9 godzin(y) temu ✶
– Sędzia nie rzuca słów na wiatr, panie Delacour – oznajmił Crouch z uśmiechem.
Potworność pociągała Roberta. Cóż by poradzić, każdy miał jakieś dziwactwa, upodobania, które dotychczas nieodkryte, w pewnym momencie wychodziły na wierzch. Stawały się uporczywe, uwierające. Stanowiły nienasycone pragnienie, być może podobne do tego, które Gustave odczuwał co do krwi. Najpierw Gabriel Montbel, pierwszy ognik, jednak nie tak mocny, raczej figlarny. Druga była tajemnicza dama z balu, która uwodziła go magicznym głosem, a gdy całowała, Robert słyszał w uszach morskie fale. Z Gustave'em jednak uczucie było najmocniejsze. Na bogów, piękniejszego mężczyzny Crouch w życiu nie widział. I teraz był świadomy i pragnął również świadomie. Chciał tego wampira i wszystkiego, co się z tym łączyło. Chciał chłodu jego skóry, chciał, by ten (w granicach rozsądku) skosztował z sędziowskich żył szlachetnej krwi rodu Crouchów. Może mu się nudziło. Może to były początki kryzysu wieku średniego, który powinien jednak wystąpić nieco później.
Bliskość wampira sprawiła, że poczuł przyjemny dreszcz. Tak jakby Gustave stworzony był z lodu, jakby był doskonałą rzeźbą. Czy dałoby się ją roztopić?
– Zabawnie się układają te ścieżki losu, prawda? Tyle „gdyby”, które mogłyby nam przeszkodzić –przesunął palcami po chustce otulającej szyję wampira. – Myślę, że w Lozannie, gdy ściany będą nieco grubsze, a posłania nieco większe, będzie mógł pan wykorzystać wszelkie moje słabości, Gustawie. Mów mi też po imieniu. Robert.
Crouch pomyślał sobie, że jeden mały pocałunek nie mógłby w tej sytuacji zaszkodzić. Stanowiłby zapowiedź czegoś w przyszłości, coś, o czym Gustave miał myśleć, co miało sprawić, że w swej trumnie nie będzie w stanie spokojnie zasnąć. Zbliżył się odrobinę do chłodnych warg, aż poczuł łagodne łaskotanie wampirzych wąsów. Jednak wtedy, właśnie wtedy, o zgrozo, rozległo się pukanie do drzwi. Robert westchnął.
– Mógłbyś proszę otworzyć? – zapytał, zakładając nogę na nogę.
Potworność pociągała Roberta. Cóż by poradzić, każdy miał jakieś dziwactwa, upodobania, które dotychczas nieodkryte, w pewnym momencie wychodziły na wierzch. Stawały się uporczywe, uwierające. Stanowiły nienasycone pragnienie, być może podobne do tego, które Gustave odczuwał co do krwi. Najpierw Gabriel Montbel, pierwszy ognik, jednak nie tak mocny, raczej figlarny. Druga była tajemnicza dama z balu, która uwodziła go magicznym głosem, a gdy całowała, Robert słyszał w uszach morskie fale. Z Gustave'em jednak uczucie było najmocniejsze. Na bogów, piękniejszego mężczyzny Crouch w życiu nie widział. I teraz był świadomy i pragnął również świadomie. Chciał tego wampira i wszystkiego, co się z tym łączyło. Chciał chłodu jego skóry, chciał, by ten (w granicach rozsądku) skosztował z sędziowskich żył szlachetnej krwi rodu Crouchów. Może mu się nudziło. Może to były początki kryzysu wieku średniego, który powinien jednak wystąpić nieco później.
Bliskość wampira sprawiła, że poczuł przyjemny dreszcz. Tak jakby Gustave stworzony był z lodu, jakby był doskonałą rzeźbą. Czy dałoby się ją roztopić?
– Zabawnie się układają te ścieżki losu, prawda? Tyle „gdyby”, które mogłyby nam przeszkodzić –przesunął palcami po chustce otulającej szyję wampira. – Myślę, że w Lozannie, gdy ściany będą nieco grubsze, a posłania nieco większe, będzie mógł pan wykorzystać wszelkie moje słabości, Gustawie. Mów mi też po imieniu. Robert.
Crouch pomyślał sobie, że jeden mały pocałunek nie mógłby w tej sytuacji zaszkodzić. Stanowiłby zapowiedź czegoś w przyszłości, coś, o czym Gustave miał myśleć, co miało sprawić, że w swej trumnie nie będzie w stanie spokojnie zasnąć. Zbliżył się odrobinę do chłodnych warg, aż poczuł łagodne łaskotanie wampirzych wąsów. Jednak wtedy, właśnie wtedy, o zgrozo, rozległo się pukanie do drzwi. Robert westchnął.
– Mógłbyś proszę otworzyć? – zapytał, zakładając nogę na nogę.
Vox populi
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.
Królami świata rządzi dziś strach
Bo gubią się we własnych sidłach i grach
W walce o to, by wciąż zajmować sam szczyt
Budują mur, by ukryć ból swój i wstyd.