• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3 Dalej »
[07-08.07.1972] W drodze do Londynu | Robert & Rodolphus

[07-08.07.1972] W drodze do Londynu | Robert & Rodolphus
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#31
07.03.2024, 15:01  ✶  

Pewnych przyzwyczajeń, nawyków, nie dało się tak po prostu wyzbyć. Zwłaszcza, kiedy towarzyszyły człowiekowi przez wiele lat. W przypadku Roberta były one, prawie że integralną częścią jego osoby. Albo przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. Tak jakby bez tego wszystkiego… Mulciber miał nie istnieć. Ewentualnie okazać się kimś całkiem obcym.

Zamknięty w tym pokoju, rzeczywiście czuł się niczym zwierzę w klatce. Nie lubił tracić kontroli. Szczerze tego uczucia nienawidził. Ta sytuacja była więc dla niego szalenie wręcz trudna. Czy w ogóle był sobie w stanie z tym poradzić? Jakoś ten stan rzeczy zaakceptować? Te położenie, w którym aktualnie obydwaj się znajdywali. Tą zależność od pierdolonego domowego skrzata i kompletnie im obcego człowieka. Takiego, o którym wiedzieli jedno wielkie nic. Znali jedynie nazwisko.

Balfour. Czy mogło im cokolwiek powiedzieć? Szkockie. To na pewno. Tylko co poza tym? Co więcej? Nie wyglądało na to, żeby miał to być jakiś Black. Lestrange. Rookwood. Ta rodzina zdawała się stanowić zagadkę. A oni dwaj – Robert i Rodolphus – nie mieli możliwości odszukania odpowiedzi na wszystkie te pytania, które musiały się pojawić w głowie. Byli zmuszeni do tego, żeby czekać.

A przecież to na niego, na Roberta, zazwyczaj czekali ludzie.

Aż wreszcie skończy. Aż znajdzie czas. Aż poświęci im odrobinę swojej uwagi.

- Poradzę sobie Lestrange. – mało brakował a by tutaj warknął. Do czego to doszło, żeby dzieciak miał go ratować z opresji? Był aż tak bezradny? Nie zamierzał na coś takiego pozwolić. Bo przecież potrafił o siebie zadbać. Radził z tym sobie dotąd całkiem nieźle. Nie był kimś, kogo trzeba było wydostać z bagna, bo sam nie był w stanie tego zrobić. A przynajmniej tak uważał. Tak siebie postrzegał. – Nie potrzebuje pierdolonej opiekunki.

Zdecydowanie nie był sobą. Nie tylko to krążenie po pokoju, ale i kolejne elementy zdawały się przestawać pasować do obrazka. Takie słownictwo? Jeszcze chwilę temu było całkowicie nie do zaakceptowania. A teraz opuszczało jego usta. Z wolna docierało do jego pustego najwyraźniej łba, że nic tutaj nie wymyśli. Choćby zaczął tańczyć i jednocześnie pisał wiersz, ich sytuacja się magicznie nie zmieni. Zwłaszcza, że od magii byli odcięci.

Wrócił na łóżko. Usiadł. Westchnął ciężko.

- Słyszałeś kiedyś to nazwisko? Balfour? – zadał pytanie, być może orientując się, że właśnie to powinni teraz zrobić. Porozmawiać. Omówić wszystko, co omówić mogli. Może stworzyć jakiś plan?



