu i czerwonej pętli. Na końcu wyciągnął skrawek papieru. Były na nim tylko cztery słowa. NIE KAŻDY UPADEK JEST WYPADKIEM. Przez chwilę szatnia była bardzo cicha. Lukas patrzył na kartkę odrobinę za długo, jakby błądząc po jakimś wspomnieniu. Potem odwrócił wzrok.
— Znicze nie gubią takich rzeczy same z siebie — powiedział w końcu. — A przynajmniej nie te meczowe. Każdy jest sprawdzany. Ważony. Zaklinany. Jeśli to naprawdę fragment znicza, ktoś miał dostęp do sprzętu. Jeśli nie, ktoś chce, żebym myślał, że miał.
Przerwał.
— Za dwa dni mamy mecz — powiedział. — Pełne trybuny. Rodziny zawodników. Dzieciaki z akademii. Sponsorzy. Ludzie z Ministerstwa.
Oparł dłonie na ławce i pochylił się lekko do przodu. Teraz leżały między nimi tylko cztery rzeczy. List. Czerwony sznurek. Złote skrzydło z kartką o upadku. Nie było ich wiele, ale każde ciągnęło w inną stronę. List prowadził do Spalonej Nocy, Billy’ego i kobiety, której nazwiska Lukas nie znał. Sznurek prowadził do Vale i Nokturnu. Złoty fragment prowadził do sprzętu, szatni i ludzi, którzy mogli wejść tam, gdzie obcy nie mieli prawa wejść.
— Marlow upiera się, że to może być Billy — powiedział Lukas. — Może przeżył, poskładał nos i uznał, że jestem mu winien rewanż. Może ta kobieta nie była przypadkowa. Może ktoś, kto ją wtedy bił, teraz chce dokończyć sprawę. To jest najprostsze wyjaśnienie. Nie proszę, żebyś mnie niańczyła. Potrafię o siebie zadbać. Nie proszę też, żebyś uwierzyła mi na słowo. Masz tu zebrane dowody.
Wskazał papierosem przedmioty. 
— Ktoś chce zrobić z tego przedstawienie. Zasady gry już napisał. Teraz się ze mną bawi.
fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#4
20.05.2026, 22:41  ✶  

Było jej wszystko jedno, gdzie odbędą tę rozmowę: mogło być w świeżutkim gabineciku, mogło być w obskurnej szatni, mogło być na trybunach, albo nawet w męskim  kiblu – wszystko jedno gdzie, byle by mieli spokój od wścibskich oczu i uszu, a także ludzi, którzy mogliby przeszkadzać. Lukas wybrał jednak szatnie: widać potrzebował się poczuć bezpiecznie na znanym mu terenie, dobrze. Lestrane zanotowała imię i nazwisko Notta i na moment się zawiesiła, mrużąc przy tym brwi. Miała całkiem dobrą pamięć, ale wbrew obiegowej opinii nie pamiętała wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza każdego imienia i nazwiska uczniów z Hogwartu, nawet jeśli należeli do tego samego domu. Jednak „Lukas Nott” coś jej mówiło, dzwoniło i dzwoniło, chociaż nie umiała dopasować sobie w którym dokładnie kościele. To musiało być z Hogwartu, bo jak inaczej. Nie mogli być na tym samym roku, to odpadało, wtedy by na pewno pamiętała, więc… Więc co?

Ale ta zagadka musiała chwilę poczekać. Za papierosa podziękowała, chociaż nie dlatego, że nigdy nie zdarzało jej się palić, a dlatego, że od czasu Spalonej Nocy miała poważne problemy z kaszlem i gardłem. Napisano o tym nawet w Czarownicy – o tajemniczej chorobie osób, które tamtej nocy zbyt długo przebyeały na zewnątrz i  nawdychały się pyłu, który unosił się w powietrzu, a Victoria zdecydowanie do tych osób należała, bo była w terenie od momentu rozpoczęcia ataków, do… grubo po tym, jak się zakończyły.

Nott zaczął opowiadać. Victoria była całkiem wdzięcznym słuchaczem, choć w tej chwili trudno było powiedzieć, czy z natury, czy po prostu nauczyła się tego w pracy, czy dlatego, że tak trudno jej się mówiło, ale nie przerywała mu. Kilka razy kiwnęła głową, notując sobie coś szybciutko w notesie, chociaż były to raczej hasła, a nie słowo-w-słowo, bo nie miała przy sobie samopiszącego pióra (nie ufała im do końca, wiele razy już udowodniono, że te lubiły dodawać od siebie rzeczy, których w opowieści wcale nie było): Spalona Noc, trzech gości, w tym Billy-brodacz, kobieta i tak dalej.

– Powiedziała jak ma na imię? Ta kobieta – zapytała gdzieś w trakcie kiedy Lukas nie mówił, a szukał czegoś w swojej szafce. Chrząknęła, po czym kaszlnęła dość nieprzyjemnie, zakrywając sobie przy tym usta. – Przepraszam – dodała ciszej i odwróciła się na moment by nie kaszleć Lukasowi w twarz. Te ataki kaszlu… Nie były przesadnie częste, ale nie były też rzadkie i były rzeczywiście upierdliwe.

Doskonale pamiętała chaos Spalonej Nocy. Ilość rannych, płonących budynków, ludzi, zamieszanie… Nie dziwiło ją, że nikt nie zadawał wtedy pytań – bo nikomu nie było to w głowie. Kobieta mogła być ranna nie w wyniku katowania jej, a dlatego, że była wyciągnięta spod gruzów…

– Czyli mamy list, o ile można to nazwać listem – wskazała kiwnięciem głowy na kopertę z wypalonym napisem i wiadomość, która była do niego wciśnięta. – Sznurek – który mógł być wieloma rzeczami, ale Nott sugerował klątwę. – Ludzi, których nie ma – to akurat rozumiała aż za dobrze: wrażenie, że jest się obserwowanym, a gdy się odwrócisz: pusto. Pamiętała to doskonale, jak towarzyszyło jej to przez cały dzień, aż… nastąpił finał. Krwawy. – I… fragment znicza – podsumowała bardzo krótko i uniosła spojrzenie na Notta. – I mecz za dwa dni – powtórzyła za nim głucho po czym westchnęła bardzo ciężko. – Czy władze klubu nie myślały, żeby go odwołać? Jesteśmy… Półtorej tygodnia po tym, jak połowa Anglii spłonęła, ludzie nie mają dachów nad głową, stracili dobytki życia, wielu jest rannych… martwych… – nie wierzyła, że wśród graczy (po obu stronach) nie ma ofiar mniejszych czy większych. To chyba nie był czas na zmagania sportowe. – Nie mówiąc o tym, że Ministerstwo pracuje teraz w zupełnie innym trybie niż normalnie – westchnęła, myśląc o tyhc „ludziach z Ministerstwa”, którzy mieli być na meczu. O ile faktycznie na nim będą, bo miała co do tego pewne wątpliwości.

