• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence

[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
4 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 4 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)  
Przez pierwsze kilka minut naprawdę wierzyłem, że ten wieczór mógł zakończyć się bez żadnych większych komplikacji, co samo w sobie powinno było wzbudzić moją czujność, ponieważ ilekroć dochodziłem do podobnego wniosku, los najwyraźniej uznawał, że należałoby mi przypomnieć, jak niewielki miałem wpływ na przebieg wydarzeń, zwłaszcza kiedy w grę wchodziła Prudence Bletchley.
- Jasna sprawa. - Skinąłem głową, przyglądając się ciemnym sylwetkom nagrobków, których kształty zacierały się w słabym świetle, po czym wróciłem spojrzeniem do Prue, gotów wysłuchać kolejnej porcji jej rozważań, bo kiedy wpadała na jakiś trop, potrafiła mówić o nim z takim skupieniem, że trudno było nie dać się wciągnąć w tok jej myślenia. W innych okolicznościach pewnie poświęciłbym więcej uwagi temu, jak łatwo potrafiliśmy przystać na pomysł, który za dnia oboje uznalibyśmy za zupełnie bezzasadny, lecz tej nocy nie miałem szczególnej ochoty wracać do domu, gdzie czekały na mnie rzeczy, takie, których nie dało się załatwić kilkoma godzinami udawania. Przez chwilę naprawdę mogłem uwierzyć, że byliśmy po prostu dwójką młodych ludzi zainteresowanych tajemnicą starego cmentarza, nie zaś Prudence Bletchley i Aloysiusem Rookwoodem, którzy potrafili znaleźć sobie powód do sporu nawet wtedy, gdy oboje doskonale wiedzieli, że w gruncie rzeczy chodziło im o to samo.
- Dziękuję za definicję, profesor Bletchley. Czuję się znacznie mądrzejszy, niż byłem przed chwilą. - Odparłem, pocierając dłonią czoło. - Zapamiętam ją na przyszłość, szczególnie tę część o ludziach zachowujących się w sposób niezrozumiały. - Przez chwilę miałem ochotę zapytać, czy przygotowała sobie podobne objaśnienia również dla innych słów, których używała na co dzień, ale powstrzymałem się, bo nie chciałem, by pomyślała, że lekceważyłem albo wręcz bezczelnie wyśmiewałem jej odpowiedź - tym razem naprawdę tak nie było - w gruncie rzeczy interesowało mnie, jak postrzegała to, co odbiegało od normy, szczególnie że sama potrafiła zachowywać się w sposób, który dla wielu osób byłby trudny do zrozumienia, podczas gdy dla mnie stanowił już całkiem znajomy element jej osobowości.
Nie postanowiłem jednak rozwinąć tej myśli, ponieważ jej kolejne pytanie skierowało rozmowę na znacznie ciekawszy tor. Dlaczego uważałem to miejsce za niepokojące? Zatrzymałem wzrok na odległym rzędzie najstarszych nagrobków, częściowo zasłoniętych przez drzewa, przez chwilę szukałem odpowiedzi, która nie sprowadzałaby się do banalnego stwierdzenia, że cmentarze nocą miały w sobie coś nieprzyjemnego, bo nie należałem do osób, które łatwo ulegały nastrojowi miejsca, zaś strach sam w sobie nigdy nie stanowił dla mnie szczególnie użytecznego doradcy, lecz istniała różnica między zwykłą niechęcią do przebywania po zmroku wśród grobów a przekonaniem, że pewne rzeczy nie wyglądały tutaj tak, jak powinny. Nie bałem się grobów, nie bałem się też samej śmierci, przynajmniej nie w sposób, który można byłoby łatwo wyjaśnić, ponieważ w naszym świecie istniało wystarczająco dużo rzeczy zdolnych odebrać życie, żeby szybko przestawało się traktować ten temat jako abstrakcję.
