16.10.2026, 17:52 ✶
Ruszyłem dalej, wybierając ścieżkę prowadzącą pomiędzy starszymi nagrobkami, tym razem rzeczywiście skupiłem się na drodze, ponieważ nie miałem ochoty sprawdzać, czy moje nogi nadal potrafiły utrzymać mnie w pionie, kiedy przestanę zwracać uwagę na to, gdzie stawiam kroki. Wokół nas rozpościerała się milcząca nekropolia, wiatr poruszał gałęziami, gdzieś w oddali odezwał się puszczyk, którego głos zabrzmiał na tyle niepokojąco, że nawet ja, nie uważający się za łatwego do wystraszenia, przez moment miałem ochotę uznać go za dowód na prawdziwość wszystkich miejscowych opowieści - ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że jeśli zacznę przypisywać nadprzyrodzone znaczenie każdemu odgłosowi, jaki usłyszymy tej nocy, Prudence będzie miała z czego się śmiać przez następne kilka tygodni, a nie zamierzałem dostarczać jej aż tak wielu argumentów. Wystarczyło, że szedłem przodem, bo doskonale wiedziałem, dokąd zmierzaliśmy i tylko od czasu do czasu oglądałem się, by upewnić się, że nadal podążała za mną.
- Wiesz, Bletchley, gdybyś kiedyś postanowiła zająć się przesłuchiwaniem podejrzanych, mogłabyś okazać się całkiem skuteczna. - Stwierdziłem, obracając głowę w jej stronę, sam nie mogłem powiedzieć, żebym kiedykolwiek przeprowadził szczegółowe śledztwo w sprawie zaginionego grabarza, chociaż w szkole zdarzało mi się poświęcać czas na znacznie głupsze przedsięwzięcia, ale one przynajmniej w teorii miały przynieść mi jakąś korzyść, chociaż… Czy ten spacer był ich pozbawiony?
Nasza luźna interakcja sama w sobie stanowiła wydarzenie na tyle rzadkie, że powinienem był chyba zapamiętać tę datę i wpisać ją do kalendarza, szczególnie że jeszcze kilka tygodni wcześniej podobna sytuacja skończyłaby się zapewne wzajemnym wytykaniem sobie głupoty, po którym każde z nas poszłoby w swoją stronę, zadowolone przynajmniej z tego, że ostatnie słowo należało do niego. Tymczasem szliśmy sobie przez cmentarz, rozmawiając o lokalnych legendach, jak gdyby była to najzwyklejsza rzecz na świecie, wprawdzie perspektywa odprowadzenia jej bezpiecznie do domu wciąż pozostawała moim głównym zamiarem, ale nie oznaczało to, że musiałem dobrowolnie rezygnować ze wszystkich atrakcji, jakie oferował nam wieczór, szczególnie jeśli większość z nich ograniczała się do spaceru po nawiedzonym miejscu i odrobiny niepotrzebnego dreszczu emocji.
Nie mogłem powiedzieć, żebym jakoś wcześniej spodziewał się po Prudence szczególnego entuzjazmu na wieść o lokalnych opowieściach, choć z drugiej strony, gdyby ktoś zapytał mnie, czego właściwie należało się po niej spodziewać, musiałbym przyznać, że odpowiedź zależała przede wszystkim od tego, jak bardzo zamierzała uprzykrzyć mi życie danego dnia - znałem ją wystarczająco długo, by nie ufać pozorom, nawet tym całkiem przyjemnym, jednak tej nocy wyjątkowo dobrze wychodziło nam udawanie, że przynajmniej przez kilka godzin potrafiliśmy przebywać we własnym towarzystwie bez konieczności przypominania sobie wszystkich powodów, dla których w innych okolicznościach najchętniej posłalibyśmy się nawzajem do diabła. Nie zamierzałem psuć tego układu, szczególnie że Prue zdawała się przyjmować moje towarzystwo z zaskakującą swobodą, więc kiedy zaczęła wypytywać o wiarygodność historii związanych z cmentarzem, zamiast obrazić się w imieniu lokalnego folkloru, poczułem przede wszystkim rozbawienie - oczywiście, że chciała dowodów - Bletchley mogłaby natknąć się na świeżo otwarty grób, usłyszeć z niego głos własnej praprababki i prawdopodobnie pierwszą rzeczą, o którą by zapytała, byłoby to, czy istniały jakieś dokumenty potwierdzające ich pokrewieństwo, bo „to nielogiczne, więc podejrzane, nie upiorne”.