rzuć kostką na WOŚ, przy sukcesie dam Ci jakieś info.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#32
07.03.2024, 15:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.03.2024, 15:17 przez Rodolphus Lestrange.)  
Uniósł brew. Potem drugą. Przez chwilę wpatrywał się w Roberta uważnie, bo przecież nie pasowało do niego takie słownictwo. Sam go zresztą za przeklinanie upomniał. Na ustach Rodolphusa pojawił się lekki uśmiech. Tylko odrobinę złośliwy.
- Zacytuję siebie z naszego ostatniego... Intensywnego i niezwykle miłego spotkania - powiedział kpiąco, nie spuszczając wzroku z Roberta. Mulciber sam się prosił, nic nie mógł na to poradzić. Starał się go nie drażnić, ale po prostu nie umiał się powstrzymać, więc bezlitośnie przypomniał mu o tym, co zdarzyło się w gabinecie.- Wulgaryzmy do ciebie nie pasują, Robercie. A jeśli chodzi o opiekunkę, to będę za tobą podążał jak cień, czy ci się to podoba, czy nie.
Jego uśmiech się poszerzył, ale on sam był spięty. Jakby był gotowy do tego, że Robertowi puszczą nerwy i po prostu wyjebie mu w ryj. Sam się prosił, szczególnie w tej sytuacji. Pod tym kątem idealnie się dobrali, bo w tym pokoju i w tej chwili obaj działali sobie na nerwy. Jeszcze chwila, i któryś nie wytrzyma.
- Rodzina półkrwi. Niewielka, niezbyt znana. Są ze Szkocji. Pan Balfour, o którym mówiło to ścierwo, to zapewne Angus. Miał kilka żon, nie pamiętam ile - chyba cztery. Po ostatnim rozwodzie po prostu rozpłynął się w powietrzu, przestał bywać na balach, nie odpowiada na listy. Rozwód był bardzo paskudny, ponoć ostatnia żona chciała dosłownie wydrapać mu oczy - Robert nie wiedział? Och jej. Czyli faktycznie nie potrzebował opiekunki, a korepetytora. Ale aż takim kretynem nie był, by wypowiedzieć swoje myśli na głos. Przecież nie miał zamiaru tu się z nim bić, zwłaszcza że byli zdani na łaskę Angusa, o ile to faktycznie o nim mówił Człapek. - Nie mam tylko pojęcia, kim jest dla niego Una. Nowa żona? Może dlatego ludzie mówią, że zdziwaczał. Może ona jest odpowiedzialna za ten ostatni rozwód. Jest tak dobra, że przekonała nawet ciebie, Robercie.
Kolejny uśmiech, tym razem już perfidnie złośliwy. Owszem, on sam dał się omamić blondynce, ale przecież nigdy nie mówił, że był pod tym kątem jakoś szczególnie odporny, prawda?
- Jeżeli czekamy na Angusa, to możemy spodziewać się wszystkiego. Ale nie jest okrutnym człowiekiem, chociaż nie jestem pewny co nam zrobi za atak na ukochaną. Ludzie pod wpływem miłości robią durne rzeczy.

Rzut na wiedzę o świecie
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#33
07.03.2024, 17:40  ✶  

Prosiło się aż, żeby powiedzieć: co wolno wojewodzie, to nie Tobie, smrodzie. Tyle tylko, że Robert tego powiedzenia zwyczajnie nie znał. Może prędzej napotkał gdzieś jego łaciński odpowiednik, ale... ale jeśli tak było, to na ten moment o nim nie pamiętał. Pozostawało więc znaleźć coś, co będzie miało odpowiednie znaczenie. Przekazać to przy pomocy innych słów. I może by to nawet zrobił, gdyby nie to odniesienie do jednego z nie tak dawnych spotkań. W reakcji na te słowa, jego spojrzenie pociemniało. Gdyby oczy były innego koloru, choćby niebieskie, można byłoby je teraz porównać do nieba przed burzą, albo morza... morza w momencie, kiedy wzbierał sztorm. Bo w Robercie cały czas kotłowały się emocje i najpewniej niewiele brakowało, żeby nareszcie znalazły dla siebie jakieś ujście. Bo czy można w nieskończoność, wiecznie, nad wszystkim panować?

- Uważaj na swoje słowa, Lestrange, jesteś bardzo blisko wyjątkowo cienkiej granicy. - wycedził. Ostatnie słowa już praktycznie wycedził. I może to właśnie one, pozwoliły mu na chwilę złapać pion. Doprowadzić samego siebie do ładu? Porządku? Bo kiedy już usiadł z powrotem na tym łóżku, to był odrobinę spokojniejszy.

Słuchał. Uważnie. Chłonął każdą jedną informacje. On sam od lat pozostawał na uboczu. Odkąd odszedł z Ministerstwa Magii, był znacznie mniej zorientowany w pewnych kwestiach. Nie ze wszystkim pozostawał na bieżąco. Był to jednak z jego strony świadomy wybór. Decydując się na jedną rzecz, należało zrezygnować z tej drugiej. Bo nie dało się mieć ciastka, jednocześnie je zjadając.