– Pamiętasz dokąd zaprowadziłeś tę kobietę? Gdzie ją zostawiłeś? – może trzeba było sprawdzić tam i popytać o nią. – I jak wyglądała, rzecz jasna – chociaż nie liczyła na zbyt wiele, bo musiało się wtedy przewinąć przez różne miejsca tyle poszkodowanych osób, że weź to zapamiętaj… – Druga sprawa, mówiłeś, że miałeś wrażenie, że jesteś śledzony. Czy to ciągle trwa? Kiedy to się zaczęło? Czy… gdziekolwiek zostajesz na noc, zauważyłeś dziwne rzeczy jak otworzone okna, chociaż przysiągłbyś, że były zamknięte, albo to samo z drzwiami…? – może i było to dziwnie specyficzne pytanie, ale nie wzięło się znikąd. – Mogę sprawdzić te rzeczy pod kątem magii, czy nie są zaklęte… Ale jeśli ktoś rzeczywiście rzucił klątwę, to będzie trzeba poprosić o pomoc jakiegoś klątwołamacza – którym ona, niestety, nie była, ale to już któryś raz z koeli w ostatnim tygodniu, kiedy zastanawiała się, czy nie powinna się tego nauczyć.

#BigDickEnergy

When does a man die?

wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szukający Puddlemere United
Wysoki (ok. 190 cm), umięśniony mężczyzna. Kolor włosów ciemny blond, lekko roztrzepane. Jasnoniebieskie oczy. Lekko uchylone usta odsłaniają równe, białe zęby. Ubrany w koszulę, dobrze skrojoną marynarkę i dopasowane spodnie - paleta: czerń, granat, biel oraz odcienie szarości.

