16.10.2026, 22:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2026, 22:46 przez Aaron Andrew Moody.)
Aaron pozostawał kompletnie nieświadomym tego, że we wyobrażeniach Lorien już był martwym. Nie wiedział, że odczytała mu akt oskarżenia, osądziła, a potem straciła go przez powieszenie. Nie spodziewał się, że zadynda na tej samej szubienicy, na której wcześniej powiesiła Morpheusa. A może koniec przyszedł przez dekapitację, dokładnie tak, jak opowiadał mu przed laty Prawie Bezgłowy Nick? Duch z nabożną wręcz powagą traktował każdą rocznicę swojej śmierci, chętnie odpowiadając wówczas na dociekliwe pytania młodego gryfona, wyjątkowo zaaferowanego technikaliami egzekucji. "Gdybym nie umarł wtedy, nie mógłbym żyć teraz", mawiał sir Nicholas, który lubił kończyć swoje opowieści maksymą. Łatwo przez to szło zagubić się w tych opowieściach… Podobnie jak i w natłoku metafor w głowie Lorien. Gdyby jednak Aaron wiedział, co za myśli kłębią się w jej wnętrzu, zapewne uśmiechnąłby się przekornie, a może nawet zażartował, że oto zdołał wreszcie wywrzeć na nią dobry wpływ.
W końcu jedynym problemem jaki Aaron Andrew Moody miał z wyrokami śmierci było to, że zapadały zbyt rzadko.
Zmarszczyłby jednak brwi, że w pierwszym odruchu chciała go powiesić, jak jakiegoś szubrawca. Niechże sobie jasnowidz dynda, niech mu ptaki wydziobują oczy, bo to tylko wzruszało posiadaczy daru widzenia: nie śmierć, lecz wiążąca się z nią ślepota. Aaronowi Moody'emu należał się co najmniej szafot. Od ostrza miecza ginęli obywatele rzymscy, przywilejem niedostępnym dla cudzoziemców: oto była śmierć godna wolnego człowieka, która oszczędzała skazanemu publicznego upokorzenia związanego z długą agonią. Śmierć przez ścięcie uważana była za honorową. Nawet jeżeli Aaron niewiele znajdował honoru w wyobrażeniu tak okaleczonego ciała, uważał, że była najbliższą plutonowi egzekucyjnemu w tym, co przystawało godności aurora. Zresztą, było coś chorobliwie satysfakcjonującego w wizji ściętej głowy toczącej się po szafocie. Coś rozkosznie prymitywnego, pomyślał Aaron, przygladając się puszczonemu po blacie pierścionkowi. Większość nazwałaby taki sposób myślenia zacofaniem. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że najwyższą inspiracją dla nowożytnych rewolucji było wynalezienie gilotyny.
Osadzony w pierścieniu rubin połyskiwał czerwienią, w której oboje z Lorien przeglądali się jak w kałuży krwi. Aaron odwrócił wzrok szybciej. Oto był klejnot warty więcej niż afrykańskie państwa, do których chcieli słać pomoc mugole. Warty zapewne dokonania schizmy między braćmi bardziej niż wizyta biskupa.
Odsunął Lorien krzesło, skłonił się krótko w stronę staruszki, która próbowała skłóconych braci godzić, a potem zdecydowanym krokiem podążył w stronę wyjścia, puszczając kobietę przodem. Słowa pożegnania utonęły pośród krzyków, którymi rozbrzmiewała wiejska plebania. Szybko zostawili staroświecki budynek za sobą, oddalając się od mugolskich osiedli w poszukiwaniu zasłużonej ciszy i spokoju.