Mimo tego braku rozeznania, im więcej słyszał, tym więcej kojarzył. Coś dzwoniło, ale w którym kościele? Nie był w stanie poprawnie zidentyfikować dzwonu. Całkiem spora niedogodność, z którą musiał sobie poradzić. Musiał polegać na tym smarkaczu, który najwyraźniej miał o sobie dość wysokie mniemanie. Czy nie było to poniekąd znajome? Nawet jeśli, to za cholerę by się nie przyznał do tego, że niegdyś bardzo dobrze znał kogoś podobnego. Może i nie niczym dwie krople wody, ale nadal było to podobieństwo znaczące.

Znów odpalił się, kiedy Rodolphus pozwolił sobie na kolejną złośliwość. Z lekkim opóźnieniem, ale po prostu strzelił mu z liścia w mordę. I chyba sam był w szoku, że do czegoś takiego doszło. Ale czy w takim szoku, że kolejny raz by czegoś takiego nie zrobił? Gdzieżby znowu.

-  Ostrzegałem. - padło, ledwie tylko, po nieco dłuższej chwili, zdołał się opanować. Nie zamierzał go przepraszać, nawet jeśli rozpoczynanie awantury tutaj, w tym miejscu i tych okolicznościach było tak głupie, że aż za abstrakcyjne można było uznać to, co Robert zrobił. Bo przecież Mulciber nie był idiotą. Można było o nim powiedzieć wiele, wiele mu zarzucić, ale to? Absolutnie.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#34
07.03.2024, 18:18  ✶  
W pokoju rozległ się charakterystyczny trzask, gdy dłoń Roberta wylądowała z impetem na policzku Rodolphusa. Na kilka sekund pomiędzy nimi zapadła cisza. Głowa chłopaka odskoczyła w bok, ale reszta ciała pozostała nieruchoma. Widział już wcześniej, że przegina, ale nie mógł się powstrzymać. Po prostu nie potrafił. Ostatnio przy Robercie ciągle przesuwał granice, ciągle go testował. Być może to był jakiś chory plan, a być może to Mulciber tak na niego działał. On i Richard tworzyli bardzo specyficzny duet, który po prostu kochał wkurwiać. Wyciągali z niego wszystko to, co najgorsze. Nawet teraz, gdy policzek go zapiekł, nie potrafił się wycofać i odpuścić.
- Nadstawić drugi? - zapytał, odwracając powoli głowę. W jego szarych oczach nie widać było złości, wstydu czy pretensji. Widać było szaleństwo, które tkwiło gdzieś w nim, zamknięte głęboko na klucz. Robert jakimś cudem wyważył wieko i po prostu je wypuszczał za każdym jebanym razem, gdy się do niego zbliżał. Nie potrafił tego zatrzymać. - Uwielbiam twoje czułości, ale to nie czas i miejsce na nie.
Sarknął, ocierając usta wierzchem dłoni, bo kącik też oberwał. Ale to nic. Zasłużył na to i to już dawno, należało mu się. Dostał to, czego chciał - wyprowadził go z równowagi do tego stopnia, że Mulciber sięgnął po przemoc fizyczną. Idealnie. Lestrange posłał mu uśmiech, niezwykle i obrzydliwie uprzejmy. Jakby zachęcał do tego, żeby tym razem Robert użył pięści. I już się zbliżał, już robił krok w kierunku Mulcibera, cholera wie po co, bo w jego oczach krył się ogień, zwiastujący chęć spalenia wszystkiego i wszystkich dookoła, że równie dobrze mógłby spróbować go pocałować, jak i udusić. Wszystko co robił Robert przynosiło zupełnie odwrotny skutek. Gdy go odpychał, ten napierał jeszcze mocniej. Czy gdyby pozwolił mu się zbliżyć, to by odpuścił? To było ryzykowne, szczególnie w tej chwili.
- Człapek przygotował panom śniadanie - nie wiadomo kiedy skrzat pojawił się znowu w pokoju. Przed nim lewitowała całkiem pokaźna taca. Lestrange drgnął. Nie słyszał, jak stworzenie się pojawiło. Ile słyszał z ich rozmowy? Ile tu był? Z żądzą mordu spojrzał w kierunku skrzata, ale ten jakby nic sobie z tego nie robić. Taca popłynęła na stolik przy fotelu. Nic wyszukanego: kilka talerzyków z pieczywem, wędliną, serem. Rogaliki obok. Dwa kubki parującej, ciepłej herbaty. Jajka w koszulkach na dwóch tostach, idealnie przypieczonych, bez najmniejszego śladu przypalenia. Co jednak ciekawe: dostali tylko widelce. Nie dostali noży. - Pan Balfour niedługo się zjawi. Czy Człapek może panom jeszcze jakoś pomóc? Człapek żyje by służyć czarodziejom.
Rodolphus prychnął. Jak taki cwany, to niech odda różdżki.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#35
07.03.2024, 19:04  ✶  