Lukas Nott
#5
21.05.2026, 23:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.05.2026, 23:58 przez Lukas Nott.)  
— Nie podała imienia — odparł w końcu. Głos miał niższy niż przed chwilą, jakby musiał przepchnąć słowa przez coś suchego i ciężkiego. — Zresztą… nie dziwi mnie to. Nawet jej o nie nie zapytałem.
Lekko wzruszył ramionami, ale gest wyszedł sztywno. Nie nonszalancko, nie obojętnie. Raczej tak, jakby próbował zrzucić z siebie coś niewygodnego. Od razu nie spodobało mu się to, jak zabrzmiało to zdanie. Jak wygodny wybieg człowieka, który wolał nie wiedzieć więcej, niż musiał. Tamta noc była brutalna, tak brutalna, że przebodźcowanie pożerało podstawowe zasady etykiety. Pamiętał jej twarz, pamiętał błoto na płaszczu, pamiętał ciężar jej ciała opierającego się o niego, ale nie pytał o imię, walczył z ostrym cieniem mgły. Przyłożył papierosa do ust. Zaciągnął się zbyt głęboko i niemal od razu pożałował. Dym tym razem nie rozszedł się leniwie po płucach. Ugrzązł w gardle, gorzki i ciężki, jak sadza. Lukas odwrócił głowę, wypuścił go bokiem i przez chwilę patrzył na smugę rozpadającą się w chłodnym powietrzu.
— Miała jakieś dwadzieścia lat. Może bliżej trzydziestki — powiedział po chwili. Mówił wolniej, już nie jak ktoś odpowiadający na pytanie, ale jak zawodnik odtwarzający lot po locie, skręt po skręcie, każdy ułamek sekundy przed upadkiem. — Ciemne włosy, spięte nisko. Tylko połowa wysunęła jej się z upięcia. Twarz wąska. Ostre kości policzkowe. Brązowy płaszcz, z dobrego materiału, chociaż wtedy trudno było powiedzieć, czy naprawdę jest brązowy, czy po prostu cały w błocie i sadzy.
Uniósł lewą dłoń, jakby dopiero teraz przypomniał sobie szczegół, który wcześniej przemknął pod powierzchnią pamięci.
— Miała pierścień. Na lewej dłoni. Srebrny albo biało-złoty. Nie przyglądałem się.
Zamilkł. Nie dlatego, że skończyły mu się informacje. Raczej dlatego, że pozwolił im opaść między nimi z całą ich wagą. Victoria musiała mieć czas, żeby je pochwycić, ułożyć, oddzielić to, co mogło być przypadkiem, od tego, co mogło znaczyć wszystko.
— Dość dobrze wyłapuję takie szczegóły — dodał ciszej.
Zawdzięczał to sezonom treningów w gonieniu znicza. Godzinom spędzonym wysoko nad boiskiem, gdzie jeden błysk w słońcu, jeden ruch na granicy pola widzenia, jedno drgnięcie powietrza mogły oznaczać zwycięstwo. Lukas po prostu umiał patrzeć. Nie zawsze wiedział, co zrobić z tym, co zobaczył, ale widział więcej, niż większość ludzi podejrzewała.
Strzepnął popiół na beton. Ruch miał luźny, niemal niedbały, ale palce zaciskały się na papierosie odrobinę zbyt mocno.
— Zostawiłem ją przy restauracji. Nie pamiętam szyldu. Coś z kogutem albo koroną. Może jedno i drugie. Budynek miał zielone drzwi. Jedno okno wybite, drugie zabite deską od środka. Ludzie chowali się w środku, a przed wejściem medycy składali tych, których nie dało się od razu przenieść dalej.
Kiedy temat zszedł na mecz, jego twarz stwardniała. Nie w sposób gwałtowny. Nie jak u człowieka, który poczuł się zaatakowany. Bardziej jak u zawodnika, któremu ktoś zasugerował, że powinien zejść z boiska przed gwizdkiem. Linia szczęki napięła mu się wyraźnie, a spojrzenie, dotąd rozproszone między Victorią, papierosem i przedmiotami na ławce, nagle stało się ostre.
— Nie odwołają meczu — powiedział. — I szczerze? Nie uważam, że powinni.
To nie było łatwe zdanie. Wiedział o tym. Poczuł jego ciężar natychmiast po wypowiedzeniu, jakby ktoś położył mu dłoń na karku i zmusił do pochylenia głowy. Po tamtej nocy taka opinia mogła zabrzmieć okrutnie. Płytko. Jak głos kogoś, kto ponad ludzkie nieszczęście stawia terminarz rozgrywek. Dlatego zaraz mówił dalej.
— Wiem, co się stało. Wiem, że ludzie stracili domy. Bliskich. Całe życie zapakowane w jeden worek, jeśli w ogóle mieli szczęście znaleźć worek.
Przerwał na moment. Kciukiem potarł filtr papierosa, chociaż żar zdążył już dojść prawie do końca. Nie patrzył teraz na Victorię. Patrzył gdzieś obok niej, w punkt, którego nie było.
— Ale właśnie dlatego trybuny będą pełne. Bo ludzie potrzebują przez kilka godzin udawać, że świat wraca na miejsce. Że dalej istnieją wyniki, gwizdki, zakłady, głupie kłótnie o faule i dzieciaki proszące o autografy. Potrzebują czegoś, co nie jest kolejnym raportem o trupach.
Zgasił papierosa o krawędź ławki. Przytrzymał go tam sekundę dłużej, niż było trzeba, aż niedopałek rozpadł się na szary, kruchy ślad.
— To może być naiwne. Może głupie. Ale czasem normalność też jest rodzajem oporu. Wiemy, kto podpalił pół Anglii. Jeśli teraz wszystko zatrzymamy, zamkniemy drzwi i będziemy tylko liczyć straty, to oni wygrywają.
Dopiero wtedy spojrzał na złoty fragment znicza. W świetle wyglądał niewinnie. Mały, błyszczący odłamek czegoś, co zwykle kojarzyło się z krzykiem tłumu, pędem powietrza i triumfem.
— Więc mecz się odbędzie — ciągnął Lukas. — Marlow sprzeda to jako symbol powrotu. Sponsorzy jako okazję do pokazania solidarności. Ministerstwo jako dowód, że panuje nad sytuacją. A ludzie przyjdą, bo są zmęczeni strachem.
Kącik ust drgnął mu nieprzyjemnie. To nie był uśmiech. Bardziej grymas kogoś, kto dokładnie rozumie obrzydliwą mechanikę świata i mimo to nie potrafi całkiem z niej zrezygnować.
Następnie przeszedł do pytania o śledzenie i potrzebował chwili namysłu. Najpierw opuścił wzrok. Potem przesunął nim po kopertach, sznurku, blaszce, po własnych dłoniach. Wyglądał, jakby próbował ułożyć wydarzenia w linię prostą, choć pamięć podsuwała mu raczej porozrzucane odłamki: odgłos kroków za plecami, cień w szybie, zbyt długą ciszę po zamknięciu drzwi.
— Kroki zaczęły się jakiś tydzień temu — powiedział w końcu. — Pierwszy raz po treningu. Standardowe szkolenie, potem oględziny lekarskie i do domu. Myślałem, że to jakiś dziennikarz. Albo ktoś z drużyny, kto chciał zwrócić mi bidon zostawiony w szatni.
Parsknął krótko, bez rozbawienia.
— Głupie, wiem. Ale człowiek najpierw szuka zwykłych wyjaśnień. Bo zwykłe są wygodniejsze.
Wsunął dłonie do kieszeni płaszcza, ale zaraz jedną wyjął, jakby nie umiał ustać bez ruchu.
— Drugi raz na Pokątnej, gdy wracałem z baru późnym wieczorem. Trzeci po wizycie u Marlowa, w biały dzień. Od tamtej pory… nie codziennie. Nie tak, żebym mógł powiedzieć: tak, teraz ktoś tam stoi, idź i go złap. Raczej wystarczająco często, żebym przestał już liczyć.
O miejscu, w którym spał, powiedział krócej, ale w jego głosie pojawiło się napięcie. Innego rodzaju niż wcześniej. Bardziej osobiste.
— Po ostatnim razie sprawdziłem mieszkanie trzy razy. Drzwi. Okna. Zamki. Parapety. Szafki. Nawet przestrzeń pod łóżkiem i odpływ pod prysznicem.
Przy ostatnich słowach uniósł wzrok na Victorię, jakby spodziewał się, że może uzna to za przesadę. Jeśli tak, nie zamierzał się bronić.
— Nic. Żadnych otwartych okien. Żadnych przestawionych rzeczy. Żadnych śladów włamania. Żadnego zapachu cudzej magii. Ale nie jestem aurorem. Ani klątwołamaczem. Wiem, kiedy miotła źle ciągnie w lewo. Nie wiem, kiedy ktoś zostawia w moim mieszkaniu coś, co zacznie działać dopiero za dwa dni.
Spojrzał na przedmioty rozłożone na ławce. Potem na Victorię. Tym razem patrzył prosto, bez uciekania wzrokiem, bez udawania, że sprawa jest mniejsza, niż była.
— Możesz sprawdzić wszystko. Listy, sznurek, blaszkę, szafkę, moje mieszkanie, miotłę, sprzęt meczowy. Rób, co musisz. Jeśli trzeba będzie rozebrać pół szatni, powiem Marlowowi, że to moja wina.
Dopiero wtedy podsunął jej koperty bliżej. Jednym ruchem, niemal bez namysłu. Nie było w nim ostrożności człowieka przywiązanego do własnych sekretów. Raczej zmęczenie kogoś, kto właśnie uznał, że prywatność jest luksusem, na który chwilowo nie ma go stać.
— Tylko jeśli to jest klątwa — powiedział ciszej — chcę wiedzieć szybko. Jeśli ktoś chce mnie zdjąć z miotły, trudno. Nie pierwszy raz ktoś próbuje.
Na moment zamilkł.
— Ale jeśli to ma uderzyć w trybuny, w dzieciaki albo w kogokolwiek na dole, nie będę udawał, że to dalej tylko moja sprawa.
fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#6
24.05.2026, 00:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.05.2026, 00:08 przez Victoria Lestrange.)  