- Oczywiście, że to nie jedyne takie miejsce, ale przyznasz chyba, że nie każde ma własnego zaginionego grabarza, który uznał, że najlepszym sposobem na zakończenie kariery będzie rozpłynięcie się w powietrzu podczas nocnej zmiany. Poza tym to Little Hangleton. Las Wisielców i tak dalej, kolebka zjawisk niewyjaśnionych, co nie? - Zerknąłem na Prudence z rozbawieniem, poprawiając kołnierz koszuli, który uwierał mnie od dłuższego czasu, po czym przeniosłem wzrok na ścieżkę, bo chociaż dyskusja o lokalnych widmach sprawiała mi przyjemność, kamienie pod stopami wciąż pozostawały nieprzyjemnie rzeczywiste - spojrzałem przed siebie, starając się nie nadepnąć na wystający z ziemi korzeń, który przy obecnym oświetleniu mógł równie dobrze uchodzić za część jakiegoś szczególnie paskudnego truposza - poniekąd mogłem przewidzieć ten rozwój sytuacji, ale jednocześnie nie oznaczało to, że zamierzałem przyznać jej rację bez wcześniejszego podjęcia próby obrony lokalnych legend, zwłaszcza że zdążyłem już wejść w rolę samozwańczego przewodnika po miejscowych osobliwościach i nie widziałem powodu, dla którego miałbym rezygnować z niej po zaledwie kilku minutach. Tak naprawdę akurat w tej chwili podobna dociekliwość wydawała mi się przy tym nawet całkiem absorbująca, szczególnie że rozmawialiśmy o zaginionym kopidole, rozkopanym miejscu wiecznego spoczynku, potencjalnym wciągnięciu żywego w zaświaty i o mrocznych sylwetkach nadal przesuwających się nocą między nagrobkami, nie zaś o jakimś wyjątkowo interesującym zagadnieniu o bardziej realistycznym podłożu, któremu należało poświęcić kilka tygodni badań, a jednak mogliśmy wysnuć jakieś teorie, w których oboje moglibyśmy sobie podać dłoń. Na przykład taką, że ludzie rzeczywiście mieli paskudną skłonność do wymyślania historii wyssanych z końca różdżki, zwłaszcza jeśli wydarzenia od samego początku miały miejsce w miejscu pochówku oraz dotyczyły kogoś wykonującego pracę ze zmarłymi, kto zniknął w okolicznościach na tyle niejasnych, by dało im się przypisać wiele nadnaturalnych wyjaśnień.
Z czasem nawet najzwyklejsze zdarzenie mogło obrosnąć w tyle dodatkowych szczegółów, że po kilku pokoleniach nikt nie pamiętał już, od czego wszystko się zaczęło, za to każdy znał przynajmniej jedną osobę, która przysięgała, że jej pradziadek widział coś wyjątkowo niepokojącego, lecz w okolicy faktycznie zdarzały się rzeczy, o których rozsądniej było nie rozmawiać przy niedzielnym obiedzie, choćby dlatego, że połowa obecnych zaczęłaby się kłócić o to, czy za wszystkim stała magia, zwyczajna ludzka głupota, czy też ktoś po prostu postanowił wykorzystać cudzą łatwowierność.
- Nie chowamy tu krewnych. I tak, wiem. - Podjąłem, kiedy znów znaleźliśmy się na odcinku ścieżki, który pozwalał nam iść obok siebie, po czym uniosłem dłoń, zanim zdążyła cokolwiek wtrącić. - No, nie chowamy ich tu na ogół. Nawet w rodzinach są lepsi i gorsi, nie? Większość Rookwoodów spoczywa w rodzinnym mauzoleum. Byłem tu za dnia, przechodziłem obok kilka razy, ale nie urządzałem sobie zbyt wielu nocnych wypraw w poszukiwaniu dowodów na istnienie duchów. Mam wystarczająco dużo kłopotów bez dobrowolnego dokładania sobie następnych, choć oczywiście mógłbym zmienić zdanie, gdybyś bardzo nalegała. Dla dobra nauki, rzecz jasna. - Nie zamierzałem jednak przesadzać z optymizmem, co do powodzenia naszego wspólnego szukania dowodów, zbyt dobrze znałem własne skłonności do mówienia rzeczy, które w danej chwili wydawały mi się doskonałym pomysłem, by nie brać pod uwagę możliwości, że za moment wszystko zepsuję. Na razie mogłem jednak cieszyć się jej towarzystwem, a skoro Prudence wykazywała zainteresowanie moimi opowieściami, postanowiłem wykorzystać tę sposobność i pozwolić sobie na powiedzenie czegoś miłego, bez wywracania oczami i wytykania tego, że do wszystkiego chciała podchodzić na serio.