Cholera jedna wie, jak potoczyłoby się to wszystko dalej, gdyby nie pojawienie się skrzata. Rodolphus starał się przekraczać granice, a Robert... Robert na to reagował. Pozwalał, żeby to emocje przejmowały kontrole nad nim. Coś, co nie miało miejsca szczególnie często. Bo przecież człowiek był istotą rozumną właśnie z tego względu, że potrafił nad sobą panować.

Mulciber patrzył na to właśnie w ten sposób.

- Nie Tobie decydować, kiedy czas i miejsce będą odpowiednie. - odpowiedział, nie odrywając od niego spojrzenia. Obserwując. Analizując. Czytając na tyle, na ile czytać potrafił. A przecież nie znali się od wczoraj. Ani też od dwóch dni.

Czy byłby w stanie użyć pięści? Posunąć się kolejny krok dalej? I jeszcze następny? Prawda była taka, że przemoc fizyczna nigdy nie była dla niego rozwiązaniem. Prędzej czymś, czym cholernie się brzydził. Czymś, co dla niego wiązało się ze słabością. Z przyznaniem się do tego, że w danej sytuacji nie dostrzegało się już inne możliwości. Pozostawała jedynie bezsilność. Frustracja. Narastający gniew, który musiał znaleźć jakieś ujście. Dokładnie w ten sposób działał ojciec za każdym razem, kiedy nie był w stanie zapanować nad Richardem, rzadziej nad drugim z bliźniaków.

To nigdy nie były pozytywne wspomnienia.

Pojawienie się skrzata odciągnęło na moment jego uwagę. Parszywe stworzenie, które przekroczyło wszelkie granice. Naruszyło nietykalność czarodzieja. W normalnych okolicznościach coś nie do pomyślenia, ale teraz? W tej sytuacji? Mogli tylko na niego wyklinać. Nie byli w stanie zrobić niczego więcej.

Nie odpowiedział w żaden sposób, nie zareagował w żaden sposób na słowa skrzata. Nawet nie spojrzał na przyniesione jedzenie. Herbatę. Czy on w ogóle miał na to ochotę? Albo inaczej - czy był skłonny wziąć do ust cokolwiek, co przygotowane zostało w tym domu? Może to paranoja, ale wolał jednak zachować ostrożność. Całkowitą ostrożność.

- Panowie czarodzieje się nie denerwują. - widząc ich zachowanie, reakcje, skrzat nie mógł tak po prostu trzymać języka za zębami. - Panowie czarodzieje zjedzą, zrelaksują się. Poczekają na pana Balfour. Człapek może wam przynieść na ten czas książkę, albo karty. Człapek może pomóc panom czarodziejom umilić sobie czas oczekiwania.

Czy te stworzenie zamierzało się kiedyś zamknąć, czy wręcz przeciwnie? Robert aż jęknął, wreszcie spoglądając w jego kierunku. Czy jemu też należało po prostu przyłożyć? Czy to właśnie były tym właściwym rozwiązaniem, którego nie mógł przez cały ten czas odnaleźć? Czy kiedykolwiek upadł tak nisko, żeby myśleć w taki sposób?!