— Nie umiem sobie chyba poradzić z tym, co pozostało po Spalonej Nocy — stwierdził nagle Aaron, kopiąc bezmyślnie kamyk, leżący na drodze. — Z niedorzecznością tego wszystkiego. — Przejechał ręką po włosach w odruchu, którego nawet eliksir wielosokowy nie zdołał zamaskować. — Pamiętasz, jak wręczyłaś mi listę nazwisk tych mugoli, których wprowadzono do atrium? Byłem przekonany, że sprawa jest prosta. Nie była. Oczywiście, że nie była. Nigdy nie jest. — Kopnął kamień raz jeszcze, patrząc, jak toczy się dalej. — Konserwatyści wściekli byli na tych, którzy wpuścili mugoli do wnętrza Ministerstwa. Liberałowie bronili się, zarzucając konserwatystom rasizm. Gdy stwierdziłem, że było to niedopuszczalne naruszenie prawa tajności, zebrałem zdziwione spojrzenia tych, którzy zawsze mieli mnie za… No wiesz. — Nie wiedział, jakiego słowa użyć. — Porządnego — zdecydował w końcu Aaron. — "Odmawiać pomocy potrzebującym w chwili zagrożenia?", pytali z niedowierzaniem. Tak naprawdę pytali, czy rzeczywiście wolę trzymać z tymi, którym bliżej niż dalej sympatią do Śmierciożerców. Ty przyzwyczajona jesteś do konieczności wynoszenia się ponad prostą moralność, ale moje życie tak nie wygląda. — Jak już zresztą zdążyli ustalić podczas pamiętnego spotkania po tegorocznym Mabon, pomyślał Moody. Kopnięty przez aurora kamyk podskoczył aż, wyprzedzając ich na ścieżynie. — Spytałem wtedy, dlaczego uważają, że chcę komukolwiek odmawiać pomocy. Bo nie chcę. Nigdy nie chciałem. Po prostu nie uważam, żeby ktokolwiek z nich pomógł mugolom, wprowadzając ich do gmachu Ministerstwa. Uważam, że wręcz im zaszkodził. Nie mówię już o prawie tajności wyłącznie. Mówię o tym, że niemagiczni narażeni zostali na to, co dla czarodzieja jest niewyobrażalnym. Grzebanie w głowie przez amnezjatorów nie jest zabiegiem pozbawionym skutków ubocznych. Manipulacja umysłem jest ryzykowna. Modyfikacja pamięci pozostawiać może ślady. — Dłoń Aarona zacisnęła się na chwilę mocniej na dłoni Lorien. Rzadko mówił o oklumencji, a jednak widać było, że obrona suwerenności jego umysłu jest sprawą, którą traktował nader poważnie, nie tylko ze względów bezpieczeństwa. Wciąż czuł dyskomfort myśląc o sesjach hipnozy, jakim się poddał ze względu na nawracające halucynacje. Nie potrafił nie uciec również myślami w stronę córki, która hospitalizowana była tej wiosny w Lecznicy Dusz. Wiedział, że wielu tamtejszych pacjentów leczyło się z powodu skutków ubocznych zaklęć amnestycznych. Aaron ciężko znosił poczucie bezradności, które pojawiało się, gdy myślał o ich losach.
— "Więc lepiej było pozwolić im umrzeć", usłyszałem w odpowiedzi, jak gdyby istniały tylko dwa wyjścia z tej sytuacji. Zasugerowałem, że lepiej byłoby ewakuować niemagicznych w inne miejsce, miejsce bardziej dostępne niż Ministerstwo Magii. Wystarczyło przecież sprowadzić ich do metra. Do schronów, które służyły obronie ludności cywilnej za czasów wojny, gdy nad miastem krążyły samoloty bombowe. Po co bez potrzeby narażać i ich, i nas? — Kamyk potoczył się gdzieś w trawę jak głowa spadła z szafotu, znikając kompletnie z pola widzenia Aarona. Ten wreszcie zmuszony został spojrzeć na Lorien, uśmiechając się do niej lekko, jak gdyby sam podkpiewał z własnej opowieści. Kpiącą była bowiem puenta, jaka ją wieńczyła. — A wtedy jeden z nich spytał, czym jest metro.
Jak wielu znał takich ludzi? Takich, którzy w sprawę byli zaangażowani, a wręcz mienili się sympatykami mugoli, a jednak nie wiedzieli nic o mugolskim świecie. Świecie tuż obok świata czarodziejskiego, który w większej części był przecież wspólnym, niż odrębnym. Nie chciał przerzucać się oskarżeniami o ignorancję, a jednak nie znajdował innego powodu, dla którego czarodzieje postępowali tak, jak gdyby nie myśleli o konsekwencjach. Między deklarowaną troską a rzeczywistą zdolnością rozumienia tych, którym chce się pomóc, istniała przepaść, której ogrom go przerażał.
— Po prostu nie mogę zrozumieć… Jak to jest, że patrzymy na mugoli "albo albo". Albo z perspektywy tego ich Boga, którego wymalowali sobie na ścianach. Wszechmocni, ale odlegli. Wymagający, żeby klękali przed czymś potężniejszym od nich samych, bo inaczej czeka ich potępienie, czy o co tam chodzi w tej ich religii. Albo w taki sam sposób, w jaki ten cały wójt patrzy na mugoli z misji w Afryce. Słyszałaś go? "Tam w Afryce są biedni ludzie, nieporadni"… No tak, kolonializm wcale nie przyczynił się do tej biedy. I jeszcze gadał, że odpowiedzialność historyczna wymaga, żeby pomóc. Jak gdyby wiedział cokolwiek o zawiłościach polityki interwencjonizmu gospodarczego. Zacząłem się zastawiać, czy sam nie brzmię podobnie. Taka wyższość w połączeniu z protekcjonalną pobłażliwością też mnie obrzydza. Mam wrażenie, że wszystko zawsze sprowadza się do tej przeklętej ideologii. A ja… A ja po prostu chcę postępować tak, jak należy. — Moody westchnął, widocznie nie chcąc się nakręcać: nie było w nim jednak znajomej ikry, która pojawiała się w trakcie dyskusji światopoglądowych, a raczej… Zrezygnowanie. Aaron wydawał się zwyczajnie zmęczony. Potrząsnął głową, widocznie chcąc odsunąć od siebie niechciane przemyślenia. — O czym w ogóle gadałaś z tą gospodynią? Wydawałaś się spięta, gdy wszedłem. Wszystko w porządku?
