– Rzeczywiście pasuje do obrazka dziwności – zgodziła się z nią, lekko marszcząc brwi, gdy Brenna wymieniła już te wszystkie rzeczy, jakie od maja nękały Dolinę Godryka. No proszę, nawet śnieg się załapał, a to tym bardziej się pokrywało z rzeczami, jakie czytała kiedyś. I skoro czas zgadzał się z sabatem Beltane, to kim była Guinevere, by nie wierzyć w to, co kładziono jej przed oczami? Nie była niedowiarkiem, którego trzeba było przekonać naocznie, który musiał doświadczyć, nim uwierzy. Były sprawy na tej ziemi takie, których istnienia nie było sensu zaprzeczać, choć się ich nie widziało. I nie uważała, by Brenna ją w tej materii okłamywała.
– Mhmm, masz zatem ciekawe hobby – odparła jej, uśmiechając się uprzejmie. Praca, a po pracy… też praca, tylko hobbystycznie. Tak to w tym momencie widziała. Klasyczny przykład pracoholizmu… W pewnym sensie. – To jak to było z tymi kilkoma dniami w sierpniu na wyjazd? – oczywiście, że pamiętała, co się do niej mówiło. I jeśli Brenna sądziła, że zdołała nabrać uzdrowicielkę, to właśnie miała jasny dowód na to, że tego nie kupiła.
– Mam nadzieję, że cokolwiek pomogłam albo rozjaśniłam – odpowiedziała jej i tym razem posłała całkowicie ciepły uśmiech, po czym sięgnęła po swoją filiżankę, by ją opróżnić. – Na mnie też już pora.