- Człapek zostawi nas samych. Człapek stąd s-p-i-e-r-d-a-l-a. - wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo. Kolejne, które do niego zupełnie nie pasowało, ale jednak padło. Prosto z jego ust. A skrzat... skrzatowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Ze zwieszonym nosem, uszami, smutnym wyrazem twarzy... ot, teleportował się ponownie. Zniknął im z oczu. Zostali sami.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#36
07.03.2024, 19:25  ✶  
Robert serio sam się prosił. Nie on będzie decydował, kiedy był czas i miejsce na czułości? Co to w ogóle miało znaczyć. Przewróciłby oczami, czym pewnie dodatkowo odjąłby sobie kilka punktów, ale wybawiło go pojawienie się skrzata. Nie ruszył się jednak na krok, nie drgnął nawet, gdy Człapek zaczął mówić. Nie patrzył nawet na jedzenie, nie weźmie go do ust. Wolał chodzić głodny, niż ryzykować, że to cholerne stworzenie ich otruje.

To, w jaki sposób Mulciber się zachowywał, było w ogóle nie do przyjęcia i nie do pomyślenia. To, jak wyklinał, jak ciskał gromy z oczu, jak kazał skrzatowi po prostu wypierdalać. Być może jednak to był czas, żeby zrobić krok w tył.
- Robercie - powiedział cicho, gdy zostali sami. Mulciber wydawał się być jednym wielkim kłębkiem nerwów. Oczywiście że to po części była jego zasługa, był z tego dumny. Ale jeżeli zaraz miał przyjść pan tego domu, to lepiej dla wszystkich by było, żeby Robert się uspokoił. Lestrange westchnął i podszedł do niego. Powoli, tak żeby widział, że się zbliża, żeby mógł zareagować, jeśli coś mu by nie pasowało. Pozostawił mu wybór: mógł się odsunąć, gdy próbował położyć mu delikatnie dłonie na ramionach. Gdyby to zrobił, to nie próbowałby dalej tego robić. Ale dotyk wydawał mu się w tej chwili czymś właściwym, czymś co mogło powstrzymać kłębiące się w Robercie emocje. - Żeby wyjść stąd cało, musimy czekać i trzymać nerwy na wodzy.
Teraz to mówił. Teraz mu przekazywał, że powinien się uspokoić. To może mógł sobie odpuścić wkurwianie go wcześniej? Cóż... Mleko się rozlało, ale Rodolphus powiedział sobie w tej chwili wyraźne stop. Nie miał zamiaru naciskać dalej. Wpatrywał się w Mulcibera poważnym wzrokiem. Nie ponaglającym, nie oceniającym. Nie zaniepokojonym. Nie martwił się - wiedział, że uda im się jakoś wyjść z tego w jednym kawałku. Mieli przecież kilka asów w rękawie. Poza tym Robert był oratorem, potrafił zjednać do siebie ludzi. Tylko musiał przestać zachowywać się jak zwierzę, które ktoś wrzucił do klatki. Kusiło powiedzieć, że jeśli mu to pomoże, to może go znowu uderzyć. Albo że się po prostu zamknie. Ale tego drugiego nie potrzebował mówić - po prostu to zrobił. Milczał, by pozwolić Robertowi zebrać myśli. Ale jednocześnie był obok, pod ręką. Ustawiony w taki sposób, że oddzielał Mulcibera od drzwi. Bo co by nie powiedzieć o jego zachowaniu, to wiedział po czyjej stronie stał i kto powinien przyjąć ewentualny pierwszy cios, chociaż nie podejrzewał, by do tego doszło ze strony pana domu.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#37
07.03.2024, 20:07  ✶  

Obydwoje zdawali się w tym kontekście zgodni. Nie zamierzali ruszać niczego, co przyniósł im skrzat. Choć herbata była kusząca, a i żołądek z wolna dopominał się o jedzenie, Robert nie zamierzał się w tym przypadku złamać. Widział w tym zbyt duże ryzyko. Uważał, że zachowanie odpowiedniej ostrożności, to obecnie konieczność. A może nawet i więcej niż zwykła konieczność?