Być może trochę związku z tym miał również fakt, iż księżycowym świetle wyglądała inaczej niż podczas szkolnych zajęć, kiedy zwykle trzymała się własnych spraw i rzadko pozwalała sobie na podobną swobodę, wesele wyraźnie jej służyło, chociaż nie zamierzałem wypowiadać tej myśli na głos, bo nie chciałem, żeby uznała, iż próbowałem ją komplementować wyłącznie dlatego, że wypiłem za dużo, zresztą, gdybym już miał powiedzieć jej coś podobnego, wolałbym zrobić to w sposób, który nie dawałby jej zbyt wiele okazji do wykorzystywania moich słów przeciwko mnie w przyszłości. Tymczasem szło nam całkiem nieźle, więc nie zamierzałem zbyt gorliwie szukać problemów tam, gdzie ich jeszcze nie było.
- A jeśli chodzi o to, czy byłem świadkiem czegoś dziwnego, to zależy, jak zdefiniujesz „dziwne”. - Ostatnie zdanie okrasiłem bardzo samoświadomym uśmiechem, bo przecież doskonale wiedziałem, że Prudence potrafiłaby znaleźć w moim rozumowaniu wystarczająco dużo powodów do krytyki, by starczyło jej na kilka tygodni, jednak z jakiegoś powodu perspektywa usłyszenia jej uwag tego wieczoru wcale mi nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że mógłbym słuchać ich jeszcze całkiem długo, szczególnie gdyby nadal patrzyła na mnie w ten sposób, w jaki patrzyła na kogoś, z kim dało się porozmawiać bez konieczności przygotowywania się do kolejnej kłótni - było w tym coś niebezpiecznie przyjemnego, więc dla własnego dobra postanowiłem nie poświęcać temu zbyt wiele uwagi, jeszcze by się okazało, że zacząłbym wyciągać z tego jakieś wnioski, a na to byłem stanowczo zbyt zmęczony i zdecydowanie zbyt pijany - nie miało to oczywiście nic wspólnego z tym, co rzeczywiście planowaliśmy zrobić po zakończeniu tego wieczoru, ale skoro już wplątaliśmy się w całe to weselne przedstawienie, uznałem, że równie dobrze mogłem wykorzystać kilka przywilejów wynikających z naszej chwilowej umowy, choćby po to, by sprawdzić, jak daleko wolno było mi się posunąć, zanim dostanę po łapach. Znałem Prue wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nie należało przesadzać, ale ta świadomość jakoś nigdy nie powstrzymywała mnie przed próbami, szczególnie kiedy okoliczności sprzyjały podobnym wybrykom, natomiast alkohol skutecznie osłabiał moją skłonność do wycofywania się w odpowiednim momencie.
- Tak czy siak, podobno nie znaleziono żadnych śladów ucieczki, nie było też wiadomo, do kogo należał ten grób ani dlaczego pracował nad nim o tak późnej porze, ale miejsce, w którym to miało się stać, faktycznie istnieje i jest, jeśli mnie spytasz, dosyć niepokojące. - Nie zdążyłem jednak rozwinąć tej myśli, ponieważ nagły podmuch wiatru przeszedł przez cmentarz z siłą wystarczającą, by poruszyć gałęziami drzew i poderwać z ziemi suche liście, które zatańczyły wokół naszych nóg. Odruchowo odwróciłem głowę, słysząc szelest materiału, a potem zobaczyłem chustę Prudence unoszącą się w górę i odpływającą w stronę bocznej alejki, niesioną przez wiatr, który najwyraźniej uznał, że nie mieliśmy wystarczająco wielu powodów, by przeklinać tę noc…
- Ej, zaczekaj! - Moje słowa poniosły się między nagrobkami, ale nie byłem pewien, czy w ogóle je usłyszała, ponieważ skoncentrowała się na uciekającej chuście i lawirowała pomiędzy kamiennymi płytami, starając się nie stracić jej z oczu. Zakląłem pod nosem i ruszyłem za nią, przeklinając zarówno pogodę, jak i własną decyzję, by wprowadzić nas na cmentarz, który okazał się znacznie mniej przyjazny, niż sugerował mój początkowy optymizm, alkohol nie zniknął z mojego organizmu tylko dlatego, że sytuacja przestała być zabawna, więc każdy gwałtowniejszy ruch wymagał ode mnie odrobiny większej uwagi, szczególnie kiedy ścieżka zwęziła się między grobami i musiałem obrócić się bokiem, żeby ominąć wystający kamienny narożnik. - Prue! Pruey! Bletchley! - Podążyłem za nią szybciej, niż pozwalały na to moje zmęczone nogi, jednocześnie próbując nie wpaść na jeden z pomników, których wystające obramowania trudno było dostrzec w księżycowym świetle, przez głowę przemknęła mi myśl, że pogoń za elementem garderoby po nocy na nawiedzonym cmentarzu była prawdopodobnie najgłupszą rzeczą, jaką zrobiłem tego wieczoru, co stanowiło niemałe osiągnięcie, biorąc pod uwagę konkurencję w postaci kilku dodatkowych kieliszków, kiepskiego tortu i decyzji, by wybrać właśnie tę drogę. Nie miałem zamiaru wygłaszać jej wykładu na temat bezpieczeństwa, bo nie było na to czasu, ale już układałem sobie w głowie odpowiednio złośliwą uwagę o tym, że jeśli straci obuwie albo skręci kostkę, będę zmuszony nieść ją do samego Little Hangleton, co mogłoby okazać się romantyczne, gdyby nie fakt, że po kilku godzinach tańca sam miałem ochotę usiąść na najbliższym kamieniu i odmówić dalszego marszu przez pole.