Victoria nie pytała o szczegóły tego, co Lukas tamtej nocy musiał zrobić z prostego powodu: sama była wtedy na ulicach Londynu i widziała dokładnie do czego ludzie są zdolni w imię swoich przekonań. Wiedziała, że tak jak na celowniku byli mugolacy, tak również czarodzieje czystokrwiści byli atakowani, jak chociażby jej własny kuzyn, który tamtego feralnego dnia nie był w mundurze, bo gdy to wszystko się zaczęło, to korzystał z czasu wolnego. Jej nikt nie zaatakował ze względu na jej nazwisko, prawdopodobnie charakterystyczne czarne szaty i symbole Ministerstwa wzbudzały chociaż to minimum zastanowienia, czy aby na pewno warto na kogoś takiego rzucać się z pięściami. Ale to nie znaczy, że tamtej nocy z nikim nie walczyła. Widziała na własne oczy mężczyznę, który przeprowadzał jakiś czarnomagiczny rytuał i na szczęście udało się go przerwać i aresztować. Widziała i inne rzeczy; pomagała wtedy komu mogła, ryzykując własnym życiem gdy wbiegała do płonących budynków, by wyciągać stamtąd ludzi.

Teraz zaś, gdy Lukas mówił o tej kobiecie, po prostu zapisywała sobie informacje – nie analizowała tego przesadnie, ale na pierwszy rzut oka wysuwało się właśnie to: dobrze ubrana, nosząca biżuterię, więc prawdopodobnie była majętna, albo z dobrego domu. Być może był to atak na tle rabunkowym. A może kobieta była czarownicą czystej krwi i mugolacy postanowili ją ukarać dla przykładu.

– Ten rosły brodacz Billy… Znasz go jakoś lepiej? – imię to było już coś, dlatego przyszło jej do głowy, że już musieli się kiedyś przeciąć. A może po prostu Nott miał zadziwiająco dobrą pamięć do szczegółów – z czego być może warto było skorzystać. – Cokolwiek więcej jesteś w stanie powiedzieć? – bo jeśli nie, to być może będzie musiała poszukać sama, żeby chociaż złapać motyw tego wszystkiego, co tutaj się działo. Może było to powiązane. A może nie było wcale.

Uniosła na niego spojrzenie, gdy wyczuła, że temat, który poruszyła, dotknął jakiejś czułej struny. Oczywiście, że miała na ten temat opinię. Oczywiście, że była kompletną odwrotnością od postawy, jaką prezentował Lukas. On skupiał się na swoich treningach, a ona od dziewięciu dni sprzątała ten burdel; spotykała się z ludźmi, którzy zostali z niczym, codziennie patrzyła w zmęczone, pozbawione nadziei twarze, cholera, była nawet na pogrzebie nie bliskiej osobie osoby, a osoby bliskiej innym, którzy byli dla niej ważni. Ba, nawet jej najbliższą rodzinę dosięgnęło nieszczęście i gdyby nie to, że Lestrange dysponowali ogromnym bogactwem, to te dni wyglądałyby kompletnie inaczej dla jej rodziców i sióstr. Może i normalność była dla ludzi ważna, ale było trochę za szybko. Ludzie wciąż próbowali się odnaleźć w obecnej sytuacji, wydawali ostatnie pieniądze na najpotrzebniejsze do życia rzeczy, na remont domów, który mógł nastąpić na przykład dopiero za miesiąc – tak wielkie to były kolejki. Ludzi nie było stać na jedzenie czy ubrania, a co dopiero na bilet na mecz… Mogła powiedzieć, co myśli, Lukasowi, ale to była sytuacja profesjonalna, zawodowa, a nie prywatna, a Nott nie był jej przyjacielem, nie był nawet jej… znajomym. Ale ciągle, gdy na niego patrzyła, jej mózg miał wrażenie, że skądś się znajdą, tylko nie potrafiła dopasować twarzy, imienia i nazwiska do odpowiedniej sytuacji. Ale też dlatego milczała. Dlatego tylko mierzyła Lukasa spojrzeniem swoich ciemnych oczu, może nawet oceniająco, w końcu jakoś zapracowała sobie na miano zdystansowanej i chłodnej w obyciu sztywniary z kijem w dupsku, i nie miało to nic wspólnego z lodowatym zimnem, które dosłownie od niej biło i które Lukas mógł wyczuć, gdy stał obok, choć oczywiście jedno z drugim dopełniało się aż za dobrze.

– No cóż… Miejmy w takim razie nadzieję, że masz rację i trybuny będą pełne – prawdę mówiąc, to życzyła sobie tego. Tak by to wyglądało pewnie w idealnym świecie. W świecie, w którym ten paskudny atak nigdy nie nastąpił. Tak, odpowiedziała w sposób bardzo… dyplomatyczny, ale uważała, że nie wypada jej w tak oficjalnej sytuacji wyrażać swoje zdanie na całą tę sprawę. Tak, była przemęczona. Była być może przez to nastawiona mocno pesymistycznie do rzeczy. Może wpływ miało na to to, że nie wyszła z tego bez szwanku, a ciągły, uporczywy kaszel męczył ją do teraz i nie przechodził, przez co mówiła raczej mało, a gdy już zdarzało jej się dłużej, to łapała zadyszkę, albo miała serię paskudnego kaszlu, który brzmiał, jakby coś jej się w gardle i płucach rwało… tak jak zresztą chwilę temu. Herbatki, syropki i inhalacje pomagały tylko doraźnie i na chwilę.

