8 godzin(y) temu ✶
— Nie mówił. — Wzruszył ramionami, przepuszczając ją przodem na schodach do kuchni. Może mu Leviathan faktycznie coś przebąknął, przechodząc obok, ale Gareth bratanka zignorował. Gdyby było ważne, to by przystanął. Rzucone w biegu nigdy nader ważne nie jest — znajdzie cię, nie martw się.
Z kuchni o tej porze zionęło przyjemne ciepło, a wnętrze pachniało drożdżami oraz wygasającym paleniskiem. Stary drewniany zegar tykał ze ściany, wydłubując z ciszy sekundę po sekundzie. Poza nim nie było słychać nic; dom wyprowadził się już piętro wyżej, do salonów i do rozmów, na które Gareth i tak w środku tygodnia nie miał ochoty.
Postawił czajnik na fajerce, nie fatygując się różdżką, i oparł się biodrem o kant stołu, zostawiając na jasnym drewnie szary odcisk dłoni, którego nawet nie zauważył.
— Ciężki? — powtórzył, tak jakby nie dosłyszał. — Nie, raczej typowy.
Rozgadać się tu nie mógł, bo szczerze wątpił, aby panna taka jak Astoria, choć ewidentnie bliska rezerwatowi i jego problemom, chciała wysłuchiwać długiej historii mazi spod jego paznokci. Nie wątpił też w to, że Norwegia odbiła się na jego facjacie, ale ta historia była jeszcze dłuższa.
Pytanie o dłonie zawisło między nimi i Gareth spojrzał na nie dopiero teraz, obracając je wnętrzem do lampy, jakby oglądał kopyto po podkuciu. Spuchnięte kłykcie lśniły napiętą, różową skórą. Równo i sucho piekło również przedramię, ale był to ten rodzaj oparzenia, na które jego skóra zdawała się być zahartowana.
— Już odkażone — schował uśmiech pod wąsem, bo wyraźnie uznał jej troskę za rozczulającą — jedyne, co można teraz zrobić, to poratować maściami. Zajmę się tym później.
Z dzióbka czajnika poszła w końcu para, a za nią cienki, równy syk. Gareth zdjął z półki dwa kubki, wybierając te bez wyszczerbień, co w tej akurat szafce wymagało chwili dłuższego namysłu. Astoria jakoś mu nie pasowała do tej wysłużonej, wiejskiej kuchni ukrytej w sercu walijskich gór. Pasowała do marmurowej, wystudzonej i jasnej jak wnętrze morskiej muszli, z miedzią wypolerowaną do odbicia lustra i skrzatami, które domownikom nie pozwalały kiwnąć palcem. Czy pomyślał o tym kiedykolwiek któryś z synów Lazarusa? Cóż, od tego martwego się już nie dowie.
Zalał herbatę, zastanawiając się jak przed nią przemycić gorzałkową wkładkę.
— Byłaś na weselu Greengrassów? — zagaił, szukając butelki z mlekiem.
Nie zamierzał bawić się w żadne „Greengrass-Yaxley”, nawet z grzeczności. Takich nowomodnych fanaberii spodziewałby się po ludziach niższej klasy i mugolakach, a nie po członkach rodzin ze skorowidza. Żaden z tych rodów nie wygasał, żaden nie musiał ratować rodzinnych majątków. Ale widocznie tym rodzinom to aż tak nie przeszkadzało, skoro nikt nie został jeszcze oficjalnie wydziedziczony. Gareth uważał to za dziwne.
Ostrożnie postawił przed nią kubek, kciukiem po samej krawędzi ucha, tak żeby nie skazić porcelany zaległym popiołem, bo łap ewidentnie nie umył zbyt dokładnie. Dostała przy okazji świeże mleko i cukier.
Niespiesznie usiadł naprzeciwko Astorii, ze swoim kubkiem czarnej herbaty zaprawionej dyskretnie whisky, po czym rozłożył łokcie na blacie.
— Galeria nie ucierpiała, prawda?
Mógł zapytać o pogodę, o wakacje, o zdrówko, o Mabon, o cokolwiek nijakiego i neutralnego, ale w tak sztywnym, kurtuazyjnym tańcu, tylko poplątałyby mu się nogi. Przeszedł więc do rzeczy, która najbardziej go interesowała, nawet jeśli zapłacić miał za to łatką nieokrzesanego gbura. Galeria Averych była miejscem, które nie powinno było być celem jakichkolwiek ataków, ale tamtej nocy widział wiele. Rykoszety. Mściwi mugolacy.