W końcu jedynym problemem jaki Aaron Andrew Moody miał z wyrokami śmierci było to, że zapadały zbyt rzadko.
Zmarszczyłby jednak brwi, że w pierwszym odruchu chciała go powiesić, jak jakiegoś szubrawca. Niechże sobie jasnowidz dynda, niech mu ptaki wydziobują oczy, bo to tylko wzruszało posiadaczy daru widzenia: nie śmierć, lecz wiążąca się z nią ślepota. Aaronowi Moody'emu należał się co najmniej szafot. Od ostrza miecza ginęli obywatele rzymscy, przywilejem niedostępnym dla cudzoziemców: oto była śmierć godna wolnego człowieka, która oszczędzała skazanemu publicznego upokorzenia związanego z długą agonią. Śmierć przez ścięcie uważana była za honorową. Nawet jeżeli Aaron niewiele znajdował honoru w wyobrażeniu tak okaleczonego ciała, uważał, że była najbliższą plutonowi egzekucyjnemu w tym, co przystawało godności aurora. Zresztą, było coś chorobliwie satysfakcjonującego w wizji ściętej głowy toczącej się po szafocie. Coś rozkosznie prymitywnego, pomyślał Aaron, przygladając się puszczonemu po blacie pierścionkowi. Większość nazwałaby taki sposób myślenia zacofaniem. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że najwyższą inspiracją dla nowożytnych rewolucji było wynalezienie gilotyny.
Osadzony w pierścieniu rubin połyskiwał czerwienią, w której oboje z Lorien przeglądali się jak w kałuży krwi. Aaron odwrócił wzrok szybciej. Oto był klejnot warty więcej niż afrykańskie państwa, do których chcieli słać pomoc mugole. Warty zapewne dokonania schizmy między braćmi bardziej niż wizyta biskupa.
Odsunął Lorien krzesło, skłonił się krótko w stronę staruszki, która próbowała skłóconych braci godzić, a potem zdecydowanym krokiem podążył w stronę wyjścia, puszczając kobietę przodem. Słowa pożegnania utonęły pośród krzyków, którymi rozbrzmiewała wiejska plebania. Szybko zostawili staroświecki budynek za sobą, oddalając się od mugolskich osiedli w poszukiwaniu zasłużonej ciszy i spokoju.
— Nie umiem sobie chyba poradzić z tym, co pozostało po Spalonej Nocy — stwierdził nagle Aaron, kopiąc bezmyślnie kamyk, leżący na drodze. — Z niedorzecznością tego wszystkiego. — Przejechał ręką po włosach w odruchu, którego nawet eliksir wielosokowy nie zdołał zamaskować. — Pamiętasz, jak wręczyłaś mi listę nazwisk tych mugoli, których wprowadzono do atrium? Byłem przekonany, że sprawa jest prosta. Nie była. Oczywiście, że nie była. Nigdy nie jest. — Kopnął kamień raz jeszcze, patrząc, jak toczy się dalej. — Konserwatyści wściekli byli na tych, którzy wpuścili mugoli do wnętrza Ministerstwa. Liberałowie bronili się, zarzucając konserwatystom rasizm. Gdy stwierdziłem, że było to niedopuszczalne naruszenie prawa tajności, zebrałem zdziwione spojrzenia tych, którzy zawsze mieli mnie za… No wiesz. — Nie wiedział, jakiego słowa użyć. — Porządnego — zdecydował w końcu Aaron. — "Odmawiać pomocy potrzebującym w chwili zagrożenia?", pytali z niedowierzaniem. Tak naprawdę pytali, czy rzeczywiście wolę trzymać z tymi, którym bliżej niż dalej sympatią do Śmierciożerców. Ty przyzwyczajona jesteś do konieczności wynoszenia się ponad prostą moralność, ale moje życie tak nie wygląda. — Jak już zresztą zdążyli ustalić podczas pamiętnego spotkania po tegorocznym Mabon, pomyślał Moody. Kopnięty przez aurora kamyk podskoczył aż, wyprzedzając ich na ścieżynie. — Spytałem wtedy, dlaczego uważają, że chcę komukolwiek odmawiać pomocy. Bo nie chcę. Nigdy nie chciałem. Po prostu nie uważam, żeby ktokolwiek z nich pomógł mugolom, wprowadzając ich do gmachu Ministerstwa. Uważam, że wręcz im zaszkodził. Nie mówię już o prawie tajności wyłącznie. Mówię o tym, że niemagiczni