Ciężko było się uspokoić. Z trudem przychodziło nad sobą zapanować. Kiedy granice zostały naruszone, koniecznością było postawienie ich na nowo. Tyle tylko, że okoliczności temu wcale nie sprzyjały. Niczego nie ułatwiały. Robert znajdywał się teraz daleko poza swoją strefą komfortu. Zależny był od człowieka, w stosunku do którego absolutnie nie wiedział, czego należało się spodziewać. Pozbawiony różdżki. Pozbawiony szans obrony. Prawdziwych szans. Realnych.

To wszystko uparcie krążyło mu po głowie.

- Powiedz mi coś, czego nie wiem. - kolejne słowa, które nie zabrzmiały tak, jak powinny. W sposób, do którego Robert zdążył już dawno temu Rodolphusa przyprowadzić. Czy to wyprowadzenie Mulcibera z równowagi mogło zostać w tych okolicznościach uznane za sukces? Czy może raczej było objawem skrajnej głupoty, o której Lestrange wolałby zapomnieć? Do niej nie wracać?

Nie odsunął się. Nie zareagował w żaden sposób, który mówiłby nie zbliżaj się do mnie. Może dlatego, że starał się wyłączyć. Próbował ignorować wszystko. I wszystkich. Może nawet łącznie z samym niewymownym? Jeśli chciał się doprowadzić do porządku, musiał się wyciszyć. Musiał nabrać powietrza prosto w płuca, a następnie je wypuścić. Raz. Drugi. Może nawet trzeci. Dokładnie tyle, ile będzie musiał. Potrzebował.

- Ile czasu minęło, odkąd Angus Balfour zniknął? - kiedy wreszcie zaczął się uspokajać, wydawało się, że odzyskał nad sobą kontrolę, przynajmniej tak po części, przeszedł do zadawania pytań. Do rozszerzania zakresu informacji, które posiadali; które posiadał Rodolphus. Czasami warto było dopytać. Sprawdzić. Czegoś spróbować.

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#38
07.03.2024, 20:26  ✶  
I kto tu był bezczelny i pyskaty? Lestrange uniósł lekko kącik ust, bo mimo wszystko wyglądało na to, że Robert powoli wracał do siebie. Widział, że było odrobinę lepiej, że przestał się rzucać w środku. Zaczynał się uspokajać, przestał przeklinać. To był dobry pierwszy krok. Tyle razy już przesunął z nim granicę, że mógł pozwolić sobie na to, by przesunąć ją znowu - ale nie w przód, a w tył. Być może zrozumiał, że zabawa się skończyła - a być może po prostu uznał, że na ten moment znowu powinni grać w jednej drużynie. Albo po prostu zmienił zdanie, bo miał taki kaprys. Był jednak ostrożny, bo przecież nie chodziło mu w tej chwili o to, by znowu Roberta w jakikolwiek sposób sprowokować. To, że pozwolił mu na ten dotyk, i tak znaczyło dużo. Wyjątkowo postanowił odpuścić, pozwalając sobie wyłącznie na powolne przesunięcie dłoni wzdłuż jego ramion, zanim ich nie cofnął.
- Jakieś 4 lata temu. Krótko po finalizacji rozwodu. Chyba minął niecały miesiąc od zakończenia małżeństwa. W międzyczasie jego była żona próbowała włamać się do domu, zaatakowała go na ulicy i próbowała go okraść - niestety nie wiedział za wiele. Pamiętał tę sprawę tylko dlatego, że sam zmagał się z walniętą ex, więc trochę biednego mężczyznę rozumiał. W jego przypadku babsko dało mu spokój, przynajmniej na razie - i nie było tak zajadłe, jak była żona Angusa. - Jestem przekonany, że jego zniknięcie ma związek albo z Uną, albo z byłą żoną. Możliwe, że to jest powiązane. Rzucił żonę dla Uny? Nie zdziwiłoby mnie to, patrząc na to, co robiła z nami wczoraj. Tylko... Pamiętasz, co mówił ten śmieć? Że ma Uny pilnować.
Przypomniał, co mówił wczoraj skrzat, zanim ich nie zaatakował. Być może więc mieli jakieś szanse? Przecież skoro Człapek miał Uny pilnować i wspomniał, że gdyby go zawołali, to by pomógł... To być może nie tylko Robert i Rodolphus byli więźniami w tym domu?
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#39
07.03.2024, 20:49  ✶  