- Zostaw ją, do cholery, zaraz ją złapię! - Zawołałem ponownie, próbując dogonić Prudence, choć nie było to szczególnie łatwe, ponieważ ścieżka wiła się i skręcała, i musiałem wybierać, którędy przejść, żeby nie wpaść na kamienne płyty albo samemu nie skręcić sobie kostki na korzeniach - miałem wrażenie, że wiatr robił wszystko, by utrudnić nam życie, bo za każdym razem, gdy materiał zdawał się opadać w zasięgu ręki, kolejny podmuch unosił go wyżej i przesuwał w bok - w końcu chusta zaczepiła się o wystającą gałąź starego krzewu rosnącego przy jednym z nagrobków, lecz zanim zdążyłem dotrzeć do tego miejsca, materiał znów się poderwał, zahaczając o kamienną figurę stojącą przy grobie. Prue znajdowała się zaledwie kilka kroków dalej, miała znacznie krótsze nogi i mniej stabilne obuwie, ale i tak miałem coraz większe trudności z utrzymaniem jej w zasięgu wzroku, ponieważ nie chciałem deptać po płytach nagrobnych, momentami niemal klinowałem się przez to między nimi, zaś cienie drzew i nagrobków tworzyły między alejkami plątaninę ciemnych kształtów, wśród których łatwo było stracić orientację.
Przyspieszyłem, zaciskając zęby, gdy pod podeszwą buta przesunął mi się luźny kamień, udało mi się odzyskać równowagę, ale straciłem kilka cennych sekund, które wystarczyły, by pretendentka do roli łączącej Szukającą i Ścigającą zniknęła za rzędem wyższych nagrobków - zatrzymałem się na moment, próbując ustalić, w którą stronę pobiegła, po czym usłyszałem szelest materiału gdzieś po prawej stronie i natychmiast ruszyłem w tamtym kierunku - nie miałem zamiaru pozwolić, by ta idiotyczna chustka doprowadziła do tego, że zgubimy się w nekropolii, która była całkiem rozległa, jak na tę wielkość miasteczka i nie należała do najrówniejsztch terenów, szczególnie że sam odpowiadałem za wybór trasy, więc jeśli coś miało pójść nie tak, wolałem przynajmniej być na miejscu, kiedy się wydarzy. Przedarłem się między dwoma żelaznymi płotkami, odgarniając dłonią gałęzie różanego krzewu, które zahaczały o rękaw mojej koszuli, po czym dostrzegłem w oddali odrobinę jaśniejszy od otoczenia skrawek materiału, poruszający się tuż nad ziemią.
- Prudence, na litość boską, jeśli zaraz nie przestaniesz biegać, będę musiał cię złapać i zanieść do domu, a oboje wiemy, że nie mam najmniejszej ochoty tłumaczyć twojej rodzinie, dlaczego przyniosłem cię na ramieniu jak worek ziemniaków! - Zawołałem, próbując nadać mojemu głosowi ton, który sugerowałby, że wciąż miałem nad sytuacją jakąkolwiek kontrolę - prawda była taka, że zaczynałem tracić pewność, czy uda mi się dogonić ją, zanim wydarzy się coś naprawdę głupiego, chociaż jednocześnie nie mogłem powstrzymać myśli, że jeśli wyjdziemy z tego cało, będę miał materiał do żartów na najbliższe kilka miesięcy, o ile, rzecz jasna, Prudence nie postanowi mnie wcześniej udusić za samo wspomnienie o worku ziemniaków, bo w tej kwestii nie zamierzałem podejmować żadnych zakładów.
Przed nami ścieżka zwężała się między starymi grobami, wiatr, który dotąd popychał chustę w stronę zachodniej części cmentarza, nagle zmienił kierunek, unosząc ją ku niskiej kamiennej płycie ukrytej częściowo pod rozrośniętym bluszczem, materiał zaczepił się o jej krawędź, po czym zsunął się na ziemię, pozostając na tyle blisko, że wystarczyło tam dotrzeć i się po niego schylić - zwolniłem gwałtownie, próbując ustalić, w którą stronę pobiegła Prudence, ponieważ jej tam nie dostrzegałem - właśnie wtedy usłyszałem gdzieś za sobą suchy trzask, jakby coś ciężkiego przesunęło się po kamieniu… Zatrzymałem się, unosząc głowę, przez moment wpatrywałem się w ciemność między nagrobkami, próbując dostrzec cokolwiek, co mogłoby wyjaśnić ten dźwięk, nie miałem jednak czasu na dłuższe zastanawianie się, ponieważ z oddali dobiegł mnie odgłos kroków na żwirze, który brzmiał na tyle blisko, że w jednym długim susie złapałem brzeg materiału, pociągnąłem go, po czym ruszyłem w tamtym kierunku, przeklinając pod nosem własną głupotę, alkohol i wszystkie te historie, które w tej chwili wydawały mi się znacznie mniej zabawne niż jeszcze kilka minut wcześniej.