Znowu zanotowała sobie coś w swoim notatniku. Z jej twarzy niewiele można było wyczytać, jakiekolwiek miała myśl i opinie, czy emocje, Victoria najwyraźniej potrafiła nad sobą bardzo dobrze panować i w istocie tak właśnie było: gdy uczyła się oklumencji, przechodziła przez trening panowania nad emocjami, by te nie wpływały na jej głowę, by nie otwierały w niej metaforycznych drzwi, przez które mógł dostać się jakiś niechciany gość, i tak mocno weszło jej to w krew, że teraz już, po latach, gdy nie musiała się specjalnie skupiać na tym, by utrzymywać woal oklumencji, i emocje miała na wodzy. A myślała sobie teraz właśnie o tych krokach i o wrażeniu bycia obserwowanym, bo wciąż nie złapano mężczyzny, który atakuje ludzi we snach, co każdorazowo było poprzedzone właśnie przez podobne wrażenia na jawie… ale tutaj nie zgadzał się Victorii czas, więc wykreśliła tę hipotezę po kolejnych słowach Lukasa i tylko lekko kiwnęła głową na znak, ze słucha go uważnie.

– Nie ma w tym nic głupiego – odparła na jego komentarz, nie patrząc na niego jednak. – Bardzo bym chciała, by to były tylko nietrafne przeczucia i zapomniany bidon. Czy jakiekolwiek z opisanych wrażeń i przeczuć miały miejsce dzisiaj? Gdziekolwiek? – dopytała jeszcze, ale bardziej dla formalności i swojego spokoju ducha, a nie dlatego, że uważała, że faktycznie był na celowniku wariata ze snów. Szukający nie doczekał się też komentarza, by cokolwiek robił, było przesadą i paranoją. – Czy po Spalonej Nocy z twoim mieszkaniem jest coś nie tak? Sadza? Nie wiem, dziwne znikające runy, albo inne rzeczy? – mieli doniesienia o różnych przedziwnych rzeczach, jakie działy się w tych domach czy mieszkaniach, które uniknęły spalenia lub zawalenia się, dlatego wolała wiedzieć od razu, jeśli działo się tam coś takiego… Bo nie wykluczała, że to, że Lukas tak uporczywie sprawdzał swoje lokum, mogło mieć swój efekt właśnie przez cokolwiek, co zrobił Voldemort. Co nie zmieniało faktu, że prawdopodobnie powinna to obejrzeć.

– Nie ma potrzeby, Jeśli trzeba będzie rozebrać pół szatni, to po prostu powiem mu, że należy to zrobić ze względów bezpieczeństwa – uśmiechnęła się krótko, lekko wykrzywiając pełne usta, po czym wyciągnęła różdżkę z kieszeni spodni. – Spokojnie, nie mam w zwyczaju ukrywać przed ludźmi tego, co się dzieje – to nie było w jej stylu. Nie bez powodu, gdy jeszcze miała partnera w pracy, to gdy trzeba było odgrywać dobrego i złego glinę, tym złym była właśnie ona. – No dobrze, zobaczmy co my tutaj mamy.

Przysunęła się do wystawionych ka ławce przedmiotów i z wprawą i skupieniem machnęła różdżką, chcąc rozproszyć jakąkolwiek magię, jaką były obłożone. O ile jakąś były, rzecz jasna. I o ile była do tego zdolna – bo jeśli nie była w stanie jej rozproszyć, to powinna chociaż wyczuć, czy czymś są obłożone i jeśli tak, to czym.


// Rozproszenie ◉◉◉◉○
Rzut PO 1d100 - 3
Akcja nieudana

Na nieszczęście w momencie, w którym rzucała zaklęcie, dostała nagłego, mocnego ataku kaszlu i magia zamiast rozproszyć, to rozproszyła się. Victoria potrzebowała chwili, by dojść do siebie i teraz oddychała ciężko przez usta. Spróbowała jeszcze raz.


// Rozproszenie ◉◉◉◉○
Rzut PO 1d100 - 78
Sukces!
#BigDickEnergy

When does a man die?

wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szukający Puddlemere United
Wysoki (ok. 190 cm), umięśniony mężczyzna. Kolor włosów ciemny blond, lekko roztrzepane. Jasnoniebieskie oczy. Lekko uchylone usta odsłaniają równe, białe zęby. Ubrany w koszulę, dobrze skrojoną marynarkę i dopasowane spodnie - paleta: czerń, granat, biel oraz odcienie szarości.