Dotyk, na który tak rzadko sobie pozwalał, w tym momencie faktycznie koił nerwy. Albo może to kwestia tego, że nagle ponownie obydwaj zdawali się grać w jednej drużynie? Nie było to czymś, nad czym Robert zamierzał się zastanawiać, cóż, kiedykolwiek. Próbując skupić się na sprawie, na problemie, który musieli spróbować w jakiś sposób rozwiązać, słuchał uważnie Rodolphusa. A przy okazji, uważnie wpatrywał się też w ten cholerny obraz na ścianie. Tylko czy patrząc na niego rzeczywiście go widział? Wątpliwe, żeby zapytany, był w stanie go teraz opisać.

Może nawet nie rozumiałby czego dokładnie dotyczyło to pytanie?

- Ma pilnować Uny. Mógł nam pomóc. I nie chciał krzywdzić... - rozważał, na spokojnie, wszystko co usłyszał. Zarówno od Rodolphusa, ale też wcześniej, od Człapka. Coś musiało być tutaj na rzeczy. Tylko co konkretnie? Mogli jedynie gdybać. Poczynić jakieś założenia w oparciu o informacje, które posiadali. Albo raczej, w oparciu o tych informacji strzępki. Fragmenty. Nie dysponowali bowiem niczym, co postawiłoby sprawę jasno. Nie pozostawiło żadnego miejsca na wątpliwości. - Wspólne nazwisko wskazuje na to, że muszą być ze sobą powiązani. Może to jego żona, może siostra, córka...

Nie dane było im długo nad tym wszystkim gdybać. Długo w tym wszystkim grzebać. Z cichym puff! w pokoju ponownie zjawił się Człapek. Z karcącym spojrzeniem skomentował to, że nie zjedli śniadania. I nie ruszyli też gorącej herbaty. Teraz w sumie już wcale nie takiej ciepłej. Minuty mijały bowiem jedna po drugiej. Ciężko było za tym nadążyć. Ocenić jednoznacznie to, ile czasu minęło. Upłynęło.

- Panowie czarodzieje opadną z sił. Panowie czarodzieje powinni byli zjeść. Pan Balfour nie będzie z Człapka zadowolony. Człapek niedobry. - długo pewnie by się nad samym sobą użalał, gdyby nie to, że do przekazania miał informacje. I to właśnie ta informacja sprawiła, że do nich wrócił; że ponownie pojawł się w pokoju. - Człapek prosi, żeby panowie czarodzieje zjedli chociaż po rogaliku. Pan Balfour czeka w salonie. Pan Balfour nie będzie zadowolony, że panowie czarodzieje nie zostali należycie przez Człapka ugoszczeni.

Naprawdę? Czy ten skrzat był poważny. Robert na niego spojrzał, marszcząc przy tym brwi. Niewiele z tego już rozumiał. Miał mętlik w głowie. Po co ten cały Balfour chciał z nimi rozmawiać, jeśli nie chciał ich krzywdy? Nie chciał się w żaden sposób zemścić? To wszystko było za bardzo poplątane. Po prostu dziwne.

- Nie będziemy jedli. Zabierz nas do pana Angusa. - celowo posłużył się prawdopodobnym imieniem pana tego domu, zamiast ograniczyć się tylko i wyłącznie do nazwiska, które słyszeli od dłuższego czasu. Może po reakcji skrzata uda im się ustalić czy byli w tym przypadku na właściwym tropie? Czy ich podejrzenia były słuszne?