- Wiesz, Bletchley, gdybyś kiedyś postanowiła zająć się przesłuchiwaniem podejrzanych, mogłabyś okazać się całkiem skuteczna. - Stwierdziłem, obracając głowę w jej stronę, sam nie mogłem powiedzieć, żebym kiedykolwiek przeprowadził szczegółowe śledztwo w sprawie zaginionego grabarza, chociaż w szkole zdarzało mi się poświęcać czas na znacznie głupsze przedsięwzięcia, ale one przynajmniej w teorii miały przynieść mi jakąś korzyść, chociaż… Czy ten spacer był ich pozbawiony?
Nasza luźna interakcja sama w sobie stanowiła wydarzenie na tyle rzadkie, że powinienem był chyba zapamiętać tę datę i wpisać ją do kalendarza, szczególnie że jeszcze kilka tygodni wcześniej podobna sytuacja skończyłaby się zapewne wzajemnym wytykaniem sobie głupoty, po którym każde z nas poszłoby w swoją stronę, zadowolone przynajmniej z tego, że ostatnie słowo należało do niego. Tymczasem szliśmy sobie przez cmentarz, rozmawiając o lokalnych legendach, jak gdyby była to najzwyklejsza rzecz na świecie, wprawdzie perspektywa odprowadzenia jej bezpiecznie do domu wciąż pozostawała moim głównym zamiarem, ale nie oznaczało to, że musiałem dobrowolnie rezygnować ze wszystkich atrakcji, jakie oferował nam wieczór, szczególnie jeśli większość z nich ograniczała się do spaceru po nawiedzonym miejscu i odrobiny niepotrzebnego dreszczu emocji.
Nie mogłem powiedzieć, żebym jakoś wcześniej spodziewał się po Prudence szczególnego entuzjazmu na wieść o lokalnych opowieściach, choć z drugiej strony, gdyby ktoś zapytał mnie, czego właściwie należało się po niej spodziewać, musiałbym przyznać, że odpowiedź zależała przede wszystkim od tego, jak bardzo zamierzała uprzykrzyć mi życie danego dnia - znałem ją wystarczająco długo, by nie ufać pozorom, nawet tym całkiem przyjemnym, jednak tej nocy wyjątkowo dobrze wychodziło nam udawanie, że przynajmniej przez kilka godzin potrafiliśmy przebywać we własnym towarzystwie bez konieczności przypominania sobie wszystkich powodów, dla których w innych okolicznościach najchętniej posłalibyśmy się nawzajem do diabła. Nie zamierzałem psuć tego układu, szczególnie że Prue zdawała się przyjmować moje towarzystwo z zaskakującą swobodą, więc kiedy zaczęła wypytywać o wiarygodność historii związanych z cmentarzem, zamiast obrazić się w imieniu lokalnego folkloru, poczułem przede wszystkim rozbawienie - oczywiście, że chciała dowodów - Bletchley mogłaby natknąć się na świeżo otwarty grób, usłyszeć z niego głos własnej praprababki i prawdopodobnie pierwszą rzeczą, o którą by zapytała, byłoby to, czy istniały jakieś dokumenty potwierdzające ich pokrewieństwo, bo „to nielogiczne, więc podejrzane, nie upiorne”.