Lukas Nott
#7
26.05.2026, 13:33  ✶  
— Billy’ego nie znam, tylko obiłem mu ten głupi łeb — powiedział w końcu, bez większej próby wygładzania faktów. Nie było sensu udawać, że tamta noc miała w sobie cokolwiek eleganckiego. — Wiem tylko, że jego rodzina ukrywała się w Yorkshire podczas Spalonej Nocy. Jeśli to cokolwiek ci pomoże.
Przesunął dłonią po karku, czując pod palcami napięte mięśnie. Nie wiedział, czy ta informacja była ważna, ale w tej sprawie coraz mniej rzeczy wyglądało na przypadkowe. Może Billy naprawdę miał powód, żeby nienawidzić ludzi takich jak on. Może ktoś tylko podsunął mu właściwy cel. A może był zwykłym brutalnym idiotą, który znalazł się w cudzej historii i został użyty jak kamień rzucony w szybę.
— Dzisiaj było spokojnie — dodał po chwili. — Poszedłem do kawiarni na Pokątnej, zjadłem śniadanie. Potem przyleciałem tutaj, zanim większość drużyny zdążyła w ogóle zwlec się z łóżek. Nie działo się nic wyjątkowego.
Nie lubił tego zdania. Od tygodnia „nic wyjątkowego” brzmiało jak cisza przed gwizdkiem, po którym wszyscy ruszają naraz i nagle okazuje się, że ktoś już wcześniej ustawił boisko pod siebie. Lukas spojrzał na przedmioty leżące na ławce: list, czerwony sznurek, złoty fragment i kartkę o upadku. Dopiero potem wrócił wzrokiem do Victorii.
— Co do mieszkania… — zaczął i urwał.
To była pierwsza odpowiedź, przy której naprawdę się zawahał. Nie przy Billym, nie przy kobiecie, nie przy liście, nawet nie przy złotej blaszce, chociaż ta dotykała miejsca, którego nie chciał ruszać.
— Jest jedna rzecz — powiedział w końcu. — Ale brzmi głupio.
Nie znosił, kiedy coś brzmiało głupio. Głupie rzeczy odbierały człowiekowi kontrolę. Łatwiej było powiedzieć, że ktoś groził mu listem, bo list leżał na ławce. Łatwiej było pokazać sznurek, blaszkę i wypalone litery. Przedmioty miały przynajmniej tę uprzejmość, że istniały również wtedy, kiedy ktoś inny na nie patrzył.
— Mam w mieszkaniu runę. Albo coś, co wygląda jak runa. Pojawia się na framudze przy wejściu do sypialni. Nie było jej tam wcześniej.
Wypowiedział to szybciej, niż zamierzał, jakby bał się, że jeśli zrobi przerwę w połowie, jednak się rozmyśli.
— Pierwszy raz zobaczyłem ją kilka dni po Spalonej Nocy. Myślałem, że to sadza. Potem, że pęknięcie w drewnie. Tylko że ona nie jest zawsze widoczna. Kiedy jestem sam, czasem ją widzę. Nie za każdym razem. Najczęściej wieczorem albo tuż po przebudzeniu. Cienka, ciemna linia, jakby ktoś wypalił znak pod lakierem, nie na powierzchni. Ale kiedy ktoś przychodzi, znika.
Przez chwilę w szatni słychać było tylko odległe skrzypienie stadionu i ciche trzaski drewna pracującego gdzieś w ścianach. Lukas zacisnął palce na paczce papierosów.
— Raz sprowadziłem sąsiada, ponoć zna się na tych rzeczach. Powiedziałem, że chyba mam uszkodzoną framugę i potrzebuję drugiej pary oczu, zanim zacznę zrywać pół mieszkania. Wszedł, spojrzał, nic. Czyste drewno, żadnego śladu. Kiedy wyszedł, runa wróciła po godzinie.
Skrzywił się lekko, jak człowiek zmuszony opowiadać własne upokorzenie.
— Próbowałem ją zetrzeć. Nożem, szmatką, zaklęciem czyszczącym. Nic. A właściwie gorzej niż nic, bo kiedy za bardzo się na niej skupiam, znika. Jakby wiedziała, kiedy próbuję ją złapać.
Spojrzał na przedmioty rozłożone na ławce.
— Dlatego nie wiem, czy to jest klątwa, znak, zaklęcie obserwacyjne, czy ktoś po prostu bardzo dobrze wie, jak zrobić ze mnie idiotę.
Pozwolił Victorii działać, samemu cofając się tylko o pół kroku. Jej różdżka przesunęła się nad przedmiotami z wprawą kogoś, kto częściej rozbrajał cudze problemy, niż o nich rozmawiał. Lukas obserwował uważnie, choć nie znał się na rozpraszaniu zaklęć.
Jednak nawet z umiejętnościami Victorii, próba nic nie dała. Zaklęcie przeszło po kopercie, po sznurku, po złotym fragmencie i po kartce jak chłodny podmuch. Papier nawet nie drgnął. Wypalone litery nie rozjarzyły się na nowo. Złota blaszka nie odpowiedziała żadnym ukrytym światłem. Czerwony sznurek leżał dokładnie tak samo jak wcześniej: cienki, przygaszony, zwyczajny. Aż irytująco zwyczajny.
Lukas patrzył na niego przez chwilę z niedowierzaniem, które szybko zamieniło się w kwaśny grymas.
— Czyli co? Zwykły kawał sznurka?
Nie brzmiał na uspokojonego. Jeśli już, wyglądał na bardziej rozdrażnionego. Klątwa byłaby przynajmniej czymś konkretnym. Czymś, co można nazwać, opisać, przeciąć albo oddać komuś mądrzejszemu. Zwykły sznurek był gorszy, bo oznaczał, że ktoś nie potrzebował magii, żeby wejść mu pod skórę.
— Pięknie — powiedział ciszej. — Nawet śmieci robią ze mnie wariata.
Sięgnął po papierosa, ale nie odpalił go od razu. Obracał go tylko między palcami, patrząc na rzeczy leżące między nimi.
Wtedy coś cicho zgrzytnęło.Nie był to huk ani pęknięcie, nie szafka otwierająca się z teatralnym jękiem, nie dźwięk, który powinien poderwać człowieka na nogi. Raczej krótki, metaliczny odgłos, jakby ktoś bardzo powoli przesunął klucz w zamku albo zahaczył paznokciem o wewnętrzną stronę zawiasu. Lukas tego nie wyłapał, więc sięgnął znowu po różdżkę by rozpalić ogień.

// Victoria: rzut na Percepcję.
fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#8
31.05.2026, 16:21  ✶  

Nie pomagało to za bardzo, bo Yorkshire to nie była jedna mała wioseczka, w której się wszyscy znali, niemniej i tak to sobie zapisała, gdyby musiała później podjąć jakiś dziwny trop. Może było to ważne, a może była to błahostka, w tej chwili nie była w stanie tego stwierdzić.Mogło się wydawać dziwne, że Lukas mówi jej wprost, że obił mordę tego całego Billego, a ona nie stawiała mu żadnych zarzutów, ani reprymendy, natomiast rozumiała, że była tutaj w innej sprawie, nikt tego nie zgłosił, a poza tym, na tym etapie czuła, że ta sprawa i  tak zostałaby umorzona, bo nie było Billego, nie było też tej kobiety, którą Lukas ratował przed, prawdopodobnie, śmiercią.