Siorbnął herbatę, wciąż za gorącą, nie dając grymasowi oparzenia wleźć na szczękę.
Z kuchni o tej porze zionęło przyjemne ciepło, a wnętrze pachniało drożdżami oraz wygasającym paleniskiem. Stary drewniany zegar tykał ze ściany, wydłubując z ciszy sekundę po sekundzie. Poza nim nie było słychać nic; dom wyprowadził się już piętro wyżej, do salonów i do rozmów, na które Gareth i tak w środku tygodnia nie miał ochoty.
Postawił czajnik na fajerce, nie fatygując się różdżką, i oparł się biodrem o kant stołu, zostawiając na jasnym drewnie szary odcisk dłoni, którego nawet nie zauważył.
— Ciężki? — powtórzył, tak jakby nie dosłyszał. — Nie, raczej typowy.
Rozgadać się tu nie mógł, bo szczerze wątpił, aby panna taka jak Astoria, choć ewidentnie bliska rezerwatowi i jego problemom, chciała wysłuchiwać długiej historii mazi spod jego paznokci. Nie wątpił też w to, że Norwegia odbiła się na jego facjacie, ale ta historia była jeszcze dłuższa.
Pytanie o dłonie zawisło między nimi i Gareth spojrzał na nie dopiero teraz, obracając je wnętrzem do lampy, jakby oglądał kopyto po podkuciu. Spuchnięte kłykcie lśniły napiętą, różową skórą. Równo i sucho piekło również przedramię, ale był to ten rodzaj oparzenia, na które jego skóra zdawała się być zahartowana.
— Już odkażone — schował uśmiech pod wąsem, bo wyraźnie uznał jej troskę za rozczulającą — jedyne, co można teraz zrobić, to poratować maściami. Zajmę się tym później.
Z dzióbka czajnika poszła w końcu para, a za nią cienki, równy syk. Gareth zdjął z półki dwa kubki, wybierając te bez wyszczerbień, co w tej akurat szafce wymagało chwili dłuższego namysłu. Astoria jakoś mu nie pasowała do tej wysłużonej, wiejskiej kuchni ukrytej w sercu walijskich gór. Pasowała do marmurowej, wystudzonej i jasnej jak wnętrze morskiej muszli, z miedzią wypolerowaną do odbicia lustra i skrzatami, które domownikom nie pozwalały kiwnąć palcem. Czy pomyślał o tym kiedykolwiek któryś z synów Lazarusa? Cóż, od tego martwego się już nie dowie.
Zalał herbatę, zastanawiając się jak przed nią przemycić gorzałkową wkładkę.
— Byłaś na weselu Greengrassów? — zagaił, szukając butelki z mlekiem.
Nie zamierzał bawić się w żadne „Greengrass-Yaxley”, nawet z grzeczności. Takich nowomodnych fanaberii spodziewałby się po ludziach niższej klasy i mugolakach, a nie po członkach rodzin ze skorowidza. Żaden z tych rodów nie wygasał, żaden nie musiał ratować rodzinnych majątków. Ale widocznie tym rodzinom to aż tak nie przeszkadzało, skoro nikt nie został jeszcze oficjalnie wydziedziczony. Gareth uważał to za dziwne.
Ostrożnie postawił przed nią kubek, kciukiem po samej krawędzi ucha, tak żeby nie skazić porcelany zaległym popiołem, bo łap ewidentnie nie umył zbyt dokładnie. Dostała przy okazji świeże mleko i cukier.
Niespiesznie usiadł naprzeciwko Astorii, ze swoim kubkiem czarnej herbaty zaprawionej dyskretnie whisky, po czym rozłożył łokcie na blacie.
— Galeria nie ucierpiała, prawda?
Mógł zapytać o pogodę, o wakacje, o zdrówko, o Mabon, o cokolwiek nijakiego i neutralnego, ale w tak sztywnym, kurtuazyjnym tańcu, tylko poplątałyby mu się nogi. Przeszedł więc do rzeczy, która najbardziej go interesowała, nawet jeśli zapłacić miał za to łatką nieokrzesanego gbura. Galeria Averych była miejscem, które nie powinno było być celem jakichkolwiek ataków, ale tamtej nocy widział wiele. Rykoszety. Mściwi mugolacy.
Siorbnął herbatę, wciąż za gorącą, nie dając grymasowi oparzenia wleźć na szczękę.