- Oczywiście, że to nie jedyne takie miejsce, ale przyznasz chyba, że nie każde ma własnego zaginionego grabarza, który uznał, że najlepszym sposobem na zakończenie kariery będzie rozpłynięcie się w powietrzu podczas nocnej zmiany. Poza tym to Little Hangleton. Las Wisielców i tak dalej, kolebka zjawisk niewyjaśnionych, co nie? - Zerknąłem na Prudence z rozbawieniem, poprawiając kołnierz koszuli, który uwierał mnie od dłuższego czasu, po czym przeniosłem wzrok na ścieżkę, bo chociaż dyskusja o lokalnych widmach sprawiała mi przyjemność, kamienie pod stopami wciąż pozostawały nieprzyjemnie rzeczywiste - spojrzałem przed siebie, starając się nie nadepnąć na wystający z ziemi korzeń, który przy obecnym oświetleniu mógł równie dobrze uchodzić za część jakiegoś szczególnie paskudnego truposza - poniekąd mogłem przewidzieć ten rozwój sytuacji, ale jednocześnie nie oznaczało to, że zamierzałem przyznać jej rację bez wcześniejszego podjęcia próby obrony lokalnych legend, zwłaszcza że zdążyłem już wejść w rolę samozwańczego przewodnika po miejscowych osobliwościach i nie widziałem powodu, dla którego miałbym rezygnować z niej po zaledwie kilku minutach. Tak naprawdę akurat w tej chwili podobna dociekliwość wydawała mi się przy tym nawet całkiem absorbująca, szczególnie że rozmawialiśmy o zaginionym kopidole, rozkopanym miejscu wiecznego spoczynku, potencjalnym wciągnięciu żywego w zaświaty i o mrocznych sylwetkach nadal przesuwających się nocą między nagrobkami, nie zaś o jakimś wyjątkowo interesującym zagadnieniu o bardziej realistycznym podłożu, któremu należało poświęcić kilka tygodni badań, a jednak mogliśmy wysnuć jakieś teorie, w których oboje moglibyśmy sobie podać dłoń. Na przykład taką, że ludzie rzeczywiście mieli paskudną skłonność do wymyślania historii wyssanych z końca różdżki, zwłaszcza jeśli wydarzenia od samego początku miały miejsce w miejscu pochówku oraz dotyczyły kogoś wykonującego pracę ze zmarłymi, kto zniknął w okolicznościach na tyle niejasnych, by dało im się przypisać wiele nadnaturalnych wyjaśnień.
Z czasem nawet najzwyklejsze zdarzenie mogło obrosnąć w tyle dodatkowych szczegółów, że po kilku pokoleniach nikt nie pamiętał już, od czego wszystko się zaczęło, za to każdy znał przynajmniej jedną osobę, która przysięgała, że jej pradziadek widział coś wyjątkowo niepokojącego, lecz w okolicy faktycznie zdarzały się rzeczy, o których rozsądniej było nie rozmawiać przy niedzielnym obiedzie, choćby dlatego, że połowa obecnych zaczęłaby się kłócić o to, czy za wszystkim stała magia, zwyczajna ludzka głupota, czy też ktoś po prostu postanowił wykorzystać cudzą łatwowierność.
- Nie chowamy tu krewnych. I tak, wiem. - Podjąłem, kiedy znów znaleźliśmy się na odcinku ścieżki, który pozwalał nam iść obok siebie, po czym uniosłem dłoń, zanim zdążyła cokolwiek wtrącić. - No, nie chowamy ich tu na ogół. Nawet w rodzinach są lepsi i gorsi, nie? Większość Rookwoodów spoczywa w rodzinnym mauzoleum. Byłem tu za dnia, przechodziłem obok kilka razy, ale nie urządzałem sobie zbyt wielu nocnych wypraw w poszukiwaniu dowodów na istnienie duchów. Mam wystarczająco dużo kłopotów bez dobrowolnego dokładania sobie następnych, choć oczywiście mógłbym zmienić zdanie, gdybyś bardzo nalegała. Dla dobra nauki, rzecz jasna. - Nie zamierzałem jednak przesadzać z optymizmem, co do powodzenia naszego wspólnego szukania dowodów, zbyt dobrze znałem własne skłonności do mówienia rzeczy, które w danej chwili wydawały mi się doskonałym pomysłem, by nie brać pod uwagę możliwości, że za moment wszystko zepsuję. Na razie mogłem jednak cieszyć się jej towarzystwem, a skoro Prudence wykazywała zainteresowanie moimi opowieściami, postanowiłem wykorzystać tę sposobność i pozwolić sobie na powiedzenie czegoś miłego, bez wywracania oczami i wytykania tego, że do wszystkiego chciała podchodzić na serio.
Być może trochę związku z tym miał również fakt, iż księżycowym świetle wyglądała inaczej niż podczas szkolnych zajęć, kiedy zwykle trzymała się własnych spraw i rzadko pozwalała sobie na podobną swobodę, wesele wyraźnie jej służyło, chociaż nie zamierzałem wypowiadać tej myśli na głos, bo nie chciałem, żeby uznała, iż próbowałem ją komplementować wyłącznie dlatego, że wypiłem za dużo, zresztą, gdybym już miał powiedzieć jej coś podobnego, wolałbym zrobić to w sposób, który nie dawałby jej zbyt wiele okazji do wykorzystywania moich słów przeciwko mnie w przyszłości. Tymczasem szło nam całkiem nieźle, więc nie zamierzałem zbyt gorliwie szukać problemów tam, gdzie ich jeszcze nie było.