– Dobrze – mruknęła. Brak wyjątkowych rzeczy w Anglii po Spalonej Nocy był prawdę mówiąc pożądany, biorąc pod uwagę, jak wyglądał teraz ich świat, jak wiele szkód zaprowadził atak Śmierciożerców i pokaz potęgi Voldemorta, jak wiele rzeczy, budynków i istnień zniknęło bezpowrotnie w pożodze, jaką czarnoksiężnik urządził sobie dla swojego kaprysu. Kaszel, który męczył ludzi będących wystawieni tamtej nocy na działanie pyłu ciągle opadającego z nieba to był tylko wierzchołek góry lodowej. Nott zdawał się dobrze trzymać, zapewne nie biegał po ulicach Londynu przez całą noc, od momentu startu ataku, aż do jego końca, a później jeszcze cały następny dzień, a może to były tylko pozory. Victoria sama trochę bagatelizowała problem kaszlu, ale gdy wczorajszego dnia widziała się z Christopherem, jakoś ich rozmowa sprawiła, że pomyślała sobie, że może pora przestać się oszukiwać i dzisiejszego ranka odwiedziła Munga żeby zapisać się na wizytę. Na jutro. Póki co jednak dzielnie znosiła uporczywe drapanie w gardle, starając się jak mogła, by nie forsować się fizycznie, bo wtedy się to pogarszało.

– Proszę mi wierzyć, w moim zawodzie mało rzeczy faktycznie jest głupie, nawet jeśli tak brzmią – a Victoria podchodziła do pewnych spraw śmiertelnie wręcz poważnie, więc nawet jeśli sprawa rzeczywiście byłaby głupia, nie istniał taki scenariusz, w którym zadrżałby jej kącik ust, powstrzymując kpiący uśmiech. – Kilka dni po Spalonej Nocy? To znaczy ile? – dopytała, patrząc na Notta badawczo. Nie minęło nawet 10 dni od Spalonej Nocy, dlatego to, jak to ujął, zabrzmiało tak dziwnie. Natomiast cała reszta, którą opisał, bardzo pasowała do tego, o czym pisał w liście jej kuzyn.

– Słyszałam już o przypadkach pojawienia się dziwnej runy w budynkach. Runy, którą widzi tylko jedna osoba, znikająca, kiedy przyprowadzi się kogoś innego – odparła mu rzeczowo, gdy skończył ją opisywać. – Obawiam się, że to nie jest żaden kawał. Ta runa pojawiła się u różnych ludzi tuż po Spalonej Nocy i najpewniej ma coś wspólnego z atakiem. To chyba… pewnego rodzaju klątwa. A przynajmniej najbliższe tego, czym to właściwie jest – być może jakiś klątwołamacz w końcu wpadnie na to, jak się tego pozbyć, ale najwyraźniej nie było to aż takie proste. – Prawdę mówiąc zalecałabym tymczasowe zamieszkanie gdzieś indziej, do czasu aż nie uda się jej pozbyć – dodała. – Ale w takim razie raczej można to wykreślić z tej sprawy – cóż, jeden problem mniej. Tak jakby, bo ten nie zniknął, po prostu stał się sprawą numer dwa.

Kiedy kaszel jej nie męczył, zaklęcie rzuciła poprawnie, bezbłędnie wręcz, tylko po to, by… no cóż. By nic nie wykazało.

Albo raczej wykazało, że te tutaj przedmioty nie były niczym obłożone i że można je raczej bezpiecznie dotykać – to też była jakaś wskazówka.

– W tych przedmiotach nie ma śladów magii – odparła w końcu i chrząknęła cicho, czując, że głos znowu ją zawodzi, a to zwykle na chwilę pomagało. – Tak, na to wygląda – mruknęła i raz jeszcze przyjrzała się każdemu przedmiotowi z osobna. Nie komentowała, gdy Nott sięgnął po kolejnego papierosa – raczej po prostu myślała. Te wszystkie wiadomości, anonimy, miały Lukasa nastraszyć i ewidentnie swój psychologiczny wpływ na niego wywierały, nie mogła się mu dziwić tym nerwom. Znała to z autopsji. Niewidoczny przeciwnik zawsze najmocniej siadał na psychikę. Tym niemniej w tej ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła, Victoria wytężała swoje zmysły i głowę, próbując to wszystko jakoś połączyć i rozsupłać.


// Percepcja ◉◉◉○○
Rzut Z 1d100 - 4
Akcja nieudana
#BigDickEnergy

When does a man die?

wiek
25
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szukający Puddlemere United
Wysoki (ok. 190 cm), umięśniony mężczyzna. Kolor włosów ciemny blond, lekko roztrzepane. Jasnoniebieskie oczy. Lekko uchylone usta odsłaniają równe, białe zęby. Ubrany w koszulę, dobrze skrojoną marynarkę i dopasowane spodnie - paleta: czerń, granat, biel oraz odcienie szarości.

