Gdyby nie obiecała babci, że będzie dzisiaj nocować u niej, to pewnie już dawno zaległaby w łóżku Erika, albo Brenny, albo ich ojca, gdziekolwiek. Byleby zasnąć. Jednak Figg dotrzymywała danego słowa, musiała więc jakoś wrócić do Lizzy. Erik, jak zawsze okazał się być wspaniałym towarzyszem do nocnych wojaży, nie zostawił jej samej sobie, tylko zaangażował się w jej powrót do babci.
Bardzo rozsądnie postąpił, nim bowiem wyszli z Warowni złapał jeszcze jedną butelkę alkoholu, która miała umilić im podróż, taki przyjaciel to skarb. Zawsze myślał o wszystkim, był niesamowity. Patrzyła na niego teraz swoimi szklanymi od wypitego alkoholu czami, opierając się o framugę, kiedy ubierał swoje znoszone trampki.
Noc była gwieździsta, chociaż trochę się jej one rozmywały. Próbowała mrużyć oczy, aby wyostrzyć wzrok, nie był to chyba najlepszy pomysł. Zrobiła krok i zsunęła się ze schodka przy drzwiach wejściowych, złapała się odruchowo Longbottoma za ramię, żeby nie zaliczyć gleby.
- Errrriiik. - Odetchnęła głęboko. - Ni chuja, ja nie dojdę. - Dotarło do niej, że to wcale nie jest takie proste. - Daj mi te butelke. - Wystawiła dłoń w jego kierunku, coby jeszcze bardziej się doprawić, trzeźwiejsza i tak nie będzie, na pewno nie dzisiaj. Upiła łyk alkoholu, nie krzywiła się jednak, kiedy go piła, najwyraźniej już jej było wszystko jedno.
- Macie tu takie wiesz... - Próbowała mu zademonstrować gestem o co jej chodziło, nachyliła się do przodu i udawała, że trzyma coś w dłoni. Zapomniała słowa, ale wreszcie sobie je przypomniała. - TACZKE KURWA - Krzyknęła trochę zbyt głośno, oby nikt w warowni się nie obudził. - Wrzucisz mnie do środka - Nadal gestykulowała, aby pokazać o co jej chodzi. - Wtedy dojdziemy! Dojdziemy do Lizzy. - Plan wydawał się jej być naprawdę doskonały. Longbottomowie musieli przecież posiadać taczkę, na pewno, przy takich terenach zielonych to mieli pewnie i z dziesięć taczek.