Żebraka, starca, jego samego, odrzuciło w tył. Nie uderzył o ścianę, niestety i zaraz znów ruszył w ich stronę. Wyciągnął ręce ku Christopherowi, a ten wreszcie z pewną zgrozą dostrzegł w nim znajome elementy: jasne oczy, dokładnie takie, jakie widywał w lustrze, jakieś ledwo widoczne podobieństwo w rysach, odmienionych przez zmarszczki i używki. Nie wprawiło go to może w panikę, ale na pewno sprawiło, że serce przyspieszyło biegł, a dłoń zaciśnięta na różdżce zadrżała: oto był cel wszystkich boginów. Wywołanie lęku.
– Bogin? – powtórzył Rosier, w ostatniej chwili rezygnując z rzucenia kolejnego zaklęcia odpychającego. – Cholera, byłem w skrzydle szpitalnym, jak to przerabialiśmy.
I zdaje się, że tamtego roku mieli akurat marnego nauczyciela (żadna nowość, właściwie), i materiał był czysto teoretyczny. Coś tam Chrisowi się kołatało po głowie z egzaminu, ale tam też nie walczyli z prawdziwym boginem, bo gdzie profesorowi chciałoby się takiego łapać…
– Coś śmiesznego z tym czymś? Masz ogromne wymagania wobec mężczyzny, Victorio – stwierdził Chris, siląc się na coś na kształt żartu. Może w chwili, w której usłyszał, że to bogin, zgroza ustąpiła, ale coraz mocniej uświadamiał sobie, co widział… i ten widok wcale się mu nie podobał. A mimo całej wyobraźni, którą rzeczywiście posiadał, osadzenie samego siebie w zabawnym scenariuszu trochę uderzało w odrobinę przerośnięte ego Rosiera. Machnął jednak różdżką, próbując rzucić zaklęcie, o którym mu przypomniała, i wyobrażając sobie, jak… tę marną kopię… pokrywa różowa, brokatowa peleryna, a mnóstwo kolorowych baloników unosi go pod sufit.
Słaby sukces...