- Ponieważ znam tę okolicę, Bletchley. - Odpowiedziałem, tym razem bez żartobliwego tonu, przyglądając się ciemnym sylwetkom drzew po drugiej stronie ścieżki. - Mieszkam w Little Hangleton od urodzenia, nie przyjechałem tu wczoraj na wakacje i nie opowiadam ci zasłyszanych historii tylko po to, żebyś miała o czym myśleć przed snem. Wiem, co ludzie mówią o tym cmentarzu, wiem też, że niektóre z tych opowieści powtarzano na długo przed tym, zanim ktokolwiek z nas przyszedł na świat. To jeszcze nie dowód na istnienie atrakcji, które mogłyby umilić nam noc, ale wystarczający powód, żeby nie traktować tego miejsca jak szkolnego boiska, gdy jest się z… - Machnąłem ręką w powietrzu. - No, sama wiesz. - Zerknąłem na nią, próbując ocenić, czy dotarła do niej różnica między moim wcześniejszym teatralnym tonem a tym, co mówiłem teraz. Nie zdążyliśmy jednak rozwinąć tematu, gdyż wiatr, który dotychczas jedynie poruszał gałęziami i strącał na ziemię suche liście, nagle uderzył w nas z taką siłą, że usłyszałem szelest materiału, po czym zobaczyłem zsuniętą z ramion Prudence chustę, która uniosła się w powietrze - potem wszystko wydarzyło się błyskawicznie - lekka tkanina przemknęła między nami, zatoczyła krótki łuk nad ścieżką i popłynęła w stronę nagrobków, a moja towarzyszka ruszyła za nią, zanim zdążyłem choćby otworzyć usta. Pobiegłem zatem za nią.
- Prue, zostaw tę chustę! Kupię ci nową! - Krzyknąłem, próbując ją dogonić. - Mogę ci kupić dziesięć, jeśli dzięki temu przestaniesz zapierdalać, jakby ogłosili, że rozdają darmowe miotły! - Oczywiście, że mnie nie posłuchała, co w gruncie rzeczy nie powinno było być dla mnie dziwne, bo przecież znałem ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jeśli coś postanowiła, równie skutecznie można było próbować przekonać nadciągającą burzę, żeby zmieniła kierunek. Lawirowała między grobami, podczas gdy ja usiłowałem nadążyć, nie potykając się przy tym o wystające korzenie ani nie wpadając na płyty nagrobne albo nie nadziewając się na niewielkie, ale ostro zakończone płotki, które pojawiały się przede mną w najmniej odpowiednich momentach, dosłownie wyrastając z ciemności. Chusta co chwilę zmieniała kierunek, podrywana przez kolejne podmuchy, zaś Prue oddalała się coraz bardziej, najwyraźniej całkowicie pochłonięta pościgiem, w pewnym momencie straciłem ją z oczu, więc zatrzymałem się, nasłuchując uważnie, lecz wiatr szumiał w koronach drzew, zaś gdzieś dalej rozległ się ten dźwięk, którego nie potrafiłem od razu przypisać żadnemu ze znanych mi źródeł.
Nie zamierzałem panikować, ale nie miałem też zamiaru udawać, że sytuacja była szczególnie zabawna, bo nawet jeśli Prudence potrafiła doprowadzić mnie do szału, nie należała do osób, które pragnąłbym zgubić w środku nocy na nawiedzonym cmentarzu. Ruszyłem więc dalej, trzymając różdżkę w pogotowiu i starając się nie dać ponieść wyobraźni, która w podobnych miejscach potrafiła być równie nieprzyjemna, co nieprzydatna. Zatrzymałem się ponownie na rozwidleniu ścieżek, nasłuchując przez chwilę, po czym wybrałem tę, która prowadziła w stronę starszych grobów, nawet jeśli wolałbym tam nie iść, miałem nadzieję, że udało jej się złapać chustę i że wkrótce zamierzała wrócić na główną ścieżkę, lecz im dłużej jej nie widziałem, tym bardziej zaczynałem żałować, że nie spróbowałem złapać jej i zatrzymać w miejscu, zanim pobiegła w ciemność, chociaż przecież dobrze wiedziałem, że próba powstrzymania Bletchley przed zrobieniem czegoś, na czym jej zależało, zwykle kończyła się jedynie tym, że robiła to z jeszcze większą determinacją.
Kiedy wreszcie usłyszałem coś, co zabrzmiało jak odzew, zatrzymałem się tak gwałtownie, że pod moim butem zachrzęścił żwir - przez sekundę nie byłem pewien, czy rzeczywiście usłyszałem swoje imię, czy też wiatr postanowił zakpić sobie ze mnie jeszcze jeden raz, ale zaraz potem dobiegło mnie znajome wołanie - ulga, która pojawiła się na myśl, że jednak żyła i znajdowała się gdzieś niedaleko, była tak silna, że aż poczułem ją w żołądku, zaraz potem wróciła jednak złość, ostrzejsza niż wcześniej, podsycana świadomością, że przez ostatnie minuty zdążyłem wyobrazić sobie tyle możliwych nieszczęść, ilu nie chciałem rozpatrywać przez całe życie. No, a potem mnie dobiła - „Wish, jesteś gdzieś tutaj, czy już poszedłeś do domu?” - zacisnąłem szczękę.
