las w okolicach Londynu
Miał to być całkiem zwyczajny dzień. Jeden z wielu podobnych do siebie. Zachęcony wiosenną pogodą postanowił wyrwać się z warsztatu, w końcu i jemu należało się coś od życia. Miał ochotę złapać oddech i zaczerpnąć świeżego powietrza, na moment uciec z Londynu.
Postanowił się teleportować do lasu, który znajdował się niedaleko Londynu. Był tu częstym gościem, nikt naprawdę nie zdaje sobie sprawy ile skarbów można znaleźć w lesie. Ludzie wyrzucali tutaj naprawdę dziwne rzeczy. Nie wiedział dlaczego wybierali akurat las i zaśmiecali przy tym środowisko, ale korzystał z tej okoliczności.
Dzień był naprawdę całkiem przyjemny. Promienie słońca przebijały się przez gałęzie drzew, nie było to takie trudne, bo liście dopiero się zaczęły na nich pojawiać. Smauel szedł głębiej, sam właściwie nie wiedział czego szuka, jednak coś mu mówiło, żeby szedł dalej.
Sięgnął po mały, okrągły kamień, który znalazł się pod jego stopami. Był tak idealnie okrągły, że nie mógł się powstrzymać od sięgnięcia pod niego. Szedł dalej, podśpiewując sobie pod nosem i podrzucając ten kamyk w ręce. Zdecydowanie humor mu dopisywał.
Nagle coś przykuło jego uwagę. - W mordę Merlina, ależ skarb.- Ucieszył się ogromnie, gdy zobaczył posąg. W końcu nie zdarza się to zbyt często. Czyżby to był jego szczęśliwy dzień? Na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce kupić taką rzeźbę. Była naprawdę realistycznie zrobiona, chyba nigdy w swoim życiu nie widział czegoś podobnego. Podszedł bliżej, aby przyjrzeć się jej z bliska.
Miał wrażenie, że ona się na niego patrzy. Jakby jej wzrok go przeszywał, poczuł się trochę nieswojo. Podrapał się po głowie i przeczesał palcami swoje jasne włosy. - Co to jest.- Powiedział do siebie, miał bowiem wrażenie, że jednak nie jest to zwykła rzeźba. Miał przy sobie scyzoryk. Postanowił wyciągnąć go z kieszeni, przejechał ostrzem po posągu, jakby chciał z niego zdrapać pierwszą warstwę. Pojawiła się krew, na szczęście wybrał kawałek dłoni, a nie zaczął grzebać scyzorykiem w mniej odpowiednim miejscu. - O chuj chodzi.- Nadal gadał do siebie, nie do końca wiedział właściwie o co w tym wszystkim chodzi.
Odsunął się na kilka kroków, wziął do ręki różdżkę, może magia miała z tym wszystkim coś wspólnego? Machnął nią i burknął pod nosem zaklęcie.
Slaby sukces...
Wtedy usłyszał krzyk. Odskoczył na moment, jednak posąg znowu był w miejscu. - JA PIERDOOOOLE- Krzyknął głośno. Czy miał już omamy? Czy te pierwsze promienie słońca za bardzo mu przygrzały, o co w tym wszystkim chodziło. Wiedział jednak jedno, że tak łatwo nie odpuści. Cofnął się o kilka kroków i rozbiegł, kopnął w posąg, jednak nic się nie wydarzyło poza tym, że zcząła go boleć stopa. - Kurwa jego mać. Wtedy usłyszał jednak jakiś ruch, odwrócił się na pięcie i albo mu się wydawało, albo widział kobietę. - Nic nie robię, tylko tu stoję!- Krzyknął w eter, chociaż właściwie nie wiedział dlaczego się tłumaczy.