16.10.2026, 23:25 ✶
Stał przed nią z poparzoną skórą, opowiadał o wszystkim tonem człowieka, któremu podczas wakacji przydarzyła się co najwyżej niedogodność związana z kiepską pogodą, a na dodatek najwyraźniej oczekiwał, że kilka zapewnień wystarczy, by uznała sprawę za zamkniętą. Jak gdyby obrażenia traciły na znaczeniu tylko dlatego, że on sam nie przywiązywał do nich większej wagi. Nie odwzajemniła uśmiechu.
Kiedy odsunął jej dłonie, pozwoliła mu na to bez oporu. Palce, pozbawione nagle oparcia, zawisły na krótką chwilę w powietrzu, nim opuściła je wzdłuż ciała.
- Na litość Matki, czy ty w ogóle siebie słyszysz? - zapytała wreszcie, unosząc nieznacznie brwi. Nie podniosła głosu. Przeciwnie, mówiła z tą szczególną, starannie odmierzającą każde słowo powściągliwością, która u Averych zwykle zwiastowała znacznie poważniejsze niezadowolenie niż jakikolwiek krzyk. - Wróciłeś z Włoch poparzony, a próbujesz mi wmówić, że to drobnostka, ponieważ opuchlizna zdążyła zejść. Doprawdy, niezwykle pocieszające.
Złość nie przeszkadzała jej dostrzegać szczegółów. Nie była uzdrowicielką i nie zamierzała udawać, że zna się na leczeniu oparzeń lepiej od włoskich medyków. Wiedziała jednak, że istnieje zasadnicza różnica między otrzymaniem lekarstwa a sumiennym przestrzeganiem zaleceń. A Leviathan, którego znała od lat, należał do ludzi zdolnych wykazać się niezwykłą cierpliwością wobec najbardziej kapryśnego stworzenia, jednocześnie traktując własne zdrowie z zadziwiającą niedbałością.
Było w tym coś niemal obraźliwego.
- Co to właściwie były za szkodniki? - Jej spojrzenie nabrało podejrzliwej przenikliwości. Nie oczekiwała koniecznie szczegółowej relacji z każdego dnia podróży. Nie zamierzała również go przesłuchiwać. Chciała jedynie usłyszeć coś więcej niż starannie wygładzoną wersję wydarzeń, w której niebezpieczeństwo zostało sprowadzone do niewygodnego epizodu, a obrażenia do kosmetycznego problemu. Wypuściła powietrze przez nos.
- Pokaż mi tę maść. I powiedz, kiedy ostatnio ją nakładałeś.
Dopiero teraz, kiedy pierwsze wzburzenie zaczynało ustępować miejsca bardziej praktycznym rozważaniom, poczuła, jak bardzo ulżyło jej na jego widok. Zerknęła jeszcze na pozostawiony przy wejściu kenel. Dopiero teraz przypomniała sobie o jego obecności.
- Co takiego przywiozłeś? Szkodnika? - podniosła lekko brwi, a kącik jej ust drgnął ledwie dostrzegalnie.
Kiedy odsunął jej dłonie, pozwoliła mu na to bez oporu. Palce, pozbawione nagle oparcia, zawisły na krótką chwilę w powietrzu, nim opuściła je wzdłuż ciała.
- Na litość Matki, czy ty w ogóle siebie słyszysz? - zapytała wreszcie, unosząc nieznacznie brwi. Nie podniosła głosu. Przeciwnie, mówiła z tą szczególną, starannie odmierzającą każde słowo powściągliwością, która u Averych zwykle zwiastowała znacznie poważniejsze niezadowolenie niż jakikolwiek krzyk. - Wróciłeś z Włoch poparzony, a próbujesz mi wmówić, że to drobnostka, ponieważ opuchlizna zdążyła zejść. Doprawdy, niezwykle pocieszające.
Złość nie przeszkadzała jej dostrzegać szczegółów. Nie była uzdrowicielką i nie zamierzała udawać, że zna się na leczeniu oparzeń lepiej od włoskich medyków. Wiedziała jednak, że istnieje zasadnicza różnica między otrzymaniem lekarstwa a sumiennym przestrzeganiem zaleceń. A Leviathan, którego znała od lat, należał do ludzi zdolnych wykazać się niezwykłą cierpliwością wobec najbardziej kapryśnego stworzenia, jednocześnie traktując własne zdrowie z zadziwiającą niedbałością.
Było w tym coś niemal obraźliwego.
- Co to właściwie były za szkodniki? - Jej spojrzenie nabrało podejrzliwej przenikliwości. Nie oczekiwała koniecznie szczegółowej relacji z każdego dnia podróży. Nie zamierzała również go przesłuchiwać. Chciała jedynie usłyszeć coś więcej niż starannie wygładzoną wersję wydarzeń, w której niebezpieczeństwo zostało sprowadzone do niewygodnego epizodu, a obrażenia do kosmetycznego problemu. Wypuściła powietrze przez nos.
- Pokaż mi tę maść. I powiedz, kiedy ostatnio ją nakładałeś.
Dopiero teraz, kiedy pierwsze wzburzenie zaczynało ustępować miejsca bardziej praktycznym rozważaniom, poczuła, jak bardzo ulżyło jej na jego widok. Zerknęła jeszcze na pozostawiony przy wejściu kenel. Dopiero teraz przypomniała sobie o jego obecności.
- Co takiego przywiozłeś? Szkodnika? - podniosła lekko brwi, a kącik jej ust drgnął ledwie dostrzegalnie.
learn the rules
then break some
then break some