- A jeśli chodzi o to, czy byłem świadkiem czegoś dziwnego, to zależy, jak zdefiniujesz „dziwne”. - Ostatnie zdanie okrasiłem bardzo samoświadomym uśmiechem, bo przecież doskonale wiedziałem, że Prudence potrafiłaby znaleźć w moim rozumowaniu wystarczająco dużo powodów do krytyki, by starczyło jej na kilka tygodni, jednak z jakiegoś powodu perspektywa usłyszenia jej uwag tego wieczoru wcale mi nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że mógłbym słuchać ich jeszcze całkiem długo, szczególnie gdyby nadal patrzyła na mnie w ten sposób, w jaki patrzyła na kogoś, z kim dało się porozmawiać bez konieczności przygotowywania się do kolejnej kłótni - było w tym coś niebezpiecznie przyjemnego, więc dla własnego dobra postanowiłem nie poświęcać temu zbyt wiele uwagi, jeszcze by się okazało, że zacząłbym wyciągać z tego jakieś wnioski, a na to byłem stanowczo zbyt zmęczony i zdecydowanie zbyt pijany - nie miało to oczywiście nic wspólnego z tym, co rzeczywiście planowaliśmy zrobić po zakończeniu tego wieczoru, ale skoro już wplątaliśmy się w całe to weselne przedstawienie, uznałem, że równie dobrze mogłem wykorzystać kilka przywilejów wynikających z naszej chwilowej umowy, choćby po to, by sprawdzić, jak daleko wolno było mi się posunąć, zanim dostanę po łapach. Znałem Prue wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nie należało przesadzać, ale ta świadomość jakoś nigdy nie powstrzymywała mnie przed próbami, szczególnie kiedy okoliczności sprzyjały podobnym wybrykom, natomiast alkohol skutecznie osłabiał moją skłonność do wycofywania się w odpowiednim momencie.
- Tak czy siak, podobno nie znaleziono żadnych śladów ucieczki, nie było też wiadomo, do kogo należał ten grób ani dlaczego pracował nad nim o tak późnej porze, ale miejsce, w którym to miało się stać, faktycznie istnieje i jest, jeśli mnie spytasz, dosyć niepokojące. - Nie zdążyłem jednak rozwinąć tej myśli, ponieważ nagły podmuch wiatru przeszedł przez cmentarz z siłą wystarczającą, by poruszyć gałęziami drzew i poderwać z ziemi suche liście, które zatańczyły wokół naszych nóg. Odruchowo odwróciłem głowę, słysząc szelest materiału, a potem zobaczyłem chustę Prudence unoszącą się w górę i odpływającą w stronę bocznej alejki, niesioną przez wiatr, który najwyraźniej uznał, że nie mieliśmy wystarczająco wielu powodów, by przeklinać tę noc…
- Ej, zaczekaj! - Moje słowa poniosły się między nagrobkami, ale nie byłem pewien, czy w ogóle je usłyszała, ponieważ skoncentrowała się na uciekającej chuście i lawirowała pomiędzy kamiennymi płytami, starając się nie stracić jej z oczu. Zakląłem pod nosem i ruszyłem za nią, przeklinając zarówno pogodę, jak i własną decyzję, by wprowadzić nas na cmentarz, który okazał się znacznie mniej przyjazny, niż sugerował mój początkowy optymizm, alkohol nie zniknął z mojego organizmu tylko dlatego, że sytuacja przestała być zabawna, więc każdy gwałtowniejszy ruch wymagał ode mnie odrobiny większej uwagi, szczególnie kiedy ścieżka zwęziła się między grobami i musiałem obrócić się bokiem, żeby ominąć wystający kamienny narożnik. - Prue! Pruey! Bletchley! - Podążyłem za nią szybciej, niż pozwalały na to moje zmęczone nogi, jednocześnie próbując nie wpaść na jeden z pomników, których wystające obramowania trudno było dostrzec w księżycowym świetle, przez głowę przemknęła mi myśl, że pogoń za elementem garderoby po nocy na nawiedzonym cmentarzu była prawdopodobnie najgłupszą rzeczą, jaką zrobiłem tego wieczoru, co stanowiło niemałe osiągnięcie, biorąc pod uwagę konkurencję w postaci kilku dodatkowych kieliszków, kiepskiego tortu i decyzji, by wybrać właśnie tę drogę. Nie miałem zamiaru wygłaszać jej wykładu na temat bezpieczeństwa, bo nie było na to czasu, ale już układałem sobie w głowie odpowiednio złośliwą uwagę o tym, że jeśli straci obuwie albo skręci kostkę, będę zmuszony nieść ją do samego Little Hangleton, co mogłoby okazać się romantyczne, gdyby nie fakt, że po kilku godzinach tańca sam miałem ochotę usiąść na najbliższym kamieniu i odmówić dalszego marszu przez pole.
