16.10.2026, 02:06 ✶
Nie miała w zwyczaju dopuszczać kogokolwiek do swoich obrazów, dopóki nie uznała ich za ukończone. Było w tym coś z próżności, choć zapewne nigdy nie przyznałaby się do podobnej słabości, a jeszcze więcej z osobliwej nieśmiałości, która ogarniała ją wyłącznie wówczas, gdy przychodziło jej prezentować owoce własnej pracy. Nie lubiła, gdy ktoś oglądał jej dzieła w trakcie powstawania. Nie lubiła tłumaczyć się z niedomalowanych szczegółów, niewłaściwie dobranych barw czy pozostawionych na później fragmentów kompozycji. Obraz w jej rozumieniu stanowił pewną całość, a dopóki nie postawiła ostatniego pociągnięcia pędzlem, pozostawał zaledwie obietnicą tego, czym miał się kiedyś stać. Dlatego właśnie, gdy Leviathan skierował uwagę ku sztalugom, na policzkach panny Avery zakwitł delikatny rumieniec.
- Gdybym wiedziała, że przyjdziesz, przynajmniej uprzątnęłabym ten bałagan - westchnęła z zakłopotanym uśmiechem, odruchowo odkładając pędzel na porcelanową podstawkę. Przesunęła spojrzeniem po rozstawionych naczyniach, zabrudzonych szmatkach i otwartych słoiczkach z pigmentami. W istocie nie panował tutaj żaden szczególny nieład, przynajmniej jak na pracownię malarską, lecz Astoria przywykła do znacznie surowszych standardów. - I z pewnością nie pokazywałabym ci jeszcze tych obrazów. Są dalekie od ukończenia - dodała, niemal usprawiedliwiająco, choć przecież nikt nie domagał się od niej żadnych wyjaśnień. Przez krótką chwilę przyglądała się jasnej smudze farby na własnym palcu, rozcierając ją bezwiednie kciukiem.
- To… rzeczywiście dość szczególne zamówienie - przyznała wreszcie, unosząc ku niemu spojrzenie. - I bardzo mi zależy, żeby wszystko wypadło należycie.
Urwała, jak gdyby zastanawiała się, czy na tym nie poprzestać. Mogłaby przecież powiedzieć, że maluje portrety na prywatne zlecenie, i nie byłoby w tym ani słowa kłamstwa. Ale podobne wymijanie odpowiedzi wydało jej się nagle nieuczciwe wobec przyjaciela. Zwłaszcza że Leviathan nie dał jej najmniejszego powodu, by wątpiła w jego dyskrecję. A jednak niepokój nie ustępował. Co, jeśli nieświadomie przekroczyłaby granicę, której istnienia nikt nie uznał za stosowne jej wyjaśnić? Co, jeśli wiadomość dotarłaby do niewłaściwych uszu, a konsekwencje jej nieostrożności spadłyby również na Leviathana? Nie chciała nawet dopuszczać do siebie myśli, że mogłaby sprowadzić na przyjaciela niezadowolenie Czarnego Pana. Zaraz jednak uznała własne rozumowanie za niedorzeczne. Przecież nie zamierzała zdradzać mu żadnych planów ani powierzonych sekretów. Chodziło jedynie o malowidła, których tematyka sama w sobie nie wydawała się szczególnie tajemnicza. Ostatecznie postanowiła odpowiedzieć na zadane pytanie, nie wyjawiając na razie więcej, niż było konieczne.
- To duet portretów Orpheusa Rookwooda - odparła wreszcie. - Sprzeciwiał się wszelkim próbom zbliżenia społeczności magicznej do niemagicznej. Aktywnie działał przeciw mugolakom, co czyni z niego mojego bohatera - spojrzała na przyjaciela wymownie. Wtedy zorientowała się, że jego wizyta mogła być powiązana z jego zamówieniem. - Jeszcze nie odkryłam sposobu połączenia dwóch obrazów w przejście. Jeśli chcesz, to namaluję ci obraz, o którym ostatnio rozmawialiśmy. Ale w przyszłym miesiącu, zgoda? Przygotowania do Samhain całkowicie mnie pochłonęły. Planujesz iść na sabat?
Czy rozgadała się celowo, żeby odciągnąć uwagę od aktualnie realizowanego przez nią zamówienia?
Być może.
- Gdybym wiedziała, że przyjdziesz, przynajmniej uprzątnęłabym ten bałagan - westchnęła z zakłopotanym uśmiechem, odruchowo odkładając pędzel na porcelanową podstawkę. Przesunęła spojrzeniem po rozstawionych naczyniach, zabrudzonych szmatkach i otwartych słoiczkach z pigmentami. W istocie nie panował tutaj żaden szczególny nieład, przynajmniej jak na pracownię malarską, lecz Astoria przywykła do znacznie surowszych standardów. - I z pewnością nie pokazywałabym ci jeszcze tych obrazów. Są dalekie od ukończenia - dodała, niemal usprawiedliwiająco, choć przecież nikt nie domagał się od niej żadnych wyjaśnień. Przez krótką chwilę przyglądała się jasnej smudze farby na własnym palcu, rozcierając ją bezwiednie kciukiem.
- To… rzeczywiście dość szczególne zamówienie - przyznała wreszcie, unosząc ku niemu spojrzenie. - I bardzo mi zależy, żeby wszystko wypadło należycie.
Urwała, jak gdyby zastanawiała się, czy na tym nie poprzestać. Mogłaby przecież powiedzieć, że maluje portrety na prywatne zlecenie, i nie byłoby w tym ani słowa kłamstwa. Ale podobne wymijanie odpowiedzi wydało jej się nagle nieuczciwe wobec przyjaciela. Zwłaszcza że Leviathan nie dał jej najmniejszego powodu, by wątpiła w jego dyskrecję. A jednak niepokój nie ustępował. Co, jeśli nieświadomie przekroczyłaby granicę, której istnienia nikt nie uznał za stosowne jej wyjaśnić? Co, jeśli wiadomość dotarłaby do niewłaściwych uszu, a konsekwencje jej nieostrożności spadłyby również na Leviathana? Nie chciała nawet dopuszczać do siebie myśli, że mogłaby sprowadzić na przyjaciela niezadowolenie Czarnego Pana. Zaraz jednak uznała własne rozumowanie za niedorzeczne. Przecież nie zamierzała zdradzać mu żadnych planów ani powierzonych sekretów. Chodziło jedynie o malowidła, których tematyka sama w sobie nie wydawała się szczególnie tajemnicza. Ostatecznie postanowiła odpowiedzieć na zadane pytanie, nie wyjawiając na razie więcej, niż było konieczne.
- To duet portretów Orpheusa Rookwooda - odparła wreszcie. - Sprzeciwiał się wszelkim próbom zbliżenia społeczności magicznej do niemagicznej. Aktywnie działał przeciw mugolakom, co czyni z niego mojego bohatera - spojrzała na przyjaciela wymownie. Wtedy zorientowała się, że jego wizyta mogła być powiązana z jego zamówieniem. - Jeszcze nie odkryłam sposobu połączenia dwóch obrazów w przejście. Jeśli chcesz, to namaluję ci obraz, o którym ostatnio rozmawialiśmy. Ale w przyszłym miesiącu, zgoda? Przygotowania do Samhain całkowicie mnie pochłonęły. Planujesz iść na sabat?
Czy rozgadała się celowo, żeby odciągnąć uwagę od aktualnie realizowanego przez nią zamówienia?
Być może.
learn the rules
then break some
then break some