„Do domu. Naprawdę?! Kurwa, serio?!” Przez cały ten czas biegałem po cmentarzu, szukając jej między nagrobkami, wyobrażając sobie wszystkie możliwe sposoby, na jakie mogła wpakować się w kłopoty, ona zaś najwyraźniej dopuszczała możliwość, że po prostu zostawiłem ją tutaj i wróciłem do domu.
- Tutaj! - Odkrzyknąłem, ruszając w stronę jej głosu. - Stój w miejscu, do cholery, nie ruszaj się już nigdzie! - Dodałem, nie przejmując się już tym, ilu miałem obudzić zmarłych, zwracając na siebie uwagę wszystkich duchów w promieniu kilku mil. Chodziło o to, że znajdowaliśmy się na cmentarzu, po zmroku, w miejscu, o którym przed chwilą rozmawialiśmy w kontekście zniknięcia grabarza, niepokojących szczegółów oraz legendy, której prawdziwości nie zdążyliśmy jeszcze zweryfikować, Prudence zaś uznała za stosowne pognać na oślep w ciemność, nie informując mnie nawet, dokąd dokładnie zamierzała się udać. W końcu dostrzegłem ją pomiędzy nagrobkami, za figurą skrzydlatej postaci, miała potargane włosy, zaróżowione policzki i tę swoją nieszczęsną chustę, którą najwyraźniej udało jej się odzyskać, ale nie to zwróciło moją uwagę jako pierwsze. Rozejrzała się wokół, najwyraźniej próbując rozpoznać ścieżkę, po czym zrobiła kolejny krok w nieznanym kierunku, co wystarczyło, żebym przyspieszył i dopadł do niej, zanim zdążyła ponownie zniknąć mi z oczu.
- Prue.
Przez krótką chwilę tylko na nią patrzyłem, próbując zdecydować, od czego właściwie powinienem był zacząć. Od tego, że zniknęła mi z oczu? Od tego, że ignorowała moje wołanie? Od tego, że przez ostatnie kilka minut miałem ochotę roznieść na kawałki każdy nagrobek, za którym mogła się znajdować, tylko po to, żeby upewnić się, że nie leżała gdzieś nieprzytomna? Ostatecznie uznałem, że nie było sensu wybierać jednego powodu, skoro wszystkie były równie dobre, tylko spojrzałem jej prosto w twarz, nie próbując nawet ukrywać emocji, które od kilku minut rozsadzały mi klatkę piersiową.
- Czy ty kompletnie postradałaś rozum?! - Mój głos zabrzmiał znacznie ostrzej, niż zamierzałem, ale w tej chwili nie potrafiłem się tym przejąć, zamiast tego przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, sprawdzając, czy nie miała żadnych obrażeń, czy oddychała normalnie, czy nie wyglądała na kogoś, kto przed chwilą przeżył coś, o czym nie zamierzał opowiadać, po czym znów spojrzałem jej w oczy. - Nie, kurwa, nie musisz odpowiadać. - Nie chodziło o to, że nie potrafiła o siebie zadbać - wiedziałem, że potrafiła, czasem nawet lepiej niż większość osób, które znałem - właśnie dlatego byłem tak wściekły, ponieważ nie mogłem zrozumieć, dlaczego dziewczyna, która potrafiła dostrzec zagrożenie tam, gdzie inni widzieli wyłącznie przypadek, nagle postanowiła zignorować wszystko, co znajdowało się wokół niej, dla kawałka materiału.