Lukas Nott
#9
01.06.2026, 20:09  ✶  
Cichy zgrzyt rozszedł się po szatni i zginął niemal natychmiast, połknięty przez krótki trzask ognia, kiedy Lukas odpalał papierosa końcem różdżki. Victoria nie zareagowała, zbyt skupiona na przedmiotach leżących między nimi i na własnych myślach, które próbowały ułożyć list, sznurek, blaszkę i dziwną runę w coś choćby odrobinę przypominającego sens. Dźwięk był za cichy, za krótki, zbyt łatwy do pomylenia z pracującym metalem szafek albo drewnem stadionu, które od lat jęczało przy każdej zmianie pogody. Gdyby ktoś stał za nimi, mógłby uznać, że miał szczęście. Gdyby ktoś właśnie się wycofywał, robił to wystarczająco ostrożnie. Lukas nie miał o tym pojęcia. Patrzył na czerwony sznurek z kwaśnym grymasem, jakby zwyczajność tego przedmiotu obrażała go bardziej niż jakakolwiek klątwa.
— Właściwie to chyba gorsze — powiedział po chwili, wypuszczając dym bokiem. — Gdybyś znalazła na tym magię, mielibyśmy przynajmniej coś konkretnego.
Nie wyglądał na uspokojonego. Raczej na bardziej rozdrażnionego. Klątwa byłaby przynajmniej czymś, z czym dało się walczyć. Zwykły sznurek był gorszy, bo oznaczał, że ktoś wszedł mu pod skórę bez żadnego wielkiego gestu, bez zaklęcia, bez czarnej magii, bez czegokolwiek, co dałoby się nazwać i oddać w ręce specjalisty. Przeniósł wzrok na Victorię.
— Jeśli runę można odłożyć na bok, tym lepiej. Chociaż nie powiem, żebym jakoś szczególnie się cieszył, że mam w mieszkaniu pamiątkę po Spalonej Nocy. Dwa dni po niej ją zobaczyłem. Może trzy. Wszystko wtedy trochę zlewało mi się w jedno. Jeśli naprawdę radzisz mi wynieść się na jakiś czas, rozważę to. Może klub znajdzie mi pokój, którego nikt jeszcze nie zdążył oznaczyć, przekląć albo urządzić pod cudzą paranoję.
Uśmiechnął się krótko, ale bez wesołości. Zaraz potem jego spojrzenie znowu uciekło do sznurka.
— Vale mogła się pomylić — powiedział wolniej. — Uzdrowiciele też mają prawo mówić rzeczy, które brzmią mądrze, bo wszyscy wokół są zbyt zmęczeni, żeby dopytywać. Pokazałem jej sznurek, powiedziała o Nokturnie, amuletach i klątwach, więc uznałem, że wie, o czym mówi.
Dotknął filtrem papierosa krawędzi ławki, ale jeszcze go nie zgasił. Przez chwilę patrzył na przedmioty rozłożone między nimi, jakby liczył, że po drugim spojrzeniu któryś z nich wreszcie zdradzi coś więcej.
— A teraz wychodzi na to, że to może być po prostu kawałek sznurka — mruknął. — Bez magii. Bez historii. Bez niczego, poza tym, że ktoś wiedział, gdzie go położyć, żebym zaczął się zastanawiać.
Zaciągnął się i wypuścił dym powoli, bokiem.
— Więc co teraz?
fireheart
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
aurorka, twórczyni eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, ciemnobrązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy. Bije od niej lodowate zimno, w dotyku jest jak bryła lodu.

Victoria Lestrange
#10
02.06.2026, 15:32  ✶  

Kaszel skutecznie utrudniał jej ostatnio życie. Raz, że rozpraszała się podczas rzucania zaklęć, dwa, że był zwyczajnie męczący i drażniący, a do pewnego stopnia nawet bolesny, gdy spazmy podrażniały mięśnie klatki piersiowej, trzy – no cóż… Czasami kaszel sprawiał, że czegoś nie słyszała. Jak teraz, gdy ponownie zadrapało ją w gardle i kaszlnęła kilka razy okropnie. Jakikolwiek dźwięk przeciął jeszcze szatnię, zginął pod jej przypadłością, za którą teraz już uznała za stosowne przeprosić.

– Przepraszam, nie ma póki co skutecznego lekarstwa na to świństwo – powiedziała słabo, nie dlatego, że czuła się kiepsko albo bez sił, a dlatego, że głos jej zwyczajnie momentami wysiadał. Ale z pyłem w płucach męczyło się teraz sporo ludzi, pisano o tym nawet w gazetach.

– Teraz też mamy coś konkretnego – odpowiedziała po kolejnej serii chrząknięć i bezsensownego przyłożenia wolnej dłoni do szyi, jakby to miało pomóc jakoś ogrzać jej gardło i… i pomóc na pył zalegający w jej płucach. Po pierwsze nie było sposobu, by ogrzać jej lodowate ciało, a po drugie i tak nie pomagało. – I tak, radzę się wynieść na jakiś czas. Takie rzeczy nigdy nie zwiastują niczego dobrego – dodała.

Lukas był wyraźnie poruszony, ale nie objawiało się to się strachem i krążeniem po pomieszczeniu, ani paniką, bezsensownym bełkotaniem, tylko złością, tak to przynajmniej czytała Victoria. W jednej części nie mogła się dziwić, bo czarodzieje przyzwyczajeni byli, że magia rozwiąże wszystkie ich problemy i prawdziwe trudności zaczynały się wtedy, gdy okazywało się, że była na nic. Ale dla Victorii nie była to pierwsza sprawa, w której brała udział – i w ten chwili była już przekonana, że to była robota bardziej dla brygadzistów niż aurorów, natomiast i tak już tutaj była, więc mogła to pociągnąć, żeby nie angażować kolejnej osoby, której trzeba by było wszystko przedstawić od zera i tak dalej. Czas – to był towar luksusowy, którego mieli teraz deficyt, bo był podzielony na dużo mniej rąk do pracy; mieli rannych, mieli ludzi też w inny sposób wykluczonych z roboty, a koronnym przykładem był tutaj chociażby Atreus, który po Spalonej Nocy wylądował w usztywnionej gipsem nodze, niezdolny do pracy przez co najmniej tydzień (dzisiaj nadal nie pracował…), zmuszony po drodze organizować pogrzeb dla ukochanej siostry.

– Teraz, panie Nott – pozwoliła mu się wygadać w ciszy, ale gdy zapytał co teraz, to właściwie miała gotową odpowiedź, gdy już poskładała sobie w głowie rzeczy do kupy. – musisz się zastanowić, kto ma dostęp do tej szatni. Kto wie, którą szafka jest twoja. Kto mógł ją otworzyć. Czy wtedy były na niej ślady, że ktoś przy niej majstrował… Może nadal są. Kto wie, gdzie mieszkasz. Kto mógłby chcieć twojego nieszczęścia. Przychodzi mi do głowy jakiś zazdrosny kolega lub koleżanka z drużyny. Czy zająłeś czyjeś miejsce, albo czy ktoś mógłby zyskać na tym, gdybyś nie zagrał w tym meczu? Hmm? – dla Victorii na tym etapie stało się to poniekąd jasne. Ktoś musiał wiedzieć rzeczy. To musiał być ktoś z najbliższego grona i najprawdopodobniej chodziło o mocne nastraszenie Lukasa. Może ktoś nie chciał mu zrobić fizycznie krzywdy, bo bał się konsekwencji, że to się za łatwo wyda?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lukas Nott (6085), Victoria Lestrange (5033)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa