11.10.2026, 10:52 ✶
– Uwielbiam baśnie – powiedziała, jednak nie mówiła nic więcej, słuchając nowej koleżanki. Ważniejsze było dla niej wysłuchać opinii dziewczynki, niż wypowiedzieć własną. Uśmiech jednak nie schodził z jej twarzy, bo Alice dosłownie powiedziała to, co Sabrina o baśniach myślała. Nie lubiła tych mrocznych, gdy była młodsza zawsze prosiła mamę, aby ominęła straszne fragmentu. Dlatego właśnie mama zawsze omijała Opowieść o Trzech Braciach i baśń o Włochatym Sercu Czarodzieja. Wystarczyło, że raz usłyszała o tej drugiej z wymienionych. Bała się jej niemiłosiernie i… Nie wyobrażała sobie tego. Mama jej tłumaczyła, że to ma uczyć, że nie wolno wyzbywać się uczuć, bo to prowadzi do potwornych wręcz rzeczy i wydarzeń. Jednak tak czy siak Sabrina niesamowicie bała się tej baśni. Bo co, jeśli jej serce kiedyś się takie stanie? Obrośnięte futrem, potworne i nieczułe? Nie chciała nawet o tym myśleć! – Moja mama zawsze mówi, że każda z nich czegoś uczy, ale to jest tak jakby ukryte i trzeba się tego domyślić. Ja słuchając niektórych z baśni mam wrażenie, że za bardzo się boję, żeby długo o nich myśleć. Ale bardzo lubię tę o Fontannie Szczęśliwego Losu.
Zastanowiła się nad słowami Alice. Mogła mieć rację, niektóre z ziół mamy faktycznie były piękne. Szczególnie dyptam. Mandragory nigdy nie widziała w jej pełnej formie, bo mama nie pozwalała wchodzić jej do szklarni z nimi, a reszta… Reszta chyba nieszczególnie się nadawała na haft. Nie były ładne. Co nie zmieniało faktu, że rośliny tak czy siak były fascynujące.
– Dyptam. Znaczy się… yyy… zielony. I różowy. I pomarańczowy, i żółty, i fioletowy. – Zrobiło się jej głupio, bo właściwie to… chyba nie miała ulubionego koloru. Lubiła wszystkie z wyjątkiem niebieskiego, błękitnego, szarego, czarnego… Ech. – Nie śmiej się ze mnie, proszę, Alice, ale chyba nie mam jednego ulubionego koloru. Lubię wszystkie, które się wyróżniają, ale mama mi zawsze mówi, że jakbym połączyła zielony z fioletowym, to bym wyglądała jak szaleniec, więc ubieram się w kolory, które mama mi zaleca. Mówi, że są eleganckie i dziewczęce. A ja nie za bardzo je lubię – powiedziała, zerkając na swoją walizkę, w której wiedziała, że kryje się co najmniej pięć takich samych szarych sweterków. Choć ciepłe i z ciekawymi haftami na rękawach, nie były ładne.
Zastanowiła się nad słowami Alice. Mogła mieć rację, niektóre z ziół mamy faktycznie były piękne. Szczególnie dyptam. Mandragory nigdy nie widziała w jej pełnej formie, bo mama nie pozwalała wchodzić jej do szklarni z nimi, a reszta… Reszta chyba nieszczególnie się nadawała na haft. Nie były ładne. Co nie zmieniało faktu, że rośliny tak czy siak były fascynujące.
– Dyptam. Znaczy się… yyy… zielony. I różowy. I pomarańczowy, i żółty, i fioletowy. – Zrobiło się jej głupio, bo właściwie to… chyba nie miała ulubionego koloru. Lubiła wszystkie z wyjątkiem niebieskiego, błękitnego, szarego, czarnego… Ech. – Nie śmiej się ze mnie, proszę, Alice, ale chyba nie mam jednego ulubionego koloru. Lubię wszystkie, które się wyróżniają, ale mama mi zawsze mówi, że jakbym połączyła zielony z fioletowym, to bym wyglądała jak szaleniec, więc ubieram się w kolory, które mama mi zaleca. Mówi, że są eleganckie i dziewczęce. A ja nie za bardzo je lubię – powiedziała, zerkając na swoją walizkę, w której wiedziała, że kryje się co najmniej pięć takich samych szarych sweterków. Choć ciepłe i z ciekawymi haftami na rękawach, nie były ładne.