- Zostaw ją, do cholery, zaraz ją złapię! - Zawołałem ponownie, próbując dogonić Prudence, choć nie było to szczególnie łatwe, ponieważ ścieżka wiła się i skręcała, i musiałem wybierać, którędy przejść, żeby nie wpaść na kamienne płyty albo samemu nie skręcić sobie kostki na korzeniach - miałem wrażenie, że wiatr robił wszystko, by utrudnić nam życie, bo za każdym razem, gdy materiał zdawał się opadać w zasięgu ręki, kolejny podmuch unosił go wyżej i przesuwał w bok - w końcu chusta zaczepiła się o wystającą gałąź starego krzewu rosnącego przy jednym z nagrobków, lecz zanim zdążyłem dotrzeć do tego miejsca, materiał znów się poderwał, zahaczając o kamienną figurę stojącą przy grobie. Prue znajdowała się zaledwie kilka kroków dalej, miała znacznie krótsze nogi i mniej stabilne obuwie, ale i tak miałem coraz większe trudności z utrzymaniem jej w zasięgu wzroku, ponieważ nie chciałem deptać po płytach nagrobnych, momentami niemal klinowałem się przez to między nimi, zaś cienie drzew i nagrobków tworzyły między alejkami plątaninę ciemnych kształtów, wśród których łatwo było stracić orientację.
Przyspieszyłem, zaciskając zęby, gdy pod podeszwą buta przesunął mi się luźny kamień, udało mi się odzyskać równowagę, ale straciłem kilka cennych sekund, które wystarczyły, by pretendentka do roli łączącej Szukającą i Ścigającą zniknęła za rzędem wyższych nagrobków - zatrzymałem się na moment, próbując ustalić, w którą stronę pobiegła, po czym usłyszałem szelest materiału gdzieś po prawej stronie i natychmiast ruszyłem w tamtym kierunku - nie miałem zamiaru pozwolić, by ta idiotyczna chustka doprowadziła do tego, że zgubimy się w nekropolii, która była całkiem rozległa, jak na tę wielkość miasteczka i nie należała do najrówniejsztch terenów, szczególnie że sam odpowiadałem za wybór trasy, więc jeśli coś miało pójść nie tak, wolałem przynajmniej być na miejscu, kiedy się wydarzy. Przedarłem się między dwoma żelaznymi płotkami, odgarniając dłonią gałęzie różanego krzewu, które zahaczały o rękaw mojej koszuli, po czym dostrzegłem w oddali odrobinę jaśniejszy od otoczenia skrawek materiału, poruszający się tuż nad ziemią.
- Prudence, na litość boską, jeśli zaraz nie przestaniesz biegać, będę musiał cię złapać i zanieść do domu, a oboje wiemy, że nie mam najmniejszej ochoty tłumaczyć twojej rodzinie, dlaczego przyniosłem cię na ramieniu jak worek ziemniaków! - Zawołałem, próbując nadać mojemu głosowi ton, który sugerowałby, że wciąż miałem nad sytuacją jakąkolwiek kontrolę - prawda była taka, że zaczynałem tracić pewność, czy uda mi się dogonić ją, zanim wydarzy się coś naprawdę głupiego, chociaż jednocześnie nie mogłem powstrzymać myśli, że jeśli wyjdziemy z tego cało, będę miał materiał do żartów na najbliższe kilka miesięcy, o ile, rzecz jasna, Prudence nie postanowi mnie wcześniej udusić za samo wspomnienie o worku ziemniaków, bo w tej kwestii nie zamierzałem podejmować żadnych zakładów.
Przed nami ścieżka zwężała się między starymi grobami, wiatr, który dotąd popychał chustę w stronę zachodniej części cmentarza, nagle zmienił kierunek, unosząc ją ku niskiej kamiennej płycie ukrytej częściowo pod rozrośniętym bluszczem, materiał zaczepił się o jej krawędź, po czym zsunął się na ziemię, pozostając na tyle blisko, że wystarczyło tam dotrzeć i się po niego schylić - zwolniłem gwałtownie, próbując ustalić, w którą stronę pobiegła Prudence, ponieważ jej tam nie dostrzegałem - właśnie wtedy usłyszałem gdzieś za sobą suchy trzask, jakby coś ciężkiego przesunęło się po kamieniu… Zatrzymałem się, unosząc głowę, przez moment wpatrywałem się w ciemność między nagrobkami, próbując dostrzec cokolwiek, co mogłoby wyjaśnić ten dźwięk, nie miałem jednak czasu na dłuższe zastanawianie się, ponieważ z oddali dobiegł mnie odgłos kroków na żwirze, który brzmiał na tyle blisko, że w jednym długim susie złapałem brzeg materiału, pociągnąłem go, po czym ruszyłem w tamtym kierunku, przeklinając pod nosem własną głupotę, alkohol i wszystkie te historie, które w tej chwili wydawały mi się znacznie mniej zabawne niż jeszcze kilka minut wcześniej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)