narażeni zostali na to, co dla czarodzieja jest niewyobrażalnym. Grzebanie w głowie przez amnezjatorów nie jest zabiegiem pozbawionym skutków ubocznych. Manipulacja umysłem jest ryzykowna. Modyfikacja pamięci pozostawiać może ślady. — Dłoń Aarona zacisnęła się na chwilę mocniej na dłoni Lorien. Rzadko mówił o oklumencji, a jednak widać było, że obrona suwerenności jego umysłu jest sprawą, którą traktował nader poważnie, nie tylko ze względów bezpieczeństwa. Wciąż czuł dyskomfort myśląc o sesjach hipnozy, jakim się poddał ze względu na nawracające halucynacje. Nie potrafił nie uciec również myślami w stronę córki, która hospitalizowana była tej wiosny w Lecznicy Dusz. Wiedział, że wielu tamtejszych pacjentów leczyło się z powodu skutków ubocznych zaklęć amnestycznych. Aaron ciężko znosił poczucie bezradności, które pojawiało się, gdy myślał o ich losach.
— "Więc lepiej było pozwolić im umrzeć", usłyszałem w odpowiedzi, jak gdyby istniały tylko dwa wyjścia z tej sytuacji. Zasugerowałem, że lepiej byłoby ewakuować niemagicznych w inne miejsce, miejsce bardziej dostępne niż Ministerstwo Magii. Wystarczyło przecież sprowadzić ich do metra. Do schronów, które służyły obronie ludności cywilnej za czasów wojny, gdy nad miastem krążyły samoloty bombowe. Po co bez potrzeby narażać i ich, i nas? — Kamyk potoczył się gdzieś w trawę jak głowa spadła z szafotu, znikając kompletnie z pola widzenia Aarona. Ten wreszcie zmuszony został spojrzeć na Lorien, uśmiechając się do niej lekko, jak gdyby sam podkpiewał z własnej opowieści. Kpiącą była bowiem puenta, jaka ją wieńczyła. — A wtedy jeden z nich spytał, czym jest metro.
Jak wielu znał takich ludzi? Takich, którzy w sprawę byli zaangażowani, a wręcz mienili się sympatykami mugoli, a jednak nie wiedzieli nic o mugolskim świecie. Świecie tuż obok świata czarodziejskiego, który w większej części był przecież wspólnym, niż odrębnym. Nie chciał przerzucać się oskarżeniami o ignorancję, a jednak nie znajdował innego powodu, dla którego czarodzieje postępowali tak, jak gdyby nie myśleli o konsekwencjach. Między deklarowaną troską a rzeczywistą zdolnością rozumienia tych, którym chce się pomóc, istniała przepaść, której ogrom go przerażał.
— Po prostu nie mogę zrozumieć… Jak to jest, że patrzymy na mugoli "albo albo". Albo z perspektywy tego ich Boga, którego wymalowali sobie na ścianach. Wszechmocni, ale odlegli. Wymagający, żeby klękali przed czymś potężniejszym od nich samych, bo inaczej czeka ich potępienie, czy o co tam chodzi w tej ich religii. Albo w taki sam sposób, w jaki ten cały wójt patrzy na mugoli z misji w Afryce. Słyszałaś go? "Tam w Afryce są biedni ludzie, nieporadni"… No tak, kolonializm wcale nie przyczynił się do tej biedy. I jeszcze gadał, że odpowiedzialność historyczna wymaga, żeby pomóc. Jak gdyby wiedział cokolwiek o zawiłościach polityki interwencjonizmu gospodarczego. Zacząłem się zastawiać, czy sam nie brzmię podobnie. Taka wyższość w połączeniu z protekcjonalną pobłażliwością też mnie obrzydza. Mam wrażenie, że wszystko zawsze sprowadza się do tej przeklętej ideologii. A ja… A ja po prostu chcę postępować tak, jak należy. — Moody westchnął, widocznie nie chcąc się nakręcać: nie było w nim jednak znajomej ikry, która pojawiała się w trakcie dyskusji światopoglądowych, a raczej… Zrezygnowanie. Aaron wydawał się zwyczajnie zmęczony. Potrząsnął głową, widocznie chcąc odsunąć od siebie niechciane przemyślenia. — O czym w ogóle gadałaś z tą gospodynią? Wydawałaś się spięta, gdy wszedłem. Wszystko w porządku?
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name