- Czy ja, przepraszam, „poszedłem do domu”? - powtórzyłem, nie dowierzając własnym uszom, po czym pokręciłem głową i zaśmiałem się krótko, bez cienia rozbawienia. - Nie, Prudence, nie poszedłem do domu. Nie uznałem, że skoro postanowiłaś pobiec w ciemność, ignorując wszystkie moje wołania, to zaje–kurwa–biście będzie zostawić cię na cmentarzu i wrócić do siebie, żeby położyć się spać. Wyobraź sobie jednak, że zamiast być, kurwa, frajerem, przez ostatnie kilka minut robiłem coś znacznie mniej, kurwa, przyjemnego. - Zacząłem od nowa, zanim zdążyłem uznać, że może lepiej byłoby najpierw odetchnąć i policzyć do dziesięciu, choć w tej chwili nawet setka mogłaby nie wystarczyć. - Szukałem cię! Wiesz, jakie to wspaniałe uczucie? - Zacisnąłem szczękę, bo samo wypowiedzenie tych słów nie przyniosło mi żadnej ulgi, wręcz przeciwnie, uświadomiło mi tylko, jak bardzo byłem wściekły, i jak niewiele brakowało, żebym powiedział jej coś, czego później nie dałoby się już cofnąć. Przesunąłem dłonią po włosach, odwróciłem się na moment w stronę ścieżki, z której właśnie wyszła, po czym znów spojrzałem na nią, dalej bez cienia rozbawienia. Wciąż czułem w nogach bieg między nagrobkami, w gardle drapanie od wołania jej po imieniu, w głowie zaś miałem tę cholerną pustkę, która pojawiała się za każdym razem, gdy docierałem do kolejnego zakrętu i nie widziałem przed sobą niczego poza ciemnością. Nie zamierzałem oczywiście roztrząsać teraz, dlaczego tak bardzo mnie to obeszło, bo nie miałem ani ochoty, ani cierpliwości do zajmowania się własnymi uczuciami w środku nocy na cmentarzu, szczególnie kiedy ich bezpośrednim powodem stała przede mną Prudence Bletchley, która potrafiła w ciągu kilku minut przeprowadzić mnie od względnego spokoju do stanu, w którym najchętniej zamknąłbym ją w jakiejś szafie i wyrzucił klucz do najbliższej studni.
- Nie jesteś tutaj sama, Prue. - Powiedziałem w końcu, już ciszej, lecz z taką stanowczością, że sam poczułem ciężar tych słów, więc zaraz naturalnie ponownie wszedłem w wyższe oktawy. - Nie przyszłaś tutaj sama! Nie umawialiśmy się, że każde z nas będzie robiło, co mu się podoba, bez względu na to, co stanie się z drugim! Przynajmniej daj mi, kurwa, możliwość wiedzieć, co zamierzasz zrobić, zamiast zostawiać mnie tutaj i zmuszać do zgadywania, czy jeszcze cię zobaczę! Twoi Starzy z pewnością woleliaby, żebyś wróciła do domu cała, zamiast żebyś zginęła podczas pościgu za, kurwa, apaszką! Babka by wolała! Elias by wolał! - To była chusta, ale równie dobrze mógł być też szalik, nie o to mi chodziło. - Ja, na chuja Merlina, też wolałbym, żebyś wróciła cała, więc może na moment przestaniesz zachowywać się tak, jakbyś była jedyną osobą na świecie, która ma prawo podejmować decyzje?! Byłem tuż za tobą, wołałem cię, próbowałem cię zatrzymać, a ty nawet nie raczyłaś się obejrzeć! - Ta myśl tylko pogłębiła moją frustrację, bo choć miałem ochotę obarczyć ją całą winą, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że sam również powinienem był zachować się inaczej. Nie byłem przecież idiotą, wiedziałem, że ludzie potrafili robić głupie rzeczy, kiedy reagowali impulsywnie, byli przestraszeni, zdenerwowani albo po prostu przestawali myśleć, lecz Prudence nie należała do osób, po których spodziewałem się tak bezmyślnego zachowania - mogła być uparta, mogła być nieznośna, mogła doprowadzać mnie do szału samym sposobem, w jaki potrafiła patrzeć na mnie z przekonaniem, jakobym to ja był największym kretynem, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia, ale zwykle miała przynajmniej dość rozumu, by nie rzucać się w nieznane bez żadnego planu.
- Ja pierdolę, Pruey. - Spojrzałem na nią krótko, potem znów skierowałem wzrok przed siebie, znajdowaliśmy się w nieznanej mi części cmentarza, architektura nie przypominała już tej, którą pamiętałem z wejścia, chociaż nie potrafiłem od razu określić, jak daleko odeszliśmy od głównej ścieżki. „Zajebiście…”


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6748), Prudence Fenwick (2848)




Wiadomości w tym wątku
[07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.10.2026, 15:11
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.10.2026, 19:20
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.10.2026, 21:39
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.10.2026, 22:10
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.10.2026, 22:36
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 15.10.2026, 21:24
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 16.10.2026, 17:52
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 6 godzin(y) temu
RE: [07/1957] The moon was full when they buried him | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 4 godzin(y) temu

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa