14.10.2026, 14:19 ✶
Rodolphus przestąpił próg z właściwym sobie, powolnym i dumnym wdziękiem. Stalowoszare, uważne oczy Lestrange’a natychmiast omiotły przestrzeń przed nim, rejestrując każdy detal – od panującego w domu spokoju, przez opadający na sprzęty półcień, aż po obecność samej Astorii. O odwiedzinach u pani Alderley myślał dzisiejszego dnia jak o kolejnym nudnym, obyczajowym obowiazku, który należało odhaczyć z zimną precyzją. Zastanie w progu panny Avery było jednak niespodziewanym, choć bez wątpienia satysfakcjonującym akcentem.
– Astorio – odpowiedział zniżonym głosem, skinąwszy głową na powitanie, gdy mijał ją w progu. Wszedł do saloniku, pozwalając, by czarny płaszcz ułożył się ciężko wokół jego sylwetki. Choć jego powierzchowność, jak zawsze, charakteryzowała chłodna elegancja starodawnej arystokracji, w ruchach Rodolphusa kryła się ledwie zauważalna, drapieżna rezerwa. Złożył przyniesioną paczuszkę na niewielkim, polerowanym stoliku przy oparciu fotela. – Jeśli sen przynosi jej ulgę, byłoby głupotą budzić ją dla zwykłej etykiety.
Odwrócił się w stronę Astorii. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy dłużej, niż wymagały tego zasady dobrego wychowania. Z łatwością dostrzegł nikły dym cieni pod jej oczami, dowód na to, że nawet czarownica o tak żelaznej dyscyplinie płaci cenę za własną ambitność i powierzone jej ciężary. Nie powiedział jednak nic na ten temat. To nie była jego sprawa.
– Przyniosłem jedynie drobiazg, który, miejmy nadzieję, przyspieszy jej powrót do pełni sił – dodał, wskazując podbródkiem pakunek, po czym postąpił krok w jej stronę. – Postąpiłaś niezwykle rozważnie, organizując dla niej stałą opiekę. Niewielu postarałoby się o podobny komfort dla kogoś, kto nie należy do ich ścisłej rodziny, zwłaszcza w czasie, gdy nadchodzący Samhain wymaga tak wielu przygotowań… i gdy inne, znaczniejsze sprawy domagają się uwagi.
Uśmiechnął się lekko, chociaż jego wzrok, zwykle tak ostry jak brzytwa, teraz wydawał się być odrobinę zamglony, a oczy - rozedrgane.
- Nie wiem, ile będę mógł zostać, dlatego jeżeli przekażesz jej, że przyszedłem… Bardzo nalegała na odwiedziny, jednak ten jak i inne dni są dla mnie wyjątkowo wypełnione pracą - pracą… Cóż, trochę tak, chociaż nie powiedział do końca o którą pracę chodziło. - Wyglądasz na zmęczoną. Czy mogę zaoferować ci swoją pomoc, zanim powrócisz do swoich obowiązków?
Nie było w jej obecności nic dziwnego, to w końcu była przyjaciółka jej mamy, a nie jego. Nie chciał się tu także panoszyć, ale widział że Avery jest zmęczona - może chociaż szum wrzącej w czajniki wody wypełniłby ciszę, która owijała się wokół nich?
– Astorio – odpowiedział zniżonym głosem, skinąwszy głową na powitanie, gdy mijał ją w progu. Wszedł do saloniku, pozwalając, by czarny płaszcz ułożył się ciężko wokół jego sylwetki. Choć jego powierzchowność, jak zawsze, charakteryzowała chłodna elegancja starodawnej arystokracji, w ruchach Rodolphusa kryła się ledwie zauważalna, drapieżna rezerwa. Złożył przyniesioną paczuszkę na niewielkim, polerowanym stoliku przy oparciu fotela. – Jeśli sen przynosi jej ulgę, byłoby głupotą budzić ją dla zwykłej etykiety.
Odwrócił się w stronę Astorii. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy dłużej, niż wymagały tego zasady dobrego wychowania. Z łatwością dostrzegł nikły dym cieni pod jej oczami, dowód na to, że nawet czarownica o tak żelaznej dyscyplinie płaci cenę za własną ambitność i powierzone jej ciężary. Nie powiedział jednak nic na ten temat. To nie była jego sprawa.
– Przyniosłem jedynie drobiazg, który, miejmy nadzieję, przyspieszy jej powrót do pełni sił – dodał, wskazując podbródkiem pakunek, po czym postąpił krok w jej stronę. – Postąpiłaś niezwykle rozważnie, organizując dla niej stałą opiekę. Niewielu postarałoby się o podobny komfort dla kogoś, kto nie należy do ich ścisłej rodziny, zwłaszcza w czasie, gdy nadchodzący Samhain wymaga tak wielu przygotowań… i gdy inne, znaczniejsze sprawy domagają się uwagi.
Uśmiechnął się lekko, chociaż jego wzrok, zwykle tak ostry jak brzytwa, teraz wydawał się być odrobinę zamglony, a oczy - rozedrgane.
- Nie wiem, ile będę mógł zostać, dlatego jeżeli przekażesz jej, że przyszedłem… Bardzo nalegała na odwiedziny, jednak ten jak i inne dni są dla mnie wyjątkowo wypełnione pracą - pracą… Cóż, trochę tak, chociaż nie powiedział do końca o którą pracę chodziło. - Wyglądasz na zmęczoną. Czy mogę zaoferować ci swoją pomoc, zanim powrócisz do swoich obowiązków?
Nie było w jej obecności nic dziwnego, to w końcu była przyjaciółka jej mamy, a nie jego. Nie chciał się tu także panoszyć, ale widział że Avery jest zmęczona - może chociaż szum wrzącej w czajniki wody wypełniłby ciszę, która owijała się wokół nich?