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#40
07.03.2024, 21:15  ✶  
Tak, właśnie o to chodziło - żeby odetchnął, zebrał myśli. Przeanalizował to, co mu właśnie powiedział. Żeby znowu zaczął działać, pomimo zamknięcia i głodu, który na pewno odczuwał w przynajmniej takim samym stopniu, co Lestrange. Ale on również nie zamierzał jeść niczego, co mu podadzą w tym domu. Nie ufał Człapkowi za grosz, podobnie jak Angusowi. O ile to faktycznie był on.
- Możliwe - powiedział po chwili milczenia. Zerknął na obrazek, w który wgapiał się Robert, ale nie dostrzegł w nim niczego podejrzanego. Pewnie Robert musiał zawiesić na czymś wzrok. Rodolphus zaczął wolnym krokiem krążyć po pokoju. Spokojnie, bez pośpiechu. Myślał. Szukał w pamięci informacji o tym mężczyźnie, ale niestety poza tym, co już powiedział Robertowi, nie wiedział wiele więcej. Na pewno miał jakieś dzieci, być może dorosłe. Ale nie aż tak. - Jest na to chyba za st...
Nie zdążył dokończyć, że Una była chyba za stara żeby być córką Angusa, gdy w pokoju znowu pojawił się skrzat. Lestrange momentalnie się skrzywił. Ściągnął brwi w grymasie gniewu. Nie musiał się hamować, nie przy byle śmierdzącym, nic nie znaczącym stworzeniu.
- Jestem ciekawy, jak zareaguje na to, że zabrałeś nam różdżki - syknął, wbijając ostre spojrzenie w skrzata. Gnida. Parszywy, brudny i bezczelny śmieć. Jakim prawem mówił im, że mają cokolwiek jeść? - Jeszcze jedno słowo, a wepchnę ci ten rogalik w gardło.
Powiedział jadowicie, a w jego oczach błysnęło niebezpiecznie. Nie miał różdżki, ale znowu mógł spróbować przemienić się w węża i zaatakować. Być może byłby szybszy. Być może mógłby stąd uciec. Ale nie zostawi przecież Roberta. Weszli tu razem, to razem muszą wyjść.

Człapek skulił się i zamrugał, przenosząc spojrzenie pełne żalu z Rodolphusa na Roberta. Nie chcieli jeść, a przecież Człapek sam wyrabiał ciasto. Sam upiekł rogaliki i chleb. Były pyszne i miękkie, dużo lepsze niż te, które można było kupić w Londynie. Robił je zgodnie z francuską recepturą. Naprawdę się starał. Nie mógłby zjeść rogalika, nawet gdyby Lestrange mu go wepchnął do gardła. Nie mógł jeść w obecności czarodziejów. Poza tym to były rogaliki dla nich. A herbata była z Chin. Taka strata.
- Człapek już prowadzi - pokiwał głową, chociaż niemrawo. Nie zaprzeczył, jeśli chodzi o imię. Przyjął je jako fakt, jako coś naturalnego. Musiało to być więc prawdą: słusznie założyli, że to Angus. Bo skrzat był tak wyszczekany, że na pewno by Roberta poprawił, gdyby imię się nie zgadzało. Skrzat pstryknął palcami, a mechanizm zamka w drzwiach szczęknął. Drzwi uchyliły się, a nieszczęsne stworzenie ruszyło ku nim. Człap, człap, człap. W rytm jego kroków długie uszy podskakiwały, podobnie jak brudna szmata, którą miał na sobie. Człap, człap. Przeszli przez niewielki korytarz, zeszli na schody. Człap, człap. Skrzat prowadził ich do salonu, w którym dnia poprzedniego rozmawiali z Uną. Swoją drogą w domu było cicho i nie słychać było rozmów. Nie widać było też blondynki. Ją też zamknęli w pokoju? Co za popieprzona rodzina.

Rodolphus zerknął kontrolnie na Roberta. Szedł trochę przed nim, nie pozwalając, by mężczyzna go wyprzedził. Odruchowo tak. Bo przecież nic tu się nie trzymało kupy - ani to, że Angus chciał z nimi po prostu porozmawiać, ani to, co się stało wczoraj. Ani to, jak Człapek ich traktował i to, co mówił wczoraj. Więc po prostu zakładał najgorsze. Nie próbował też uciekać, bo wiedział, że w tej chwili byli na przegranej pozycji. Miał nadzieję, że Robertowi również próba ucieczki nie przyszła do głowy. Być może się z tego wyłgają.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Robert Mulciber (10538), Rodolphus Lestrange (10293)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa