29.08.2024, 14:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2024, 14:10 przez Florence Bulstrode.)
Nie miała pojęcia, jak Ambroise zachowywał się poza szpitalem, bo i głównie tutaj go widywała. Oboje niby wywodzili się z rodzin czystej krwi, ale ona chociaż nie umykała jakoś szczególnie przed spędami czystokrwistych, to nie pojawiała się na każdym, a on z kolei był nieślubnym synem, więc i w niejednym domu zapewne niekoniecznie był mile widziany. Nokturnu nie odwiedzała nigdy, chyba że wezwano tam grupę uzdrowicieli – bo na temat bywalców tej ulicy miała opinię, czy nawet Opinię. Może mogłaby dowiedzieć się, że on tam bywał, gdyby sięgnęła do kontaktów Prewettów, ale nie miała powodu węszyć tak głęboko. Gdyby dowiedziała się o tym, że Ambroise lubił przebywać w podziemnym światku, uniosłaby pewnie brwi i skomentowała ironicznie, że widać rodzina Greengrassów zaczęła podupadać, ale i nie przejęłaby się tym, póki w szpitalu zachowywał się odpowiednio. (I byłaby w tym ogromna hipokryzja, zważywszy na to, że rodzina ze strony matki też miała pewne interesy w półświatku. Właściwie sporo, chociaż raczej nie załatwiali ich po spelunach osobiście... zwykle. Ale gdy szło o rodzinę, Florence nie była zbyt uczciwa.) Choć zapewne szepnęłaby temu i owemu na jego wydziale, by upewnić się, że nie wynosi informacji pacjentów, ot na wszelki wypadek.
Trudno powiedzieć, czy byłaby zaskoczona, gdyby znała myśli Ambroise, zadowolona z siebie, czy przyjęłaby to raczej obojętnie, bo och, to przecież oczywista oczywistość, że wpadała na takie pomysły… W tej chwili teoria z tym, że żaby w istocie nie były żabami brała się głównie z tego, że o nekromancji wiedziała odrobinę więcej niż przeciętna osoba, a nawet niż przeciętny uzdrowiciel, i to wcale nie dlatego, że ją stosowała, ale że wyznawała zasadę poznania swojego wroga, a rodzina matki miała pewne możliwości w tym zakresie.
Nie znała się zupełnie na faunie i florze, a przynajmniej znała się na nich dużo, dużo mniej od Ambroise’a. Zwierzęta jednak, z tego co mówił Greengrass, bo rozdeptaniu nie umierały, a cały cykl zaczynał się na nowo. Gdyby faktycznie były żabami, potrzeba by do tego energii, i to prawdopodobnie nie takiej małej. Możliwe, ale podejrzewała, że do Kliniki już wpadaliby aurorzy. Nie widziała nigdzie żadnych charakterystycznych, czarnych mundurów, jej myśli uciekały więc ku innej tezie: transmutacja, ale dużo bardziej skomplikowana niż ta, której używali w szkole, zamieniając puchary w ptaki i żaby w puchary, dodatkowo zasilona jakimiś komponentami, i jeszcze ta reakcja z antidotum, o którym wspominał Greengrass…
– Jedna sprawa na raz – zdecydowała, bo żaby póki co nie wydawały się niebezpieczne. Złapie się je i zbada później, upewni, czy była to transmutacja, czy jednak nekromancja, i czy doszło do jakiegoś wyjątkowo nieudolnego dowcipu albo błędy w sztuce czarodziejskiej, czy ktoś chciał zdezorganizować pracę Kliniki – w tym drugim przypadku należało go złapać i, zdaniem Florence, skazać na najmniej rok pobytu w Azkabanie. I nic jej nie obchodziło, że więzienie łamało wszelkie normy humanitaryzmu, dezorganizowanie Munga zasługiwało na wysoki wymiar kary, w końcu tutaj leczyło się ludzi. A poza tym nie lubiła żabiego skrzeku.
– Obawiam się, że nie był najostrzejszym nożem w szufladzie. Prawdę mówiąc, w szufladzie pełnej noży byłby zapewne łyżeczkę. Taką do cukru – odparła gładko, wciąż z kamiennym wyrazem twarzy, wszelkie te wymyślne obelgi, pozbawione rzecz jasna przekleństw, wypowiadając tonem absolutnie pozbawionym choćby śladu emocji.
Chętnie zabezpieczyłaby ławkę bardziej, ale Ambroise doradzał nie stosować na niej magii, a Florence była daleka od ignorowania zaleceń uzdrowiciela bez wyraźnego powodu. Pozostawiła więc tylko karteczkę, licząc, że żaden zmęczony pacjent nie postanowi usiąść na porośniętym zielskiem meblu, ignorując ostrzeżenie.
– Czy powinnam być z tego zadowolona, czy wręcz przeciwnie? – spytała, bo może nie były to diabelskie sidła, ale i tak próbowały ją udusić, a z diabelskimi sidłami przynajmniej potrafił sobie poradzić nawet średnio ogarnięty siódmoklasista. O ile oczywiście nie było ich nadmiernie wiele, bo zdarzało się, że w podziemiach bardzo się rozpleniły. – Obawiam się, że nigdy nie widziałam fruwokwiatów – odparła, wciąż bardzo spokojnym tonem, ale już coraz trudniej przychodziło jej zachowanie cierpliwości. – Widzę, Ambroise. Ta brązowa część właśnie uderza w moją tarczę, zapewne z zamiarem uduszenia któregoś z nas – stwierdziła, zwodniczo łagodnym tonem, a kiedy oświadczył, że musi pomyśleć, stanowczym gestem wyciągnęła lewą rękę, chcąc zasygnalizować, żeby się cofnął, a potem zrobiła to i sama. I zatrzasnęła ponownie drzwi, odcinając się za ich pomocą od morderczych roślin. Chciał myśleć, proszę bardzo, niech myśli, ludzie robili to trochę za rzadko, przynajmniej w (nie)skromnej opinii Florence, ale ona ani myślała ryzykować, że w tym czasie te pędy przebiją się przez tarczę, albo że jednak miał rację w teorii o tym, że magia je karmi – nie chciała ich niczym nakarmić i ryzykować, że staną się jeszcze bardziej mordercze.
Trudno powiedzieć, czy byłaby zaskoczona, gdyby znała myśli Ambroise, zadowolona z siebie, czy przyjęłaby to raczej obojętnie, bo och, to przecież oczywista oczywistość, że wpadała na takie pomysły… W tej chwili teoria z tym, że żaby w istocie nie były żabami brała się głównie z tego, że o nekromancji wiedziała odrobinę więcej niż przeciętna osoba, a nawet niż przeciętny uzdrowiciel, i to wcale nie dlatego, że ją stosowała, ale że wyznawała zasadę poznania swojego wroga, a rodzina matki miała pewne możliwości w tym zakresie.
Nie znała się zupełnie na faunie i florze, a przynajmniej znała się na nich dużo, dużo mniej od Ambroise’a. Zwierzęta jednak, z tego co mówił Greengrass, bo rozdeptaniu nie umierały, a cały cykl zaczynał się na nowo. Gdyby faktycznie były żabami, potrzeba by do tego energii, i to prawdopodobnie nie takiej małej. Możliwe, ale podejrzewała, że do Kliniki już wpadaliby aurorzy. Nie widziała nigdzie żadnych charakterystycznych, czarnych mundurów, jej myśli uciekały więc ku innej tezie: transmutacja, ale dużo bardziej skomplikowana niż ta, której używali w szkole, zamieniając puchary w ptaki i żaby w puchary, dodatkowo zasilona jakimiś komponentami, i jeszcze ta reakcja z antidotum, o którym wspominał Greengrass…
– Jedna sprawa na raz – zdecydowała, bo żaby póki co nie wydawały się niebezpieczne. Złapie się je i zbada później, upewni, czy była to transmutacja, czy jednak nekromancja, i czy doszło do jakiegoś wyjątkowo nieudolnego dowcipu albo błędy w sztuce czarodziejskiej, czy ktoś chciał zdezorganizować pracę Kliniki – w tym drugim przypadku należało go złapać i, zdaniem Florence, skazać na najmniej rok pobytu w Azkabanie. I nic jej nie obchodziło, że więzienie łamało wszelkie normy humanitaryzmu, dezorganizowanie Munga zasługiwało na wysoki wymiar kary, w końcu tutaj leczyło się ludzi. A poza tym nie lubiła żabiego skrzeku.
– Obawiam się, że nie był najostrzejszym nożem w szufladzie. Prawdę mówiąc, w szufladzie pełnej noży byłby zapewne łyżeczkę. Taką do cukru – odparła gładko, wciąż z kamiennym wyrazem twarzy, wszelkie te wymyślne obelgi, pozbawione rzecz jasna przekleństw, wypowiadając tonem absolutnie pozbawionym choćby śladu emocji.
Chętnie zabezpieczyłaby ławkę bardziej, ale Ambroise doradzał nie stosować na niej magii, a Florence była daleka od ignorowania zaleceń uzdrowiciela bez wyraźnego powodu. Pozostawiła więc tylko karteczkę, licząc, że żaden zmęczony pacjent nie postanowi usiąść na porośniętym zielskiem meblu, ignorując ostrzeżenie.
– Czy powinnam być z tego zadowolona, czy wręcz przeciwnie? – spytała, bo może nie były to diabelskie sidła, ale i tak próbowały ją udusić, a z diabelskimi sidłami przynajmniej potrafił sobie poradzić nawet średnio ogarnięty siódmoklasista. O ile oczywiście nie było ich nadmiernie wiele, bo zdarzało się, że w podziemiach bardzo się rozpleniły. – Obawiam się, że nigdy nie widziałam fruwokwiatów – odparła, wciąż bardzo spokojnym tonem, ale już coraz trudniej przychodziło jej zachowanie cierpliwości. – Widzę, Ambroise. Ta brązowa część właśnie uderza w moją tarczę, zapewne z zamiarem uduszenia któregoś z nas – stwierdziła, zwodniczo łagodnym tonem, a kiedy oświadczył, że musi pomyśleć, stanowczym gestem wyciągnęła lewą rękę, chcąc zasygnalizować, żeby się cofnął, a potem zrobiła to i sama. I zatrzasnęła ponownie drzwi, odcinając się za ich pomocą od morderczych roślin. Chciał myśleć, proszę bardzo, niech myśli, ludzie robili to trochę za rzadko, przynajmniej w (nie)skromnej opinii Florence, ale ona ani myślała ryzykować, że w tym czasie te pędy przebiją się przez tarczę, albo że jednak miał rację w teorii o tym, że magia je karmi – nie chciała ich niczym nakarmić i ryzykować, że staną się jeszcze bardziej mordercze.